LilithTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Olga Rudnicka, 2010

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

www.panczakiewicz.pl

Zdjęcia na okładce

© sbayram/iStockphoto.com

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Irma Iwaszko

ISBN 978-83-8123-434-4

Warszawa 2017

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Prolog

Ciemność była głęboka, czarna, nieprzenikniona. Otaczała ich zewsząd, napierała, gęstymi oparami dławiła oddech. Zimny wiatr, rozdzierający cienki materiał, Moszczący bezlitośnie nagą skórę, miał kształt i barwę nocy. Zdawał się tak namacalny jak gałęzie kaleczące twarz... jak strach... jak ból...

Księżyc nie rozświetlał mroków nocy, gwiazdy ukryte za burzowymi chmurami nie wyznaczały drogi. Jeździec nie potrzebował księżyca ani gwiazd. Ogarnięty szaleństwem pędził przed siebie, wciąż szybciej i szybciej, nie zważając na krzyki ani na gorące łzy spływające mu na pierś, na krew kapiącą z poranionych ostrogami boków konia. Umysł mężczyzny wypełniała ciemność. Pochłaniała jego duszę i serce, tak jak otaczająca go noc. Nie znał różnicy między tym, co widoczne, a tym, czego nie dostrzegał. Wściekłość, gniew, nienawiść... Tylko to. Tylko to czuł.

Popędzał z furią wspaniałego ogiera, choć nie widział ścieżki wiodącej przez las. Ogromny rumak pędził cwałem, tylko sobie wiadomym zmysłem odnajdując drogę. Wiatr szarpał odzieniem mężczyzny i siedzącej przed nim kobiety. Anastazja daremnie kryła twarz przed ostrymi gałęziami, które zdawały się pojawiać znikąd i szarpały ciało i włosy. Nie bacząc na jej płacz i błagania, jeździec bezlitośnie uderzał szpicrutą konia, jednocześnie popędzając go dzikim okrzykiem i coraz mocniej kłując ostrogami.

Wtem chrapliwe dyszenie ogiera przemieniło się w pełen przerażenia kwik. Rumak przez chwilę bezskutecznie przebierał kopytami po mokrej trawie, próbując chwycić równowagę, lecz zaraz runął na ziemię, przygniatając jeźdźca.

Kobieta, wyrzucona wysoko w powietrze, miała wrażenie, że oto nagle na ułamki sekund czas się zatrzymał, nim upadła ciężko na ziemię. Bardziej intuicyjnie niż świadomie przekręciła się na bok i uderzyła biodrem w twarde podłoże, osłaniając brzuch rękoma. Była w zaawansowanej ciąży. Za kilka tygodni miało nastąpić rozwiązanie. Potężne uderzenie sprawiło, że zabrakło jej tchu. Drżała w szoku i z bólu, pełna obawy o życie swoje i maleństwa. Odwieczne prawo natury kazało jej chronić dziecię od miesięcy noszone pod sercem. Zebrała resztki sił i nie myśląc, co skrywa ciemność dookoła, podpierając się łokciami, zaczęła wlec przed siebie obolałe ciało. Byle dalej od szaleńca, który do dziś był jej mężem, a teraz stał się katem.

Nie bacząc na wiatr ani na ciernie kaleczące jej ręce, uciekała od miotającego przekleństwa mężczyzny. Zagłębiając się w ciemny las, coraz bardziej traciła wyczucie kierunku. Żadne światło nie rozpraszało mroku, w którym znalazła schronienie. Nie przeszkadzało jej to. Jeśli ona nic nie widziała, on również... Nie bała się nieznanego. Bała się tego, co zostawiała za sobą.

Ścigało ją pełne bólu rżenie zwierzęcia i wściekłe wrzaski męża, wykrzykującego w noc jej imię. Stopniowo jednak dolatujące z tyłu głosy zamierały. Słyszała łomot serca i rzężenie, które, jak uświadomiła sobie z zaskoczeniem, wydobywało się z jej piersi. Ból stawał się nie do zniesienia. Oszołomienie, spowijające ją dotąd ochronnym kokonem, zaczęło ustępować. Jej uszu dobiegały trzaski i szelesty, nieznane jej dotychczas odgłosy lasu. Poczuła na twarzy pierwsze krople deszczu. Nie widząc niczego przed sobą, nieoczekiwanie straciła oparcie pod rękoma i stoczyła się do niewielkiego jaru. Z trudem opanowała krzyk przerażenia, a potem bólu. Skuliła się w rozpadlinie, gdzie skryły ją paprocie. Drżąc cała i szczękając zębami z zimna, próbowała zrozumieć, co tak odmieniło jej męża.

Wpadł nocą do sypialni jak szaleniec. Miotając wyzwiska i przekleństwa, ściągnął ją z łoża i wywlókł na podjazd, gdzie stajenny trzymał za uzdę osiodłanego rumaka. Przerażona Anastazja wzywała pomocy, żaden jednak ze służących nawet nie spojrzał w jej kierunku. W oknach zauważyła tylko jakąś postać przyglądającą się scenie na dziedzińcu, ale nim zdołała sobie uzmysłowić, kto to, mroczna sylwetka zniknęła.

Nie rozumiała sensu chaotycznych słów wykrzykiwanych przez męża, ale podświadomie czulą, że wiózł ją na śmierć. Czym sobie na to zasłużyła? Cóż takiego się stało? Bolesne rozważania przerwał gwałtowny skurcz promieniujący od łona aż po kręgosłup. Anastazja poczuła gorący strumień, który zmoczył jej koszulę i spłynął po nogach. Zaczynał się poród.

– Boże... – jęknęła z rozpaczą. – Nie tutaj... Proszę, nie teraz...

Rozdział I

1.

Lidia Sianecka pakowała książki do kartonów, po czym starannie oklejała je szarą taśmą. Westchnęła ciężko znużona, a zarazem zadowolona, że to już prawie koniec, i rozejrzała się wokół. Ogrom pracy, jaka ją teraz czekała w nowym miejscu, nie napawał optymizmem. Wprowadzili się niecały rok temu do wymarzonego mieszkania, a tu taka historia! Pokręciła głową z niedowierzaniem. Zmarł stryj Piotra, męża Lidii, pozostawiając mu cały majątek. Stryj, o którego istnieniu żadne z nich nie miało zielonego pojęcia! W skład masy spadkowej wchodził podobno piękny dworek na wsi otoczony parkiem, na którego punkcie Piotr po prostu oszalał. A Lidia była zdecydowanie przeciwna wszystkiemu: spadkowi, wyprowadzce, formalnościom. Przerażała ją wysokość podatku, koszty renowacji domu i jego utrzymania. Wolała nawet się nie zastanawiać, skąd mąż ma zamiar wziąć pieniądze, by móc się zająć parkiem. Bez pomocy z zewnątrz wydawało się to niemożliwe. W głowie uporczywie błąkała się myśl: koszty, koszty, koszty...

Na szczęście notariusz poinformował ich, że znaczna część spadku to las, który zmarły postanowił sprzedać, a nabywca podtrzymuje swoją ofertę. Ustalona cena przekraczała najśmielsze oczekiwania finansowe Piotra i Lidii. Nie tylko mogliby przeprowadzić konieczne prace remontowe i nie martwić się o utrzymanie domu i parku, ale żyć na wysokim poziomie wyłącznie z odsetek. W takiej sytuacji Piotr nie wahał się ani chwili, a Lidka po prostu zaakceptowała kolejne zmiany w ich życiu.

Nie bez pewnej złośliwości pomyślała, że mężowi łatwiej było podjąć decyzję o porzuceniu przyjaciół i znajomych miejsc, by przenieść się na koniec świata. Tak właśnie Lidka postrzegała Lipniów i dworek, który teraz miał się stać jej nowym domem. Piotr mieszkał z rodzicami w wielu miejscach, jego ojciec pracował w dyplomacji, więc byli przyzwyczajeni do przeprowadzek. Mąż mógł rozpocząć nowe życie wszędzie i w każdej chwili, pod warunkiem, że z nią, tak przynajmniej zapewniał. Wolny zawód pozwalał mu pracować gdziekolwiek. Był świetnym architektem, w dodatku interesowało go wyłącznie projektowanie. Pracę w terenie pozostawiał innym, jemu wystarczał komputer i Internet.

Lidka natomiast zrezygnowała z pracy, gdy tylko się dowiedziała, że jest w ciąży. Przedtem dwukrotnie poroniła w pierwszych miesiącach, więc teraz woleli dmuchać na zimne. Piotr najchętniej umieściłby ją w specjalistycznej klinice i to pod namiotem tlenowym. Ale właśnie zaczął się drugi trymestr, ciąża przebiegała prawidłowo, i mimo świadomości, że wiele może się jeszcze wydarzyć, Lidia była spokojna. Spokojna o dziecko, chociaż sama stała się kłębowiskiem napięcia i skrajnych emocji. Tak więc teraz uznała, że może pomysł przeniesienia się do cichego i pięknego miejsca nie jest zły. To tylko pomoże jej skołatanym nerwom. I dziecku będzie wspaniale na wsi, rozmyślała. Świeże powietrze, mogliby wziąć psa albo nawet dwa... i koty... Lidia uwielbiała psy, ale zwierzak męczyłby się w dużym mieście, na betonowym osiedlu. Teraz wszystko miało się zmienić. Na lepsze. A przynajmniej tak sobie powtarzała, broniąc się przed uporczywymi obawami. Miała wszystko, czego tylko mogła pragnąć, ale wciąż czuła napływające fale niepokoju, jak zawsze, gdy otrzymywała od życia więcej, niż w swoim mniemaniu zasługiwała. Starała się odsuwać pesymistyczne myśli, tylko że jej zdaniem cała ta sprawa była dziwna. Piotr w ogóle nie wiedział o istnieniu owego nieznanego stryja ani o rodzinnym gnieździe. Jego rodzice mieszkali od lat w Londynie, a wiadomość o spadku była dla nich takim samym zaskoczeniem, jak dla Piotra. Po obejrzeniu archiwum rodzinnego ustalono dość daleki stopień pokrewieństwa. Jeśli dobrze zrozumieli, stryj Leopold był najmłodszym bratem dziadka matki Piotra. Teoretycznie więc to ona powinna zostać nową właścicielką rodzinnego majątku, ale dziedziczenie z mocy testamentu sporządzonego przez stryja dotyczyło wyłącznie męskiego potomka. Teściowa Lidki została pominięta. Nie zamierzała podważać testamentu, w końcu nie zależało jej na pieniądzach, a przecież i tak dostawał je ukochany jedynak. Piotr kpił z obaw żony dotyczących dalekiego krewnego, o którym nikt nic konkretnego nie wiedział, a którego istnienie odkryto dopiero po jego śmierci.

Tak naprawdę Lidia nie widziała jeszcze domu, ale Piotr był nim urzeczony. Przywiózł stertę zdjęć dworku. Nie odstraszały go spróchniałe ramy okienne, odpadająca płatami farba, sypiący się tynk, zniszczone podłogi, piece kaflowe. Oczami architekta widział nie to, co tu było, lecz co będzie. Wyobraźnia wskazywała mu możliwości, które przed Lidką pozostawały ukryte. Ona widziała po prostu to, co tam teraz było.

 

Z westchnieniem zakleiła ostatni karton. W pokojach to już wszystko. Teraz kuchnia i w drogę. Na szczęście resztą zajmie się firma przewozowa.

2.

Przejeżdżając przez miasto, Lidka z uwagą obejrzała stare kamieniczki, rzędy przyklejonych do siebie szarych domów i szpalery drzew. W centrum Lipniowa znajdował się rynek. Wokół niewielkiej fontanny były rozstawione ławki. Naga kobieca postać miała długie kamienne włosy opadające aż za pośladki i zakrywające piersi oraz łono. W pierwszej chwili Lidce przyszło na myśl, że rzeźba przedstawia wizerunek Lady Godivy, która nago objechała miasto na koniu, zasłonięta tylko welonem własnych włosów. Wyrzeźbiona tutaj kobieta jednak nie siedziała na koniu, lecz stała w wyzywającej pozie, a jej tułów oplatał wąż. Na widok fontanny Lidka poczuła przygnębienie, mimo że wokół stały tłumy rozbawionych, podekscytowanych ludzi w różnym wieku.

– Pewnie kolejny z moich nastrojów. – Ściągnęła z dezaprobatą usta.

Ku jej zaskoczeniu Piotr znosił jej humory z całkowitym spokojem. Nie przeszkadzały mu wybuchy irytacji, płacz i czułości następujące po sobie w odstępie sekund, gniew i pretensje, które po chwili zamieniały się w radość. Lidii przeszkadzało wszystko, a najbardziej ona sama.

Piotr celowo zwolnił, by podziwiać widok. Lidia z zadowoleniem odnotowała, że oświetlone witryny sklepowe na rynku przypominały każde inne miasto dekoracjami i reklamami. Odczytywała kolejno napisy – restauracja Sukub, ozdobiona wizerunkiem pięknej kobiety, którą oplatał wąż, podobnie jak rzeźbę na rynku, księgarnia Lilith, sklep z antykami. Zauważyła kilka butików i kawiarni, co poprawiło jej humor. Doszła do wniosku, że miasteczko jest urocze. Nie miała pojęcia, skąd się wziął ów wcześniejszy niepokój.

Poprzedniego dnia obudziła się spocona i przerażona. Miała wrażenie, że serce wyskoczy jej z piersi. Nie pamiętała, o czym śniła, ale wpadła w taką histerię, że prawie odmówiła przyjazdu. Teraz odzyskała spokój i dobry humor; miasteczko tętniło życiem, ławki wokół fontanny były pełne ludzi, kilkanaście osób pozowało do zdjęć.

– Nie jest tak źle, prawda, kochanie? – zwrócił się do niej z uśmiechem Piotr. Zauważył, że znikła nadąsana mina. W oczach żony rozbłysły iskry zainteresowania.

– Owszem. – Odwzajemniła uśmiech, spoglądając z miłością na męża.

Był wysokim, szczupłym mężczyzną. Niewiele brakowało, by można powiedzieć, że chorobliwie chudym. Był od niej starszy o dziesięć lat, ale upływ czasu znamionowały tylko wysokie zakola na czole, sugerujące początek łysienia. Wizerunku dopełniały ciepłe brązowe oczy i okulary o grubych szkłach. Ona sama była niewiele niższa, sto osiemdziesiąt centymetrów to dla kobiety sporo. Nigdy nie należała do drobnych i wiotkich dziewcząt. W najlepszym razie jej sylwetkę można by określić jako posągową, choć nie miała kłopotów z nadwagą. Po prostu uważała się za niezgrabną.

Nie mogła uwierzyć, że Piotr zainteresował się właśnie nią. Miała dwadzieścia pięć lat, gdy poznali się przy jednym z prowadzonych przez niego projektów, gdzie pracowała jako tłumaczka. Do dziś się zastanawiała, dlaczego ten inteligentny, umiejący pięknie mówić mężczyzna zainteresował się właśnie nią – zbyt wysoką, zbyt nieśmiałą i zbyt niezgrabną brzydulą, biegającą w rozdeptanych adidasach.

Przeczesała palcami blond fale sięgające podbródka. Pasemka zniknęły i włosy przypominały kolorem po prostu słomę. Zdawała sobie sprawę, że mogłaby wyglądać atrakcyjniej, ale ostatnio nie miała ani chwili, by o to zadbać. Zbyt wiele czasu poświęcała trosce o własne zdrowie i o dziecko, by jeszcze myśleć o swoim wyglądzie. Piotrowi najwyraźniej to nie przeszkadzało. Wszystkie ich pragnienia skoncentrowały się na wyczekiwanym maleństwie.

Znów poczuła niepokój, gdy mijali księgarnię Lilith. Na ogromnej szklanej szybie okna widniał znak, który przypominał pentagram. Lidka nie była pewna jego znaczenia, kojarzył jej się z satanizmem. Przy wejściu stała kobieta. Lidka zwróciła uwagę na niespotykany kolor jej włosów. Ni to stare złoto, ni to rudy. Najbardziej adekwatne określenie, jakie przyszło jej na myśl, to cynamonowe. Nieoczekiwanie dla Lidki ich spojrzenia się skrzyżowały. Z tej odległości nie mogła dostrzec barwy oczu nieznajomej, ale czuła na sobie jej wzrok. Czujny i badawczy. Kobieta przyglądała im się bez zażenowania właściwego dla gapiów, którzy, przyłapani na gorącym uczynku, szybko odwracali wzrok, udając zainteresowanie czym innym.

Dopiero gdy Lidka z Piotrem zniknęli jej z oczu, odwróciła się i weszła do sklepu. Edyta Mielnik była właścicielką księgarni, a także połączonego z nią antykwariatu. Interes prosperował całkiem nieźle, lecz prawdziwy zysk przynosiła nie sprzedaż książek, zalegających regały księgarni, tylko wyszukiwanie na zlecenie klientów „białych kruków” i starych rękopisów. Interesował ją dwór w Lipniowie, dotąd jednak nie wybrała się tam z wizytą mimo licznych zaproszeń poprzedniego właściciela. Wolała zachować ostrożność. Nie tak dawno wróciła do miasteczka po wielu latach nieobecności. Nie była pewna, komu może zaufać. Wolała nie ufać nikomu.

3.

Zaraz za miastem skręcili w wiejską wyboistą drogę, obsadzoną po obu stronach szpalerem powykrzywianych wierzb. Ciągnęła się kilka kilometrów aż do ogromnej wykutej z żelaza bramy. Piotr wysiadł i podszedł do ogrodzenia, by zdjąć łańcuch z kłódką broniącą dostępu obcym. Żeliwne wysokie pręty ogrodzenia zasłaniał równie wysoki żywopłot, przerośnięty i nierówny. Jechali teraz wolno żwirowanym podjazdem. Spośród drzew wyłonił się dworek, który zdawał się rosnąć w oczach. Zafascynowana Lidia nie mogła oderwać od niego wzroku. Czuła się tak, jakby trafiła do innego stulecia.

– Z tyłu jest ogród. – Piotr zaparkował tuż przy schodach. Delikatnie podtrzymując żonę, pomógł jej wysiąść z samochodu. Lidka rozglądała się wokół z ciekawością. Trawa się zieleniła, liście na drzewach błyszczały jaskrawym seledynem, zapach wiosny unosił się w powietrzu.

Sam dworek, widziany teraz z bliska, wyglądał równie przygnębiająco jak na zdjęciach. Mimo to jednak był piękny. Wystarczyło, by wyobraziła sobie odmalowane fasady i nowe okiennice, by poprawił się jej nastrój. Dom wymagał ogromnej pracy, ale oczyma wyobraźni widziała tutaj dużą szczęśliwą rodzinę.

– Chodź. – Piotr pociągnął ją za rękę. – Najpierw musisz zobaczyć ogród. – Cieszył się jak mały chłopiec.

Widok, który ukazał się ich oczom, zapierał dech w piersiach. Cały teren był wprawdzie zaniedbany i zarośnięty, ale pozostały wyraźne resztki klombów, gdzie kiedyś rosły kwiaty. Wystarczyło przyciąć wybujałe krzewy, przywrócić im właściwy kształt i usunąć chwasty wypełniające wąskie dróżki wśród drzew. Pośrodku ogrodu stała podniszczona fontanna. Stanowiła wierną kopię tej na rynku, choć znacznie mniejszą. Na dnie zbiornika leżała gruba warstwa pleśni i grzybów. Czas i zmienna pogoda pozostawiły swój ślad na figurach stojących po obu stronach alejek. Mimo to panował tu nobliwy spokój, a całe to miejsce miało niepowtarzalny urok. Lidia odwróciła się i spojrzała na dom. Do ogrodu można było się dostać tylnym wyjściem, przez kamienny taras, z którego opadały kręte schody z kamienną balustradą. Spojrzała pytająco na męża. Zrozumieli się natychmiast.

– Mam tylko klucze do głównych drzwi – powiedział przepraszająco.

– W porządku. – Uśmiechnęła się. – Miałeś rację, tu jest pięknie. – Westchnęła z zachwytu, wdychając zapach wiosennych pąków i kwiatów.

– Wiedziałem – odrzekł ucieszony, ponownie ciągnąc ją za rękę, tym razem do frontowego wejścia między dwoma filarami. – To wymarzone miejsce dla nas i dla dzieci – mówił dalej, manewrując pękiem kluczy przy zamku. – Mamy tu wszystko. Nie jesteśmy na odludziu, a do miasteczka można się dostać nawet pieszo. No, chyba jednak nie – poprawił się szybko – ale nie mieszkamy na końcu świata. Nie będziesz się nudzić. – Udało mu się wreszcie otworzyć drzwi. – Niestety, ten dom wymaga mnóstwa pracy. Tylko się nie przemęczaj – dodał zaraz.

– Tutejsi ludzie są naprawdę mili i sympatyczni. Na pewno wkrótce kogoś poznamy.

Lidia uśmiechnęła się, słysząc w jego głosie entuzjazm. Weszła do ogromnego holu; posadzka wyłożona tu była marmurowymi płytkami. Zauważyła kilkoro drzwi prowadzących do pomieszczeń na parterze. Z planu budynku zapamiętała, że na dole znajdują się biblioteka połączona z gabinetem, jadalnia, salon, kuchnia i spiżarnia. Sypialnie były na piętrze, na które wiodły szerokie schody. Dom miał też poddasze ze strychem, który najbardziej ją intrygował. Na takich starych strychach można znaleźć ukryte skarby, ale dzisiaj nie zamierzała tego sprawdzać.

– Meble są okryte płótnem, obrazy i inne rzeczy zaniesiono na strych. – Piotr wszedł pierwszy do biblioteki.

– Prosiłem kobietę zajmującą się domem, żeby trochę tu posprzątała przed naszym przyjazdem. – Zrzucił pokrowiec z fotela na podłogę.

Lidia z ulgą opadła na szeroki fotel. Nie miała siły odpowiedzieć. Była zaskoczona znużeniem, które tak nagle ją ogarnęło. Powinna się już chyba przyzwyczaić do nieodłącznego uczucia zmęczenia, dopadającego ją tak często i bez wyraźnej przyczyny. Czasem miała wrażenie, że mogłaby przespać cały dzień. Po chwilowych emocjach na widok domu i ogrodu straciła zainteresowanie dworem.

– Zaraz zasnę – powiedziała z ciężkim westchnieniem. – Kilka godzin jazdy, a czuję się jak po całym tygodniu pracy.

– Jeszcze tylko kilka miesięcy. – Piotr pocałował ją z czułością.

– Może dla ciebie – mruknęła sceptycznie. – Dla mnie równie dobrze mogłoby to być kilka lat.

Roześmiał się z jej miny.

– Zajrzę do kuchni, zobaczę, czy mamy coś do jedzenia...

– Kochanie? Lidka? Obudź się! – Zaniepokojony Piotr potrząsnął nią lekko. Wracał z kuchni z tacą pełną kanapek, gdy usłyszał dochodzące z biblioteki jęki. Wbiegł przerażony, ale Lidka spała zwinięta w kłębek na fotelu. Kręciła się tylko i jęczała cicho, na jej czole perlił się pot.

Otworzyła oczy, w których jeszcze pozostały resztki oszołomienia i lęku. Odetchnęła z ulgą, widząc nad sobą twarz męża. Piotr przyglądał się jej zatroskany.

– To tylko sen. – Pogłaskał ją uspokajająco po włosach. -Jesteś zmęczona. Napij się ciepłej herbaty...

– Był taki realny – szepnęła, spoglądając czujnie w stronę wielkiego okna.

– Kto taki?

– Nie wiem... – Zawahała się, nie wiedząc, jak określić emocje, które ją ogarnęły. – Stał tam. – Wskazała kąt pokoju tuż przy oknie.

– Nikogo tu nie ma. To tylko zły sen – powtórzył Piotr.

– Wiem – westchnęła – ale dziwnie się czuję. Tak jakby... – Umilkła. Sen umknął. Pozostało po nim tylko lepkie wspomnienie.

– Miałam wrażenie, że dzieje się coś złego, że coś mi grozi... – ponownie spróbowała wyjaśnić i urwała.

Wzruszyła ramionami. Nie pamiętała już nic konkretnego poza lękiem i poczuciem zagrożenia.

– To wyobraźnia... O! – wykrzyknął zaskoczony Piotr, słysząc klakson. – To pewnie ci od przeprowadzek. – Podszedł szybko do okna. Rzeczywiście, na podjeździe stała ciężarówka.

– Spodziewałam się ich dopiero wieczorem. – Lidka nie kryła zdziwienia.

– Ja również. Zostaniesz sama?

– No jasne, idź, zanim wyrzucą wszystko na trawnik przed domem. – Poklepała go lekko po ręce. – Nie zwracaj uwagi na moje humory. To wszystko przez ciążę. – Rzeczywiście czuła się już spokojniejsza.

Wpadające przez okna światło dnia rozjaśniało pomieszczenie, wnosząc nastrój spokoju i bezpieczeństwa, który nie miał nic wspólnego z tym, co widziała we śnie. Wstała i do końca rozsunęła kotary. Ku swemu zdziwieniu odkryła, że to, co brała za okno, było drzwiami prowadzącymi na tamten kamienny taras, który wcześniej widzieli z ogrodu.

Pozostała część dnia upłynęła im na rozpakowywaniu najpotrzebniejszych rzeczy. Piotr wybrał na sypialnię największy pokój z podwójnym łóżkiem i szafą. Tam też zaniósł kartony z rzeczami osobistymi, które Lidia starannie poukładała. On tymczasem roznosił pozostałe pudła do odpowiednich pomieszczeń. Lidka nie pozwoliła mu jednak otwierać żadnego z kartonów. Skoro miała zajmować się domem, powinna wiedzieć, gdzie co jest, żeby potem nie szukać tego, co jej potrzebne. Najlepiej będzie, jeśli ułoży wszystko po swojemu.