ZniewolonaTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Sowiciej – skinęła głową i naiwnie spojrzała na niego. – I praca nie jest ciężka.

– Mnie podziękuj! – Jakow już podprowadził ją pod drzwi pańskiego gabinetu. – To ja doradziłem panu, by cię do domu wziął.

– Dziękuję.

– A panu podziękować szczególnie nie zapomnij. – Jakow wysunął pouczająco swój guzłowaty palec wskazujący. – Z jego łaski teraz żyć będziesz po ludzku!

– A pewnie! – Wasilinka kiwnęła ponownie. – Przy okazji nisko się panu pokłonię za jego dobroć!

Jakow popatrzył jej w oczy długo i przerażająco. Otworzył drzwi i wepchnął dziewczynę do środka.

Nie minęła godzina, jak Wasilinka znowu stanęła w progu: zapłakana, potargana, w podartej sukienczynie. Zatrzymała się, jakby nie wiedziała, dokąd ma się teraz udać, ściskając w pięści wetkniętą jej przez pana złotą monetę, kiedy usłyszała okrzyk:

– I żebyś milczała! Jasne? Poszła stąd!

Następnego dnia, jakby w odpowiedzi na wszystkie modły, przyszła długo oczekiwana wiadomość od Grigorija. Oszalała ze szczęścia Anna Lwowna czytała po raz nie wiadomo który ten list, a następnie pośpieszyła z radosną wieścią do męża.

Jednak Piotr Iwanowicz, biorąc z jej rąk to drogocenne posłanie, wydusił jedynie:

– Cóż, zobaczymy, co on tam zwojował.

– Ale przecież najważniejsze, że wraca żywy! – krzyknęła z urazą Anna Lwowna.

– Wam, babom, tylko jedno w głowie… Nawet jeśli w krzakach przesiedział.

– Niech pan tak nie mówi, Grisza jest inny!

– Jak to inny?! Ile pieniędzy przehulał w Petersburgu, kiedy wrócił z Niemiec?

– A inni ile wydają w jego wieku? – Anna Lwowna wzięła syna w obronę.

– Zdarza się, że inni nawet majątki pomnażają. Ale nasz do tego nie ma talentu. Dlatego poszedł na wojnę. By bohaterem zostać. Tyle że charakter ma nie ten!

– Ależ pan się myli, Piotrze Iwanowiczu, Grisza to dobry i szlachetny chłopiec…

– Liczę tylko na jedno – nie słuchając jej, burknął Czerwinski – że wojna uczyniła zeń mężczyznę.

– Oczywiście, a jakże inaczej? – potakiwała matka.

Nieco się uspokoiwszy, Piotr przystanął i spojrzał na żonę.

– Chcę jeszcze o jednym pomówić z panią, Anno Lwowna.

Z jego groźnego i świdrującego spojrzenia Anna Lwowna wywnioskowała, że rozmowa będzie poważna.

W złą godzinę przyszło Katierinie wchodzić po schodach na piętro, mijać gabinet Piotra Iwanowicza. Korytarz rozbrzmiewał wściekłymi wrzaskami pana na włościach, z rzadka przetykanymi replikami Anny Lwowny, która usiłowała choć słówko wtrącić, ale na próżno.

– Dość dziewce pańszczyźnianej przechadzać się po domu, jakby była panią! Wyhodowali tu sobie księżniczkę!

– Ale ja wychowałam Kitti jak córkę. I ona ma prawo… – głos chrzestnej drżał ze strachu i oburzenia.

– Co za Kitti? Jaka Kitti? Kat’ka! Chłopka pańszczyźniana, córka chłopki! Żeby ani się ważyła ta Kitti pojawiać przy stole! Jej miejsce jest w czeladnej.

Słysząc to, Katia zamarła. Zakłopotana rozglądała się jedynie i przyciskała ręce do piersi. Spętał ją strach, nie tyle o siebie, ile o chrzestną, oraz wstyd, że stała się powodem do zmartwień Anny Lwowny, ściągnęła na nią gniew męża.

– Ale to, o co mnie pan prosi…

– Ja o nic nie proszę. Ja rozkazuję!

– Czy to jest ostatnie pańskie słowo?

– Zwykłem mówić tylko raz.

Gorące łzy popłynęły z oczu dziewczyny i jakby stopiły paraliżujący jej ruchy lód przerażenia. Katierina prędko zbiegła po schodach do salonu, na podwórze i dalej – gdzie nogi poniosą.

Dopiero później znalazła ją Pawlina w kurniku, gdy przyszła zebrać jajka na obiad. Kury jak zwykle wszczęły harmider, kucharka siarczyście je sklęła, a jednak zdołała w tym hałasie usłyszeć ciche pochlipywanie.

– A co tu się dzieje?! – Odwróciła się gwałtownie do Katieriny, która kuliła się w kącie. – Ty czego tu się mażesz?! Kto cię znowu skrzywdził, mów mi szybko!

Ale Katia nie mogła słowa z siebie wydusić.

– Katierina – Pawlina z udawaną surowością pogroziła jej palcem – nie każ mi brać grzechu na duszę! Przecież i tak się dowiem wszystkiego. Mów szybko!

– Czemu Piotr Iwanowicz mnie nie lubi? – drżącym głosem zapytała dziewczyna.

– Co?

– Spojrzenie ma takie, jakby chciał mnie spopielić. Za co mnie tak nie lubi?

– A mnie? – zezłościła się Pawlina – mnie lubi? Zresztą kogo on w ogóle lubi?

– Ale ja przecież nie o tym…

– On nawet słowa takiego nie zna.

– Ale jeśli tak, to czemu pozwolił chrzestnej zabrać mnie do domu, wychować?

– No – rozłożyła ręce Pawlina – musi też pani, Anna Lwowna, mieć jakąś pociechę.

– Nie, nie, za tym się kryje jakaś tajemnica – pokręciła głową Katierina. – Oni coś przede mną ukrywają…

– Naczytałaś się swoich książek i wymyślasz. – Kucharka spojrzała na nią spode łba. – Jakimiś głupotami masz głowę nabitą.

– Pawlina – zaczęła ze łzami błagać dziewczyna – przecież byłaś w domu, jeszcze zanim się urodziłam. Znałaś moją matulę, tatkę… Kim oni byli?

Kucharka wzruszyła ramionami.

– Matka w sieni służyła, ojciec był strzemiennym. Ile razy ci można powtarzać…

– Ale czemu wtedy chrzestna postanowiła zabrać mnie do domu? Czemu właśnie mnie?

– Nic nie wiem – wyburczała Pawlina. – Nie wymyślaj już, na Boga! Lepiej biegnij szybko do domu, zaraz będą goście, a ty się tutaj mażesz… – Pawlina złapała miskę z jajkami i z zatroskaną miną wyszła z kurnika.

Choć bolało ją serce na myśl o Katierinie, nie miała najmniejszej ochoty ciągnąć tej rozmowy.

Aleksander Doroszenko nasłuchał się zachwytów córki nad zadziwiającą chłopką sąsiadów i sam zapragnął zobaczyć to dziwo, które w jego rozumieniu było czymś w rodzaju tresowanego pieska. I kiedy wraz z Natalie ponownie przybyli do Czerwinskich, w pierwszej kolejności zażyczyli sobie, by przyprowadzono do nich Katierinę.

Lokaj Tichon odnalazł ją w kuchni, gdzie czekała po tym, jak Anna Lwowna, starannie dobierając słowa, wytłumaczyła dziewczynie, że jej pozycja w domu uległa zmianie. Teraz nie mogła wejść do pańskiej części, bojąc się, że ściągnie na chrzestną nowe kłopoty. Ale skoro sama gospodyni kazała wyjść do gości, nie miała wyboru – musiała pójść.

Natomiast Pawlina jedynie z troską pokręciła głową, patrząc w ślad za nią.

– Ech, żeby to wiejską dziewkę chować jak szlachetną panienkę. Przecież to do niczego niepodobne!

Denerwowała się, wszystko jej leciało z rąk. Musiała znaleźć sobie zajęcie nieopodal salonu, z którego dobiegały już dźwięki fortepianu. I proszę, przy drzwiach natknęła się na Wasilinkę, która skradając się, odważyła się łypnąć okiem do środka. Pawlina zachmurzyła się, ale Wasilinka tylko westchnęła głęboko:

– Oj, ciotko Pawło! Jak ja bym chciała tak samo w pięknej sukni siedzieć i żeby państwo tak na mnie patrzyli…

– Głupia, nie masz czego zazdrościć! – Kucharka lekko klepnęła ją po potylicy. – Zapamiętaj to sobie! Piękne suknie, cera delikatna… i po francusku potrafi, i na fortepianach – i co z tego? Tak czy siak, to baba niewolna. Pan takiej za żonę nie weźmie. Za dworaka sama nie pójdzie. Wszędzie trędowata. Takiej pisane jest być samotną.

W salonie nie wszyscy jednak zachwycali się grą Katieriny: Piotr Iwanowicz z niesmakiem się krzywił, podczas gdy jego goście z zachwytem słuchali muzykowania chłopki.

– To jest znakomite! Brawo! – krzyknął Aleksander Wasiljewicz, gdy wybrzmiały ostatnie nuty.

– Przecież mówiłam tatusiowi! To jest anioł! – triumfowała Natalie.

– A przecież żeby tak grać, trzeba było ćwiczyć od maleńkości – zwrócił się Doroszenko do Anny Lwowny.

– Tak właśnie było – z uśmiechem odpowiedziała gospodyni. – Ona gra od piątego roku życia, znalazłam dla niej najlepszych nauczycieli. Żeby pan słyszał, jak ją wychwalali! Wróżyli jej wielki sukces na dużej scenie! Monsieur Charon, jestem pewna, że pan go zna, nazwał Kitti odkryciem.

– Cóż, Anno Lwowna, zdaje się, że czas, byśmy z gośćmi zasiedli do kolacji – nie wytrzymał Czerwinski, któremu pochwały spadające na chłopkę były wybitnie nie w smak. – A ty, Katierino, marsz do kuchni!

Grigorij Czerwinski, syn i dziedzic, wrócił do majątku rodzinnego dokładnie w tym dniu, na który zapowiadał się w liście. Anna Lwowna, która ostatnimi czasy nie odstępowała od okna, pierwsza zauważyła zbliżający się powóz.

– Jedzie, jedzie! – krzyknęła. I zaczęła zwoływać służbę: – Chodźcie tu czym prędzej!

Pod jej dyrygenturą wszyscy dworacy i pozostali mieszkańcy domu pośpiesznie ustawili się na ganku. Nawet Piotr Iwanowicz, choć był poirytowany wszczętym rwetesem, poddał się rozkazom małżonki, zrzędząc przy tym:

– Doprawdy, co też pani, Anno Lwowna, za defiladę na jego cześć urządza? Jeszcze tylko fanfar brakuje!

Byle się nie popłakać – zaklinała siebie Anna Lwowna. – Griszeńka speszy się, będzie mu niezręcznie…

Nadjechał powóz i zatrzymał się przy ganku. Wysiadł z niego około dwudziestopięcioletni mężczyzna, postawny i elegancki, w mundurze oficerskim, z odznakami na piersi. Wyglądał bardzo dumnie i męsko.

– Griszeńka! – Anna rzuciła się ku niemu i skryła twarz w jego piersi. – Griszeńka, szczęście moje! Ty żyjesz!

– Mateczko… – uśmiechnął się Grigorij, poddając się uściskom matki.

Piotr Iwanowicz trzymał się z boku, ale zdaje się, również był wzruszony, choć starał się tego nie pokazywać. Katierina obserwowała to spotkanie przez okno, z całego serca ciesząc się ze szczęścia chrzestnej i zachwycając się urodą Grigorija, którego po raz ostatni widziała jeszcze w dzieciństwie i właściwie go nie pamiętała.

 

Otoczony przez bliskich Grigorij wszedł do salonu, z uśmiechem przypominając sobie przytulne domostwo, w którym dorastał. Piotr Iwanowicz z ukrywaną dumą zerkał na syna, na jego odznaki, aż wreszcie nie wytrzymał i objął go ramieniem.

– No, bohaterze. Pani zobaczy, Anno Lwowna, ten order. No, synu, zmężniałeś! – Poklepał Grigorija po piersi.

– Czy to takie dziwne? – Grigorij uśmiechnął się pod wąsem, zerkając na ojca.

– Co tu prawdę kryć – martwiłem się! – przyznał ojciec. – Bałem się, że jak to się zdarzało onegdaj, znów coś nawywijasz, skompromitujesz nazwisko Czerwinskich. – Pomilczał chwilę i dodał urywanym głosem: – Aleś nie zawiódł ojca. – Opadł na kanapę, jakby zrzucił z ramion ciężkie brzemię.

– Czemu nie pisałeś, Griszeńka? – dopytywała Anna Lwowna.

Grisza, zanim odpowiedział, nagle skrzywił się ledwie zauważalnie i zwrócił do starszego lokaja:

– Gdzie jest moja laska, Frole?

Ten natychmiast ją podał i Grigorij z wysiłkiem wsparł się na niej. Anna Lwowna jęknęła i klasnęła w dłonie.

– Jesteś… ranny?

– Takie tam zadrapanie – zbył matkę Grigorij. – Byłem w lazarecie. Dlatego nie pisałem. Inaczej, obawiam się, serce by wam, mateczko, nie wytrzymało.

– Kozacka sprawka. – Piotr Iwanowicz z satysfakcją zmrużył oczy, a na skroniach wystąpiły mu żyły.

Grigorij usiadł na kanapie obok ojca, Anna Lwowna zaś usadowiła się obok niego, nie przestając się zamartwiać.

– Gdzie cię zraniło, Griszeńko? W nogę?

– Ależ niech mateczka już o tym zapomni. Jak ja się cieszę z powrotu do domu! – Ponownie rozejrzał się wokół.

Tak przy rozmowie doczekali obiadu, który w tym dniu był szczególnie wystawny, i przenieśli się do jadalni. Dania zmieniały się jak w kalejdoskopie, Grigorij żywo interesował się sprawami majątku. Następnie Anna Lwowna ponownie zaczęła mówić o wojnie:

– Zadręczaliśmy się tu, Griszeńka! Pisali, że Turcy naszym żołnierzom głowy ścinają. Bałam się gazety czytać, a jak ty…

– Tu jestem, mateczko – przerwał jej Grigorij, ponownie lekko się krzywiąc. – Po co wspominać najgorsze? – I z przesadnym entuzjazmem rzekł: – Ach, jaki wyborny jest ten wasz łosoś!

– Posmakował ci, synku? To każę zaraz Pawlinie, by jeszcze przyniosła – zerwała się Anna Lwowna.

– Niech się mateczka nie trudzi. – Grigorij jakby się ucieszył, że ma okazję pójść do kuchni. – Doskonale pamiętam drogę.

Katierina starannie rozkładała przekąski na półmiskach, kiedy do kuchni nieoczekiwanie wszedł Grigorij. Zaskoczył ją, sam też był bardzo zdziwiony.

– Co pani tu robi, miła panno? Kim pani jest?

Zdawałoby się, że nie ma prostszego pytania, lecz Katierinie właśnie ono stwarzało największą trudność. Nie umiejąc odpowiedzieć na nie, speszyła się i spuściła wzrok.

– Jestem…

– O matko! – Pawlina wpadła do swego królestwa, tym samym przychodząc Katierinie z odsieczą. – Zapomniał pan czegoś, Grigoriju Piotrowiczu?

– Nic takiego – powiedział Grigorij, nie mogąc oderwać zaczarowanego wzroku od Katieriny. – Łososia bym jeszcze zjadł. Przynieś.

Nie miał już żadnego powodu, by zostawać w kuchni, więc niechętnie udał się z powrotem do salonu, nie słysząc już, jak Pawlina wzdycha, mówiąc do Katii: „Zaklinam cię, trzymaj się z daleka od tego diabła!”. A po twarzy Katieriny przemknął cień.

Przerwana rozmowa przy stole potoczyła się teraz w zupełnie innym kierunku. Jak tylko Grigorij wrócił, Anna Lwowna zwróciła się do niego:

– Griszeńka, synku, pamiętasz Aleksandra Wasiljewicza Doroszenkę? Ostatnio przyjeżdżał do nas ze swoją córką Natalie. Muszę ci powiedzieć, że wróciła z pensjonatu jako bardzo miła młoda panna.

– A ja właśnie przed chwilą również spotkałem w kuchni przemiłą pannę – odparł Grigorij, wciąż jeszcze pod wrażeniem tego, co ujrzał. Inne panny, zdaje się, nie mogły teraz zaprzątnąć jego umysłu. – Kto to jest?

– To Kitti, Griszeńko. Moja wychowanka – wytłumaczyła Anna Lwowna, zmieniając się na twarzy i zerkając ukradkiem na męża.

– Wychowanka… – mruknął ten. – Tfu! Kat’ka, dziewka pańszczyźniana. Rozpuściła ją niemożebnie, wymyśliła, by diabli wiedzą kogo dopuścić do pańskiego stołu…

– Ach tak – powiedział do siebie Grigorij. – Katierina… Wszystko jasne.

Późnym wieczorem ustał rozgwar w majątku Czerwinskich i Katia, już w koszuli nocnej, czesała włosy, szykując się do snu. Anna Lwowna nawet nie wspomniała o niej dzisiaj, ale Katierina nie miała jej tego za złe: cieszyła się, że jej chrzestna jest wreszcie szczęśliwa. O przestrogach Pawliny starała się nie myśleć.

I wtedy nagle otworzyły się drzwi i do pokoju wszedł Grigorij, w niedbale rozpiętym mundurze, spod którego wystawała biała koszula. Oczy mu błyszczały w podnieceniu.

– Można?

Uważnie i przewrotnie patrzył na Katierinę. Ta kiwnęła speszona, a ręka ze szczotką zatrzymała się w pół drogi.

Grigorij przymknął drzwi i delikatnie stąpając, przybliżył się do niej.

– Nie zaprosisz, bym usiadł? – zapytał z udawanym wyrzutem.

– Proszę – ledwie wyszeptała Katierina i speszona wskazała jedyny fotel.

Grigorij usiadł, bez zażenowania przyglądając się zarysom jej sylwetki w cieniutkiej koszuli. Katierina mimowolnie skuliła się w sobie, przyciskając ręce do piersi. Chcąc przerwać krępującą i jakoś dwuznaczną ciszę, powiedziała prędko:

– Anna Lwowna jest taka szczęśliwa, że pan wreszcie wrócił. W dzień i w nocy modliła się o pański powrót.

– A ty? – uśmiechnął się dziedzic. – Ty się modliłaś?

– Oczywiście, że się modliłam! – Katierina dotknęła krzyżyka na szyi.

Nagle Grigorij osunął się przed nią na jedno kolano. Wziął jej rękę i pocałował.

– Dziękuję miłej panience. Pani modlitwy pomogły mi przeżyć.

– Na Boga, Grigoriju Piotrowiczu! Czy to tylko moje? – Katierina czym prędzej wyszarpnęła rękę.

Nie pozwalając jej ukryć oczu, Grigorij powoli wstał i znalazł się tak blisko, że dziewczynie kompletnie zabrakło tchu, cała zesztywniała.

– Wiesz, Katiu, czego najbardziej brakuje na wojnie? – ledwo słyszalnie, z urywanym oddechem zapytał Grigorij.

– Nie wiem.

– Miłości. Miłosierdzia i miłości.

Katierina skinęła, odwracając się i czekając, kiedy on wreszcie odejdzie i zostawi ją w spokoju.

– Czy mogłabyś obdarzyć mnie swoją miłością?

Szeroko otwartymi oczami Katierina spojrzała z niemym przerażeniem na Grigorija. I jak gdyby biorąc to za odpowiedź, Grigorij wpił się w jej usta drapieżnym pocałunkiem.

Rozdział drugi

– Grigoriju Piotrowiczu! Grig… Piotr… – Katierina z całych sił wyrywała się z uścisku Grigorija, lecz to go tylko podniecało.

– Ależ ty jesteś! Istny źrebak nieujeżdżony! No chodź… Chodź tutaj…

Nagle ktoś szarpnął za klamkę i zagrzmiał głos Pawliny:

– Katria! Co to za wymysły z tym zamykaniem! Otwieraj prędko, wodę do mycia przyniosłam.

– Do diabła! – Twarz Grigorija wykrzywił grymas rozczarowania, mężczyzna ruszył do wyjścia.

Katia odsunęła się od niego, cofnęła, zauważyła na stole nożyczki i szybko je chwyciła.

Tuż przy drzwiach Grigorij obejrzał się i uśmiechnął.

– Dobra. Nie jestem przecież jakimś złodziejem. Oczekiwanie na deser czyni go jeszcze słodszym.

– Katria! Usnęłaś tam? – ponownie odezwała się Pawlina.

– Czego tak lamentujesz, chcesz cały dom poderwać na nogi? – Grigorij wreszcie otworzył drzwi. – Przesuń się.

Pawlina, kompletnie nie spodziewając się tu dziedzica, o mały włos nie wylała na niego wody z dzbana.

– Pan?! Oj, Boziuniu… A… co… – wystraszyła się kucharka.

Nie zaszczyciwszy jej słówkiem, Grigorij nieśpiesznie odszedł, a oszołomiona Pawlina weszła do pokoju, w którym Katierina wciąż jeszcze ściskała w dłoni nożyczki. Dopiero gdy ujrzała Pawlinę, z ulgą je odrzuciła i padła swej wybawicielce w objęcia.

– Czego tu po nocy szukał Grigorij Piotrowicz? – zachmurzyła się Pawlina.

– Zajrzał po prostu… życzyć dobrej nocy – zagryzając wargi, odpowiedziała Katia, która nie była w stanie powiedzieć prawdy.

– Ptaszynko moja – westchnęła Pawlina – ja już mam swoje lata. Czy to ja nie wiem, jak panicze przychodzą życzyć dobrej nocy? Ręce mu latały? – Zauważywszy czerwony ślad na nadgarstku Katieriny, szybko złapała ją za rękę, nie pozwalając schować jej za plecami.

– Och, ty kacie jeden! – jęknęła. – Ty żmijo! Wszystko opowiem pani! Teraz już jest nocka, nie będę niepokoić, ale jutro z samego rana…

– Nie, nie! Mamusiu Pawłusiu, nie trzeba! To moja wina: może dałam mu jakiś pretekst? Może wieczorem uśmiechałam się za dużo? Może dekolt miałam za duży? A jeszcze sama go wpuściłam… Tak, to moja wina. Ach, jak matka chrzestna się dowie, co to będzie za wstyd! Nie, nie! Na przyszłość będę ostrożniejsza. A na noc będę zamykać drzwi na spust! – powiedziała Katierina już niemal wesoło, ciesząc się, że znalazła takie znakomite wyjście. – Lepiej mi polej, proszę.

Uwolniwszy się delikatnie, odwróciła się w stronę miski, jakby wieczorna rutyna miała pomóc jej zapomnieć o tym, co się stało, zmienić to w nic nieznaczące wydarzenie, o którym, rzecz jasna, chrzestna wiedzieć nie powinna.

– Aleś ty jeszcze dziecko… – Pawlina ze smutkiem pokręciła głową, polewając jej z dzbana ręce. – Przecież i jego, i jego ojczulka znam aż nadto. Takie to są psy na baby, że ech! Oni nawet pretekstów nie potrzebują. Jedyny pretekst to świerzb między nogami.

Katierina ukryła twarz w ręczniku, a podając go Pawlinie, zmusiła się do uśmiechu.

– Wszystko będzie dobrze, Pawłusiu, uspokój się. Nie jestem takim znowu słabeuszem, potrafię się obronić. Natomiast chrzestna ma słabe serce, sama wiesz. Obiecaj – żartobliwie tupnęła nogą – obiecaj, że nic jej nie powiesz.

Ale Pawlina żadnych obietnic nie składała, odeszła w milczeniu. Katierina zamknęła za nią drzwi i uśmiech natychmiast zszedł z jej twarzy.

Rano Katierina w pierwszej kolejności rozłożyła swoje sukienki na łóżku, nie mogąc zdecydować, która z nich jest najskromniejsza i najmniej będzie przyciągała męskie spojrzenia. Wszystkie wydawały jej się teraz za bardzo jaskrawe i wyzywające, jakby w nich wystawiała siebie na pokaz. Przygryzając wargę, przebierała w nich, nie mogąc dokonać wyboru, kiedy do pokoju weszła Wasilinka.

Nie sposób było ją poznać w nowiutkim stroju pokojówki, z miotełką do kurzu w ręce. Wytwornie, choć jeszcze niezgrabnie z powodu niedługiego stażu, dygnęła przed Katieriną jak przed panią.

– Dzień dobry, panieneczko. Pani pozwoli się ubrać.

– Ach – uśmiechnęła się Katierina – ależ ile mam ci powtarzać, że żadna ze mnie pani.

Wasilinka jak gdyby nie dosłyszała jej słów, a może zwyczajnie nie uwierzyła. Co to, czyż ona nie potrafi odróżnić pani od dziewki? Miotełka zaczęła tańczyć w jej ręce, a Katierina nagle doznała olśnienia:

– Słuchaj, Wasilinko, a tobie która moja sukienka najbardziej się podoba? – A kiedy ta, nic nie pojmując, odwróciła się, zapytała: – Zamienisz się ze mną na którąś?

– Jak to? – zdziwiła się Wasilinka.

– A tak: wybieraj, co ci się podoba, każdą możesz wziąć! – I „panienka” wskazała ręką na łóżko.

– A gdzie mi do tego? – Wasilinka patrzyła ze zdumieniem na sukienki Katieriny. Jeszcze wczoraj marzyła o wytwornej sukni, ale żeby naprawdę założyć ją na siebie… To się wręcz w głowie nie mieściło. – Dam pani swoją tak po prostu.

– Tak po prostu to nie wezmę – pokręciła głową Katierina. Chwyciła jedną z sukienek i podtykając ją Wasilince, powiedziała: – Trzymaj! Może się kiedyś przyda. Przyniesiesz mi swoją?

Dopiero wtedy pokojówka uwierzyła, że nikt z niej nie pokpiwa, radośnie przytaknęła i mocno przycisnęła sukienkę do piersi, jakby się bała, że za chwilę zostanie jej odebrana, i pobiegła z nią w te pędy, dopóki Katierina się nie rozmyśliła.

Śniadanie w domu Czerwinskich dobiegało końca, lokaje już sprzątali ze stołów, zmieniali serwis na herbaciany. Lokaj z malutkimi chińskimi dzbaneczkami obchodził stół, nalewając każdemu wedle woli.

– Czym chcesz się zająć, kochany? – zapytała Anna Lwowna syna.

– Tu? – szczerze zdziwił się Grigorij. – Maman, nie sądzę, bym się tutaj zasiedział. Odpocznę, pobędę z wami, a potem… ruszam za granicę! Tylko tam jest prawdziwe życie!

 

Matka nie zdążyła mu odpowiedzieć, gdy do jadalni wszedł Piotr Iwanowicz, rześki i zadowolony, ponieważ nie dosłyszał ostatnich słów syna. Czerwinski senior zdążył już uwierzyć, że wojna zmieniła naturę jego spadkobiercy, że Grigorij wreszcie porzuci próżniaczy tryb życia i entuzjastycznie zabierze się do gospodarowania.

– Dzień dobry! Rad jestem widzieć, że już nie śpisz! – powiedział do syna, siadając przy stole. – Myślałem, że trzeba będzie cię budzić. Chodź, zjemy śniadanie i pojedziemy na objazd. Spraw w gospodarstwie jest mnóstwo – wiosna! Na pole trzeba…

– Proszę mi wybaczyć, ojcze, ale nie pojadę „na pole”. Nie znam się na tym nic a nic, więc po co?

Piotr Iwanowicz gwałtownie rozparł się na krześle, a twarz pociemniała mu z rozgoryczenia. Teraz już miał wrażenie, że niczego innego nie spodziewał się po synu.

– A poza tym jestem zaproszony do Szeferów. Muszę się przygotować – kontynuował Grigorij.

– Jakie znowu przygotowania? – gwałtownie i szorstko przerwał mu Piotr Iwanowicz, wpadając w irytację. – Nie jesteś przecież panienką, loków kręcić nie będziesz.

– Nie uchodzi też pokazywać się w świecie jak wieśniak zahukany – obstawał przy swoim młodszy Czerwinski.

Piotr zaczął się unosić, ale powstrzymał się, kiedy Anna Lwowna położyła rękę na jego dłoni. Na długo nie starczyłoby mu cierpliwości, lecz nowemu wybuchowi na pewien czas zapobiegł starszy lokaj, przynosząc pocztę: starszemu Czerwinskiemu świeżą gazetę, a Grigorijowi – pilny list do rąk własnych.

Grigorij zerknął na kopertę i nieco się zachmurzył, jednak otworzył list.

Anna Lwowna wciąż jeszcze próbowała rozładować atmosferę.

– Nie ulega wątpliwości, że u Lidoczki Szefer spotykają się najzacniejsi ludzie w naszym mieście – zauważyła dyplomatycznie, po czym dodała figlarnie: – Oraz ich córki.

– Droga mateczko, darujmy sobie – niedbale rzucił Grigorij, czytając pobieżnie nierówne linijki listu. – Zamierza mnie mamusia ożenić? Próżny trud… Tutejsze ślicznotki mało mnie interesują…

I nagle się zaciął, twarz mu skamieniała, a matka, która nie spuszczała z niego oczu, natychmiast się zaniepokoiła.

– Griszeńko, co ci jest? Coś się stało?

– Nie. A właściwie tak. Matka kolegi z frontu zmarła, kiedy ten był na wojnie. – Grigorij szybko schował list do kieszeni, jakby chciał zmienić trudny temat: – Ach, niemal zapomniałem. Ojcze, potrzebuję pewnej… hm… kwoty.

– Po co? – Piotr Iwanowicz spojrzał na niego ponuro i wreszcie dał upust swej złości: – Co, postanowiłeś zostać żebrakiem? Myślisz, że tym z orderami będą więcej rzucać? Pomyliłeś adres – jałmużna nie leży w mojej gestii.

Purpurowiejąc, Grigorij odsunął od siebie talerz. Anna Lwowna odwróciła się do okna, ale nie odważyła się skarcić małżonka, zaś Piotr Iwanowicz kontynuował śniadanie, jak gdyby nigdy nic. Grigorij wstał, szurając krzesłem. Kiedy wyszedł na korytarz, przy stole nadal panowało milczenie.

Szedł zły i rozgoryczony, a przed oczami miał słowa z otrzymanego przed chwilą listu: „…Za dochowanie pańskiej tajemnicy wiele nie proszę – trzysta rubli wystarczy”.

Gdy po śniadaniu Katierinie powiedziano, że wzywa ją do siebie Anna Lwowna, dziewczyna pośpiesznie udała się do salonu, rada, że jest potrzebna chrzestnej. Zastygła, widząc, że obok Anny Lwowny siedzi w fotelu Grigorij, trzymając ją za ręce i cicho mówiąc:

– A więc, mateczko, gdyby nie wasze modlitwy…

Wyglądał przy tym tak szczerze i czule, że Katierina na chwilę zwątpiła: czy to ten człowiek zaatakował ją wczoraj w sypialni? Należało jednak zdradzić swoją obecność, aby nikt nie pomyślał, że podsłuchuje pańskie rozmowy. Katierina dygnęła znacznie wytworniej niż przed chwilą Wasilinka w jej pokoju i powiedziała:

– Jestem do usług… – na chwilę się zawahała – pani.

– Kitti, tyle razy ci mówiłam, żebyś nie nazywała mnie panią – zbyła ją Anna Lwowna.

– Tak, matko chrzestna. – Katierina ponownie dygnęła, jak przystało w obecności państwa.

– I jaką to suknię masz na sobie? – surowo zapytała Anna Lwowna, gdy zobaczyła na niej ubranie Wasilinki. Zupełnie nie w porę u jej chrześniaczki ujawniły się jakieś dziwactwa!

– Natychmiast jedź do Doroszenków. Natalia Aleksandrowna potrzebuje akompaniamentu do ćwiczeń, błaga, by przysłać ciebie. Niezwłocznie przebierz się i jedź, już kazałam szykować dla ciebie powóz.

Grigorij wyglądał na obojętnego i nieobecnego, ale jego ukradkowe spojrzenia paliły ją, aż kuliła się z zakłopotania.

– Dobrze, matko chrzestna – odpowiedziała Katierina i zapytała z nadzieją: – Może będę jeszcze chrzestnej dziś potrzebna? O której mam wrócić?

– Nie, Kitti, nie będziesz mi potrzebna. – Anna Lwowna zwróciła się w stronę Grigorija: – Chcę calutki dzień spędzić z synem. Możesz więc być u Natalie tak długo, ile będzie cię potrzebowała. Idź już.

Nastrój Katii kompletnie się zepsuł, gdy opuszczała salon, jakby ni z tego, ni z owego została odrzucona. Jej plecy parzyło spojrzenie młodego dziedzica, które czuła na sobie niemal fizycznie.

I jakby mało jej było trosk, kiedy tylko Katierina usiadła w powozie, zauważyła, jak obok wleczono zakrwawione, niemal pozbawione tchu ciało.

– Co się stało? – zapytała Katia z przerażeniem.

– Jakow Juchimowicz nowemu kowalowi batów dał – leniwie odpowiedział koniuszy Gnat.

Katierina przypomniała sobie tego chłopaka, Nazara, który jadł polewkę u Pawliny w kuchni. Wówczas był poważny i stateczny i co tu dużo mówić – całkiem interesujący, a teraz nie szło go poznać. Nazar z wysiłkiem uniósł głowę i na krótką chwilę spotkał się wzrokiem z Katieriną, po czym jego głowa ponownie opadła na pierś.

– O Boże! Poczekajcie! – krzyknęła dziewczyna, wyskakując z powozu. Przykucnęła przy kowalu. – Za co?

– A czy Jaszka potrzebował kiedyś za co? – cicho, żeby nikt nie usłyszał, powiedział dworak Nikita. – Mucha pod ogonem go ugryzła i tyle!

– Pić… – cicho wyjęczał Nazar.

Katierina zawołała dziewczynę z koromysłem, pomogła skatowanemu się napić i zaczęła się zastanawiać, jak jeszcze może mu pomóc, ale Gnat powiedział:

– Katierina, idź sobie. Bo bieda nam wszystkim…

Osłabionego i zakrwawionego Nazara powlekli dalej, w stronę piwnicy. Ten z jękiem opadł na podłogę, drzwi piwnicy się zatrzasnęły i został w kompletnych ciemnościach.

Aleksiej Kosacz pochodził z rodziny niezamożnej, ale znanej i z tradycjami, a teraz pośpiesznie zmierzał do swojego niewielkiego majątku pod Nieżynem. Koń pod nim był piękny i gorącej krwi, podobnie jak jeździec – Aleksiej wyróżniał się ognistym usposobieniem i był niebywale przystojny. Ciemne loki opadały mu na wysokie, jasne czoło. Długie jak u dziewczyny rzęsy rzucały cień na płonące oczy. A twarz jaśniała mu radością na myśl o spotkaniu z bliskimi, tym bardziej że wracał z wojny krymskiej jako bohater.

Chłopów nie trzeba było spędzać na ganek w celu powitania gospodarza – ledwie wjechał na podwórze, a zbiegli się ku niemu z każdego miejsca w majątku.

– Witamy, panie! – słychać było ze wszystkich stron.

– Zdrówka życzymy!

– Witamy z powrotem, panie!

Leciwa kucharka Horpyna, która była kiedyś mamką Aleksieja, przytuliła go.

– Aleksieju Fiodorowiczu, mój kochany! No nareszcie! Żyje pan!

– Żyję, żyję. Dzięki twoim modlitwom, nianiu.

– Och, jak ja się modliłam do Matki Najświętszej! Jak ja się modliłam! Wysłuchała mnie jednak. Ależ pan wypiękniał! Wysoki, zmężniały, a włosy jak smoła. Biada dziewkom!

Na te słowa młodziutka pokojówka matki Aleksieja, która nie spuszczała oczu z młodego pana, speszyła się, odsunęła na bok i wtedy właśnie omal jej nie przewrócili brat i siostra Aleksieja, którzy wyskoczyli z domu. Chociaż Marianna skończyła już czternaście lat, a Wasilij dziesięć, to z całkowicie dziecinną radością zawiśli na śmiejącym się Aleksieju, krzycząc na wyprzódki:

– Alosza! Alosza przyjechał! Braciszek! Alosza!

Wreszcie z domu wyszła również matka, Sofia Stanisławowna.

– Matulu… – zdążył krzyknąć Aleksiej.

Dzieci i chłopi rozstąpili się, przepuszczając Sofię Stanisławownę ku synowi. Aleksiej przywarł do niej w mocnym uścisku, ta zaś w milczeniu ukryła twarz w jego ramieniu, tłumiąc łzy. Marianna patrzyła na nich z szerokim uśmiechem, a Wasia skakał wokół, nie posiadając się z radości. Wreszcie matka odchyliła do tyłu głowę i zaczęła wpatrywać się w Aloszę, jakby chciała wchłonąć każdą rysę ukochanej twarzy.