Fartowny pech

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Fartowny pech
Fartowny pech
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59  47,20 
Fartowny pech
Fartowny pech
Audiobook
Czyta Maciej Więckowski
27 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Paszcze, 6 maja 2013 roku, godz. 11.30

Oczom Jokera ukazał się widok zgoła niecodzienny. Brał udział w wielu awanturach domowych, jako policjant, rzecz jasna, ale na taką jeszcze nie trafił. Mieszkał w Paszczach od kilku tygodni, była to jego pierwsza interwencja we wsi. Starsza kobieta, tak na oko gdzieś koło siedemdziesiątki, a nawet raczej po niż przed, w długiej grubej spódnicy, fartuchu w grochy i chustce na głowie w kwiaty, szarpała za włosy znacznie młodszą, chyba czterdziestoletnią kobietę, obrzucając ją wyzwiskami i kopiąc. Joker uznał, że w tym kraju nie docenia się sprawności psychoruchowej seniorów.

– Ty wampirzyco! – wrzeszczała staruszka. – Ty wszetecznico! Kudły ci powyrywam! Ty cioto piekielna z palcem w dupie na pędzącym jeżu!!!

Nadziany z niedowierzaniem spojrzał na Adama Kowalczyka, swojego nowego partnera, który nie kryjąc znudzenia, zawołał:

– Pani Marysiu, na litość boską, co pani wyprawia?

– Niech mi pan pomoże! – krzyczała napadnięta, próbując się wyrwać swojej prześladowczyni.

– Pani Marysiu! Tak nie można! – Filip zdecydowanym ruchem rozdzielił obie kobiety. Starsza nie poddawała się, nadal próbowała kopnąć chowającą się za drugim z policjantów synową.

– Co tu się dzieje? – zapytał ostro.

– O Jezusicku kochany, o w kurwe jebane, panie milicjancie kochany, to nasienie diabelskie zatruło mi wszystkie pomidory! Uschły jak nic! Wszyściutkie!

– Pani Marysiu, zaraza przyszła i tyle – pouczył ją Kowalczyk.

– O nie! Ja na własne oczy, panie milicjancie, na własne oczy widziałam, jak urok rzucała! Na moje pomidory!

– Co też mama opowiada…

– Żadna mama, ty wywłoko! Teściowa! Niech pan zobaczy, panie milicjancie! Wszystkie uschły, a jej czerwoniutkie jak maliny!

– Bo spryskałam, a mama swoich nie pozwoliła ruszyć! – zawołała ze łzami w oczach synowa.

– O me Jezu, me Jezu, a diabeł skurwesyn! – zawodziła staruszka.

Kowalczyk tylko przewrócił oczami i spytał napadniętą: – Składa pani skargę?

– Nie, widzi pan przecież, że to głupie jest. Niech ją pan tylko uspokoi – poprosiła szeptem młodsza kobieta.

– Pani Marysiu, bo po księdza pójdę! – zagroził jej.

– Matko Przenajświętsza! A po co? – Staruszka przeżegnała się szybko.

– Oj, nie pochwaliłby nasz ksiądz, nie pochwaliłby. Ładnie to na synową rękę podnosić?

– Ale to jest wiedźma! Ona z Ciotów pochodzi! Z Ciotów!

– Pani Marysiu, albo będzie spokój, albo już dzwonię po księdza. Oj, będzie pokuta, będzie…

Kilkanaście minut później, gdy obie kobiety się uspokoiły, wrócili do radiowozu.

– Co to są te cioty? – zapytał oszołomiony Filip.

– Miejscowość tak się nazywa. Kiedyś podobno jakieś czarownice tam topili czy wieszali. Cholera wie, w każdym razie do tej pory się mówi, że tam są czarownice. – Kowalczyk z rozbawieniem przyglądał się koledze.

– Ta staruszka nie powinna być w zakładzie?

– Ona? To kawał zarazy! Cud, że jeszcze nikt jej w łeb nie walnął.

– Ale umysłowo…

– A skąd! Umysłowo sprawna, tylko charakter ma parszywy! Męża do grobu wpędziła, a najpierw w alkoholizm. Dzieci już dawno od niej pouciekały. Najmłodszy tylko został, bo pracuje na gospodarstwie, a życia z nią nie ma. Buduje dom z drugiej strony wsi, żeby wreszcie się od matki uwolnić. Cuda, a nie wianki, powiadam ci.

– I tu tak zawsze? – Nadziany miał ochotę się rozpłakać.

To przeniesienie to była jedna wielka porażka. Dotąd nie wydarzyło się nic, co by choć trochę podniosło go na duchu. Jedynie Jaga Bartosik, współwłaścicielka niewielkiego gospodarstwa agroturystycznego, budziła w nim bardziej optymistyczne myśli, ale kiedy chciał się z nią umówić, uciekła, wymawiając się brakiem czasu, potem zaś unikała go jak diabła wcielonego. A nie było to łatwe. Chociaż stołował się w jej domu, i tak nie mógł na nią trafić. Widywał ją tylko z daleka, gdy przemykała chyłkiem po kuchni. Kretynem kompletnym nie był, załapał, w czym rzecz, a przecież nie będzie się dziewczynie narzucał.

– No nie, czasem coś się dzieje. Jak jest impreza w remizie, to i bójka się zdarza. Czasem gospodarze zgłoszą jakieś kradzieże. Najczęściej jednak trafiają się drobne awantury domowe, a i tak w większości przypadków wystarczy się pokazać. Tylko z mężem fryzjerki problem. Jak się upije, to w czterech chłopa go nie utrzymasz. Ale nic się nie martw, sąsiedzi zawsze pomogą i do chlewika. Jak wytrzeźwieje, to sam się do domu dowlecze. Spokojna robota – zapewniał go nowy kolega. – Co jest? – zdenerwował się w końcu, gdy trzeci raz usiłował włączyć silnik, lecz bez powodzenia. – Dopiero co wrócił z przeglądu i już go szlag trafił?!

Nadziany odchylił głowę na oparcie fotela i zamknął oczy. Był w piekle.

Poznań, 6 maja 2013 roku, godz. 16.15

Gianni, skrzętnie ukrywając niechęć, słuchał swojego nowego zleceniodawcy.

– Ja wiem, że teraz jest wolny rynek i te wszystkie kapitalistyczne bzdety. Może jestem reliktem przeszłości, ale nie mam nic przeciwko monopolowi – tłumaczył niski tłuścioch zbliżający się do sześćdziesiątki, z dwoma obwisłymi podbródkami i tupecikiem na łysej głowie. – Zwłaszcza gdy to ja jestem monopolistą – zaznaczył, dla podkreślenia słów celując upierścienionymi palcami we własną dość chuderlawą pierś, która wyglądała dość komicznie w połączeniu ze sporym brzuchem.

Filmy ukazują bossa mafii jako mężczyznę typu Don Corleone albo łysego napakowanego faceta z kijem bejsbolowym w jednej ręce i uzi w drugiej. Padlina nie przypominał żadnego z nich, co nie przeszkadzało mu twardą ręką trzymać swoich ludzi. Wymuszenia, haracze, kilka klubów z panienkami, przemyt i dało się żyć. Nic więcej nie było mu potrzebne do szczęścia.

– A tu pijawki pierdolone wpierdalają się na mój pierdolony teren! Co ja jestem, instytucja charytatywna?! – wrzeszczał w nagłym ataku furii, uderzając pięścią w stół, aż podskoczyły kieliszki. – Cen dumpingowych im się zachciało, kurwa jego mać! W naszej branży nie ma dumpingu! Nie ma i nie będzie! Ci pierdoleni sklepikarze nie chcą płacić haraczu, bo mają już ochronę. Dostali rabat, kurwa jego mać! Wyobrażasz sobie?! Rabat?!

– Rozwal konkurencję – poradził mu spokojnie Gianni.

– Żebym to ja, kurwa, wiedział, kto mi bruździ, to już dawno… – urwał na widok wchodzącej do pokoju dziewczyny. – Dagmaro, córeczko, co tu robisz? Tak szybko wróciłaś z zakupów?

– Nie było nic ciekawego, tatku – pożaliła się dziewczyna.

Gianni ze zdumieniem zerknął na śliczną dwudziestoparolatkę. Jeśli naprawdę była córką Padliny, to podobieństwa – na szczęście dla niej – nie znalazłoby się między nimi za grosz. Szczupła, smukła, wysoka, miała ładne ciemne oczy, starannie podkreślone kredką, kasztanowe włosy uczesane w kok, ubrana była prosto i klasycznie.

– To może do Paryża na kilka dni wyjedziesz, skarbeńku? Tam na pewno znajdziesz coś ciekawego – kusił ojciec, wpatrując się w nią z uwielbieniem.

– Sama nie wiem… – Skrzywiła się. – Chyba wolałabym Mediolan…

– Świetny pomysł, prawda, Gianni? – zwrócił się do niego Padlina, po czym, nie czekając na odpowiedź, dodał: – Gianni przyjechał z Włoch i na pewno może ci polecić kilka sklepów.

Spojrzał z niedowierzaniem na starego. Czy on wyglądał na faceta, który ubiera się w damskie fatałaszki?

– To moja córka, Dagmara. A to Gianni. Przez jakiś czas będzie dla nas pracował – przedstawił ich sobie.

– Wszystko mi jedno – oschle stwierdziła dziewczyna, ledwie rzucając nań okiem. – Niech będzie Mediolan. Lecę z samego rana. Ciao – powiedziała, wychodząc.

– Słyszałeś? Leci z samego rana! – zwrócił się Padlina do jednego z goryli. – Załatw bilet i wyślij z nią dwóch ochroniarzy! Nie, czekaj, trzech! Trzech będzie dobrze? – Spytał Gianniego.

Ten tylko wzruszył ramionami, zastanawiając się, jakim cudem ten facet trzęsie całym półświatkiem.

– Trzech! – zadecydował ostatecznie szef i wrzasnął: – Czego stoisz i się gapisz?! Wykonać! Gianni – chusteczką z monogramem otarł pot z czoła – jesteś wolnym strzelcem, nie masz pojęcia, jak trudno teraz trafić na dobrych pracowników. Jełopy pierdolone, pierdnąć bez instrukcji nie potrafią. Z kolei ci mądrzejsi na własną rękę kombinują. Co za czasy – narzekał. – I co myślisz o mojej córeczce? – zmienił temat. – Śliczna dziewczyna. Zupełnie jak jej matka. Całe szczęście, że z urodą nie wdała się we mnie. Charakter ma za to po swojej babce, znaczy mojej matce. I całe szczęście. Jej matka to kawał suki. Na gliny na mnie doniosła, czaisz to? Czaisz? Nawet nie mogłem stuknąć tej głupiej suki, bo Dagmara by mi tego nie wybaczyła. Niełatwo być ojcem – westchnął.

– Nie wątpię – przyznał Gianni, myśląc, co zrobi Pająkowi, jak go dorwie, za przyjęcie tego zlecenia. Padlina miał posrane we łbie. I to dokumentnie. – Wróćmy do interesów.

– Słusznie, interesy. Interesy przede wszystkim – oświadczył zdecydowanie jego zleceniodawca, przeradzając się na powrót w biznesmena. – Potrzebuję profesjonalisty w swoim fachu. Nie mam pojęcia, kto mi bruździ. Musisz się tego dowiedzieć. Potrzebny mi ktoś w rodzaju prywatnego detektywa.

– To go sobie wynajmij – rzucił sucho Gianni. – Nie jestem szpiclem.

– Wiem, Gianni, wiem. Ale, człowieku, nie mam kogo wziąć. Nie zatrudnię przecież biura detektywistycznego do brudnej roboty! A moi ludzie… Mówiłem, że to jełopy?

– Mówiłeś – potwierdził Gianni.

– No to jak? Weźmiesz tę fuchę? Nie zajmie ci dużo czasu – kusił zleceniodawca.

– Padlina, a czemu nie weźmiesz z dwóch swoich osiłków i nie przetrzepiesz, kogo trzeba? Sami powiedzą, komu się opłacają – powiedział znudzonym tonem.

– Człowieku, myślisz, że tego nie próbowałem? Ci cholerni sklepikarze nie mają zielonego pojęcia! Gdyby wiedzieli, już dawno by mi wyśpiewali. Każdy facet ceni swoje jaja, a zostawiłem im tylko po jednym i nic to nie dało! Nie pisnęli słowa! Powiedzieli tylko, że w razie problemu wysyłają SMS albo dzwonią pod jakiś numer na kartę i to wszystko, co wiedzą! W dodatku zaraz miałem akcję odwetową! Zdemolowali mi dwa kluby i nawet nie wiem, kurwa, kto!!! – ryknął.

 

– Idź tropem pieniędzy – poradził mu Gianni. – Przecież nie płacą haraczów przelewem i nie dostają faktury. Ktoś musi przychodzić po gotówkę. Obstaw sklepy i…

– Nie jestem kretynem, Gianni. Gdyby to było takie proste, już dawno bym ich dorwał. Oklepałem dwóch z tej ulicy i obaj twierdzą, że pieniądze wysyłają w kopercie na adres jakiejś kurewskiej skrytki pocztowej. Problem w tym, że to poczta na jakiejś kurewskiej zakichanej wsi, gdzie wszyscy się znają i nikt obcy się nie uchowa! Postawiłem tam dwóch moich, ale miejscowi zaraz się zainteresowali, a co, a kto, a jak, a potem dostałem list z ostrzeżeniem! Nie wiem, co mam robić, Gianni! Jestem zdesperowany! Ale nie dam się, kurwa, nie dam się! Nikt mi nie podskoczy! Załatwię skurwieli tak, że własne jaja w zębach będą nieśli! Tylko muszę wiedzieć, czyje to jaja, kapujesz, Gianni?

– Kapuję.

– To jak? Pomożesz?

– Pomogę. Pytanie tylko, jak? – Gianni cmoknął z niezadowoleniem. – Nikt nic nie powie, bo nikt nic nie wie. Dobrzy są.

– Otóż to! – Padlina podniósł palec do góry. – Otóż to! Za dobrzy! Mówię ci, że to ktoś nowy. Znam starych wyjadaczy i żaden by tak nie działał. Bo i po co? W naszym fachu liczy się reputacja. I to taka, żeby kaczki w stawie na nasz widok ze strachu srały, a psy wyły, jak sam zapach zwęszą. Jestem udupiony, kurwa jego mać! Mam dobry teren i niejeden by się do niego dorwał. Jak się rozniesie, że paru sklepikarzy wypięło na mnie dupy i pierdzi, a ja mogę tylko wąchać, to mnie rozniosą! Muszę dorwać jebanych skurwieli! Gianni, cokolwiek wymyślisz, cokolwiek zdecydujesz, masz moje pełne poparcie. Tylko trzymaj się z dala od tych cholernych sklepikarzy. Nie stać mnie na kolejne straty, a co do Tatki i Dąbka… – Zerwał się z miejsca i zaczął chodzić po pokoju. – Kurwa, to może być któryś z nich, ale szczerze mówiąc, wątpię. Działają jawnie. Możesz spróbować wybadać teren, tylko delikatnie. Jak się wyda, że nie panuję nad własną firmą, to wiesz, co będzie. W tym fachu nie ceni się słabeuszy. Albo jesteś silny, albo cię nie ma. Przetrwają najmocniejsi, Gianni. Moi ludzie są do twojej dyspozycji. To wojna, Gianni. Wojna – oświadczył z powagą. – Tylko dyskretnie, rozumiesz. Dyskrecja to podstawa. Rozumiemy się?

Gianni skinął głową bez słowa.

– Zajmiesz się tym?

– Potrzebuję czasu. I funduszy – zaznaczył.

– Dostaniesz wszystko, co chcesz. Wszystko! – zapewnił go Padlina.

– I działam po swojemu, a ty się nie wpierdalasz.

– Spoko, chłopie. Ty tu rządzisz!

– I chyba mam pomysł. Ale będę potrzebował partnera. Znam kogoś, kto mógłby nam pomóc – powiedział powoli. – To prywatny detektyw… Byłbyś dobrym klientem, Padlina. Wypłacalnym.

– Gianni, nie jestem aż tak zdesperowany, żeby iść do glin. – Gangster spojrzał na niego kpiąco.

– To nie glina. Rusza z biurem za dwa tygodnie. Wcisnę mu bajeczkę i niech powęszy.

– Jaką bajeczkę? – zapytał nieufnie Padlina. – Nie podoba mi się twój pomysł. Śmierdzi na kilometr. Detektyw to detektyw. Nie można takiemu ufać.

– Robię to po swojemu albo wcale, Padlina. Nie możesz wysłać swoich ludzi, a ja nie będę sterczeć w zabitej dechami dziurze. Wiesz, że wolę bezpośrednie działanie. – Kiedy Padlina potwierdził z ironicznym uśmieszkiem w kąciku ust, objawiając pełną aprobatę owych bezpośrednich działań podejmowanych zwykle przez Gianniego, ten kontynuował: – Tu potrzeba pracy pod przykrywką i dobrego sprzętu do inwigilacji.

– I co mu powiesz? Prawdę? Że niby czego ma tam szukać? A jak pójdzie do glin? – Tamten nie krył niechęci.

– Coś wymyślę. I nie pójdzie do glin. To mój człowiek. Ręczę za niego.

– Znam go?

– Nie i nie poznasz. Dyskrecja, Padlina, to podstawa w tym biznesie. Ty nie będziesz wiedział, kto dla ciebie pracuje, a on – dla kogo pracuje. Obaj jesteście czyści. Nikt nikomu nic nie powie, bo nikt nic nie będzie wiedział. Znasz mnie, Padlina. Jestem dobry. I nigdy nie zawiodłem. A ci, co zawiedli mnie… – zawiesił złowróżbnie głos, patrząc zimno na siedzącego naprzeciwko mężczyznę. Gdy ten odwrócił wzrok, kontynuował: – Wcisnę mu bajkę. Niech szuka oszusta lub oszustów matrymonialnych wyłudzających pieniądze przez portal randkowy. – Olśniło go; czuł, że to doskonały pomysł. Oszustem może być jedna osoba lub cała szajka. Kryś jest dość emocjonalny, na pewno się nabierze. – A ja zrobię to, w czym jestem naprawdę dobry. Pokręcę się po mieście i zadam parę pytań kilku osobom. A potem, Padlina – przerwał dla lepszego efektu – sam urwiesz jaja, komu trzeba.

Uśmiechnęli się do siebie. Gianni złowrogo, Padlina z zachwytem.

Poznań, 10 maja 2013 roku, godz. 9.00

Krystian Dziany nie mógł uwierzyć w swoje szczęście. Dopiero co zdał egzamin, odebrał licencję, pożegnał się ze służbą, niekoniecznie właśnie w tej kolejności, zarejestrował działalność, wynajął niewielkie biuro, a Klemens dowiózł mu super ekstra sprzęt szpiegowski i jeszcze dostarczył pierwsze zlecenie.

– Klemens, mówisz poważnie? – dopytywał się z niedowierzaniem, siedząc na kartonie z półkami do złożenia.

– Oczywiście – potwierdził Gianni.

Krystian nie wiedział, czym się zajmuje jego brat, i lepiej, by tak pozostało. Historyjka, którą mu przedstawił, mniej więcej trzymała się kupy, choć, gdyby Kryś był mniej podekscytowany, a bardziej dociekliwy, z pewnością by zauważył, że raczej mniej niż więcej. Ale to było dobre rozwiązanie. Kryś pojedzie do Paszczy, czy też Paszcz, jak zwał, tak zwał, gramatyka była mu obojętna. Powęszy trochę, może nawet z dobrym skutkiem. Gianni miał pewne obawy, jeśli chodzi o bezpieczeństwo brata, ale w końcu Kryś był gliną ładnych parę lat, powinien więc umieć o siebie zadbać. A przyda mu się kasa na dobry początek. Miał trochę wyrzutów sumienia, że przez niego młody ociera się o kawałek niebezpiecznego świata, ale Padlina nie wie, kto będzie dla niego pracował i się nie dowie. Oficjalnie wszystko przechodzi przez ręce Gianniego. I jak coś pójdzie nie tak, to on za to odpowie. A najważniejsze w całej sprawie było to, że Kryś świetnie się wkomponuje w polską wieś. Teraz coraz więcej mieszczuchów korzysta z usług agroturystycznych. Kryś z tym swoim urokiem miłego, ale niezbyt rozgarniętego chłopca, nie powinien wzbudzić żadnych podejrzeń.

Czasami Gianni nie mógł uwierzyć, że są braćmi. Obaj byli wysocy, podobnie zbudowani, ciemnowłosi i mimo kilku lat różnicy tak podobni, że na pierwszy rzut oka każdy mógł ich pomylić. Ale w istocie byli zupełnie inni. Co więcej, ta inność w jakiś przedziwny sposób wpływała na ich wygląd. O ile Kryś sprawiał wrażenie faceta, który muchy by nie skrzywdził, to na widok Klemensa ta sama mucha wolałaby dobrowolnie paść trupem.

Gianni nie miał wątpliwości, że ktoś z mieszkańców Paszcz musi być zamieszany w tę sprawę. Ktoś zupełnie obcy, wynajmujący skrytkę pocztową, wzbudziłby spore zainteresowanie w małej, dobrze znającej się, przynajmniej z widzenia, społeczności. Zadaniem Krysia będzie tylko ustalenie, do kogo należy skrytka. I nic więcej.

Tak naprawdę bez tego Gianni prawdopodobnie nie ruszyłby z miejsca. Nie do końca wierzył w umiejętności brata, ale nie miał wyboru. On sam za bardzo by się rzucał w oczy. Na wsi musi mieszkać jakiś łącznik z grupą X, jak zaczął roboczo nazywać konkurencję Padliny. Tamci działają sprawnie i sprytnie, nie można ich lekceważyć. A jak ktoś tylko na niego spojrzy, od razu się zorientuje, że Gianni nie jest zwyczajnym turystą. Sam do końca nie wiedział, na czym to polegało, ale chyba miał jakąś specyficzną aurę jak drapieżnik. To tak, jak patrzysz na faceta i od razu wiesz, że służy albo służył w wojsku, albo glina po służbie wchodzi do knajpy i od razu się wie, kto zacz. Może mają to spojrzenie ludzi, którzy za dużo w swoim życiu widzieli. W jakiś sposób on i tamci byli charakterystyczni. Jego brat nie.

– Nie mogę uwierzyć! Jeszcze nie otworzyłem biura, a już mam pierwsze zlecenie – powtarzał oszołomiony Kryś.

– Spokojnie, dzieciaku. Sprawa jest poufna i klientka nie chce, by ktokolwiek ją z tym skojarzył. To moja dobra znajoma i zależy mi na dyskrecji – zaznaczył Gianni.

– Jasne. Ale czy to znaczy, że w ogóle nie poznam swojej klientki? – Kryś zmarszczył czoło z niezadowoleniem.

– Niestety.

– Trochę to dziwne.

– Ufasz mi?

– Oczywiście. – Co do tego Kryś nie miał wątpliwości.

– Czyli wszystko gra. Nie wpakowałbym cię na minę, stary – zapewnił go Gianni. – Moja znajoma dała się naciąć oszustowi matrymonialnemu. Facet wyłudził od niej sporo kasy, którą wysłała mu na skrytkę pocztową.

– To sprawa dla policji…

– Kryś, ona nie chce rozgłosu. Wstydzi się. Powinieneś wykazać więcej zrozumienia. Ludzie mają różne problemy, którymi ty będziesz się zajmował – zganił go. – I nie zawsze uda ci się zachować czyste ręce. Musisz wyznaczyć sobie granicę i jej nie przekraczać. Dopóki nikogo nie krzywdzisz, jest OK.

– Niby racja. – Do Krysia powoli docierało, że nie jest już gliną. Jego życie diametralnie się zmieniło i to była jego decyzja. Niczyja inna.

– Najważniejsze dla ciebie to być skutecznym.

– Ale co właściwie mam zrobić? Przecież nie odzyskam jej pieniędzy. Bo niby jak? Mam je wyłudzić od złodzieja? Pobić go? – Dla Krystiana było jasne, że jak facet dobrowolnie nie odda forsy, nie obejdzie się bez policji i sądu. Jeszcze nie rozpoczął pracy, a już poczuł, że zawód detektywa ma spore ograniczenia. – Ja tak nie działam, Klemens.

– Nie w tym rzecz. Klientka chce tylko wiedzieć, kto to. Dowiesz się, do kogo należy skrytka, zrobisz zdjęcia, jak się uda, a wtedy ona zdecyduje, co dalej robić. Wiesz, to miła kobieta. Zakochała się – przekonywał go. – Chyba cały czas wierzy, że to jakaś pomyłka. Albo facet ma rodzinę i śmiertelnie chore dziecko. Szuka usprawiedliwienia.

Dziany patrzył na brata zaskoczony.

– Usprawiedliwia oszusta?

– Kobiety – westchnął Gianni, wznosząc oczy do nieba, w tym przypadku do wyblakłego sufitu. – Kto je zrozumie? Chyba ma nadzieję, że to jednak nie oszust. Więc co? Wchodzisz w to? – Powoli zaczynał się niecierpliwić.

– Pewnie. Będę potrzebował trochę informacji na początek.

– Jedyne, co musisz wiedzieć, to numer skrytki i miejscowość. Paszcze, skrytka numer jeden. To wszystko. Niczego więcej ci nie potrzeba. Aha – Gianni wyjął z kieszeni kartkę i podał bratu – tu masz numer telefonu. Jest na kartę i nie da się ustalić, do kogo należy. Jak znajdziesz jakichś podejrzanych, to spróbuj zadzwonić na ten numer i obserwuj, czy któryś z nich odbierze. Tylko skombinuj sobie jakiś telefon i nową kartę.

– Mówiłeś, że nie masz żadnych konkretnych namiarów…

– Bo nie mam. Klientce wydaje się, że kiedyś mogła dostać SMS z tego numeru, ale nie jest pewna – skłamał Gianni. – Co zamierzasz zrobić? Zadzwonić i zapytać, czy jest oszustem matrymonialnym posiadającym skrytkę pocztową numer jeden? A jak potwierdzi, to poprosisz go o imię, nazwisko i PESEL?! – zdenerwowała go dociekliwość Krystiana. – Postaraj się sprawdzić jakoś ten numer przy okazji i tyle.

– Dobra – wymamrotał Kryś. – Nie wkurzaj się tak.

– Unikaj bezpośredniego kontaktu. To mała wieś i wszyscy się znają. Musisz znaleźć sobie dobry kamuflaż. Jest tam gospodarstwo agroturystyczne, zadzwoń i zarezerwuj pokój. – Podał mu kolejną kartkę z adresem i numerem telefonu. – Przygotuj sobie jakąś historyjkę, która tłumaczyłaby twój pobyt na czas nieokreślony. Nie wiadomo, ile czasu ci to zajmie. Będę się z tobą kontaktował.

– Dobra. Ale na co mi historyjka? – Kryś nie rozumiał.

– Przecież jak ktoś cię zagadnie, co tam robisz, nie odpowiesz, że jesteś prywatnym detektywem i szukasz oszusta matrymonialnego. To mała wieś, miejscowi na pewno będą zadawać pytania. Przygotuj sobie coś wiarygodnego i tego się trzymaj. Każdemu mów to samo, żeby się nie wydało – instruował go surowo.

– Dam sobie radę – zapewnił Kryś, przyglądając się bratu. Klemens wyglądał jakoś inaczej. Na jego twarzy nie rysowały się żadne emocje. Głos miał zimny i bezosobowy, a z zachowania emanowała ukryta siła.

– Wiem, brachu. Inaczej bym ci tego nie proponował. – I nim Kryś zdążył cokolwiek odpowiedzieć, dodał zimno: – Nie zawiedź mnie.

 

Kryś z trudem przełknął ślinę i dziarsko skinął głową. A kiedy Klemens wyszedł z biura, jego brat głośno wypuścił z płuc powietrze. Ze zdziwieniem poczuł krople potu na czole. Przed chwilą coś się wydarzyło i tak do końca nie wiedział co. Coś dziwnego. Coś, co miało związek z jego starszym bratem, Klemensem, którego rzadko widywał i o którym – co właśnie sobie uzmysłowił – tak naprawdę niewiele wiedział.