Dwie lewe ręce

Tekst
Z serii: Matylda Dominiczak #5
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Dwie lewe ręce
Dwie lewe ręce
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,90  55,92 
Dwie lewe ręce
Dwie lewe ręce
Audiobook
Czyta Mateusz Kwiecień
37,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Olga Rudnicka, 2021

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

www.panczakiewicz.pl

Zdjęcie na okładce

© PhotoMelon/iStockphoto;

urfinguss/iStockphoto;

Mizina/iStockphoto

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Katarzyna Kusojć

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8234-450-9

Warszawa 2021

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

16 maja 2011 roku, poniedziałek

Największe osiągnięcie diabła to przekonanie ludzi, że nie istnieje, pomyślała Matylda, patrząc z niechęcią na byłą szefową, której miała szczęście nie oglądać od wielu miesięcy. Dobra passa jednak się skończyła. Salomea Gwint siedziała w jej gabinecie i z nieskrywaną dezaprobatą rozglądała się po ścianach lokalu, który Matylda dopiero zamierzała przekształcić w biuro z prawdziwego zdarzenia.

Lokal udało się wynająć bardzo tanio, co, zważywszy na jego stan, nie wydawało się szczególnym sukcesem. Sukcesem było to, że ubiegła innych chętnych, bo tych znalazło się mnóstwo.

Zdecydowany walor poza ceną stanowiła lokalizacja. Kamienica znajdowała się w centrum miasta wśród innych biurowców, firm, banków oraz kilku podziemnych i naziemnych parkingów, gdzie ewentualni klienci mieli możność pozostawienia samochodu. Poza tym do lokalu przypisane było miejsce parkingowe, co przeważyło szalę na korzyść zaniedbanego, proszącego się o generalny remont biura, a właściwie mieszkania, które straciło swój status na rzecz lokalu użytkowego.

Wyblakła farba na ścianach nie wyglądała tak źle jak stare, rozjeżdżające się panele. Większym problemem wydawały się zdobienia na ścianach, zwane barankiem czy też kornikiem, Matylda nie była pewna, poza tym, że taki wzór powinien znajdować się na elewacji zewnętrznej, a nie wewnątrz budynku. Zdobienia te przypominały kopce termitów. Poprzedni właściciel miał fantazję.

Albo urojenia, szepnął drwiąco jej wewnętrzny głosik. I nie jest to żaden baranek ani kornik, tylko termit.

Nie ma takiego wzoru, zaprzeczyła w myślach Matylda.

Czyżby? – Głos również powątpiewał.

– Te ściany wyglądają, jakby wpadło tu stado dzięciołów – odezwała się Salomea, odrywając w końcu wzrok od ściany.

– Wynajęłam lokal zaledwie kilka dni temu. Nie opracowałam jeszcze planu remontu – odpowiedziała Matylda obronnym tonem, za który niezwłocznie zbeształa się w myślach.

Mamo, jestem już całkiem duuuzzza, drwiący głosik naśladował małą dziewczynkę z wadą wymowy.

– Dobra lokalizacja – pochwaliła Salomea.

– Dziękuję – odparła lakonicznie, po czym nie siląc się na uprzejmość, przeszła do rzeczy: – O co chodzi?

Jej eksszefowa z piekła rodem obrzuciła ją ponurym spojrzeniem, ale przywołała na twarz uśmiech, od którego Matyldzie przeszły ciarki po plecach. Tak mógł się uśmiechać rekin tuż przed pożarciem małego Nemo albo szykujący się do ataku Kuba Rozpruwacz.

– Też kiedyś zaczynałam. Jestem pewna, że osiągnie pani sukces. Ludzie ciągną do pani jak muchy do miodu – powiedziała jakby z przymusem jej rozmówczyni.

Matylda doskonale wiedziała, do czego pije Salomea. Nie chciała nikogo nikomu podbierać. Klienci sami się zgłaszali, a ona nie miała ochoty odmawiać świadczenia usług, zwłaszcza tych legalnych. Pani prezes lubiła działać na pograniczu prawa, a nawet czasami zdarzało jej się przeskoczyć na mroczną stronę, a Matylda nie zamierzała nigdy więcej tego robić. Zrobiła to raz i czuła się, jakby wpadła do króliczej nory.

Dobre słowo w ustach Salomei Gwint należało do rzadkości. Do tego miały ze sobą na pieńku, gdyż Matylda, rzucając pracę, zabrała dwie firmy, które regularnie podrzucały zlecenia na sprawdzanie nowych klientów, nim dały im towar na przysłowiową krechę. Firmy wydmuszki, naciągające przedsiębiorców, w ostatnim czasie mnożyły się jak grzyby po deszczu, więc usługa detektywistyczna była tańsza niż nieopłacona faktura na kilkadziesiąt tysięcy złotych albo i więcej. Do tego Matylda odeszła w okolicznościach, za które szefowa powinna odpowiadać karnie, więc nic dziwnego, że detektyw Dominiczak teraz wietrzyła podstęp. Potwierdzał to drapieżny uśmiech, który szedł w parze ze zgryźliwym tonem pani prezes. Na pewno coś kombinowała. Wepchnie ją pod metaforyczny pociąg albo wysadzi minę, na którą sama wcześniej ją naprowadzi.

– Dziękuję. – Uśmiechnęła się nieszczerze.

– Naprawdę tak uważam.

Na pewno, pomyślała z przekąsem Matylda.

– Dobrze pani wygląda – zwróciła się do byłej pracodawczyni, podejmując grę czy cokolwiek robiła Salomea.

Tamta najwyraźniej nie była gotowa, by powiedzieć, w czym rzecz, więc równie dobrze można pociągnąć rozmowę, aż eksszefowa wreszcie powie, pod jaki pociąg zamierza ją wepchnąć – pospieszny, ekspres czy intercity, bo zwykłą ciuchcią by się nie zadowoliła.

Pani prezes wyglądała znacznie lepiej niż kilka miesięcy temu, gdy widziały się po raz ostatni. Włosy jej odrosły, a twarz wyglądała naturalnie, pozbawiona nadmiaru pudrów i fluidów, nakładanych przez Salomeę całymi warstwami. Zniknęły też skutki nieudanego makijażu permanentnego, który rozmnożył brwi szefowej ze sztuk dwóch, jak u większości ludzi, do sztuk czterech, do tego układających się w dziwaczne łuki, jakby ich właścicielka żyła w stanie wiecznego zdziwienia. Salomea Gwint miała teraz tylko jedną parę brwi, pozbyła się wąsika à la Rhett Butler spod nosa, a włosy, dawniej w kolorze ugotowanej marchewki, zyskały teraz subtelny, platynowy odcień. Wyglądała na zadbaną pięćdziesięciolatkę plus, którą była.

– Medycyna estetyczna – wyjaśniła z grymasem na twarzy. – Laser pomógł, ale włosy musiałam ściąć na zapałkę.

Przed nieudanym eksperymentem z marchewką Salomea Gwint na ogół miała wiecznie natapirowane tlenione blond siano na głowie i makijaż rodem z PRL. Teraz, z jasnymi, krótko ściętymi włosami i delikatnie umalowaną twarzą, wyglądała znacznie młodziej.

Chyba przestała też popijać, bo nie jest już taka spuchnięta, zauważył z wahaniem głosik w głowie Matyldy.

– Próbowałam odbarwić, ale efekt był taki, że włosy wypadły – przyznała eksszefowa z zażenowaniem. – Plus tego jest taki, że bardzo mi wygodnie z krótkimi. Polecam. – Spojrzała z niesmakiem na przylizane i lekko przetłuszczone włosy Matyldy, która nie dała po sobie poznać, że poczuła się zakłopotana. Z niczym nie mogła zdążyć, a zaplanowane na dziś rano mycie włosów odsunęło się w czasie do… przynajmniej wieczora.

Skoro wymieniłyście uprzejmości, to może czas przejść do rzeczy, zaproponował głos. Skrytykowała biuro, włosy, został jej jeszcze twój tyłek. Nie ma na co czekać.

Włosy przy tyłku to pryszcz, zgodziła się ze sobą Matylda. Potem może być już tylko gorzej.

– Co panią do mnie sprowadza, pani Gwint? – zapytała z profesjonalną uprzejmością, z którą zwykła zwracać się do klientów.

Nie musieli wiedzieć, że rozmawia sama ze sobą, gubi się w domysłach i czasami nie jest pewna, jaki mamy dzień tygodnia. Grunt to zrobić dobre wrażenie.

Jeśli sądzi, że wrócę, to odbarwianie wniknęło głębiej niż w cebulki włosowe, zakpiła w duchu.

– Mam sprawę. Prywatną – obwieściła dramatycznym tonem Salomea.

Uważaj, bo zaraz wyciągnie chusteczkę i zacznie ronić krokodyle łzy, ironizował głosik.

– Rozumiem – powiedziała z wyuczonym współczuciem, którego oczekiwali klienci.

Czyli nie chce, żebym wróciła. Nie powinnam czuć się urażona, ale jakoś tak mi dziwnie. Miło by było poczuć się docenioną.

Chce cię wynająć. Większego komplementu nie mogłabyś dostać.

No, nie wiem, wahała się przed przyznaniem sobie racji. Raczej znów chce mnie wepchnąć w coś śmierdzącego.

– Muszę kogoś znaleźć i chciałabym panią wynająć.

– Nie może pani zlecić tego komuś z pracowników? – zdziwiła się Matylda.

– Jak mówiłam, to sprawa prywatna. I do tego dość krępująca. Mam do pani zaufanie.

Mina byłej pracownicy musiała wyrażać przynajmniej sceptycyzm, gdyż Salomea powiedziała to ostro, najwyraźniej oburzona brakiem wiary w jej słowa.

– Do kogoś muszę, a sama się tym nie zajmę, bo nie mogę.

Matylda odchyliła się w fotelu do tyłu i z namysłem przyglądała pani prezes.

Tamta na pewno coś knuła.

Zemsta?

Po roku?

Ledwo sześć miesięcy minęło.

Nie czekałaby jednego dnia, by mi dowalić, a tym bardziej roku, uznała Matylda.

Sześciu miesięcy, poprawiła ją podświadomość.

– Bierze pani czy nie?

– Kto zaginął? – spytała bardziej z ciekawości niż chęci wzięcia sprawy.

– Nikt nie zaginął.

– Powiedziała pani, że chce kogoś znaleźć.

– Zaginięcie bym zgłosiła. Muszę znaleźć kogoś, z kim jakiś czas temu straciłam kontakt. Chcę wiedzieć, co robi, a tak dokładnie to z kim jest i co z tym kimś robi. I potrzebuję mieć to udokumentowane.

– Aha… A ten ktoś to kto?

– Mój mąż – oświadczyła bez ogródek jej niedawna pracodawczyni.

– Zgubiła pani męża?

– Nie zgubiłam, tylko zostawiłam, a potem gdzieś się zawieruszył. Bierze pani tę robotę czy nie?

Mimo agresywnego tonu wyglądała na zdenerwowaną i nieszczęśliwą.

 

Nie daj się nabrać. To cwane babsko. Może udawać.

– O którego męża chodzi? – Matylda nie wiedziała, ilu dokładnie małżonków miała Salomea, a plotki krążące po firmie mogły doprowadzić do cudownego rozmnożenia. Sama doliczyła się przynajmniej trzech, a podobno zdarzyło się ich co najmniej sześciu.

– O poprzedniego.

– Czyli byłego?

– Niezupełnie. Jesteśmy tak jakby… w separacji.

– Czyli nie chodzi o poprzedniego męża, tylko o aktualnego?

– Aktualny mąż nie jest mężem, a ja potrzebuję poprzedniego męża, żeby wyjść za mąż za obecnego męża.

– Czyli chodzi o rozwód z mężem, by móc poślubić aktualnego… – zawahała się, nie wiedząc, jak ładnie nazwać kochanka szefowej. Konkubent? Absztyfikant? – Partnera? – dokończyła nieporadnie.

– Pani i ta pani drobnomieszczańska naiwność! – prychnęła wzgardliwie Salomea Gwint. – Niech pani w końcu dorośnie. Większość ludzi to robi.

– Przypominam, że to pani przyszła do mnie, a ja jeszcze nie podjęłam decyzji, czy przyjmę jakiekolwiek zlecenie od pani. Jak dotąd nie widzę żadnego powodu, dla którego miałabym pani pomóc. Jestem pewna, że z pani znajomościami w policji nie potrzebuje pani moich usług, by znaleźć męża, czy to aktualnego, czy poprzedniego, a może nawet przyszłego, więc o co właściwie chodzi?

Sprawa na pewno miała drugie dno. A równie dobrze trzecie i czwarte. Z tą kobietą nigdy nie wiadomo, co knuje za drzwiami gabinetu. Matylda za dobrze znała eksszefową, by uwierzyć w powód, który ta jej podała. Może i chciała się rozwieść, by ponownie wyjść za mąż, ale z pewnością nie jest to jedyna przyczyna zlecenia. Pewnie chce mieć haka na prawie byłego męża, by go przygwoździć i ogołocić, z czego tylko się da. Do tego nie zamierzała przykładać ręki. Facetowi należało się odszkodowanie za sam fakt bycia mężem Salomei Gwint.

– Pani Matyldo, znamy się nie od dziś. Mogę być miła, ale obie wiemy, że nie jestem i nie zamierzam, bo niby po co? Jestem suką i nie zamierzam tego zmieniać. Sądziłam, że ceni pani szczerość.

– Uprzejmość również – zauważyła rozbawiona wbrew sobie Matylda.

– Jeśli przyjmie pani zlecenie, postaram się być… hm… uprzejma. O tyle, o ile to możliwe.

Matylda miała wrażenie, że wypowiadając te słowa, jej była pracodawczyni omal się nie zadławiła, ale doceniła, że ta kobieta nie żywi co do siebie złudzeń. Niemniej nie powinna przyjmować od niej żadnej sprawy.

A pieniądze? Potrzebujemy pieniędzy! – zdenerwowała się podświadomość.

– Pani Salomeo, będzie lepiej dla nas obu, jeśli odmówię. – Matylda zignorowała wewnętrzny głos.

– Dlaczego?

– Nie widzę możliwości współpracy.

– Nie chcę z panią współpracować, tylko panią wynająć. Nie będę się wtrącać w pani metody, bylebym mogła liczyć na poufność i wykonanie zadania. Mogę zapłacić z góry, jeśli sobie pani życzy.

– Nie mogę wziąć pieniędzy z góry. Z reguły przyjmuję tylko zaliczkę.

– Jednak czegoś się pani u mnie nauczyła – stwierdziła z zadowoleniem tamta. – Zapłacę pani tygodniówkę plus przewidywane koszty i tak za każdy kolejny tydzień. To dobra propozycja, a pani lokal to ruina.

– Nie mogę…

– Oczywiście, że pani może. Potrzebuje pani tego zlecenia.

To akurat prawda, przyznał głos, a z reguły wyzłośliwiający się głosik również poparł go niechętnie, chociaż żaden z nich nie wydzierał się, że chcą pieniędzy.

– Nie da się ukryć, że wszyscy troje jesteśmy co do tego zgodni, niemniej…

– Jacy troje? – przerwała jej wzburzona Salomea. – Ktoś słucha naszej rozmowy?!

– Oczywiście, że nie! – zaprzeczyła z zażenowaniem Matylda, zdając sobie sprawę, że zamiast odpowiedzieć swojej podświadomości mentalnie, zrobiła to werbalnie.

Ty idiotko! – zbeształa się w myślach.

– To skąd „nas troje”, jak jest nas dwoje? A właściwie dwie? – dociekała zgryźliwym tonem Salomea, bynajmniej nieprzekonana.

Zarumieniona twarz byłej podwładnej wyglądała podejrzanie.

– Myślałam o czymś innym, a właściwie o kimś innym – skłamała Matylda. – Ale to bez znaczenia, bo… – Nie zamierzam przyjąć tego zlecenia, chciała powiedzieć, choć oferta Salomei była kusząca. – Bo nie mogę podjąć decyzji bez bardziej szczegółowych informacji.

– Jak bardzo szczegółowych? – spytała nieufnie Salomea.

– No cóż… – zakłopotała się.

Jak miała powiedzieć tej kobiecie, że uważa ją za łasą na pieniądze krętaczkę, która utopiłaby niemowlę w łyżce wody, gdyby pomogło jej to wspiąć się o szczebel wyżej na wyimaginowanej drabinie sukcesu czy co tam nakręcało Salomeę do działania. Samo przyjęcie zlecenia i donoszenie na tego biedaka byłoby niemoralne.

Matylda nie miałaby oporów, gdyby chodziło o innego męża z inną żoną, ale w tym wypadku ktoś na pewno będzie pokrzywdzony, niewykluczone, że ona sama także. Tylko że elektryka do zrobienia, ściany do zrobienia, podłogi do zrobienia, meble do kupienia, o sprzęcie prawdziwego detektywa nie wspominając…

Czy mogła sobie pozwolić na wybrzydzanie? Przez ostatnie kilka miesięcy łapała fuchy z dwóch innych agencji detektywistycznych, miała dwóch stałych klientów i nie wydała jeszcze pieniędzy od niejakiego Wujka, od którego należało trzymać się jeszcze dalej niż od Salomei.

Wujek bez wahania kazałby Matyldzie wykopać w lesie dół, w którym pochowałby ją żywcem. Salomea może i miałaby na to ochotę, ale tak daleko raczej by się nie posunęła. I zawsze może odmówić albo wycofać się ze zlecenia, gdyby odkryła, że tamta pakuje ją w coś nielegalnego.

– Bardzo szczegółowych – oświadczyła w końcu zdecydowanie. – Mam wątpliwości co do motywów pani działań i nie zamierzam przekraczać granic.

– Jakich? Prawnych?

– Też – odparła enigmatycznie.

– Na litość boską, pani Matyldo, ta pani drobnomieszczańska mentalność doprowadza mnie do szału. Jak z takim nastawieniem do życia może pani być ateistką?!

– Nie mieszajmy religii do kwestii moralnych, bo historia pokazuje, że to nie zawsze szło w parze – ucięła stanowczo Matylda. – W swojej pracy mogę mieć zasady i światopogląd, również taki, który nie odpowiada klientom, ale oni nie zatrudniają mnie z powodu moich poglądów, tylko umiejętności.

Tych klientów aż tak dużo nie było, zwłaszcza własnych, ale tego jej rozmówczyni nie musiała wiedzieć.

Salomea zacisnęła gniewnie usta, bruzdy na jej twarzy się pogłębiły. Wyglądała teraz na swoje pięćdziesiąt kilka lat, a może i więcej. Jej wiek, tak samo jak liczba mężów, owiany był ponurą tajemnicą. Mareczek podejrzewał, że mogła być krewną Draculi, a Tobiasz wręcz był o tym przekonany.

– Zamierzam ponownie wyjść za mąż, a nie mogę tego zrobić, dopóki się nie rozwiodę. Mój mąż nie da mi rozwodu, zwłaszcza gdy się dowie, że zamierzam ponownie wziąć ślub. Jestem przekonana, że będzie utrudniał postępowanie, ile się da i jak się da, i najzwyczajniej w świecie chcę mieć na niego haka. Dlatego muszę wiedzieć, co i z kim robi, może ma jakąś partnerkę i wtedy problem sam się rozwiąże, może jakieś lewe dziecko mu się trafiło albo może przejechał kogoś samochodem, a ciało ukrył w lesie. Nie wiem i mam to w dupie, co zrobił i komu, byle znalazła pani coś, co mi pomoże przy rozwodzie. Czy taka szczegółowość pani wystarczy?! – wybuchnęła gniewem.

– Na początek – odpowiedziała spokojnie Matylda, uzmysławiając sobie, że wrzaski byłej pracodawczyni nie robią już na niej wrażenia.

Salomea nie może już jej grozić, że wywali ją na zbity pysk.

Przyszła koza do woza, zakpił głosik.

– Kiedy pani widziała męża po raz ostatni?

– Kiedy co?

Zadane spokojnym tonem pytanie zbiło jej rozmówczynię z pantałyku.

– Kiedy widziała pani męża po raz ostatni? – Matylda powtórzyła pytanie, wyciągając notes.

– Jakieś… czy ja wiem… kilka lat temu?

– Kilka to znaczy ile?

– Ehm… – zawahała się, a Matylda po raz pierwszy ujrzała na twarzy prezes Gwint niepewność. – Piętnaście…

– Ile?!

– Piętnaście… mniej więcej… – Tamta wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się zdawkowo. – Kto by tam dokładnie liczył… Nasze drogi rozeszły się, więc co to ma za znaczenie, kiedy to było.

– Ostatnie miejsce zamieszkania?

– Nasze? Bez znaczenia, bo mieszkanie było moje, i chociaż to ja się wyprowadziłam, to gdy wróciłam, jego już nie było, a zapewniam panią, że nie przegapiłabym męża przebywającego w mieszkaniu. Ale ma dom po rodzicach, więc może pani od tego zacząć. To taka mała miejscowość, Cicha Wólka. Z tego, co wiem, może tam mieszkać.

– Tam, gdzie ta stadnina koni?

– Jeździ pani? – zdumiała się Salomea.

– Nie, ale kojarzę to miejsce. Nie da się włączyć radia, żeby nie słyszeć reklamy sprzedaży domów deweloperskich w tamtej miejscowości. Bardzo ładnie tam jest, ale, pani Salomeo, jeśli mąż nadal tam mieszka, to trudno będzie go śledzić. O ile dobrze kojarzę, to taka wioska, gdzie dom stoi przy domu, a jeszcze te nowe osiedla, gdzie budynków nie oddziela nawet płot. Nie mogę wystawać pod jego bramą, bo zaraz ktoś przyuważy obcego. To trudne zlecenie – powiedziała.

Obserwowanie kogoś w miejscu, gdzie wszyscy się znają, a każdy obcy zostaje natychmiast dostrzeżony, jest niemożliwe. Z drugiej strony tam, gdzie wszyscy się znają i wszystko o sobie wiedzą, wielu rzeczy można się dowiedzieć, pod warunkiem że się namierzy chętną do plotek osobę.

– Pojedzie tam pani jako letniczka.

– W maju?

– Ciepło jest.

Matylda spojrzała na nią z powątpiewaniem.

– Zarezerwowałam pani miejsce w agroturystyce – zachęcała ją Salomea. – Na tydzień.

Matylda zmarszczyła czoło. Rezerwacja na tydzień? Jeśli faceta tam nie ma, to po co tak długa rezerwacja? Czyżby ta kobieta coś wiedziała? Nie, nie może podważać każdego jej słowa, bo oszaleje. Wysłucha do końca i wtedy zdecyduje.

– Na plebanii.

– Mam mieszkać u księdza? – Matylda niemal zachłysnęła się ze zdumienia.

– Agroturystyka nosi nazwę „Na Plebanii”. Fantazja właściciela, jak mniemam. Są tam bardzo ładne pokoje. A tu mam zdjęcie Ernesta.

Nim Matylda zdążyła zwerbalizować kolejne podejrzenia, na jej biurku wylądowało kilka zdjęć mężczyzny koło pięćdziesiątki, o szpakowatych skroniach, ostrych rysach twarzy i ciemnych oczach.

– Ile lat ma pani mąż? – spytała.

– Jakieś pięćdziesiąt z ogonkiem.

Jakieś pięćdziesiąt? Nie wie, ile lat ma jej własny, osobisty mąż?

Zerknęła ponownie na fotografie uchwyconego w różnych pozach mężczyzny. Na jednym ze zdjęć siedział na motorze, uśmiechając się szeroko, na kolejnym stał na plaży, prężąc muskuły. Jeśli widziany piętnaście lat temu Ernest był teraz po pięćdziesiątce, to musiał mieć kiepskie geny. Skoro przed czterdziestką wyglądał jak własny ojciec, teraz może wyglądać jak stulatek albo najzwyczajniej w świecie, co uznała za bardziej prawdo­podobne, Salomea ściemnia.

– To nie są fotografie sprzed piętnastu lat – powiedziała.

– Oczywiście, że nie. Znalazłam jego profil na Face­booku i wydrukowałam kilka aktualnych zdjęć. Po co pani stare? Nie szuka pani trzydziestoparolatka.

Tylko dziadka, pomyślała z zażenowaniem Matylda. Omal nie zarzuciła tej kobiecie kłamstwa. Musi przestać się nakręcać.

– Nie ma tam żadnych informacji o żonie i dzieciach. To znaczy o mnie i naszych dzieciach – szybko poprawiła się Salomea.

– A dzieci nie mają kontaktu z ojcem?

– Jakie dzieci?

– Wasze dzieci.

– Nie mieliśmy dzieci.

– Powiedziała pani, że na jego profilu nie ma żadnych informacji o pani i waszych dzieciach…

– Nie ma, bo nie mamy dzieci, ale chodziło mi o to, że nie ma informacji o tym, że jest żonaty.

– Nie może być żonaty z kimś innym, skoro jest żonaty z panią.

– Ale pani czepia się słówek – zirytowała się pani prezes. – Nie zaznaczył statusu, więc albo ma w dupie nasze małżeństwo, albo nie przyznaje się do tego, że jest żonaty, co może oznaczać, że ma gdzieś babę albo nie wyklucza, że będzie miał babę. Większość rodziców w „znajomych” ma swoje dzieci, a ja nie znalazłam wśród jego znajomych żadnych dzieci, więc zakładam, że ich nie ma albo że starannie je ukrywa.

W piwnicy bądź na strychu, dopowiedziała w myślach Matylda.

Dawna szefowa zachowywała się jak nie ona. Bredziła jak potłuczona. Matylda czuła się, jakby rozmawiała z… samą sobą. Takie wypowiedzi były bardziej w jej stylu niż twardzielki, która zaczynała karierę za czasów, gdy funkcjonariusze poruszali się po ulicach miast dużymi fiatami z emblematem MO.

 

– Ja wiem, pani Matyldo, że między nami nie zawsze było dobrze, ale teraz błagam panią. Pani musi mi pomóc. Bo jak nie pani, to ja już nie wiem kto – oznajmiła Salomea tak dramatycznym tonem, jakby stała nad przepaścią, a ziemia usuwała jej się spod stóp.

Kręciła, tego Matylda była pewna. Była pewna również tego, że jeśli ona nie przyjmie zlecenia od Salomei, znajdzie się ktoś, kto je weźmie, i nie będzie zadawał pytań. Lepiej więc, żeby to zrobiła ona. Przynajmniej dopilnuje, by facetowi nie stała się krzywda. Kto wie, czy ta kobieta nie uzna, że odstrzał może być tańszy niż rozwód.

– Tygodniówka z góry? – spytała z westchnieniem, już czując, że popełnia błąd.

– I zaliczka na koszty. Mogę wykonać przelew choćby zaraz.

Tamta nie kryła ulgi. Nawet uśmiechnęła się z wdzięcznością.

– I jak niczego nie ustalę, nie będzie zwrotu pieniędzy.

– To oczywiste, płacę za pani czas – zapewniła ją z powagą klientka. – Nie za sukces.

– Ale jeśli się zorientuję, że kroi się coś nielegalnego, powiadomię policję – uprzedziła Matylda.

Jak się przekonała podczas pracy dla swojej szefowej, ta nie zawsze wypełniała ciążące na niej obowiązki, zwłaszcza jeśli jej nie odpowiadały albo mogły utrudnić zapłacenie faktury przez klienta.

– Oczywiście, to zrozumiałe. Takie jest prawo. Nie chciałabym, by straciła pani licencję przez jakieś niedopatrzenie – zapewniła ją z zadowoleniem pani prezes. – Jestem jednak pewna, że nie będzie takiej potrzeby. Ernest zawsze był taki świętoszkowaty, że nigdy nie przejechał na czerwonym świetle, nawet w środku nocy, kiedy nikogo nie było, i stał samotnie na skrzyżowaniu jak… jak…

Samotny jeździec, dopowiedziała w myślach Matylda.

– Jak taka pizda – dokończyła Salomea, zadowolona z porównania, które jej się nasunęło.

Ernest Korcz skończył pięćdziesiąt pięć lat – tego się Matylda dowiedziała z informacji na FB – i był emerytowanym policjantem, co wyjawiła z wyraźną niechęcią jego żona. Do tego uczciwym – te słowa wycedziła z lekką wzgardą. Miał motocykl i ostatnie wakacje spędził nad morzem – to wynikało ze zdjęć na portalu. Należał do kilku grup survivalowych oraz grupy interesującej się kryminalistyką i kryminologią. To ostatnie było zrozumiałe z racji wykonywanego przezeń zawodu.

Matylda przejrzała zamieszczone na profilu zdjęcia. Korcz nie zamieścił ich wiele. Kilka z lasu, znad morza, na jednym z nich widniał krajobraz pustynny, jeszcze to z motorem i tyle. Na żadnym z nich nie był ze znajomymi ani z kobietą. Z komentarzy umieszczanych pod zdjęciami też nic nie wynikało. Wśród znajomych miał kilka osób podobnych do siebie, których profile wyglądały całkiem jak jego. Widać było wyraźnie, że ci ludzie nie szukali hordy znajomych, łączyły ich wspólne pasje. Niewiele informacji osobistych, co należało uznać za dość rozsądne, zważywszy na szerzący się na portalach ekshibicjonizm. Facet cenił sobie prywatność. Komentarze, które wypisywał pod postami znajomych, były krótkie i na temat.

Niemniej sprawa śmierdziała jak skarpetki komisarza Tomczaka. Gdyby nie hojna oferta finansowa, Matylda pogoniłaby dawną szefową, gdzie raki zimują, ale teraz nie mogła sobie pozwolić na wybrzydzanie. Rzecz w tym, że owa szczodrość pani prezes była niezwykle podejrzana. Ernest Korcz musiał być miliarderem, choć nie wyglądał, a Salomea liczyła, że szantażem go oskubie. Zresztą cokolwiek tamta planowała, z pewnością miała złe intencje; jedyne, co Matylda mogła zrobić, to dopilnować, żeby jej klientka nie zrobiła facetowi jakiegoś świństwa. Po chwili namysłu sięgnęła po telefon i zadzwoniła do teraz już emerytowanego komisarza policji, Stanisława Tomczaka, który dorabiał sobie u niej małymi zleceniami.

– Witam, pani Matyldo! – powitał ją radośnie. – Rybki sobie łowię, ale jakby co, wskakuję w samochód i jestem u pani.

– Dziękuję, panie Staszku, ale nie trzeba. Kilka pytań tylko mam.

Zastanawiała się chwilę, jak przedstawić sprawę, nie zdradzając zarazem nazwiska klientki.

Tomczak pałał niezrozumiałą dla niej sympatią do Salomei Gwint, uważając ją za wcielenie wszelkich cnót niewieścich. Długo czekał na okazję, by zostać przedstawionym swojemu ideałowi. Niestety, Matylda wybrała nieodpowiednią porę na zapoznanie go z szefową. To było krótko po nieudanym zabiegu makijażu permanent­nego i na ów widok komisarz prawie zemdlał z wrażenia. Wypominał to Matyldzie kilka tygodni, jakby to była jej wina, że obiekt jego westchnień nie wygląda tak, jak to sobie wymarzył.

Wieść o zleceniu mogłaby przyprawić go o szybsze bicie serca i zawał, a tego zdecydowanie wolała uniknąć. Nawiązywanie znajomości w środowisku policyjnym, zwłaszcza gdy się z takiego środowiska nie pochodzi, było czasochłonne i żmudne. W przeciwieństwie do wielu prywatnych detektywów, którzy zdobywali doświadczenie w organach ścigania, ona pracowała wcześniej tylko jako bibliotekarka, co niejednokrotnie wypomniała jej komisarz Mizera, uważając, że Matylda nie jest „prawdziwym” detektywem.

Pod wpływem partnerki Marecki też jakoś krzywo na nią spoglądał, co nie zaszkodziło mu dzwonić do niej od czasu do czasu z pytaniem, czym się zajmuje, jakby obawiał się, że ponownie wejdzie mu w drogę, rozwiąże sprawę za niego, a on dostanie niezasłużoną pochwałę do akt. Został jej tylko komisarz Tomczak.

– Kojarzy pan Ernesta Korcza z Cichej Wólki?

– Nie mój rejon.

– Ale kojarzy go pan czy nie?

– A co on zrobił?

Ożenił się pechowo, pomyślała Matylda, a głośno powiedziała:

– Prawdopodobnie nic. Mam zlecenie od żony, która chce się rozwieść, ale obawia się trudności z jego strony.

– Chce znaleźć haka na gościa?

– Właśnie tak, a pytam pana o niego, bo to emerytowany policjant.

– A gdzie służył?

Kurde melek, o to Salomei nie zapytała. Tamta raczej niechętnie ujawniała szczegóły dotyczące swojego małżeństwa, uważając, że nie ma to aktualnie znaczenia, więc Matylda nie naciskała. Najwyraźniej za szybko odpuściła. Brakowało jej podstawowych informacji, które jednakże z punktu widzenia sprawy nie były jej potrzebne. Nie miała szukać na niego starych brudów, tylko znaleźć nowe.

– Nie wiem, panie Staszku. Nie zapytałam klientki… Ale nie chodzi o stare sprawy, tylko o bieżące. Są w separacji od kilkunastu lat i mieszkają osobno. Klientka nie ma pojęcia, czym aktualnie zajmuje się mąż, czy kogoś ma i czy może ma coś na sumieniu. Tak z ciekawości zapytałam, bo pomyślałam, że może akurat coś się panu obiło…

Westchnęła. To było głupie. Korcz mógł pracować na drugim końcu Polski. Skąd niby Tomczak miałby coś o nim wiedzieć?

– Zobaczę, co da się zrobić – obiecał były komisarz, sięgając po kolejnego papierosa.

– Dziękuję.

– Niech tylko pani cudów nie oczekuje.

– Oczywiście – zapewniła go.

– Gdyby miał na sumieniu coś z dawnych czasów, to pewnie jest już tak pozamiatane pod dywan, że nikt słówka nie piśnie. Inaczej obiłoby mi się o uszy co nieco, gdyby był nasz.

Matyldę dobiegł odgłos splunięcia, potem coś w rodzaju charczenia i ponowne splunięcie. Zamknęła oczy. Tomczak był niereformowalny. Wprawdzie po tym, jak pozbył się wąsa i radioaktywnej chusteczki w kratkę, która służyła mu do wszystkiego poza podcieraniem tyłka – oby! – i zaczął korzystać z usług fryzjera, przestał wyglądać jak zapuszczony dziadyga, ale jeszcze sporo mu brakowało, by uznać go za zadbanego, eleganckiego, starszego pana.

– Halo, jest tam pani?

– Jestem – powiedziała, z trudem powstrzymując się od zwrócenia mu uwagi.

Osiągnęła tyle, że przynajmniej przestał spluwać w jej obecności. O telefoniczne spluwanie nie warto się czepiać.

– To czego nic nie mówi?

– A co mam mówić? Słucham, co pan mówi.

– A ja już swoje powiedziałem, więc co jeszcze mam mówić? – zdziwił się Stanisław.

– Proszę zadzwonić, jak tylko pan się czegoś dowie, dobrze? – poprosiła, ucinając bezsensowną rozmowę. – Do usłyszenia.

– Czemu by nie, do usłyszenia… – Tomczak rozłączył się i spojrzał na kolegę, emerytowanego inspektora Mariana Kotka. – Marianek, kojarzysz Ernesta Korcza?

Starszy kolega spojrzał na niego z niechęcią. Nadal nie wybaczył mu rozbitego samochodu. Jedyne, co miał na swoje usprawiedliwienie winowajca, to to, że ktoś usiłował go zabić, ale Kotek nie mógł się pozbyć urazy, chociaż tamta kraksa nie była z winy Tomczaka.

– A co zrobił?

– Chyba nic, ale to jeden z naszych. Emeryt. Żonka chce na niego coś znaleźć, żeby się rozwieść – wyjaśnił komisarz.

– Pierdolone baby. Świat byłby bez nich znacznie lepszy. Nawet nie dadzą chłopu spokojnie odejść. Muszą mu obciąć jaja i wepchnąć w gardło, żeby się zadławił, a do tego robią to publicznie – narzekał Kotek.