ZniewolonaTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– No, chodźmy, chodźmy do domu! – powiedziała, orientując się, że trzyma w progu zdrożonego syna.

Na jego przyjazd nakryto do stołu, dość skromnie, wedle zasobności, za to od serca. Jednak szybko się okazało, że Aleksiej ma zupełnie inne plany.

– Podziękuję za jedzenie, mateczko – powiedział, wchodząc do salonu. – W pierwszej kolejności chciałbym odwiedzić Natalię Aleksandrownę.

– Natalie? – Twarz Sofii Stanisławowny zmieniła się.

– Tak – zaśmiał się Aleksiej. – Płonne były nadzieje mamusi: przez te lata nic się nie zmieniło, wciąż ją kocham.

– Ale… dziś wieczorem Liddi Szefer urządza przyjęcie na cześć bohaterów, którzy wrócili z wojny.

Spojrzenie Aleksieja, wciąż pełne czułości, było stanowcze i stało się jasne, że zamierza jechać do Doroszenków, nie na bal.

– Jestem pewna, że Natalie również tam będzie – nie odpuszczała Sofia Stanisławowna. Biorąc syna za rękę, zaczęła go przekonywać, jak robiła to od maleńkości, raz emocjami, raz argumentami studząc jego porywy. – Tymczasem zostań z nami w domu, tak się stęskniliśmy! A poza tym przyznaj, to niegrzecznie ot tak zajeżdżać do obcego domu, zwłaszcza w czasie nieprzeznaczonym na wizyty.

– Tak, chyba ma mamusia rację – zgodził się Aleksiej po chwili namysłu. – Pojadę wieczorem do Szeferów.

Natalie, która czekała na wieczór u Szeferów ze znacznie większą niecierpliwością, postanowiła poćwiczyć przed balem piosenkę Ja wciąż go kocham do szaleństwa1, dlatego właśnie zawezwała do siebie Katię. Chciała się również podzielić swoimi wątpliwościami na temat tej modnej nowinki.

– Melodia jest wspaniała – mówiła Natalie. – Ale tekst… Kompletnie nie rozumiem, jak mężczyzna może nie odpowiedzieć na uczucia damy?

Przez moment przemknęła jej myśl, że nie wypada prowadzić takich rozmów z dziewczyną pokroju Katieriny, ponieważ jednak niedawno wróciła z pensjonatu, nie zdążyła jeszcze znaleźć sobie przyjaciółek, a przy całej swej miłości do ojca uznała, że w tej materii on jednak nie jest odpowiednim dla niej rozmówcą.

Katierina kompletnie nie wiedziała, co odpowiedzieć. Była zupełnie niedoświadczona w sprawach sercowych.

– Pewnie i tak bywa…

Natalie machnęła ręką; teraz wystarczyło, że ktoś jej słucha.

– Bywa tak: wystarczy uśmiechnąć się nieco uprzejmiej, a on już się zakochał! Listy pisze, kwiaty wysyła… Wiersze układa… Potem nie chcesz już takiej uwagi, a ten mimo wszystko chodzi, wzdycha…

Natalie nie zauważyła, że Katia staje się coraz bardziej niespokojna.

– Panią pewnie wszyscy kochają, pani jest taka piękna, Natalio Aleksandrowna – śpiesznie powiedziała Katierina, wstając. Czuła się niezręcznie w obecności panienki. Nie wiedziała, jak się zachować, chciała czym prędzej wracać do domu. – Jeśli już skończyłyśmy, pora, bym się pożegnała.

– Tak szybko? – zasmuciła się Natalie, która nawet nie podejrzewała, jak bardzo jej brakuje towarzystwa rówieśnic. – Kitti, zanudziłam cię?

– Ależ nie… – Katierina starannie dobierała słowa. – Po prostu… po prostu boję się jechać po zmroku obok starego młyna. Wie pani, co ludzie mówią?

– Ach, to wszystko są bzdury! Wymysły! Średniowiecze. Nie wierzę ani w przekleństwa, ani w zjawy. – Ale Katierina patrzyła na nią tak błagalnie, że Natalie powiedziała, choć tym samym, pouczającym tonem: – Dobrze. Obiecuję, że puszczę cię za dnia. Ale przecież do zmierzchu jest jeszcze tyle czasu! Pobądź ze mną jeszcze trochę.

– Panienko – oświadczyła Orysia, zaglądając do salonu. – Krawcowa przyniosła nową suknię panienki. Będzie panienka mierzyć raz jeszcze?

– Oczywiście, że będę! I jeszcze dla Kitti coś wybierzemy! – Oczy Natalie zapłonęły. Czytanie gazet i muzykowanie – to wszystko nie zaszkodzi, ale bez sukien panienka nie przeżyje. Złapała Katierinę za rękę. – Chodź ze mną! Zaraz zrobię z ciebie carównę!

I niemal siłą wyciągnęła Katierinę z pokoju, z przyzwyczajania nie pytając chłopki, czy chce zmienić się w carównę.

W związku z tym, że wizyta u Doroszenków została odłożona na później, Sofii Stanisławownie udało się usadowić syna przy stole i z przyjemnością raczyła go domowymi przetworami, opowiadając, jak im się żyje.

– Zatem, Aloszeńko, ciężko nam tu bez ciebie – podsumowała. – Krzątam się w dzień i w nocy, a i tak… pieniędzy nie ma. Ciężki jest wdowi los. A z małymi dziećmi podwójnie ciężko. Gdyby nie Lidia Iwanowna, zginęlibyśmy marnie.

– Czyżby? – uśmiechnął się Aleksiej.

– Nie śmiej się. Byłam gotowa zastawić majątek. Lidia pomagała i słowem, i czynem, i… pieniędzmi. Kiedy nasz oszust ekonom uciekł, znalazła nowego, godnego zaufania. Sama mu płaci pensję. To wspaniała kobieta, wrażliwa, wyrozumiała… – znacząco powiedziała Sofia Stanisławowna.

– Matulu, jestem bardzo wdzięczny Lidii Iwanownie. Jeszcze dziś wieczorem podziękuję jej osobiście za zaangażowanie w wasze sprawy – powiedział sucho Aleksiej. – A wszystkie pieniądze, ma się rozumieć, zwrócę.

– Aloszeńka, nie o to chodzi. Nie o to… – Widząc, że syn nie zrozumiał aluzji, Sofia Stanisławowna zdobyła się na całkowitą szczerość. – Przecież Lidoczka nadal jest w tobie zakochana! Nie zwracałeś uwagi na jej uczucia albo udawałeś, że nie zwracasz, a potem wyjechałeś. Więc ona całą swoją miłość na nas przelała! To wielkie, szlachetne serce. Wspaniała osoba! Tak do siebie pasujecie…

Aleksiej westchnął zirytowany i stało się jasne, że już wcześniej doskonale zrozumiał, do czego zmierza matka, i celowo nie chciał w to brnąć.

– Mateczko, zakończmy tę rozmowę – w jego tonie wyraźnie zabrzmiało ostrzeżenie.

– Uważam, że nie znajdziesz lepszej partii – nalegała matka. – Ona jest piękna, bogata. A co najważniejsze – kocha ciebie!

Aleksiej odsunął talerz i wstał.

– Mamo – powiedział wyraźnie wzburzony – nie sądziłem, że postanowi mama tak jawnie mieszać się do mojego życia osobistego. Nigdy nie ożenię się z mademoiselle Szefer! Moje serce należy do Natalie Aleksandrowny. I mama doskonale o tym wie!

– Aloszeńko, coś ty, proszę, nie zrozum mnie źle! – zaczęła wycofywać się Sofia Stanisławowna, wiedząc, że przesadziła.

– Maman, zrozumiałem mamę doskonale! Chce mama mną zapłacić za długi! – wymknęło się Aleksiejowi i żeby nie powiedzieć za dużo, podszedł do okna.

– Aleksis! – z oburzeniem krzyknęła matka. – Jak możesz? Nigdy, słyszysz, nigdy nawet nie śmiałabym w ten sposób pomyśleć!

– Mateczko, miła moja, mama wybaczy moją wybuchowość. – Aleksiej wrócił do matki i ją przytulił.

– Aloszeńko, synku, życzę ci tylko dobra. Lepszy jest wróbel w garści niż…

– O swoim losie będę decydował sam! – nie zdzierżył Aleksiej. – A temu „wróblowi” zapłacę za długi z nawiązką, jak tylko poprawię naszą sytuację!

I wypadł jak poparzony z pokoju stołowego, a rozgoryczona Sofia Stanisławowna mogła jedynie odprowadzić go wzrokiem.

Piotr Iwanowicz wrócił do majątku w podłym humorze, co nikomu nie wróżyło nic dobrego. Wszystkie odcienie nastroju swego pana dworacy nauczyli się czytać już dawno z gestów i mimiki, dlatego koniuszy Gnat rzucił się panu do stóp, starając się mu usłużyć.

– Dzień dobry, Piotrze Iwanowiczu! Pan pozwoli… – Koniuszy chwycił konia za uzdę i pomógł panu zeskoczyć z wierzchowca.

– Jaki, do diabła, dobry! – zaczął krzyczeć Czerwinski. – Krętacz Syrowarow spod samego nosa sprzątnął mi łąki Tierentjewa!

Żaden myślący człowiek nie chciałby w tej chwili trafić mu pod rękę, ale Grigorij śmiało wyszedł z domu i skierował się ku niemu:

– Ojcze…

– W cerkwi możesz ojcować – ponuro przerwał mu Piotr Iwanowicz.

– Ojcze, chciałbym pomówić na osobności. – Grigorij jakby nie zauważał jego grubiaństwa.

Piotr Iwanowicz zasępił się, skinął na Gnata, więc ten odszedł, zabierając konia do stajni.

– Jeśli znowu zamierzasz prosić o pieniądze, to lepiej sobie daruj! Nie dam – ostrzegł starszy Czerwinski.

– Nie, nie będę.

– To o co chodzi? – zapytał Piotr Iwanowicz już spokojniej.

– Ojcze, dziś rano się myliłem. Wybacz mi – powiedział Grigorij, z którego twarzy nie można było wyczytać nic oprócz synowskiego szacunku.

– Pan Bóg ci wybaczy – burknął pan na włościach.

– Ojcze, chciałbym od dzisiaj we wszystkim ojcu pomagać…

– Skąd nagle taka zmiana? – Piotr Iwanowicz podejrzliwie uniósł brwi.

– To nie jest zmiana, ojcze. Przecież jestem synem swego ojca. Chce tego ojciec czy nie, ale jestem taki sam: gorący i uparty… – Grigorij patrzył na niego szczerze i głęboko. – Ale ojciec mnie otrzeźwił. Zrozumiałem: ojciec, mateczka, ta oto ziemia, majątek – to wszystko, co mam. Moje korzenie… To takie bliskie. Tylko to jest prawdziwe. To jest to, co naprawdę kocham. Ojciec mi wybaczy – powiedział rozemocjonowany.

Już w połowie jego przemówienia zmarszczki na czole Piotra Iwanowicza zaczęły się wygładzać i oto, zdawało się, zapomniał nawet o łąkach Tierentjewa.

– No, dobrze już, dobrze… – Z ulgą objął syna. – Wybaczam. Czy i ja nie byłem młody?

– Moim obowiązkiem i szczerym życzeniem jest we wszystkim pomagać ojcu – wciąż tym samym, równym tonem kontynuował Grigorij. – Chciałbym zagłębić się we wszystkie sprawy, wszystkiego nauczyć.

– I to już nie są słowa chłopca, tylko mężczyzny! – krzyknął Piotr, nie kryjąc radości.

Przymiarki w pokoju Natalie trwały w najlepsze: Katierina w samej koszuli stała przed olbrzymim lustrem, pokazującym sylwetkę od stóp do głów, a Orysia, przykładając do niej jedną z sukienek Natalie, zerkała na swoją panią. Obie dziewczyny były spięte i skupione, jakby wykonywały ciężką pracę, natomiast Natalie – przeciwnie, dokazywała, jakby bawiła się lalką, strojąc ją i obracając w każdą stronę. Teraz również nieco się zachmurzyła, przyglądając się odbiciu Katieriny.

 

– Co pani powie, Kitti? – zapytała wreszcie.

– Wspaniale – z wyuczoną grzecznością odpowiedziała Katierina.

– Hm – Natalie wydęła usta – a ja widzę, że pani się nie podoba.

– Ależ skąd! Suknia jest piękna!

– Bzdura! – oświadczyła Natalie, zadzierając podbródek. – Mnie również ona się nie podoba. I ten kolor nie pasuje do pani. Do mnie zresztą też. W ogóle nie wiem, czy komuś by to pasowało. To jest ślepe podążanie za modą, nic więcej. Orysia, bierz na szmaty! Zobaczymy tę.

Orysia przyłożyła do Katieriny drugą sukienkę, która sprawiła, że Natalie z satysfakcją powiedziała:

– A to już jest pani kolor.

Katierina z pomocą Orysi musiała założyć tę suknię, a kiedy męczyły się z niezliczonymi guzikami, Natalie otrzymała kartkę w kopercie. Po otwarciu i szybkim przejrzeniu zawartości natychmiast rozpłynęła się w ironicznym uśmiechu.

– To à propos nieszczęśliwej miłości. „Miła, droga, niezapomniana Natalie! – nieco naigrywając się, przeczytała na głos. – Wojna dobiegła końca. Wróciłem do domu, w rodzime strony, do ojczystego Nieżyna. Ale te tak drogie memu sercu od maleńkości miejsca będą dla mnie szare i ponure, dopóki nie zobaczę pani, pani jasnych oczu. Dopóki pani uśmiech nie przywróci memu sercu pokoju i szczęścia. Liczę, że wkrótce ujrzę panią na przyjęciu u mademoiselle Szefer. Na wieki pani, Aleksiej Kosacz”.

– Ile namiętności! Cieszę się pani szczęściem – z tą samą wyuczoną grzecznością uśmiechnęła się Katierina.

– Gorset można jeszcze mocniej zasznurować… – zaproponowała Orysia.

Natalie natychmiast straciła zainteresowanie listem, rzuciła go na stolik i zaczęła zastanawiać się nad propozycją pokojówki, przyglądając się Katierinie.

– Nie – zdecydowała po dłuższym namyśle – chyba nie warto. A jednak co to za suknia! – Nie mogąc powstrzymać zachwytu, Natalie porwała gościa do tańca. – Coś wspaniałego! Ależ ci w niej do twarzy! Zobacz, jak tańczą falbanki!

Zmierzchało już, kiedy Natalie puściła Katierinę, wymusiwszy na niej, aby koniecznie wracała do domu w nowej, sprezentowanej jej sukni. Usadowić się w powozie z ogromną krynoliną nie było łatwo, więc z pomocą musiała przyjść Orysia. Wiedząc, że Katierina mieszka u Czerwinskich, pokojówka skorzystała z okazji, by zapytać o to, co zajmowało ją najbardziej na świecie.

– Panienko… – zaczęła niepewnie, ale Katierina jej przerwała:

– Mów mi lepiej Katria.

Ośmielona Orysia zapytała wreszcie:

– Katriu, powiedz prawdę, jak tam Nazar?

Katierina nie miała dla niej dobrych wieści.

– Bardzo rozsierdził naszego rządcę Jakowa – westchnęła. – Batożył Nazara własnoręcznie.

– Bili go… ale żyje? – Orysia zamarła, spodziewając się najgorszego.

– Żyje, ale jest bardzo pobity.

– Wiedziałam! – Orysia machnęła ręką. – Taki to charakterek! Panienko… oj, Katriu, proszę cię, przekaż mu to. – Orysia wydobyła z kieszeni mały węzełek i podała go Katierinie. – To maść na rany. Goi, zdejmuje ból. I jeszcze przekaż, że… będę się modlić za niego.

Katierina wzięła węzełek i uśmiechnęła się.

– Przekażę. Bywaj, Orysiu.

– Żegnajcie. Bywaj, Katriu!

Anna Lwowna przez cały dzień źle się czuła. Męczyła ją jakaś nieokreślona słabość, a pod wieczór już zupełnie słaniała się na nogach. Pewnie odezwało się napięcie w związku z przybyciem syna, a jednak nie mogła napatrzeć się na niego, nie mogła przestać z nim rozmawiać. Mimo to poczuła, że musi na chwilę się położyć. Idąc na górę, mijała akurat gabinet Piotra Iwanowicza, kiedy zza drzwi doleciał nagle jakiś hałas. Anna Lwowna przystanęła, przyłożyła rękę do niespokojnego serca i cień napłynął na jej twarz. Wiedziała już, co się dzieje za drzwiami, choć jeszcze nie chciała w to wierzyć. Nie minęła minuta, jak z gabinetu wyskoczyła Wasilinka – cała potargana i czerwona, w rozchełstanym ubraniu, gorączkowo zapinając guziki.

Cofając się o krok, Anna Lwowna z wolna uniosła głowę i zmierzyła ją spojrzeniem od stóp do głów. Jej palce, spoczywające na sercu, mimowolnie zwarły się w pięść. Jak mogła się spodziewać, że to kiedykolwiek się skończy? Ale nie odezwała się słowem, nawet nie drgnęła, jakby skamieniała. Pokonując zażenowanie, Wasilinka szybko czmychnęła, kryjąc się w mroku korytarza.

Kątem oka dostrzegając jakiś ruch na górze, Anna Lwowna zobaczyła, że na schodach stoi Grigorij, ponuro patrząc za Wasilinką. Czerwinska postanowiła więc wziąć się w garść i nie zdradzić z zalewającym ją bólem, o którym sama nie wiedziała, czy jest fizyczny, czy psychiczny.

– Griszeńko… aleś ty piękny! – zawołała, widząc, że syn ma na sobie mundur galowy ze wszystkimi odznakami. – Chodźmy, chciałam cię wypytać o wasz objazd z ojcem.

– Przykro mi, mateczko, ale muszę jechać. – Grigorij również udawał, że nic się nie stało. Rzucił jedynie jeszcze jedno, pełne złości spojrzenie w mrok korytarza, w którym skryła się Wasilinka.

– Ale jak to… przecież do przyjęcia jest jeszcze tyle czasu, przecież mieliśmy pobyć we dwoje, porozmawiać…

– Mam małą, ale niecierpiącą zwłoki sprawę. Akurat zdążę – z szacunkiem, ale stanowczo odpowiedział Grigorij.

– Jaką znowu sprawę? – zaniepokoiła się natychmiast Anna Lwowna.

– Mama się tak nie martwi – uśmiechnął się Grigorij. – To drobiazg, niewart trosk mamusi. A gdzie jest Kitti? – natychmiast zmienił temat. – Wróciła już? Nie chciałbym zostawiać znudzonej mamy samej.

– Jedź, nie martw się o mnie. Kitti zapewne zaraz będzie. Byleby zdążyła przed burzą…

Więc Grigorij poszedł, ucałowawszy rękę matki na pożegnanie.

Sprawę Grigorij miał w redakcji nieżyńskiej gazety.

– Pilnie sprzedam młodą, mocną dziewkę do pomocy domowej, wzrostu średniego, robotna. Piękna. Nauczona służby domowej – dyktował ogłoszenie.

– To wszystko? – na wszelki wypadek dopytał redaktor.

Grigorij przytaknął, a redaktor przeliczył słowa.

– W najbliższym numerze, słyszy mnie pan? – przypomniał Grigorij najważniejszy warunek.

– Będzie zrobione, pan raczy się nie martwić – zapewnił redaktor. – Jutro w porannym wydaniu. Może chce pan w ramce? Bardziej się rzuca w oczy.

– Dobrze – zgodził się Grigorij.

– Płaci pan pięćdziesiąt kopiejek.

Katierina śpieszyła do domu, popędzając konia. Zaczynało kropić, w oddali słychać było grzmoty, więc dziewczyna martwiła się, że deszcz rozmyje drogę, i z niepokojem zerkała na niebo, a od czasu do czasu ze strachem na widniejący opodal młyn. Kiedy była maleńka, Pawlina opowiedziała jej legendę o tym miejscu, której Katierina w żaden sposób nie mogła zapomnieć.

Dawno, dawno temu mieszkał tam młynarz, a był tak piękny, że nie mógł się opędzić od dziewczyn. Zakochała się w nim również dzika leśna rusałka – Majka. Obiecała mu różności za jego miłość, ale młynarz nie śpieszył z odpowiedzią – jego serce należało do innej, do ślicznej Oksany. Pragnienie zemsty zamroczyło Majkę. Utrafiła moment, gdy dziewczyna była sama, i utopiła nieszczęsną. Na młynarza zaś rzuciła okropne przekleństwo: do końca świata ma być przy swoim młynie, żywy, ale niemy. Po tym jak Majka go przeklęła, sama rzuciła się na koło młyńskie, aby na wieki pozostać z tym, którego tak namiętnie kochała i nienawidziła. I tak teraz błąka się co noc aż do pierwszych kurów ani żywy, ani martwy, piękny młynarz…

Katierina ciągle zerkała to na porzucony młyn, to na drogę. Nagle zupełnie niedaleko przemknęła błyskawica i rozległ się grzmot. Wystraszony koń skręcił z ubitej drogi i Katierina z wielkim trudem zdołała go utrzymać. Jednak koła utknęły w błocie i choć dziewczyna popędzała konia, wszystko na marne – powóz utknął na dobre. Wówczas Katierina zeskoczyła na ziemię. Próbowała wyciągnąć konia za wędzidło, ale ten się zaparł. Przemknęła kolejna błyskawica, koń stanął dęba, niemal przewracając Katierinę. Została jej jedynie modlitwa i nadzieja na boską opatrzność…

Gdyby uniosła wzrok, ujrzałaby zapewne na tle szarego, ołowianego nieba i szalejącej ulewy sylwetkę skaczącego w jej kierunku jeźdźca, który jakby przecinał płachtę deszczu, niepodatny żywiołom. Ale nie widziała go, wciąż usiłując uspokoić konia. I nagle silna, męska ręka chwyciła za lejce. Podskakując ze strachu, dziewczyna obejrzała się i… jej oczy otworzyły się szeroko, a z piersi wydobył się krzyk przerażenia.

Rozdział trzeci

Drżąc z zimna, Katierina z zachwytem przyglądała się, jak młody, kompletnie nieznany jej człowiek uspokaja konia. Pomimo konsternacji Katia nie mogła nie dostrzec jego piękna, które wydawało się bardzo mroczne w poświacie błyskawic, jakby miała przed sobą bohatera dawnych legend czy powieści gotyckich w rodzaju tych, które czytywała wieczorami Annie Lwownie.

Pod przemokniętym ubraniem prężyły się jego mocne mięśnie, krople deszczu spływały po rzeźbionych policzkach, żłobiąc ścieżki na gładkiej śniadej cerze i spadając głębiej za kołnierz. I w miarę jak uspokajał się koń, wyrównywał się również oddech Katieriny, jej lęk ustępował miejsca innym uczuciom, których na razie nie umiała nazwać.

Ale oto ponowie uderzył piorun, ponownie szaleńczo zarżał koń, stając dęba. Mocno trzymając uzdę, nieznajomy obejrzał się na Katierinę.

– Pelerynę! – zawołał, przekrzykując deszcz.

– Co? – nie zrozumiała Katierina, której teraz wszystko wydawało się nierzeczywiste.

– Proszę mi dać swoją pelerynę! Katierina pośpiesznie zdjęła okrycie i podała je młodzieńcowi. Teraz nie myślała już ani o chłodzie, ani o tym, jak zniszczy sprezentowaną jej przez Natalie suknię. Niecierpliwie wyrwawszy z rąk Katieriny pelerynę, chłopak okrył nią koński łeb. Koń jeszcze przez chwilę przebierał nogami w błocie, ale nie widząc jaskrawych rozbłysków ani nie słysząc piorunów, powoli się uspokoił.

Obwiązawszy starannie koński łeb, nieznajomy, nie odzywając się słowem do Katieriny, równie dzielnie zajął się powozem, którego koła głęboko zapadły się w błoto. Dziewczynie pozostawało tylko patrzyć, z jaką siłą mężczyzna popycha zakopany w błocie zaprzęg. Gdy już wyciągnął go na twardy grunt, śpiesznie ruszył w stronę Katieriny. W odległości jakichś trzech kroków od niej zatrzymał się i zamarł, jakby ujrzał ją po raz pierwszy, i kolejna błyskawica rozjaśniła jego zdumioną twarz.

Ale oto wzmógł się deszcz, bezlitośnie smagając go po twarzy, co poniekąd ocuciło młodzieńca.

– Złamało się pani koło… – powiedział to, co chciał powiedzieć od początku, choć jego myśli wyraźnie krążyły już gdzie indziej. W świetle błyskawic Katia widziała jego uśmiech, być może nie do końca stosowny, ale za to pełen dziecięcej szczerości i kompletnie go odmieniający.

– I co teraz? – zmieszała się Katia.

– Trzeba przeczekać ulewę – powiedział. – A dalej zobaczymy…

Na chwilę zamarli, patrząc na siebie nawzajem, ale w tym momencie piorun z niesamowitym łoskotem uderzył tuż nad ich głowami.

– Jest pani cała przemoczona! – opamiętał się mężczyzna. – Proszę pójść ze mną. Tam można schować się przed deszczem. – Wskazał w stronę młyna i wyciągnął do Katieriny rękę.

– Ani myślę! – Katia gwałtownie odsunęła się od niego, nagle zdając sobie sprawę, że jest sama z nieznajomym mężczyzną w szczerym polu podczas ulewy. – Nigdzie z panem nie pójdę! To miejsce jest przeklęte!

– Przeklęte? – zdziwił się jej wybawca.

– Nie zna pan legendy? Tu błąka się straszne widmo i wszędzie jest śmierć!

– Teraz widać, że pani nie jest tutejsza. – Delikatnie się uśmiechnął. – Nie wszystko pani opowiedziano. To jest historia o wielkiej, silnej, niesamowitej miłości. Dobrej, wiecznej i ofiarnej…

Kolejne uderzenie pioruna nie dało mu dokończyć zdania, więc chwyciwszy dziewczynę za nadgarstek, pociągnął ją w stronę młyna. Jak zaczarowana Katia podążyła jego śladem, a słowa mężczyzny rozbrzmiewały w jej głowie jak echa burzy: „Wielkiej… silnej… niesamowitej…”.

Lało jak z cebra, więc do starego młyna, który już nie wydawał się taki groźny, wbiegli co tchu, przemoczeni do suchej nitki. Chwilę odpoczęli, spojrzeli na siebie i ponownie, jak poprzednio na drodze, zapanowało między nimi jakieś dziwne milczenie.

– Jest pani cała zziębnięta… – odezwał się wreszcie nieznajomy, zbliżając się do Katii, ale ta się cofnęła.

– A więc co tak naprawdę stało się w tym młynie? – zapytała, rozglądając się nerwowo.

 

– Pewnie powiedzieli pani, że podstępna Majka wszystkich zabiła: i śliczną konkurentkę, i ukochanego, i siebie – wysnuł przypuszczenie młody człowiek, uśmiechając się przy tym.

– Tak… – w zamyśleniu odpowiedziała Katierina.

– Wszystko było zupełnie inaczej! – zawołał mężczyzna, a w jego oczach rozbłysła przekora. – Majka rzeczywiście wepchnęła konkurentkę do wody i tamta utonęła. Ale gdy zobaczyła, jak tęskni i płacze po niej zakochany młynarz, Majka nie wytrzymała i wróciła na bagna. Zaczęła prosić i błagać Bagiennika, by puścił Oksanę, a w zamian zabrał ją, Majkę. Bagiennik zgodził się, ponieważ od dawna był zakochany w ślicznej rusałce.

– I ona poświęciła siebie? – Katierina słuchała coraz uważniej. – Zginęła w imię szczęścia ukochanego człowieka, by mógł być z inną?

– Tak – z przekonaniem odpowiedział mężczyzna. – Młynarz ożenił się z Oksaną. Żyli długo i zapewne szczęśliwie. Przynajmniej tego życzyła sobie Majka. Długimi nocami płakała nad swoją niespełnioną miłością… I jej łzy sprawiły, że leśne błoto oczyściło się i zmieniło w lecznicze jezioro…

Chłopak niewątpliwie wymyślał naprędce całą tę historię, ale robił to z takim natchnieniem, że nie sposób było mieć mu tego za złe. W jego obecności rzeczywiście można było uwierzyć, że każda legenda ma swój szczęśliwy finał, a każdy człowiek, nawet ona, Katierina, zasługuje na szczęście.

Nieznajomy tymczasem wyjrzał na zewnątrz i z żalem powiedział:

– Deszcz, zdaje się, ustaje.

I rzeczywiście, wiosenna ulewa zakończyła się równie nagle, jak się zaczęła. Dzielny i pełen werwy wybawca Katii ponownie podążył do powozu, by zająć się kołem, a Katierina ruszyła za nim, ostrożnie stąpając po błocie.

– Cóż, wszystko w porządku – powiedział, prostując się wreszcie. – Można jechać. Na długo tego nie wystarczy, rzecz jasna, potrzebna będzie gruntowna naprawa, ale jakąś wiorstę lub dwie koło wytrzyma. Mam nadzieję, że czeka panią niedaleka droga.

– Ależ sprawnie pan sobie poradził! – wymigała się od odpowiedzi Katierina. – A przecież z pana ani stolarz, ani kowal. Gdzie pan tak się nauczył naprawiać powozy?

– Na wojnie szybko się człowiek wszystkiego wyuczy. – Uśmiechnął się. – Tam nie ma miejsca na pychę stanową. Niechby mi coś takiego przytrafiło się na froncie i przyszłoby czekać, aż ktoś przyjedzie i naprawi, tobyśmy teraz nie rozmawiali.

Katierina się uśmiechnęła: te kilka słów wiele jej powiedziało o nim i lęk niemal całkowicie minął. A jednak rozumiała, że nie powinna tu dłużej czekać.

– Och, wkrótce całkiem się ściemni – rzekła, patrząc na niebo. – Dziękuję, bez pana bym przepadła.

– To drobiazg, nie ma za co – uśmiechnął się mężczyzna.

– Pan również jest cały przemoczony! Niczym jakiś wodnik.

W odpowiedzi nieznajomy po chłopięcemu potrząsnął głową i z mokrych loków na wszystkie strony poleciała drobna bryza. Zaśmiali się obydwoje, jakby to była zabawa. Katierina, zapominając się, wyjęła chusteczkę, by ostrożnie zetrzeć krople z jego policzków. Lecz gdy zauważyła jego spojrzenie, speszyła się i powiedziała stanowczo:

– Muszę jechać. Czekają na mnie.

Wsiadła do powozu, pociągnęła za lejce i koń posłusznie ruszył naprzód.

– Proszę poczekać! – krzyknął młodzieniec w ślad za odjeżdżającą. – Nawet nie zapytałem, jak ma pani na imię!

Katierina jedynie pomachała mu ręką na pożegnanie.

– A więc jak ma pani na imię? – Chłopak popędził za powozem, zapominając o swoim koniu.

– Majka! – oglądając się, krzyknęła Katierina i roześmiała się tak szczerze i perliście, jak już dawno się nie śmiała.

Na podwórzu Katierinę powitał znany krzyk Pawliny, płynący z kochającego serca, zadręczonego trwogą:

– No wreszcie! Gdzie cię diabli noszą po nocy? Taka ulewa, burza, a ty sama gdzieś w lesie. Miejże litość!

Katierina, nie słysząc jej, wysiadała z powozu, jakby po obłokach stąpała, a rozmarzony uśmiech nie schodził z jej twarzy.

– Nie ma litości, no nie ma! – odpowiedziała za nią Pawlina i spojrzała, mrużąc oczy. – A co to ty się uśmiechasz jak kot na widok spyrki? I co za suknię masz na sobie? A w dodatku całą mokrą! Marsz do domu! O Boziuniu! – zwróciła uwagę na powóz. – Co to, wpadłaś do błota razem z powozem? Czemu milczysz, co?!

Katierina powoli podniosła na nią wzrok i to, co kłębiło się w jej piersi przez całą drogę powrotną, wreszcie przeistoczyło się w gorący szept:

– Pawłusiu, zakochałam się… – I w te pędy pobiegła do domu.

– Matko Boska! – nie na żarty wystraszona Pawlina tylko klasnęła w ręce i ruszyła w ślad za nią.

Lidia Iwanowna Szefer była swoistym wyjątkiem od reguły, choć stało się tak w następstwie smutnego zbiegu okoliczności. Lidia była dumna ze swej wyjątkowości i ostentacyjnie ją podkreślała. Pochodząca z rodziny kupieckiej, w młodziutkim wieku straciła oboje rodziców, ale nie chciała polegać na wujaszkach i rządcach, dlatego sama nauczyła się rozporządzać swoim kapitałem, teraz zaś już twardo stąpała po ziemi. W całej swej powierzchowności łączyła delikatność i stanowczość, wywierając zazwyczaj niezatarte wrażenie. Tyle że, niestety, nie na wszystkich.

Z okazji planowanego balu salon w jej majątku ozdobiony został z ostentacyjnym przepychem, podobnie jak jej szykowna suknia. Idąc w stronę fortepianu, by poprawić stojący na nim bukiet róż, Lidia omiatała wzrokiem pomieszczenie, jakby kogoś szukała, a zarazem z satysfakcją łapała zawistne spojrzenia, jakie miejscowe damulki rzucały na jej strój. Dolatywały ją strzępy rozmów: goście zastanawiali się, czy zamawiała swoją suknię w Kijowie, czy aż w Petersburgu. Tak czy inaczej, z pewnością nie uszyły jej miejscowe krawcowe.

– Natalie, kochana! – Lidia pośpiesznie ruszyła na spotkanie przyjaciółce.

Uważano, że dziewczyny są przyjaciółkami, choć Lidia dawno zrozumiała, że przyjaźń jest dobra w powieściach sentymentalnych, w życiu zaś trzeba mieć się na baczności. Panienki szczerze wycałowały się w policzki, a Lidia, zerkając na gościa, poczuła w sercu ukłucie zazdrości – mimo starań, tym razem Natalie wypadła lepiej.

– Liddi, moja droga! Jak wspaniale wszystko zorganizowałaś! Co za przyjęcie! Nawet w Charkowie u gubernatora było skromniej – grzecznościowo skomplementowała Natalie.

– Ależ skąd, kochana moja! – zaprzeczyła Lidia. – Nie zamierzam stawać z nikim w szranki. Po prostu chciałam, by wszystkim było dobrze i wesoło.

– I udało ci się to. Czekasz jeszcze na kogoś? – zapytała Natalie, gdyż dostrzegła, że Lidia co chwila zerka przez jej ramię w stronę drzwi.

– Tak… Kaufmanowie powinni jeszcze przyjechać. Również Afanasij Łukicz Podolski się spóźnia, a także Kosacz – rzuciła Lidia niedbale, jak gdyby nigdy nic. Następnie dodała, jakby to było ważniejsze: – I jeszcze gdzieś zapodział się Kadosznikow, a przecież miał nauczyć muzyków nowego kadryla.

– Kosacz będzie na pewno. Przysłał mi za dnia liścik – zapewniła ją Natalie.

– Ach tak? To dobrze – z udawaną obojętnością odpowiedziała Lidia, lecz jej dłoń na sekundę mocno zacisnęła się na wachlarzu.

Ale Natalie, która znała Lidię od maleńkości, bynajmniej nie dała się nabrać.

– Liddi… – powiedziała, chmurząc się żartobliwie – ani próbuj się dąsać, wiesz przecież, że Aleksiej Fiodorowicz jest mi obojętny! Że też do dziś nie wyrzuciłaś go z głowy, nie rozumiem tego. Czy naprawdę wierzysz w świąteczne wróżby? Proszę cię, moja miła! To były jedynie dziecinne zabawy. Rozkoszne głupstwa.

– To nie były głupstwa – zaprzeczyła lodowatym tonem Lidia. I z przesadną grzecznością dodała: – Proszę mi wybaczyć, muszę zająć się gośćmi. Mam nadzieję, że nie będziesz się nudzić.

Ma się rozumieć, Natalie nie dane było nudzić się w towarzystwie miejscowych: wokół niej natychmiast zgromadziła się młodzież, posypały się komplementy, brzmiał śmiech, padały żartobliwe przytyki; Natalie błyszczała, jak zwykle zresztą.

Lecz kiedy do salonu wkroczył Grigorij, powszechne zainteresowanie skupiło się na nim – postawnym, przystojnym mężczyźnie w galowym mundurze z orderami, promieniejącym jakimś nieuchwytnym stołecznym blichtrem. Grigorij nieśpiesznie przeszedł się po salonie, wspierając się na lasce i z demonstracyjną grzecznością rozdając ukłony znajomym. Damy na jego widok osłaniały się wachlarzami i szeptały, ale jego spojrzenie leniwie ślizgało się po ich twarzach, nie znajdując niczego godnego zainteresowania.