Granat poproszęTekst

Z serii: Emilia Przecinek #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Granat poproszę
Granat poprosze
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 56,35  45,08 
Granat poprosze
Audio
Granat poprosze
Audiobook
Czyta Mirella Rogoza-Biel
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Szafa! Schowam się w szafie! – pomyślała, podświadomie zdając sobie sprawę, że to równie głupi pomysł, jak skakanie przez okno. Ale instynkt samozachowawczy zwyciężył, toteż, chwiejąc się na nogach, ruszyła w kierunku szafy wnękowej zajmującej jedną ze ścian. Było tam dość miejsca, by usiąść w kąciku i przeczekać. Może pomyślą, że poszłam na zakupy? – pocieszała się, jednocześnie odsuwając od siebie wszelkie myśli o domagającym się uwolnienia pęcherzu.

– Babcia? – zawołała ze zdziwieniem Kropeczka. – I babcia? – dodała z jeszcze większym zdziwieniem na widok drugiej kobiety, która właśnie zamykała za sobą drzwi.

– A babcia, babcia – zżymała się babcia Jadzia, stawiając torebkę na stoliku z wazonem pełnym sztucznych kwiatów. – Co tu się u was dzieje?

– U nas? – Kropeczek miał nadzieję, że jego twarz wykrzywia uśmiech, a nie straszliwy grymas. Sądząc po minie babci Adeli, wyszło mu raczej to drugie.

– U was, u was – odpowiedziała babcia Adela jednym tchem. – Nie mogę się dodzwonić do twojej matki! Miała jechać ze mną na cmentarz, do tatusia, i czekam, i czekam, i nic. Do tego nie odbiera telefonu, więc wsiadłam w taksówkę i jestem.

– No właśnie, właśnie – przytaknęła jej Jadzia. – Cezary nie dość, że nie odbiera, to jeszcze mnie bezczelnie rozłącza, a potem… To już szczyt impertynencji… Wyłączył telefon!!! Nawet nie wiem, dlaczego mnie to dziwi! Po takim ojcu!

Tu spojrzała krzywo na Kropeczka, jakby to on spłodził swojego ojca, a nie dziadek Jan, który uciekł od babci, co nikogo szczególnie nie dziwiło. Przynajmniej nikogo, kto znał babcię Jadzię. Rzecz jasna, wtedy nie była jeszcze babcią, tylko młodą matką, ale podobno macierzyństwo charakteru jej nie poprawiło.

– Cezarego nie ma – poinformowała je Wieśka. – A Emilka… Odpoczywa. Zapraszam panie na herbatkę i…

– Jak to, odpoczywa? – zbulwersowała się babcia Adela. – A niby po czym? Przecież ona nic nie robi. Puka tylko w klawisze tego swojego komputera. To niby po czym ona taka zmęczona?

– No wiesz! – obruszyła się Jadzia. – Twoja córka jest pisarką! To musi być emocjonalnie wyczerpujące! Powinnaś docenić jej talent, zwłaszcza że sama nie masz żadnego!

– Przynajmniej mam chłopa! – odcięła się Adela.

– Na cmentarzu!

– W przeciwieństwie do ciebie wiem, gdzie jest, i nie muszę się bać, że szlaja się po babach jak twój!

– Babciu! – krzyknęli jednocześnie Kropeczek i Kropka.

– Czego? – warknęły obie.

Wieśka znała obydwie panie, ale nigdy wcześniej nie miała okazji spotkać się z nimi dwiema jednocześnie. To jasne, że nie przepadały za sobą. Obie były w podobnym wieku. Jadwiga, matka Cezarego, miała siedemdziesiąt jeden lat. Siwe włosy, zawsze starannie uczesane w kok, okulary w grubych, czarnych oprawkach, elegancka garsonka i buty na niewielkim obcasiku, do tego mała torebka. Była ostra, wymagająca i nie znosiła całego rodzaju męskiego. Wieśka po cichu uważała, że mimo upływu lat babcia Jadzia nadal kochała tego łajdaka, który za młodu złamał jej serce. Tyle goryczy mogło się brać tylko z zawiedzionej miłości. Nie przepadała za synem, co Wieśki nie dziwiło. Nikt za Cezarym nie przepadał. Szkoda tylko, że biednemu Kropeczkowi dostawało się rykoszetem.

Z kolei Adela, matka Emilii, była złośliwa i wredna zupełnie bez powodu. Taka uroda. Córka stała się dla niej ogromnym rozczarowaniem. Marzyła jej się wysoka, jasnooka blondynka, a nie mała, korpulentna czarnulka. To, że Emilka była znaną pisarką, stanowiło okoliczność łagodzącą, choć tylko w niewielkim stopniu. Ona sama, mimo upływu lat – liczyła sobie siedemdziesiąt dwie wiosny – była szczupła (dzięki zajęciom jogi i diecie), włosy miała zawsze starannie ufarbowane na blond i elegancko ułożone, jakby codziennie chodziła do fryzjera, obowiązkowy delikatny makijaż i długie paznokcie, pomalowane na różowo. Nie przepadała za garsonkami, wolała swobodniejszy styl – dżinsy, buty typu Nike, blezer. Emilka wyglądała przy Adeli jak służąca, a nie córka.

– Zapraszam na herbatę – powtórzyła Wieśka. Tym razem zaproszenie nie brzmiało jak propozycja, lecz rozkaz. Sądząc po jęku dzieciaków, był to błąd.

– A kim pani właściwie jest? – zapytała babcia Jadzia, mierząc ją lodowatym wzrokiem znad okularów, które zsunęła na czubek spiczastego nosa.

– Wiesława…

– Ona wie, jak pani się nazywa – wtrąciła się równie groźnym tonem babcia Adela. – Ona się pyta, kim pani jest, żeby nam rozkazywać!

– Nie mów za mnie! – zirytowała się Jadzia.

– Gdybyś wyrażała się jaśniej, nie musiałabym tego robić! – odcięła się Adela.

– Jasna cholera! – zaklęła Wieśka, biorąc się pod boki. – Co za dwa koszmarne maszkarony! Jazda do kuchni! Emilia ma niezwykle ważny termin! Niezwykle! Nie wolno jej przeszkadzać!

– No wiecie co…

– Ważny termin? – przerwała Adeli Jadwiga. – Taki pisarski?

– A pani myśli, że na co czekam? – zirytowała się agentka. – To niezwykle ważna sprawa. Być może książki Emilii będą tłumaczone na inne języki.

– Wielkie mi co…

– Będzie światową pisarką? – Jadwiga bez ceregieli szturchnęła Adelę łokciem.

Ta sapnęła oburzona i już otworzyła usta, by powiedzieć, co o tym myśli, ale nie zdążyła. Babcia Jadzia złapała ją za rękę i niemal siłą zaciągnęła do kuchni.

Wieśka puściła oko do nastolatków i palcem wskazała na sypialnię. Nie trzeba im było dwa razy powtarzać. Agentka zajmie się maszkaronami, oni matką.

– Żeby w moim własnym domu…! – zaczęła perorę wzburzona Adela, ale Jadwiga przerwała jej stanowczo:

– To nie jest twój dom!

– Ale moja córka!

– A moja synowa!

Wieśka z westchnieniem zaczęła przeszukiwać szafki. Może Emilka ma gdzieś zapas melisy? Albo chociaż rumianku? A może zdarzy się cud i znajdzie cyjanek? Albo chociaż trutkę na szczury?

Sypialnia była pusta. Kropeczek spojrzał na Kropkę, a ta na niego i stali tak chwilę zdezorientowani. Matka zniknęła.

– Chybabyśmy słyszeli, gdyby wyszła z domu? – odezwał się niepewnie chłopiec.

– Hm… – Jego siostra była w kropce.

Niemal jak w powieści Agathy Christie. Gdyby pokój był od wewnątrz zamknięty na klucz, mieliby do czynienia z tajemnicą zamkniętego pokoju. Na razie mieli tylko zaginioną matkę. Ta zaś nie miała wielu możliwości, by się wymknąć. Musiała więc tu gdzieś być. Umysł Kropeczki przeanalizował wszystkie możliwości. Bez wahania podeszła do szafy i odsunęła drzwi. W środku siedziała skulona matka, osłaniając ręką oczy przed nagłym napływem światła.

– Cokolwiek się wydarzyło, pamiętaj, że i tak cię kochamy – oświadczyła Kropka, postanowiwszy nie wnikać, czy matka została ofiarą przemocy, czy też wampirem. W jej powieściach wszystko było możliwe. – Ale teraz musisz natychmiast wytrzeźwieć, doprowadzić się do porządku i zjawić w kuchni, zanim wparują tu dwie czarownice na miotłach i cię zlinczują. Wieśka wcisnęła im kit, że masz jakiś termin, więc musisz tam pójść, zanim zjedzą ją żywcem, i oznajmić, że właśnie wysłałaś tekst. Cokolwiek się wydarzyło, porozmawiamy o tym później. Pamiętaj, że nie jesteś z tym sama.

Kropeczek ze zdziwieniem spoglądał na przemawiającą z powagą siostrę. Emilka również oniemiała ze zdumienia. Zerknęła nieśmiało na córkę przez palce. Takiej Kropki nie znała.

– Dużo czytam – wyjaśniła jej dziewczyna. – Te poradniki motywacyjne wcale nie są takie głupie.

Wieśka spojrzała pytająco na dzieci, gdy te zjawiły się w kuchni. Obie babcie prowadziły burzliwą dyskusję przyciszonymi głosami. Kropeczek wolał nie wnikać, na jaki temat. W tej rodzinie nigdy nie zapraszało się obu pań razem na żadną uroczystość, prócz Wigilii. Tej nie dało się zorganizować w dwóch terminach, jak imieniny czy urodziny.

To zawsze były niezapomniane uroczystości. Jego najwcześniejsze wspomnienie kolacji wigilijnej to babcia Jadzia i babcia Adela gniewnie przeżuwające opłatek. Nie wiedział, że da się go żuć, ale im się udawało. A może po prostu zgrzytały zębami? Takich szczegółów nie pamiętał.

Kropka mrugnęła znacząco do agentki, która spojrzała dziękczynnie w sufit. Melisa nie pomagała, a Wiesława właśnie zaczynała drugi kubek. Maszkarony nawet nie zauważyły, że herbata im stygnie, pogrążone w kłótni, prowadzonej szeptem, żeby nie przeszkadzać pisarce.

– Mama już kończy. Zaraz przyjdzie. – Z uśmiechem poinformowała zebrane w kuchni towarzystwo Kropka.

– Wspaniale – ucieszyła się babcia Jadzia.

– Najwyższa pora – zgodziła się z nią babcia Adela i sięgnęła po filiżankę z herbatą. – Fuj – skrzywiła się. – A cóż to za letnie paskudztwo! Nie wie pani, że herbatę należy pić ciepłą?

Wieśka spojrzała na nią morderczym wzrokiem, lecz nie zdążyła wprowadzić zamiaru w czyn, gdyż w kuchni pojawiła się oczekiwana przez wszystkich Emilia. Nie wyglądała zbyt dobrze z podkrążonymi oczami i opuchniętą twarzą, ale przynajmniej miała na sobie czysty szlafrok. Na twarzy agentki pojawił się pełen oczekiwania uśmiech, gdy gwałtownie mrugając do niej jednym okiem, zapytała:

– I jak, Emilko? Skończyłaś?

Ta spojrzała na nią tępo i nieoczekiwanie dla samej siebie, a nawet wbrew sobie oświadczyła głośno i wyraźnie dokładnie to, czego postanowiła nie mówić:

– Cezary mnie porzucił. Chce rozwodu.

Kropeczek zakrztusił się powietrzem. Albo śliną. Sam nie wiedział, co to było, ale nie mógł przestać kaszleć. Może to alergia na rozwody? Któż to wie. Kropka mocno uderzyła brata w plecy. Był to bardziej odruch niż przemyślana reakcja, albowiem w tym momencie jej analityczny umysł się zawiesił. Wieśka chwyciła letnie paskudztwo, stojące przed babcią Adelą, i wypiła je do dna. Obie starsze panie natomiast – chyba po raz pierwszy w życiu – zaniemówiły.

Była to jednak tylko chwila. Cisza przed burzą, która miała się rozpętać. To oczywiste, że ten spokój nie mógł trwać wiecznie. Koniec jej małżeństwa nie został uczczony minutą ciszy. Poświęcono mu nie więcej niż dziesięć sekund.

 

– Cud, że nie zostawił cię wcześniej – odezwała się z przekąsem babcia Adela, absolutnie nie współczując córce. Tak to jest, jak się o siebie nie dba, pomyślała, a głośno dodała: – Na pewno ma kochankę.

– Kocham cię jak własne dziecko – zadeklarowała babcia Jadwiga, która dokonała w głowie błyskawicznej analizy i uznała, że lepiej błyszczeć w sanatoriach jako teściowa utalentowanej pisarki, niż być matką pospolitego rozwodnika.

– Załatwię ci wywiad na całą stronę – zapewniła ją Wieśka, w której najpierw ocknęła się agentka, a przyjaciółka… No cóż… Do tego też dojdziemy. Nie wszystko naraz. Przecież się nie rozdwoi.

– Z kim będziemy mieszkać? – wydusił czerwony na twarzy Kropeczek.

– Kto będzie płacił kredyt za mieszkanie? – zapytała Kropka, gdy jej umysł zaczął działać, na zwolnionych wprawdzie obrotach, ale przynajmniej ruszył z miejsca.

– Czy chociaż jedna osoba mi współczuje? – Emilia rozejrzała się po zwróconych ku niej twarzach. Była na nich widoczna cała gama emocji, ale jakoś nikt nie pomyślał o niej, porzuconej żonie.

Jest wrakiem człowieka. Jej kobiecość została wdeptana w błoto. Ma kaca.

Kolejny dzień wcale nie zapowiadał się lepiej. Test ciążowy i ewentualne relegowanie syna z technikum wyleciały jej z głowy. Babcia Pelagia postanowiła odejść z tego świata z godnością. To nie jest świat dla starych ludzi, pomyślała sentencjonalnie Emilia. W tym momencie stanęły jej przed oczami matka z teściową i doszła do wniosku, że to nie jest świat również dla niej. Ale te dwie staruszki doskonale sobie na nim radziły. To z nią, Emilią, było coś nie tak. Babcia Pelagia pogłaskałaby ją po głowie i powiedziała: „Nie martw się, dziecko. Gorsze rzeczy się człowiekowi w życiu zdarzają. Wojna. Powódź. Śmierć. PiS u władzy”.

Ale babcia Pelasia przestała istnieć godzinę temu. Została tylko jej wnuczka Filomena, która nie była teraz już żadną wnuczką, bo nie miała babci. Jakie to przykre, westchnęła Emilia. Pelagia mogła być wspaniałą kobietą, pełną uroku, mądrości i współczucia. Filomena bez niej nie będzie już sobą. Ta młoda kobieta zostanie sama jak palec na tym świecie, bez ramienia, na którym mogłaby się oprzeć i…

– Szlag! – zaklęła nagle. Właśnie próbowała zrobić z Filomeny siebie. Przecież jej bohaterka jest młodą kobietą, poszukującą miłości, a nie przyszłą rozwódką przed czterdziestką z dwójką nastolatków i dwiema matkami na karku.

Kropeczek postanowił zostać w domu. Dyrektor i tak kazał mu się nie pokazywać na oczy bez rodziców, a matki lepiej nie zostawiać samej. Kto wie, co jej jeszcze wpadnie do głowy. Wczoraj z Kropką opróżnili ojcu cały barek, żeby czasami matki nie korciło. Wylali wszystek alkohol do zlewu, co do ostatniej kropli. Zrobili to z niemałą satysfakcją, ot, taka mała zemsta za zrujnowanie im życia.

– Nie idziesz do szkoły? – zdziwiła się Kropeczka na widok brata siedzącego w bokserkach przed komputerem.

– Nie zostawię matki samej – oświadczył uroczyście.

– Nie przesadzajmy. Nie ona pierwsza i nie ostatnia. A ojciec jest w tym wieku, że na pewno przechodzi jakiś kryzys wieku średniego. Pewnie po prostu zrobił sobie skok w bok. Wiadomo, że nie dotrzyma kroku młodszej lasce, więc wróci do domu na kolanach.

– Skąd wiesz?

– Czytałam o tym – poinformowała go krótko. – W tej chwili ma potrzebę udowodnienia swojej męskości.

– Jest gruby i łysy. – Kropeczek się skrzywił. – Co on może wyrwać?

– Zawsze znajdzie się jakaś chętna lafirynda, co wyczyści mu konto. Skoro zostajesz w domu, powiedz matce, niech przeleje kasę ze wspólnego konta na własne.

– Myślisz, że ten ojca wyskok może nas tyle kosztować? – zaniepokoił się chłopak.

– Nie. To dusigrosz. Ale jak zostanie bez kasy, to szybciej wróci – odparła z przekonaniem Kropka.

– No nie wiem… Zostawił matkę dla innej babki. Jakbym był kobietą, to już bym go nie przyjął.

– Hm… – Kropka nie brała pod uwagę godności osobistej matki. – Wróci nie wróci, lepiej, żeby kasa poszła na nas, a nie na jego lalę – uznała.

– No dobra… – Podrapał się po głowie. – Mogę jej powiedzieć. Ale może lepiej, żebyś ty to zrobiła? Jesteś kobietą i w ogóle…

– Nie mam czasu na dyskusję. Na pierwszej godzinie piszę test z anglika.

– Nie możesz go napisać kiedy indziej? Chodzi o przyszłość naszej matki.

– Przyszłość matki jest zapewniona. Przynajmniej ta zawodowa. Moja nie – poinformowała go z wyższością siostra.

– No dobra – burknął niechętnie. – Ale powiem jej tylko o tym koncie. Nie będę jej udzielał żadnych smerdolonych porad! Mam tylko siedemnaście lat, nie będę gadał z matką o kryzysie wieku średniego! Mam jeszcze pryszcze!

Brat wyglądał na cholernie nieszczęśliwego. Jej również nie podobała się ta sytuacja. Kropeczka chciała, żeby było jak dawniej. Żeby mogła narzekać, że ojciec to stary nudziarz i jej nie rozumie, a matka buja w obłokach. Takie drastyczne zmiany w jej życiu, gdy sama jest w trudnym wieku, mogą pchnąć ją na drogę autodestrukcji. Dlatego musi żyć tak, jakby nic się nie stało. Kropeczek już dawno znajdował się na złej drodze, więc niżej upaść nie mógł, chyba że wykopałby sobie dołek.

– Sam jesteś pryszcz – powiedziała, prychając wzgard­liwie, i wymaszerowała z pokoju, nieświadoma, że Emilia słyszała ich rozmowę przez niedomknięte drzwi.

Jak to jest, że ja użalam się nad sobą, a dzieciaki myślą praktycznie? – zastanawiała się przez chwilę. Cóż to za pokolenie? Podrapała się po głowie nieświadoma, że Kropeczek robi w tej chwili dokładnie to samo. Drapie się po głowie zafrasowany, nie wiedząc, jak porozmawiać z matką. To jak uświadamianie, tyle że w drugą stronę. Rozmowa z matką o ptaszkach i pszczółkach.

Emilia popadła w stan użalania się nad sobą, ale robiła to raczej z obowiązku. Gdyby miała zdiagnozować to, co się z nią działo, uznałaby, że to jakiś rodzaj otępienia, każącego jej bardziej się skupiać na fikcyjnym życiu nieistniejącej kobiety niż na własnym. Taka forma psychoterapii, która trzyma ją z dala od whisky. Drugi raz tego świństwa by nie przełknęła. Przynajmniej nie na trzeźwo.

– Mamo? – Kropeczek mówił jak mały chłopczyk. Odchrząknął i spróbował jeszcze raz zwrócić na siebie uwagę pogrążonej w rozmyślaniach rodzicielki: – Mamusiu?

– Kropeczku, skarbie ty mój kochany. – W końcu oderwała wzrok od monitora i spojrzała na przestępującego z nogi na nogę syna.

Na szczęście dzieci były podobne do niej, przynajmniej z twarzy. Miały ciemne, gęste włosy, ładne brązowe oczy, prosty nos i kształtne usta. Gdyby nie nadwaga i marne sto pięćdziesiąt sześć i pół centymetra wzrostu, Emilia uważałaby się za atrakcyjną kobietę. Jedyne, co oboje odziedziczyli po Cezarym, to wzrost, z tym że Kropeczek odziedziczył go więcej niż siostra. W wieku siedemnastu lat mierzył już sto osiemdziesiąt osiem centymetrów i lepiej było go ubierać, niż żywić. Emilia nie miała pojęcia, gdzie się podziewa całe to jedzenie, które pochłaniał jej syn. Z kolei Kropka była średnią ich obojga – miała sto siedemdziesiąt centymetrów i chyba przestała rosnąć.

– Nic mi nie jest. Jestem jedną z tych statystycznych kobiet, których wiele na świecie. Poradzę sobie z tym problemem. Powiedz mi lepiej, dlaczego nie poszedłeś do szkoły. Ojciec rozwodzi się ze mną, a nie z tobą.

– E…

– Jak nie zamierzasz iść na lekcje w bieliźnie, to radzę ci wskoczyć w jakieś spodnie – zasugerowała.

– Nie chciałem zostawiać cię samej…

– I tak za chwilę wychodzę, więc pilnowanie pustego domu mija się z celem, nie sądzisz?

– No może…

– Bez obaw. Nie zamierzam się rzucać pod nadjeżdżający tramwaj. Właśnie zostałam samotną matką i muszę myśleć praktycznie. Wystarczy, że twój ojciec przeżywa kryzys wieku średniego i wydaje mu się, że ma naście lat.

Emilia uznała, że zważywszy na okoliczności, trzyma się znakomicie. Podsłuchana rozmowa dała jej siłę do przetrwania dzisiejszego ranka. Ma sporo do zrobienia. Nie wiadomo, jak daleko Cezary się posunie. Może nie tylko przehulać ich pieniądze, ale i sprowadzić tę kobietę do domu.

– Dokąd idziesz? – Kropeczek przyglądał się matce, która krążyła po kuchni, kompletując zawartość torebki.

– Do banku. Muszę założyć odrębne konto. Zabezpieczyć pieniądze. Nie martw się, nie zabiorę wszystkiego ojcu. Nie zamierzam zostawiać go bez grosza przy duszy – zapewniła syna, sprawdzając, czy ma w portfelu dowód osobisty i prawo jazdy. Będą jej potrzebne.

– Wychodzisz już teraz?

– Owszem. Czy to jakiś problem? – zapytała uprzejmie syna, który tarasował jej wyjście z kuchni.

– Nie dla mnie. Ale jak nie chcesz, żeby gliny cię zwinęły, radzę ci, żebyś się najpierw ubrała – odpowiedział, uśmiechając się lekko.

Rozpad małżeństwa nic nie zmienił. Matka była zakręcona jak zawsze. A on wykonał polecenie Kropki i nawet się przy tym nie zmęczył.

– Hę?

Na czole Emilii pojawiła się zmarszczka. Nie pierwsza zresztą. Ale ta nie była konsekwencją wieku, lecz objawem głębokiego namysłu. Kropeczek wycelował w nią palec, choć od wczesnego dzieciństwa wbijała mu do głowy, że nie pokazuje się palcem, bo to brzydko. Tym razem uznała, że może sobie podarować wszelkie uwagi wychowawcze. Syn miał na myśli coś konkretnego, z nią związanego. Spojrzała więc na siebie. Różowa piżama w zebry. Kapcie z króliczymi uszami. Kropeczek miał rację. Jak policja nie zgarnie jej w drodze do banku, zrobią to ochroniarze, gdy tam wejdzie.

– Jak to nie pracuje? – Jadwiga Przecinek tupnęła nogą. – Oczywiście, że mój syn tu pracuje! Pracuje tu od piętnastu lat, bo jest za głupi, żeby otworzyć coś własnego albo poszukać czegoś wymagającego więcej bystrości. Jego pospolity umysł jest w stanie ogarnąć wyłącznie sprawy papierkowe!

– Proszę pani… – Młodemu mężczyźnie, który urzędował w gabinecie jej syna, nie udało się dokończyć zdania. Jadwiga przerwała mu bezceremonialnie:

– Kim ty w ogóle jesteś? Kolejny gryzipiórek bez talentu?! Chcę rozmawiać z twoim szefem! Nie może być kompletnym idiotą, skoro awansował do takiego stanowiska! Powinien wiedzieć, kto dla niego pracuje!

– Oczywiście. – Mężczyzna z ulgą opuścił swój gabinet.

Naprawdę nie miał pojęcia, co się stało z jego poprzednikiem. Sekretarka jeszcze się nie pojawiła, a może nawet mu jej nie przydzielili. Skąd miał wiedzieć? Ledwo wszedł, a napadła go ta smoczyca. Bogu dzięki, że na co dzień nie będzie miał styczności z klientami. Do gabinetu trafił dziś tylko dlatego, że na drzwiach znajdowała się plakietka z jego nazwiskiem.

Jadwiga była wściekła. Jej syn jest idiotą, to oczywiste dla każdego, kto ma choć jedną szarą komórkę. Owszem, kochała go, w końcu to jej dziecko, ale go nie lubiła. I wcale nie dlatego, że był mężczyzną, tylko dlatego, że zawsze szedł po linii najmniejszego oporu. Wyrosła z niego ciepła klucha, ot co. A ostatnie wydarzenia jedynie utwierdziły ją w tym przekonaniu.

Cezary poinformował Emilię o rozwodzie przez telefon, potem go wyłączył, a kto wie, może zmienił numer. Do tego ta afera z pracą… Myśli, że ona, Jadwiga, pozwoli sobie mydlić oczy? Jak będzie trzeba, przeszuka cały biurowiec i w końcu znajdzie tę gnidę, na którą szkoda było jej jajeczka. Wdał się w ojca, ot co. Ten tchórz też dał dyla. Zdrowo się namęczyła, żeby go odnaleźć. Jak inaczej miałaby się rozwieść? Najgorsze to, że kochała tego drania, na którego szkoda było napluć. Wybaczanie nie było mocną stroną Jadwigi, więc puściła go z torbami i chociaż serce jej pękało, twarz nawet nie drgnęła, gdy wypełniała pozew alimentacyjny. Za głupotę trzeba płacić.

Usiadła na skórzanym fotelu i otworzyła szufladę. Pusta. Szafka. Pusta. Prychnęła ze złością i odwróciła głowę ku regałom. Nie zdążyła ich obejrzeć, gdy do gabinetu wszedł mężczyzna w eleganckim garniturze. Siwe włosy, okulary w rogowej oprawce. Dobrze po sześćdziesiątce.

– Miło panią widzieć, pani Przecinek – przywitał się uprzejmie. – Co panią do nas sprowadza? – Uśmiechał się, mimo że nowy podwładny przekazał mu każde słowo siedzącej za biurkiem kobiety.

– Szukam syna.

– Tu go nie ma.

– Tyle to sama widzę. Gdzie jest?

Gdyby Jadwiga urodziła się w innych czasach, z pewnością zostałaby prokuratorem. Popełniła błąd i najpierw zaczęła żyć tak, jak wypadało młodej kobiecie z dobrego domu, potem zaś urodził się ten nieudacznik i utknęła na dobre.

 

– Cezary nie pracuje u nas już ponad miesiąc.

– Jak to? – zdumiała się. Czuła, że zaczyna ją opuszczać cała energia. – Ale jak to tak?

– Złożył wypowiedzenie. Miał do tego prawo. To wszystko, co mogę powiedzieć. A teraz będzie pani uprzejma opuścić ten gabinet, zanim wezwę ochronę. – Ton mówiącego nadal był uprzejmy, ale mężczyzna już się nie uśmiechał. Starsza pani czy nie, i tak w zaistniałej sytuacji wykazał więcej cierpliwości, niż tej kobiecie się należało.

– Phi. – Jadwiga prychnęła drwiąco, ale wstała i ruszyła do wyjścia.

Wiedziała, kiedy trzeba dać sobie spokój. Nie żeby zdarzało się to często, ale tym razem nie było powodu, dla którego w dalszym ciągu miałaby okupować gabinet syna, skoro jego w biurze nie było od miesiąca i nie będzie.

Wsiadła do windy odprowadzana wzrokiem dwóch mężczyzn. Przegrana bitwa nie oznacza przegranej wojny. Skoro Cezarego tu nie ma, trzeba się dowiedzieć, gdzie jest. I z kim – ale to akurat sprawa drugorzędna. Brzęczyk zasygnalizował, że winda zjechała na parter. Drzwi się rozsunęły, a przed oczami Jadwigi stanęła Adela.

– O! – zawołała niezadowolona pani Przecinek. – Co ty tu robisz?

– Przyjechałam porozmawiać z Cezarym – oświadczyła z godnością tamta.

– Phi… Ten tchórz się ulotnił. – Jadwiga wysiadła z windy i pociągnęła Adelę za sobą, kurczowo zacisnąwszy palce na jej ramieniu.

– Nie rozumiem. – Matka Emilii podreptała za nią posłusznie, zbyt zaskoczona, by się wyrywać.

– Nie pracuje tu od pół roku – skłamała Jadwiga. Ale jeden miesiąc w tę czy w tamtą, co za różnica?

– I nic nie powiedział?!

– Musiał planować to od dawna – myślała na głos Jadwiga. – Wiedział, że nikt mu nie odpuści. Zawsze unikał konfrontacji, dlatego nigdy do niczego nie doszedł. Nie szkodzi, znajdziemy go.

– Jak?

– Jeszcze nie wiem. – Jadwiga pomaszerowała raźno na znajdujący się nieopodal postój taksówek.

Adela myślała gorączkowo. Takiego obrotu spraw nie przewidziała. Chciała zobaczyć się z Cezarym. Z pewnością udałoby mu się przemówić do rozsądku. Emilią zamierzała zająć się później. Trzeba ją sprowadzić z obłoków na ziemię, by wreszcie zaczęła się zajmować własnym mężem, a nie wyimaginowanymi mężczyznami. I przede wszystkim sobą. Gdyby wyglądała jak kobieta i tak się zachowywała, nie byłoby teraz problemu.

– Moment! – Zatrzymała się tuż przed autem, do którego Jadwiga próbowała ją wepchnąć. – Dokąd mnie ciągniesz?

– Do mnie. Musimy coś wymyślić.

– Jakie my? Jakie my? – Adela się zdenerwowała. – Przecież ja cię nawet nie lubię!

– Ty nie lubisz nikogo. Ale lepiej działać razem niż osobno. Nie będziemy wchodzić sobie w drogę i deptać po piętach. Ja też cię nie lubię – dodała z niechęcią na koniec. Była tak zdezorientowana nieobecnością syna, że zapomniała o wzajemnych animozjach. – Ale mam dość siły charakteru, by wznieść się ponad to – oświadczyła z godnością.

Adeli nie pozostało nic innego, jak zmierzyć ją pogardliwym wzrokiem i wycedzić przez zaciśnięte zęby:

– Jak ty dasz radę, to ja też.

– Czyli postanowione! – Jadwiga wyciągnęła do niej rękę.

– Postanowione. – Tamta uścisnęła jej dłoń, choć miała przy tym taką minę, jakby dotykała czegoś oślizgłego. Jadwiga musiała czuć się podobnie, gdyż na jej twarzy pojawił się dziwny grymas.

Do takiego poświęcenia zdolna jest tylko matka, pomyślała sentencjonalnie Adela.

Emilia czuła się podle. Jak oszustka. Złodziejka. Powtarzała sobie, że robi to dla dzieci. Naprawdę nie pała żądzą zemsty. Jeszcze nie jest na tym etapie. Jest oszołomiona, ból ją otępia. Robi to dla dzieci.

– Zapraszam. – Doradca do spraw klienta indywidualnego, pani Ela – jak było napisane na plakietce przyczepionej agrafką do białej bluzki – uśmiechnęła się zachęcająco do kobiety siedzącej na fotelu pod oknem.

Emilia podniosła się z trudem. Nie sądziła, że kilka kilogramów nadwagi może tak obciążać stawy. Czuła, jak szura stopami po posadzce. Siłą woli zmuszała się do wykonania kolejnego kroku.

Nie powinna tego robić. To kradzież. Nie może pozbawić Cezarego jego ciężko zarobionych pieniędzy. O tym, że on je zarabia, mówił jej przy każdej okazji, jakby ona nie pracowała i nie łożyła na dom. Tak samo jak wypominał Emilii brak wykształcenia. Owszem, nie skończyła studiów, ale znalazła swoją drogę w życiu i odniosła sukces. Cezary jakoś zapominał, że dzieci nie przyniósł im bocian. Chciała wrócić na uczelnię, kiedy Kropeczek i Kropka poszli do szkoły, ale mąż nawet nie chciał o tym słyszeć. Z jej sukcesu też się nie cieszył, twierdząc, że tylko idiota może czytać te bzdety, które pisze Emilia, a ona sama też ma sieczkę w głowie.

– Dzień dobry. W czym mogę pomóc? – Pani Ela uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Pewnie kierowniczka weszła na salę, pomyślała Emilia.

– Mam konto u państwa w banku. Razem z mężem. Chciałabym otworzyć nowy rachunek bankowy i przelać na niego część pieniędzy – powiedziała, podając dowód osobisty pracownicy banku.

– Oczywiście… Pani Emilia Przecinek? – zawołała, zwracając na siebie uwagę siedzącej tuż obok innej pracownicy. – Tak właśnie mi się wydawało, ale nie byłam pewna. Czytałam wszystkie pani książki. Czy mogłaby mi pani dać autograf?

Emilia najpierw osłupiała. Pierwszy raz rozpoznał ją ktoś, kto nie był jej sąsiadem. I ta kobieta chciała autograf! Nagły przypływ adrenaliny sprawił, że otrząsnęła się z dotychczasowego letargu, uśmiechnęła się szeroko i powiedziała:

– Oczywiście. Będzie mi bardzo miło. Najpierw jednak uporajmy się z formalnościami. Proszę przelać wszystko.

Kropka biegła do domu jak na skrzydłach. Ostatnia lekcja była dla niej zbędnym obciążeniem. Zdecydowanie wolała etykę, ale ojciec się nie zgodził, żeby zrezygnowała z religii. Rozumiałaby jego nastawienie, gdyby sam nie był ateistą. Co za hipokryzja. „Paralityczne skostnienie wyobraźni, zwane także dorosłością”2, zacytowała swojego ulubionego pisarza, wchodząc do domu.

– Mamo? – zawołała już od progu. – Mamo! – wrzasnęła, gdy nikt nie odpowiedział.

Ale ktoś musiał być w domu, w przeciwnym wypadku drzwi byłyby zamknięte na klucz.

– Nie wrzeszcz tak. – Z sypialni wyszła zasapana Emilia, ciągnąc za sobą ogromny niebieski worek na śmieci. Wyglądał na pełen. – Nie jestem głucha.

– Co robisz?

– Generalne porządki.

– W maju? – zdziwiła się Kropka.

– A cóż ja na to poradzę? To decyzja twojego ojca, nie moja. Otwórz drzwi.

– A co ma do tego ojciec? Wrócił? – Kropka wykonała polecenie, choć nie rozumiała, co to wszystko znaczy. – Zrezygnował z rozwodu, pod warunkiem że posprzątasz garderobę?!

– Nie… – wysapała Emilia, przepychając worek przez próg. Ciągnęła go i tarmosiła tak długo, aż w końcu udało jej się postawić go pod ścianą.

– Mamo, co jest w tym worku? – Kropka z trudem opanowała drżenie głosu.

– Resztki mojego małżeństwa.

– Zabiłaś ojca?! – pisnęła przerażona dziewczyna.

– Co?! – Emilia zdębiała. – Dziecko moje kochane, żeby zabić twojego ojca, najpierw musiałabym wiedzieć, gdzie on jest. Byłam dziś w banku – mówiła dalej, idąc do sypialni, skąd po chwili wróciła, ciągnąc kolejny worek o podobnych gabarytach. – Założyłam własne konto i przelałam pieniądze. Wszystkie – dodała z mściwą satysfakcją. – Oddam mu część, ale najpierw ten łajd… twój ojciec musi się tu pokazać i poczynić pewne uzgodnienia. Mam dzieci i kredyt do spłaty. Nie zamierzam go okradać. Wprawdzie zastanawiałam się nad sprzedażą mieszkania, spłatą reszty kredytu i podziału reszty pieniędzy, ale ta miła dziewczyna z banku mi odradziła. Zostałabym wprawdzie bez obciążeń, ale też bez szans na kupno innego mieszkania. Moja część pieniędzy by nie wystarczyła, a kredytu hipotecznego mogliby mi nie dać. Nie ma powodu, dla którego wy mielibyście być poszkodowani tylko dlatego, że ta szuj… ojciec oszalał na starość. Damy sobie radę. Mam dochody z książek, zacznę jeździć na wieczory autorskie. Wiem, wiem, zawsze bałam się spotkań z ludźmi, ale teraz muszę myśleć praktycznie.