Natalii 5

Tekst
Z serii: Cykl o Nataliach #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Natalii 5
Natalii 5
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,90  51,92 
Natalii 5
Natalii 5
Audiobook
Czyta Lidia Sadowa
32,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Olga Rudnicka, 2011

Projekt okładki

Aleksandra Grabowska

Zdjęcia na okładce

Fotolia

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Elżbieta Steglińska

ISBN 978–83–8234-451-6

Warszawa 2011

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02–697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

1

Sprzątaczka wyciskała mop. Czynność tę wykonywała w iście ślimaczym tempie. Uważny obserwator dostrzegłby od razu, że kobieta jedynie pozoruje pracę, a całą uwagę poświęca scenie rozgrywającej się w sali konferencyjnej. Starannie opróżniając pusty już kosz na śmieci, spod oka zerkała na wysoką, chudą urzędniczkę. Pani kierownik jak zawsze miała na sobie garnitur i nieodłączną białą bluzkę. Garnitur był koloru czarnego, grafitowego lub szarego w zależności od pory roku. Im było zimniej, tym ciemniejszy odcień spowijał jej szczupłe ciało. Teraz, w czerwcu, garnitur miał odcień letni, czyli szary. Czółenka w tym samym kolorze dopełniały stroju. Blond włosy, tak jasne, że niemal białe, miała zwinięte w ciasny kok. Ściągnięte do tyłu wyostrzały rysy twarzy. Wysokie kości policzkowe i zimne, bladobłękitne oczy łagodziły jedynie pełne wargi, które zdawały się do niej nie pasować.

Sucharska zlustrowała swoich podwładnych lodowatym spojrzeniem. Jej dźwięczny głos brzmiał spokojnie, gdy zwracała się do zebranych:

– Oczekuję profesjonalizmu i opanowania. Klienci mają prawo do irytacji i okazywania emocji. My nie. Mam nadzieję, że taka sytuacja jak w dniu wczorajszym więcej się nie powtórzy. – W tym miejscu urwała i utkwiła zimny wzrok w jednej z kobiet.

– Jak pani sobie życzy – odparła winowajczyni, uważnie obserwując swoje buty.

Nie śmiała podnieść oczu, miała wrażenie, że świdrujący wzrok Sucharskiej sięga aż do jej myśli i szefowa zna je na wylot. Ostatnie zakłady pracowników dotyczyły nie tego, czy pani kierownik jest człowiekiem, ale jakiego gatunku istotę reprezentuje. Ona sama obstawiała strzygę.

– Owszem. Życzę sobie – potwierdziła tamta chłodno, nie mrugnąwszy okiem.

Upewniwszy się, że pracownica została należycie skarcona, zerknęła na wyświetlacz niewielkiego palmtopa, z którym nigdy się nie rozstawała.

– Co nam zostało…? widzę, że omówiliśmy wszystko. Są pytania? – Widząc przeczące ruchy głów, powiedziała krótko: – Dziękuję państwu za poświęcony czas. Na dziś to wszystko. Proszę wracać do swoich obowiązków. – I nie czekając, aż tamci wykonają polecenie, wyszła z sali.

Sprzątaczka opróżniła ostatni kosz i odprowadziła ją wzrokiem. Taka piękna kobieta, a taka zimna, pomyślała z litością. Sucharska, nieświadoma, że jest obiektem obserwacji i współczucia, wracała do gabinetu. Poranne spotkanie nie należało do przyjemnych, ale cóż, taka praca. Zapisała w palmtopie krótką notatkę dotyczącą zakończonego właśnie spotkania i wyrzuciła je z pamięci. Plan dnia był bardzo napięty.

Tadeusz z niechęcią patrzył na wciąż swoją żonę. Dwoje dzieci temu była piękną kobietą, z której teraz pozostał tylko cień. Spory cień, otaksował pogardliwie jej sylwetkę ukrytą pod długą znoszoną spódnicą oraz burą bluzą od dresu, kilka rozmiarów za dużą. Figura kobiety pozostawała zagadką. Może to i lepiej, pomyślał. Przynajmniej nie widać, jak się zaniedbała po dzieciach. Anielka i Przemek urodzili się w tym samym roku. Córka na początku stycznia, syn pod koniec grudnia. Urodziny obojga dzielił prawie rok, ale oba wydarzenia nastąpiły sześć lat temu i Tadeusz uważał, że to wystarczająco dużo czasu, by odzyskać figurę. Inne kobiety potrafią schudnąć.

Długie kasztanowe włosy żony, które zachwyciły go, gdy się poznali, teraz były matowe, a na czubku głowy dostrzegał spore odrosty. Pod szarymi oczami ocienionymi gęstymi rzęsami widniały fioletowe cienie, a na szczupłej twarzy pojawiły się bruzdy. Ciąża nie oznacza, że kobieta musi się stać rozlazłą krową, pomyślał z niechęcią. Widząc szok w szarych oczach, które po chwili zmrużyły się groźnie, uświadomił sobie, że ostatnie słowa musiał powiedzieć głośno. Nim żona otworzyła usta, by zrobić mu piekielną awanturę, zaatakował pierwszy:

– Spójrz na siebie. Masz dwadzieścia osiem lat, a wyglądasz na trzydzieści osiem. Gdybyś choć trochę o siebie dbała, nie doszłoby do tego!

– Jasne, w przerwie między zajmowaniem się dziećmi i tobą – zareplikowała gniewnie. Z każdego słowa biła złość i poczucie krzywdy. – Tak przy okazji, czy twoja, jak jej tam, nieważne zresztą, wie, że jego wysokości księciu lenistwa trzeba wszystko pod nos podsunąć? Że ma dwie lewe rączki i potrzebuje służącej i mamusi w jednym do otulania kołderką?! Harowałam jak służąca! Wszystko zostawiałeś na mojej głowie! Żadnej pomocy! Żadnego wsparcia! Jeśli sądzisz, że ułatwię ci ten rozwód, zdradziecki łotrze, żebyś mógł się ożenić z tą małą wywłoką, to jesteś w grubym błędzie!

– Nie wrócę do ciebie, nie licz na to. Spróbuj się stawiać, to pożałujesz! – zagroził, zbliżając się do niej.

– Spróbuj mnie tknąć, to poza zdradą dojdzie jeszcze użycie przemocy. Myślisz, że nie zadzwonię na policję? – Złapała telefon, patrząc z pogardą na Tadeusza. Mąż był skończoną świnią, ale nigdy na nią ręki nie podniósł. Nie wynikało to z jego charakteru, tylko z obawy przed konsekwencjami. Najzwyczajniej w świecie obawiał się, że żona mu odda. Była do tego zdolna.

– Nie zniżę się do takiego poziomu. – W jego głosie zabrzmiał wstręt, ale i niepewność. Skierował się do wyjścia. – Nie jestem tak głupi, żeby dać ci kolejnego haka na mnie. I jeszcze jedno – odwrócił się, stojąc już w drzwiach – ten dom należy tylko do mnie. Na twoim miejscu zacząłbym szukać mieszkania. – Zadowolony, że miał ostatnie słowo, trzasnął drzwiami.

Milczała w osłupieniu. Przecież nie może wyrzucić mnie i dzieci z domu, myślała gorączkowo, nie może.

Wrzuciła do kartonu ostatnią parę bojówek i zakleiła pudło taśmą. Dźwignęła je i zaniosła do przedpokoju, gdzie stało kilka identycznie wyglądających paczek. Wsunęła pakunek pod ścianę, a sama stanęła przed lustrem, by poprawić włosy. Widząc swoje odbicie, wydęła wargi, sprawdzając, czy jej wizerunek zrobi to samo.

– To jednak ja, bez dwóch zdań – skwitowała krótko.

Okręciła się dokoła, by sprawdzić, jak się układa różowa sukienka. Lekki materiał opinał się na pełnym biuście i spływał falą w dół, podkreślając szczupłą sylwetkę. Wyglądała doskonale. Blond włosy, krótko ścięte, pazurkami opadały na twarz, ukazując wysokie kości policzkowe i ogromne błękitne oczy. Nałożyła odrobinę błyszczyku na wargi i cmoknęła z zadowoleniem. Nowy wizerunek zaczynał się jej podobać. Marek miał rację, pomyślała. Bojówki i czarne podkoszulki to nie mój styl. Teraz wyglądam elegancko, z klasą, jak kobieta światowa. Dalsze rozmyślania przerwał jej dźwięk otwierających się drzwi.

– Hej! – powitała go z uśmiechem i okręcając się jak modelka na wybiegu, zawołała: – I jak? Podoba ci się?

Mężczyzna z dezaprobatą spojrzał na kartony piętrzące się pod ścianą. Dopiero potem zwrócił wzrok na czekającą na odpowiedź dziewczynę.

– Co ty masz na sobie? – zapytał w końcu z niesmakiem.

Uśmiech zniknął z jej twarzy.

– Nie podoba ci się? Sam mnie namawiałeś na sukienki.

– To jest różowe. Koszmarnie różowe.

– Przeszkadzały ci moje spodnie khaki i czarne podkoszulki. – Zmarszczyła gniewnie brwi. – Nie podobała moja skórzana kurtka i glany. Byłam za mało kobieca. Co ci się teraz nie podoba?!

– To jest różowe – powtórzył. Starannie ulokował marynarkę na wieszaku i poprawiając krawat, powiedział stanowczo: – Jeśli sądzisz, że wyjdziesz w tym stroju z domu, to jesteś w grubym błędzie.

– Słucham? – wykrztusiła z trudem.

– Nata, spójrz tylko na siebie. – Chwycił ją za ramiona i odwrócił do lustra. – W tej różowej sukience wyglądasz jak mała dziewczynka. Nie mam zamiaru nigdzie się z tobą pokazać, dopóki się nie przebierzesz. Uwodzenie nieletnich jest w tym kraju karalne, a ja nie chcę, żeby mnie posądzano o coś takiego.

Nata zacisnęła usta, by powstrzymać potok cisnących się słów. Spędziła pół dnia w sklepach, czego serdecznie nienawidziła, byle dostosować się do wymagań narzeczonego. Rozumiała doskonale, że jako prawnik i przyszły spadkobierca znanej warszawskiej kancelarii miał pewne wymagania. Jak cię widzą, tak cię piszą. Nie chciała zrobić mu wstydu. Powinien docenić jej wysiłek. W tym czasie mogłaby pracować nad swoją powieścią. Laptopa nie obchodziło, czy siedziała przy nim w spodniach, czy w sukience. Zmitrężyła kupę czasu.

– Mam dwadzieścia trzy lata – poinformowała go zimno. – Wiem, jakie to dla ciebie ważne, więc staram się dostosować. Mógłbyś to docenić.

– Wyglądasz jak dziewczynka udająca dorosłą kobietę. – Marek twardo obstawał przy swoim.

Rodzice zaprosili ich na małą uroczystość, miałby okazję poznać tam paru ważniejszych klientów kancelarii. Nie zamierzał się ośmieszać.

– Idę tak albo wcale – wycedziła przez zęby.

– Jak chcesz. Usprawiedliwię cię przed rodzicami. Powiem, że masz migrenę. – Uznał temat za załatwiony.

Znikając w sypialni, nie widział buntowniczego spojrzenia dziewczyny. Byli razem od pięciu lat, od ostatniej klasy liceum, i wszyscy oczekiwali, że się pobiorą. Termin „wszyscy” obejmował rodziców i znajomych Marka oraz matkę Naty, której bardzo odpowiadał przyszły zięć, a zwłaszcza jego rodzina z koneksjami. Nata jednak była coraz mniej pewna, czy życie z nim jej odpowiada.

 

Darek zbierał się na odwagę, by podejść do siedzącej na schodach dziewczyny. Przyglądał się jej niepewnie. Zakład zakładem, ale ta brunetka nie wyglądała na osobę, która powie: „Nie, dziękuję. Mam inne plany”. Raczej był to typ: „Spadaj, gościu, bo zainkasujesz w mordę!”.

Czując szturchnięcie w plecy, burknął tylko coś pod nosem i powoli ruszył przed siebie. Czarnula wydawała się nieświadoma zainteresowania, jakie wywoływała. Odnosił wrażenie, że niewiele ją to obchodziło. Miała na sobie czarne skórzane spodnie, tak mocno dopasowane, że wyglądały jak jej druga skóra. Siedziała z nogami wyciągniętymi przed siebie i skrzyżowanymi w kostkach. Nosiła czarne botki na wysokich szpilkach. Szeroki pas nabijany ćwiekami podkreślał szczupłą talię, a pełne piersi wyglądały z gorsetu, który kolorystycznie nie odstawał od reszty stroju. Długie czarne włosy przeplatane srebrnymi łańcuszkami spływały falą na plecy. Na szyi miała srebrny wisior nieokreślonego kształtu, a w uszach tkwiły zagięte w kształt kłów kolczyki.

Zastanawiał się nad zaczepką. „Hej, jak leci?”. Nie, skrzywił się. Musi wymyślić coś innego, a za kilkanaście sekund stanie naprzeciwko dziewczyny. „Odwołali ci zajęcia? Mnie też”. Nie, jeszcze gorzej. A może „Co czytasz?”.

Pierwsze zdanie jest najważniejsze. Od niego zależało jego być albo nie być. Obejrzał się, szukając ratunku u kolegów. Daremnie. Stali jak sępy, czekając na jego porażkę. Zatrzymał się naprzeciw nieznajomej i zamarł, widząc fantazyjny tatuaż na jej ramionach. Rysunki wykonano srebrnym tuszem i przedstawiały trzy splecione ze sobą smoki.

Chrząknął kilka razy, czekając, aż obiekt jego zainteresowania podniesie głowę. Bez skutku.

– Cześć – odezwał się w końcu niepewnie.

Brunetka podniosła głowę znad książki. Ciemnymi oczami zlustrowała stojącego przed nią chłopaka. Kędzierzawe rudawe włosy aż się prosiły o obcięcie. Wysoki i chudy jak tyczka nerwowo przełykał ślinę. Ma ładne oczy, pomyślała, przyglądając mu się uważniej.

– Co jest? – zapytała obcesowo.

– No… – zająknął się.

– Jak sobie chcesz. – Wróciła do książki. Egzamin za dwie godziny. Powinna zdążyć przeczytać ostatni rozdział.

– Eeee… – Darek daremnie szukał słów. – Wyglądasz… – urwał, dostrzegając na jej twarzy wyraz irytacji.

– Słuchaj, zaraz mam egzamin i nie chcę się denerwować. Dlatego będę miła. – Urwała dla lepszego efektu i po chwili rzuciła bezlitośnie: – Spadaj!

– Luis Royo – powiedział.

– Co?

– Louis Royo. Wyglądasz zupełnie jak kobiety na jego grafikach!

– W przeciwieństwie do nich mam na sobie ubranie.

– Ale to ten styl! – zawołał podekscytowany. – Uwielbiam Royo, chociaż Boris Vallejo też jest niezły! Wyglądasz super! Te tatuaże są prawdziwe?

Popatrzyła na niego z nagłym zainteresowaniem. Rozjaśniona uśmiechem twarz chłopaka była całkiem… przystojna. No i wiedział, kim jest Louis Royo!

– Naprawdę mam egzamin – powiedziała łagodniej.

– Założyłem się z kumplami, że się ze mną umówisz. Wiem, głupota kompletna, ale potrzebuję kasy. Jak przegram, nie mam z czego spłacić długu. – W desperacji zdecydował się wyznać prawdę.

– To trzeba było się nie zakładać – warknęła rozeźlona. Kolejny palant, pomyślała.

– W puli jest tysiak. Jak się ze mną umówisz, dzielimy się po połowie. Pięć stów piechotą nie chodzi, a nie musi być cała randka. Wystarczy, że przyjdziesz i usiądziesz ze mną na pięć minut. Nie musimy gadać. Posiedzisz sobie chwilkę i pójdziesz. Nie musisz nawet na mnie patrzeć. Co ty na to? – Z nadzieją czekał na odpowiedź.

Dziewczyna zamknęła książkę z trzaskiem. Nie zastanawiała się ani chwili. Nie musiała. Doskonale wiedziała, co zrobić.

– Tysiąc – powiedziała twardo.

– No – przytaknął. – Jak podzielimy po połowie, to będzie po pięć stów dla każdego z nas. Naprawdę się zgadzasz?

– Nie zrozumiałeś, koleś. Tysiąc dla mnie.

– Jak to, tysiąc dla ciebie? – Zdębiał. – A co ja z tego będę miał?

– Możesz mieć za chwilę tysiąc złotych długu u kumpli albo czystą kartę.

– Nie możesz wziąć całej kasy – protestował.

– Mogę i mam zamiar to zrobić. Trzeba się było nie zakładać. Wóz albo przewóz, koleś. Decyduj się, bo zegar tyka.

– W kogo ty się wdałaś? – Pytanie było retoryczne i dziewczyna za takie je uważała. Słuchała w milczeniu kolejnego wywodu matki na jej temat. – Chuda, płaska, bezbarwna. Mysie włosy, sterczące na wszystkie strony, i te okropne okulary. Dlaczego nie nosisz szkieł kontaktowych? A te ogrodniczki? Czy ja ich nie wyrzuciłam? Dobrze, że chociaż trochę rozumu jest w tej głowie. Wybierzesz jakiś kierunek związany z finansami, tak będzie dla ciebie najlepiej. Od księgowej nikt nie wymaga urody, tylko kompetencji. Wystarczy, że nie będziesz się rzucać w oczy, i masz robić swoje. Czarno widzę twoją przyszłość, Anastazjo…

– Nie lubię tego imienia – sprzeciwiła się tak cichutko, że nie była pewna, czy naprawdę wykrztusiła z siebie choć słowo.

Piękna i efektowna matka ją onieśmielała. Ojciec nie dokuczał jej tak jak mama, ale czuła, że i dla niego jest rozczarowaniem. Brak jej było przebojowości i energii, którą emanował. Nieśmiałe dziecko, chowające się za nim i zaciskające piąstki na wyprasowanych w kant spodniach, kiedyś było dla niego utrapieniem. Teraz też onieśmielał ją do tego stopnia, że bąkała przy nim tylko „tak” lub „nie”, a jej zasób słownictwa ograniczał się do pojedynczych sylab. Na szczęście ojciec rzadko bywał w domu, a od czasu wszczęcia sprawy rozwodowej nawet nie dzwonił. Nie była pewna, cieszyć się z tego powodu czy smucić.

– Musisz mówić głośniej, jeśli chcesz, żeby ktoś cię usłyszał. Mam nadzieję, że egzaminy wstępne na uczelnię nie będą obejmowały rozmowy kwalifikacyjnej. Nie sprawisz dobrego wrażenia – kontynuowała bezlitośnie matka. – Co ty wyprawiasz? – zdenerwowała się, widząc, że córka trze okulary rąbkiem swetra. – Tyle razy ci mówiłam, żebyś tego nie robiła! To okropne!

– Tak, mamo.

– Wyjeżdżam na dwa tygodnie. Poradzisz sobie?

– Tak, mamo.

– Doskonale. Jesteś taka samodzielna. – Pochwaliła córkę. – Już jako mała dziewczynka świetnie dawałaś sobie radę. Muszę przyznać, że cię cieszę. Dobrze, że jesteś zaradna i nie sprawiasz kłopotów.

Rozmowę przerwał dźwięk klaksonu z zewnątrz.

– To moja taksówka. Oczywiście miała być dziesięć minut temu. Och, która to godzina? – zawołała, patrząc z przerażeniem na zegarek. – Spóźnię się! Pa, kochanie! – Posłała w kierunku córki całusa i wybiegła z domu.

Dziewczyna wsunęła na nos okulary i powłócząc nogami, zaczęła człapać po schodach na piętro, gdzie znajdował się jej pokój. Omal nie spadła, gdy zaplątała się w poluzowane sznurowadło tenisówki.

Rozpędzony mercedes mknął szosą wśród drzew. Kierowca nie zwracał uwagi na wskazówkę szybkościomierza, szybko przesuwającą się w górę. Lecz gdyby nawet spojrzał, bez wątpienia nie przejąłby się, że znacznie przekracza dopuszczalną na drodze prędkość. Światła mijających go od czasu do czasu pojazdów jak meteory na ciemnym niebie rozjaśniały drogę i oślepiały go na kilka sekund. Na to również nie zwracał uwagi. Do domu prowadziły go ciało i wola, a nie świadomość. Tadeusz Sucharski nie starał się walczyć z natłokiem myśli. Pozwalał, by przepływały swobodnie, pozornie bez ładu i składu, ale wszystkie stanowiły rozliczenie jego dokonań. Nie zwolnił, biorąc ostry zakręt, chociaż nie musiał się spieszyć. Nie miało znaczenia, czy dojedzie za godzinę, dwie, rano, a może wcale. Nikt na niego nie czekał. Ale trudno wykorzenić stare nawyki. Wciąż do przodu, dalej, zawsze szybko, nigdy nie oglądać się za siebie. Teraz wszystko się zmieniło. Nie było żadnego „dalej”. Za horyzontem nie czekało już nic. Jego droga życiowa doprowadziła go do punktu, w którym po raz pierwszy w swoim pięćdziesięciopięcioletnim życiu musiał spojrzeć za siebie. Nie spodobało mu się to, co zobaczył. Ani to, kim był. Na zmiany już jednak za późno. Zostały mu nie lata, tylko godziny, minuty, sekundy. Jego czas nadszedł, ale były sprawy, które mógł jeszcze naprawić, choć efektów już nie zobaczy. Diagnoza sprzed kilku tygodni wyjaśniała problemy ze wzrokiem, zaniki pamięci i potworne bóle głowy, pozbawiające go przytomności. Pozbawiała go również nadziei. Nie będzie drugiej szansy. Nie dla niego. Czas, jaki mu pozostał, należało wykorzystać na życiowe porządki. Podjął już pewne decyzje i mógł jedynie mieć nadzieję, że właściwe. To, co powinien był uczynić dawno, teraz musiało nastąpić samo. On mógł tylko zapoczątkować wydarzenia, tak jak jeden mały kamyk daje początek lawinie.

Kilka tygodni temu zlecił likwidację wszystkich rachunków, w tym również rachunku maklerskiego. Dzisiaj doradca finansowy, Ksawery Rybicki, zatelefonował z wiadomością, że zgodnie z jego życzeniem wszystkie pieniądze są na jednym koncie. Sucharski roześmiał się cicho na wspomnienie zszokowanej miny finansisty, gdy stanął przed nim i oświadczył, że zamyka cały rachunek. Nie wdając się w szczegółowe wyjaśnienia, dokonał przelewu wszystkich zgromadzonych pieniędzy w równych częściach na konta córek. Po jego śmierci dowiedzą się, jakim był łajdakiem. Niech przynajmniej mają swobodny dostęp do pieniędzy. Ostatnie kilka tygodni poświęcił także na doprowadzenie do końca ostatniego rozwodu. Jego od tygodnia była żona będzie wściekła, kiedy się zorientuje, że przypadły jej ochłapy, podczas gdy wystarczyło zaczekać kilka dni, by zdobyć prawdziwą żyłę złota. Zdawał sobie sprawę, że formalności spadkowe zazwyczaj bywają nieprzyjemne, a spadek, jaki zostawiał córkom, do takich właśnie będzie należał. Czuł zadowolenie, że zadbał, by poza nimi nie zgłosił się inny spadkobierca. Nie ma innych dzieci ani żadnej aktualnej żony, która mogłaby się domagać swojej części.

Zwolnił i zjechał z głównej drogi w żwirowaną alejkę prowadzącą do domu. Światła samochodu omiotły brukowany podjazd, który wiódł wprost do dwupiętrowego masywnego budynku. Kilka szerokich stopni prowadziło na ganek i do wysokich dwuskrzydłowych drzwi. Przed paroma miesiącami ostatecznie zakończył remont i zastanawiał się, co dalej. Dom był za duży dla jednej osoby, ale Tadeusz Sucharski zawsze miał nadzieję, że będą się tu odbywały rodzinne spotkania. To może się jeszcze zdarzyć, pomyślał, niestety beze mnie.

Samochód pozostawił w garażu. Wszedł do środka i zamknął starannie drzwi, tak jak zawsze do tej pory. Ostrożność była jego drugą naturą, zaraz po zakłamaniu. Nie zapalając światła w holu, skierował się do biblioteki pełniącej także funkcję gabinetu. Zawrócił jednak, tknięty nagłą myślą. Uznał, że lepiej będzie pozostawić drzwi frontowe otwarte. To bez sensu, aby policja je wyważała. Po co dziewczynkom dodatkowy kłopot ze ślusarzem? Będą miały wystarczająco dużo zachodu z pogrzebem. Jeśli w ogóle zechcą go pochować, pomyślał w przypływie czarnego humoru przyprawionego odrobiną smutku. Gdy się o wszystkim dowiedzą, mogą go zostawić w prosektorium, ale niedługo będzie mu to absolutnie bez różnicy.

Żałował, że nie był lepszym ojcem, nie widywał ich częściej… Teraz już na nic się nie zdadzą jego żale. Córki odziedziczyły po nim nie tylko inteligencję i wnikliwość, lecz także determinację i zawziętość. Niestety, sporo też odziedziczyły po swoich matkach i te cechy nieprędko pozwolą im wszystkim dojść do porozumienia. O ile on działał ze stoickim spokojem, o tyle córki objawiały gorący temperament. Oj, będzie się tu działo! Może i lepiej, że tego nie dożyje. Inaczej mógłby skończyć z kulką w głowie, rozmyślał, wchodząc do gabinetu. Ale dogadają się. Był tego pewien. Będą musiały. Żadna z nich nie odpuści swojej części spadku.

Otworzył szufladę biurka, z której wyjął przygotowaną wcześniej wizytówkę. Nie chciał pozostawiać niedomówień. Zważywszy na życie, jakie prowadził, policja może błędnie uznać, że ma do czynienia z zabójstwem, sprytnie upozorowanym na samobójstwo. List pożegnalny, aby nie było wątpliwości, pozostawił w depozycie u notariusza. To powinno ich przekonać o zaplanowanym działaniu. Wizytówka należała do Arkadiusza Mieloszyńskiego, notariusza, u którego złożył depozyty. Pojawił się wprawdzie niewielki problem przy jednym z nich podczas podawania osoby uprawnionej do odbioru koperty. Mieloszyński koniecznie domagał się imienia, nazwiska i miejsca zamieszkania tejże osoby. Z tym ostatnim był wszakże największy kłopot. Ustalenie, kto będzie pełnił służbę tej nocy, to mały pikuś, używając młodzieżowego języka, ale adres… No cóż, od czego są uczynni znajomi. Na jego twarzy pojawił się uśmiech, choć nie było w nim radości. Raczej smutek. Tej przysługi już nie odwzajemni. Nakreślił szybko kilka słów na wizytówce i położył ją na blacie, w widocznym miejscu.

 

Wyjmując spod biurka folię malarską, doszedł nieoczekiwanie do wniosku, że ostatni dzień jego życia był nad wyraz pracowity i uczciwy. Tak, „uczciwy” to dobre słowo na dziś. Może ta uczciwość przyszła za późno, ale „prawda może poczekać, jest do tego przyzwyczajona”, zacytował w myślach słowa Douglasa Jerrolda1. Nie, skrzywił się, to jednak nie jest dobre motto na dziś.

1 Douglas Jerrold (1803–1857) – angielski pisarz i dramaturg.

Kilka lat temu w jego ręce trafiły pewne dokumenty. Sam zajął się ich badaniem, ale w ostatecznym rozrachunku i na to zabrakło czasu. Miał nadzieję, że córki spełnią jego ostatnie życzenie i zechcą kontynuować działania, które rozpoczął, a których zakończyć nie zdoła. Wierzył, że żadna z nich nie oprze się wyzwaniu. Zostawiał im tajemnicę i zagadkę; może po jego śmierci zajmą swoje bystre umysły czymś więcej niż ciągłymi kłótniami. Żeby sobie poradzić, będą musiały współpracować – dzięki temu zdążą się polubić, zanim dojdzie między nimi do rękoczynów.

Zapominając, że nie zamierzał nikomu sprawiać kłopotu, zatrzasnął drzwi gabinetu i przekręcił klucz w zamku. Był to odruch, którego już nie zauważał. Zawsze pilnie strzegł swej prywatności, co nawet stało się powodem kilku nieudanych związków, a potem koniecznością – właśnie z powodu kolejnych nieudanych związków. Upewniwszy się jeszcze, że wszystkie dokumenty leżą w sejfie, zamknął go starannie, uprzednio wyjąwszy z niego broń.

Rozejrzał się po pokoju. Wszystko było w idealnym porządku. Rozwinął folię. W gabinecie znajdowały się antyki i nie chciał, żeby je zachlapała krew. Trudno schodzi. Dywan da się po prostu wymienić, ale jeśli krew przecieknie na dębową podłogę, ślady mogłyby pozostać na wieki. Rozłożył więc starannie folię, pilnując, by zakryła całkowicie biurko i fotel oraz znaczną część podłogi. Zgasił światło i zadowolony z siebie, wyjął z kieszeni marynarki telefon komórkowy. Wybrał dwie jedynki i dwójkę na klawiaturze, mając nadzieję, że numer alarmowy chociaż raz zadziała, i chwilę oczekiwał na połączenie. Gdy usłyszał głos, przedstawił się krótko, podał adres i na końcu dodał: „Samobójstwo”.

Wyłączył telefon i wsunął go pod folię. Usiadł na osłoniętym fotelu i odbezpieczył broń. Patrzył w czarną lufę pistoletu, a raczej w miejsce, gdzie powinna być. Po zgaszeniu światła w gabinecie zapanowała grobowa ciemność. Zastanawiał się, jak to zrobić? Przyłożyć pistolet do głowy i pociągnąć za spust czy może lepiej włożyć do ust lufę? Każda opcja powinna być skuteczna, ale wahał się, nie wiedząc dlaczego. Czyżby na koniec miał się okazać tchórzem? Drgnął, słysząc z zewnątrz jakiś dźwięk. Zerwał się i trzymając pistolet w wyciągniętej ręce, zbliżył się powoli do okna, zza którego dobiegał hałas, gdy ktoś przedzierał się przez krzaki.

Dyżurująca funkcjonariuszka, która odebrała połączenie, bezskutecznie próbowała dodzwonić się pod numer zgłaszającego. Nagranie na poczcie głosowej informowało, że telefon należy do Jarosława Sucharskiego, który prosi o pozostawienie wiadomości. Nie wolno jej było lekceważyć żadnych zgłoszeń, choćby nie wiadomo jak dziwnych. Niezwłocznie wysłała więc na miejsce patrol.

Policjanci, którzy dotarli pod wskazany adres, zastali otwarte drzwi frontowe. Nikt rozsądny nie zostawia otwartych drzwi wejściowych do domu. Zachowując wszelkie środki ostrożności, funkcjonariusze weszli do środka. Światła były pogaszone i nic nie wskazywało na czyjąkolwiek obecność. Na parterze nie było żywej duszy. Tylko jedne drzwi pozostawały zamknięte. Niestety nie udało się ich otworzyć. Szybko i sprawnie przeszukali piętro i poddasze. Pokoje były puste. Dom wydawał się opustoszały i niemal sterylnie czysty.

Wyszli na zewnątrz i sprawdzili otoczenie. Młodszy z dwóch policjantów z patrolu przedarł się przez gęste krzewy i podciągnąwszy się na rękach, usiłował zajrzeć przez okno do zamkniętego pokoju. Specjalna matowa szyba nie pozwoliła jednak dostrzec, co się dzieje w środku. Próbował wejść przez okno, ale nie udało się go ani otworzyć, ani wybić szyby. Z tego, co wraz z kolegą zaobserwowali, właściciel domu szczególnie zadbał o bezpieczeństwo swojej siedziby, montując na parterze wzmacniane okna i zamki. Dlaczego więc zostawił otwarte drzwi? I to enigmatyczne zgłoszenie, o którym zawiadomiła ich dyżurna? Sprawa wyglądała podejrzanie. Funkcjonariusz wrócił do radiowozu, gdzie czekał już jego kolega.

– Okna antywłamaniowe. Nie da rady – powiedział.

– Samochód jest w garażu. Silnik jeszcze ciepły.

Nie musiał dodawać nic więcej. Ktokolwiek przyjechał mercedesem stojącym w garażu, prawdopodobnie znajdował się w zamkniętym pokoju. Mogli się założyć, że ten człowiek jest martwy, ewentualnie wymaga pomocy. Jednak bez ślusarza nie byli w stanie wejść do tego pomieszczenia. Starszy stopniem skontaktował się przez radio z dyżurną. Poinformował ją szybko, co zastali na miejscu zgłoszenia.

Sprowadzony ślusarz, chociaż nie bez trudności, wymontował zamek w drzwiach pokoju. Chwilę potem o sytuacji zostali powiadomieni policjanci z wydziału kryminalnego. Od teraz sprawa należała do nich.

Jedyne, co powstrzymywało komisarza Potockiego przed szukaniem ukrytej kamery, to leżące pod oknem zwłoki mężczyzny. Martwy mężczyzna był prawdziwy. Został zastrzelony. Sprawa wyglądała na ponury żart rodem z powieści Agathy Christie.

Zwłoki znajdowały się w zamkniętym pokoju, a klucz tkwił w zamku od wewnątrz. Broń leżała obok ofiary. Nikt nie mógł wejść do środka. Mężczyzna był sam. Komisarz popatrzył na broń, którą zabezpieczał jeden z techników. Zwrócił uwagę na jej położenie. Wielu morderców, pozorujących samobójstwo swojej ofiary, popełniało standardowy błąd, wkładając broń do ręki trupa. W realnym świecie siła odrzutu wyrywała broń z ręki samobójcy. Miejsce, w którym znajdował się pistolet, sugerowało własnoręczny strzał denata. Policjanci wchodzący w skład grupy dochodzeniowo-śledczej nie znaleźli śladów obecności osób trzecich na miejscu zdarzenia. Z oględzin dokonanych w domu wynikało, że mężczyzna mieszkał samotnie. Ale Potocki czuł, że ta sprawa śmierdzi, choć nie w dosłownym znaczeniu, bo zwłoki były na to zbyt świeże. Gdy stanął na progu pokoju pilnowanego przez policjantów z patrolu, którzy byli pierwsi na miejscu, uderzyły go dwie przeciwstawne myśli. Pierwsza zakładała, że ma do czynienia z samobójstwem, druga, że to starannie zaplanowane zabójstwo upozorowane na samobójstwo. Wstępne ustalenia, z którymi został zapoznany, sprawiały wrażenie pewnej teatralności.

Zwłoki leżały na środku pokoju. Pomieszczenie składało się z dwóch części. Jego umeblowanie i podział wskazywały na dwojaką funkcję: domowej biblioteki i gabinetu jednocześnie. Część bliżej drzwi pełniła funkcję gabinetu, na co wskazywało biurko i fotel obrotowy stojące pod oknem. Po przeciwległej stronie, pod ścianą, znajdowały się sofa, stolik do kawy i trzy niewielkie fotele. Drugą część pokoju, zdecydowanie biblioteczną, oddzielał od gabinetu niewielki stopień; były tam rzędy półek ciągnące się z trzech stron aż po sufit. Składana metalowa drabinka stała oparta o jeden z regałów.

Ciało denata leżało na wznak nieopodal wejścia do pokoju, między ścianą a biurkiem. Na środku czoła mężczyzny widniał otwór po kuli, otoczony zakrzepłą krwią i kawałkami skóry. Na szybie widniał rozbryzg krwi z rany wlotowej. Potocki zauważył też ślady krwi na dywanie niedaleko ciała, wraz ze strzępami szarej tkanki. Pocisk przeszył głowę zmarłego i ślady na dywanie pochodziły właśnie z rany wylotowej. Widząc, że lekarz zakończył oględziny zwłok i każe je pakować do worka, komisarz zapytał:

– I co myślisz?

– Cześć, Adrian – przywitał się specjalista z zakresu medycyny sądowej. Nadal miał na rękach gumowe rękawiczki ochronne. – Wstępnie mogę tylko powiedzieć, że przyczyną śmierci prawdopodobnie był strzał w głowę. Czas zgonu podam po dokładniejszych badaniach, ale stan ciała wskazuje na to, że zmarł nie wcześniej niż godzinę temu. Brak plam opadowych, stężenie pośmiertne jeszcze się nie zaczęło, brak zmętnienia rogówki oka otwartego, zresztą sam wiesz, co ci będę tłumaczył.