ZniewolonaTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału

Крепостная. Без права на любовь

© Starlight Films, 2018

© Film.UA Group, 2018

Published by agreement with Nerd Agency

Redakcja: Sylwia Kozak-Śmiech

Korekta: Dorota Dul, Marta Nowik

Skład i łamanie: Tadeusz Szlaużys

Zdjęcia:


ISBN 978-83-8091-808-5

Wydawca

Ringier Axel Springer Polska Sp. z o.o.

ul. Domaniewska 52

02-672 Warszawa

www.ringieraxelspringer.pl

Książkę można zamówić pod numerem 0 810 000 869

lub przez Internet www.literia.pl

Wszystkie prawa autorskie i wydawnicze zastrzeżone. Żadna z części, w tym tekst i fotografie, ani całość wydawnictwa Zniewolona. Bez prawa do miłości nie może być reprodukowana, kopiowana ani rozpowszechniana w formie drukowanej, elektronicznej lub w jakikolwiek inny sposób bez pisemnej zgody wydawcy.

Spis treści

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

Rozdział osiemnasty

Rozdział dziewiętnasty

Rozdział dwudziesty

Rozdział dwudziesty pierwszy

Rozdział dwudziesty drugi

Rozdział dwudziesty trzeci

Rozdział dwudziesty czwarty

Ilustracje

Przypisy

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Rozdział pierwszy Kwiecień 1856 roku

Zamożna posiadłość Czerwinskich, położona w okolicy Nieżyna, budziła się rano do życia. Liczna służba popędzana przez Jakowa pośpiesznie zabierała się do pracy. Zresztą również gospodarz tych włości, Piotr Iwanowicz Czerwinski, człowiek przedsiębiorczy, nie lubił się wylegiwać.

Przez okna jednego z pokoi już od dawna wlewały się strumienie światła słonecznego, kiedy czarująca młoda dziewczyna przeciągnęła się w swoim łóżku i otworzyła oczy. Miała na imię Katierina i była chrześniaczką pani domu, Anny Lwowny. Po twarzy dziewczyny wciąż jeszcze błąkał się uśmiech wywołany przez sen. Szybko się jednak ocknęła i skarciła za późną pobudkę – być może matka chrzestna już dawno o nią pytała. Katierina zerwała się z łóżka, zgrabna i lekka, w cienkiej, niemal przezroczystej w promieniach słonecznych koszuli.

W tej samej chwili na dworze świsnął bat i rozległ się kobiecy krzyk.

Katierina rzuciła się do okna i ujrzała, jak rządca Jakow zamaszyście i z satysfakcją smaga batem dworskiego chłopca. Dookoła nich, nie wiedząc, jak się zbliżyć, miotała się matka, zawodząc, błagając i krzycząc:

– Mnie bij, jego nie ruszaj, ty kacie!

Matko kochana! I to z samego rana! – przeżegnała się Katierina. Po każdym uderzeniu chłopiec cały się kurczył, wił, krzycząc wniebogłosy. Ale już po piątym bacie zalał się krwią, koszulinę miał całą w strzępach. I oto padł nieprzytomny.

Matka chłopca, zachłystując się płaczem, padła na kolana przed Jakowem, objęła go za nogi.

– Poszła won! – Jakow kopnął ją kolanem w twarz. – Na ciebie też przyjdzie kolej!

Kobieta padła na wznak, lecz po chwili w szalonym porywie ruszyła naprzód, aby swoim ciałem osłonić syna.

Teraz Jakow świstał batem już nad obojgiem, bijąc na oślep. Wreszcie się zmęczył. Z wysiłkiem się wyprostował, trzymając się za krzyż, i wtedy zauważył w oknie bladą Katierinę. Grymas wściekłości przemknął przez jego oblicze z taką naturalnością, jakby to nie było chwilowe uczucie, tylko jego zwykły wyraz twarzy.

Nienawiść w spojrzeniu Jakowa była tak duża, tak namacalna, że Katierinę dosłownie odrzuciło od okna. Przyciskając ręką krzyżyk na szyi, dziewczyna padła na kolana przed ikoną.

– Matko Boga mego – szeptała, kierując spojrzenie jasnych, dużych oczu ku wiecznej nadziei cierpiących. – Tyś jedyna jest w mocy zmiękczyć serca wszystkich złych ludzi. Daj siły i cierpliwość wszystkim nieszczęśliwym, w niewoli będącym. Miej w swej obronie mnie, sierotę, bez matki i ojca. Chroń przed nienawiścią i złością ludzką, która świat ten przepełnia. Powierzam siebie twej łaskawej opatrzności. Amen.

Trzykrotnie się przeżegnawszy, Katierina zasłoniła twarz rękoma. Wciąż miała przed oczami skulone, zakrwawione ciało chłopca.

Pani domu, Anna Lwowna Czerwinska, dama leciwa i tęga, ale nadal z dostrzegalnymi śladami dawnego piękna, zwłaszcza elegancji, obudziła się tego dnia z niedobrym przeczuciem. Nawet herbaty odmówiła, ku zdumieniu kucharki Pawliny, która nie mogła pojąć, jak można było wzgardzić „śniadankiem”, skoro podano je z marmoladą.

Ale nic nie można było zrobić, musiała Pawlina odwrócić się na pięcie z pełną tacą i udać się z powrotem do kuchni. Tam, wzdychając boleściwie, zaczęła rozstawiać na miejsca nietknięte przysmaki oraz naczynia i omal nie wypuściła z rąk filiżanki, gdy dostrzegła nagle Katierinę, która przyszła do kuchni wciąż jeszcze przytłoczona porannym widowiskiem.

– Tfu na ciebie, świerzbipięto! – wymknęło się kucharce.

– To grzech, Pawłusieńko, kląć z samego rana! – niemal machinalnie powiedziała Katierina, która wcale się nie wystraszyła tej udawanej surowości.

– A po obiedzie to już nie grzech? – bąknęła pod nosem Pawlina, odstawiając feralną filiżankę na miejsce. – A ty co taka, jakbyś się octu napiła? – zapytała wreszcie Katierinę.

– Jakow znów się wścieka… – dziewczyna westchnęła ciężko i cień przemknął przez jej wysokie, jasne czoło, a wąskie usta wykrzywiły się w napięciu.

– A to zwierz dziki! Diabli by go wzięli! – od serca rugnęła Pawlina. Jako osoba wolna, która przemieszkała w domu Czerwinskich kilka dziesięcioleci, nie wstydziła się mieć swojego zdania i przy sposobności je wyrazić.

– Pawłusia! Nie mów tak. – Katierina ponownie westchnęła. Ruganiem nic się nie wskóra. A zresztą, czym tu można coś wskórać? Jakow wykonuje wolę pana, Piotra Iwanowicza, a ten jest bardzo surowy wobec pańszczyźnianych. I myśli Katieriny pomknęły ku kolejnej jej trosce:

– Jak tam matka chrzestna?

– Lepiej nie pytaj. – Kucharka wskazała tylko na nietkniętą marmoladę.

Katierina wszystko zrozumiała i pośpiesznie udała się do pokoju gościnnego. Dziewczyna uważała Annę Lwownę, która wychowała ją, sierotę, od niemowlęctwa, za swoją drugą matkę i wszelkie troski swej dobrodziejki brała sobie do serca jak własne.

Anna Lwowna stała przy oknie, nieruchoma jak posąg.

– Matko chrzestna… – zawołała ją Katierina. – Wydaje się, że myślami jest pani gdzieś bardzo daleko.

Anna obejrzała się, a jej spojrzenie stało się cieplejsze.

– Siedem lat minęło, jak Griszeńka wyjechał do stolicy. Dopóki był w Petersburgu, pisał często. A odkąd poszedł na wojnę, to coraz rzadziej i rzadziej… Aż całkiem przestał.

– On wróci! – zaczęła żarliwie przekonywać ją Katierina.

 

– A co, jeśli nie? – zapytała spokojnie Anna Lwowna, a jej niestara jeszcze twarz cała pokryła się zmarszczkami. – Wojna się skończyła. Pułk Czernihowski już wrócił, a od Griszy nie ma żadnych wieści… – Ponownie odwróciła się w stronę okna. – Miałam dziś zły sen.

– Jaki sen?

– Czarny kruk przyleciał do naszego dworu. Próbowałam go przegonić, lecz on siedział i patrzył na mnie, nie mrugając. Okropnie patrzył… Katiu! – Anna Lwowna przyłożyła do ust chusteczkę, jakby bała się tych słów, które gotowe są z nich sfrunąć. – A co, jeśli Grisza… Panie uchowaj…

– Pomodlimy się za niego – gorąco przyrzekła Katierina. To jedyne, co mogła zaoferować.

– Modlę się cały czas. Za swego jedynego, ukochanego syna – wyszeptała Anna Lwowna słabnącym głosem.

Nie wiedząc, czym pocieszyć ukochaną matkę chrzestną, której smutek znalazł odzew w jej sercu, Katierina przypomniała sobie o ostatniej desce ratunku:

– Matko chrzestna, a może… Może wam poczytam?

– Nie jestem w nastroju, Katiuszo, do mowy wiązanej. Chociaż… poczytaj, proszę, zanim Piotr Iwanowicz wróci – po chwili namysłu zgodziła się Anna Lwowna.

Usiadły na sofie i Katierina z przyzwyczajenia otworzyła Rusłana i Ludmiłę:

– „Mknął na południe nieprzerwanie Ratmir na koniu swoim rączym…”.

Majątek Aleksandra Wasiljewicza Doroszenki był jednym z najokazalszych w okolicy. Uchodził za całkiem dochodowe gospodarstwo, porównywalne z tym, jakie posiadał Piotr Czerwinski. Jednak w odróżnieniu od swojego przyjaciela i sąsiada Aleksander Wasiljewicz nie miał szczególnej smykałki do interesów, a w stosunku do chłopów zdaniem wielu był nazbyt liberalny. Ale taką już miał naturę, delikatną, nie tyle z dobroci, ile raczej z powodu swego rodzaju braku woli. Z wyglądu zaś przypominał świętego Mikołaja, jakim malują go na starych ikonach, może tylko był bardziej dorodny i ubierał się wyszukanie, „miastowo”.

Jeśli zaś chodzi o Piotra Iwanowicza, był chudy, żylasty i bardziej przypominał wyżła. Dziś, jak to się często zdarzało, wpadł do sąsiada w odwiedziny. Jak zwykle rozgościli się na świeżym powietrzu i popijając kawę, omawiali najnowsze wiadomości.

– Żal mi tego biedaka Tierentjewa – delikatnie, niemal z prawdziwym smutkiem powiedział Aleksander Wasiljewicz. – W jakieś trzy lata majątek przehulał. A przecież miał szansę się odegrać!

– Nam to jest tylko na rękę – rzucił Czerwinski. – Chłopi w jego majątku są silni, robotni. Kobitki ma ładne…

Doroszenko upił łyk kawy i smutno pokręcił głową.

– Mówi się, że teraz wszystkich za półdarmo wystawią, ledwie po sto rubli, byle wierzycieli spłacić.

Piotr Iwanowicz skrzywił się, jakby się kawą poparzył.

– Ach, przyjacielu… Przecież za byle chłopa sto rubli to godziwa cena.

– A jeśli, dajmy na to, taki chłop manier jest nauczony? – spierał się Aleksander Wasiljewicz, choć bez szczególnego przekonania. – Umie przy stole służyć?

– Och! – westchnął Piotr Iwanowicz, zniechęcony tym, że musi tłumaczyć oczywistości. – Chłop jest chłopem, czy w liberii, czy bez niej. Jest dziki, brudny, leniwy… Rozumie tylko bat.

– Mówią, że w stolicy za kamerdynera nawet półtora tysiąca płacą. – Doroszenko pokręcił głową, pozwalając sobie nie zgodzić się z gościem.

– Ile? – Piotr Iwanowicz zakrztusił się i zakasłał. – Toż ja za niego półtora tysiaka wyłożę, a ten mi za miesiąc się pochoruje i w ogóle zdechnie! A pieniążki moje poszłyyy!

– Cóż, różnie bywa, oczywiście… – przytaknął Aleksander Wasiljewicz.

– Nie – stanowczo rzekł Czerwinski. – Za takie pieniądze ja już lepiej całą wioskę kupię niż jednego kamerdynera – dodał.

– No to jedźmy jutro razem do Tierentjewa – sprytnie wymanewrował ze sporu Doroszenko. – Tam sobie coś upatrzymy. Pan – wioskę, a ja skromniej, raptem jedną służącą dla córki. Tylko jechać trzeba będzie raniutko, bo zostaną przebierki.

Czerwinski zaczął rozmyślać nad tą propozycją. Zapanowała cisza. Ale nie zdążył odpowiedzieć, gdy musiał się zerwać i uprzejmie powitać córkę gospodarza, która wybrała tę właśnie chwilę, by do nich dołączyć. Natalie Doroszenko była nadzwyczaj urodziwą panną o nienagannych manierach i ojciec nie przestawał jej rozpieszczać.

– Mówiłaś, Natalie, że potrzebujesz pokojówki? – zaczął Doroszenko, uśmiechając się na myśl o tym, jaki prezent sprawi córce.

– Och, potrzebuję, tatusiu. – Dziewczyna skinęła głową, a jej lśniące kasztanowe loki delikatnie zafalowały. – Marfa lada chwila urodzi, gdzie jej tam teraz do służby.

– Ech, spróbuj zadowolić kobietę – zaczął z uśmiechem pokpiwać z niej Czerwinski. – Przyprowadzi człowiek służącą, a córka mu: „Nie podoba mi się taka, tatusiu! Inną chcę!”.

– Ma pan rację, Piotrze Iwanowiczu – parsknął śmiechem Doroszenko. – To co, Natalie, pojedziesz ze mną wybierać sobie służkę?

– Wybierać?

– Którą sobie wypatrzysz, tę weźmiemy. Mnie tam nie żal dla ukochanej córki tysiąca rubli.

Ale ta propozycja wcale nie ucieszyła Natalie.

– Nie, tatusiu, jedź beze mnie – powiedziała stanowczo. – Nie wytrzymam tego. Z żywymi ludźmi jak z bydłem…

– Ale jeśli człowiek nie będzie wybierał – wzruszył ramionami Czerwinski – podsuną jakiegoś kuśtyka czy gruźlika.

– Natalie ma rację, to nie jest miejsce dla niej – nachmurzył się gospodarz. – Jednak tam jest i chamstwo, i wszystko może się zdarzyć…

– Przecież planowaliśmy jutro, tatusiu, pojeździć konno – przypomniała córka.

– Przebacz, zapomniałem. – Skruszony Doroszenko spuścił wzrok. – A teraz to już i Piotrowi Iwanowiczowi obiecałem… Nie zanudzisz się tu beze mnie?

Piotr Iwanowicz klasnął ręką w kolano – wpadł mu nagle do głowy znakomity pomysł:

– A może zechciałaby pani przyjść do nas na obiad? Przecież odkąd wróciła pani z pensjonatu, ani razu nas pani nie odwiedziła.

– Jeśli Anna Lwowna nie będzie miała nic przeciwko, to z miłą chęcią – Natalie spojrzała na niego swoimi wielkimi piwnymi oczami.

– Ustalone! – zawołał Czerwinski, rad z tego, że wywołał jej wspaniały, promienny uśmiech. – Czekamy jutro na pani wizytę.

Anna Lwowna bynajmniej nie była zachwycona, gdy mąż uraczył ją tą wiadomością po powrocie do domu:

– Jutro na obiad? Ależ ja kompletnie nie jestem przygotowana.

– A co tu jest do przygotowania? – wzruszył ramionami Piotr Iwanowicz. – Przecież nie będziecie urządzały salonu.

– Mam myśli czym innym zaprzątnięte. A poza tym żyję jak mniszka, kompletnie odwykłam od towarzystwa…

– To tym bardziej przyda się takie małe przyjęcie.

– Piotrze Iwanowiczu, dopóki nie dowiem się, co z Griszą, nie jestem w stanie myśleć o niczym innym.

– Czemu się tak pani rozgderała? – Im bardziej małżonka obstawała przy swoim, tym mocniej denerwował się Czerwinski. – Griszeńka, Griszeńka…

– Bo przecież już tyle czasu nie ma od niego wieści…

W tym momencie Piotr Iwanowicz uniósł się na dobre, zirytowany z powodu kobiecych słabości:

– Najważniejsze, aby mój syn wrócił z wojny jako bohater! A czy z tarczą, czy na tarczy…

– Niech pan tak nie mówi! – przerwała mu Anna Lwowna, jakby ją piorun raził. Cała zmartwiała, jakby miała za chwilę zemdleć, i to nieco otrzeźwiło jej męża. Z wysiłkiem tłamsząc rozdrażnienie, wziął żonę za rękę, żeby ją uspokoić.

– Postaram się dowiedzieć, co z nim. A pani niech tu nie wymyśla koszmarów… i szykuje się do wizyty.

Wyszedł z pokoju, zostawiając małżonkę bez pocieszenia.

Idąc do powozu wraz z ojcem, który miał ją zawieźć do Czerwinskich, Natalie wkładała rękawiczki z zamyślonym, nieobecnym spojrzeniem. Wystrojona na wizytę była tak piękna, że Aleksander Wasiljewicz mimowolnie zapatrzył się na nią, nie dostrzegając jej wewnętrznego niepokoju.

– Tatusiu… – odważyła się wreszcie odezwać Natalie – a czy Piotr Iwanowicz to dobry człowiek?

– Cóż za dziwne pytanie, Natalie – zdumiał się jej ojciec. – Oczywiście, że dobry!

– A jego żona, Anna Lwowna?

– Ta to już w ogóle jest święta. Ale czemu pytasz?

– Piotr Iwanowicz tak szorstko mówił o chłopach – zaczęła tłumaczyć i stało się jasne, że z wczorajszej rozmowy dwóch mężczyzn zdołała wiele wychwycić, zanim zdecydowała się zdradzić ze swoją obecnością. – Jakby to wcale nie byli ludzie, tylko przedmioty.

– A jak inaczej? – ze zdziwieniem odparł jej ojciec. – Przecież nam służą. Jak stół, krzesło, piec…

– Ale to są przecież ludzie! – zawołała Natalie. – Tacy sami jak my. Mają duszę, dwie ręce, dwie nogi…

– Jakież bzdury, Natalie! Jak możesz ich porównywać…

– Jego Wysokość zabronił wystawiać chłopów na aukcji – z coraz większym przejęciem mówiła dziewczyna i oczy jej jasno zapłonęły. – A aukcje dalej są przeprowadzane! Dlaczego, tatusiu?

– Dlatego, że to jest nasz majątek. – Aleksander Wasiljewicz wzruszył ramionami. – I jeśli człowiek chce lepiej sprzedać, musi się targować.

– Ale jakie tam się okropieństwa dzieją! – Natalie spuściła wzrok. – Rodziny są rozdzielane. Nikt nie patrzy na to, komu się trafi mąż, komu żona, komu osesek. Wycie, krzyki, płacz…

– Ale gdzie ty się tego nasłuchałaś? – nachmurzył się Doroszenko. – Znów się gazet naczytałaś?

Ze spojrzenia Natalie można było wywnioskować, że rzeczywiście czytała.

– Wyrzuć z głowy wszystkie te europejskie bzdury! – nakazał ojciec córce. – Nic z tego nie rozumiesz. A zresztą, rozumieć nie musisz.

Dotknięta surowym tonem ojca, do którego nie nawykła, Natalie odwróciła się i bez jego pomocy wsiadła do powozu.

– Jeśli nie chcesz jechać do Czerwinskich – natychmiast złagodniał Aleksander Wasiljewicz – znajdę pretekst, by odmówić. Ale będzie mi przed nimi wstyd.

Natalie uważnie spojrzała na ojca i dostrzegła na jego twarzy cień urazy. Natychmiast ruszyło ją sumienie i, żałując swej porywczości, wyciągnęła ku niemu obie ręce na pojednanie.

– Nie, nie, nie chcę cię zasmucać. Pojadę.

– Dobrze, moja miła. – Aleksander Wasiljewicz przytulił córkę i kazał woźnicy ruszać.

Katierina widziała gościa przez okno jedynie przez krótką chwilę, kiedy panienka wysiadała z powozu. Dostrzegła jej subtelną urodę, jednak nie miała czasu nad tym rozmyślać. Powierzywszy Annie Lwownie zabawianie Natalie rozmową, sama krzątała się w kuchni, a następnie zabrała się do nakrywania stołu.

– Idziesz tu. – Jakow wepchnął do kuchni wystraszoną około dwudziestoletnią dziewczynę. – To – powiedział, nie patrząc na Katierinę – nowa służka, ze wsi wzięli, trzeba przyuczyć.

Rządca natychmiast wyszedł, nie czekając na odpowiedź.

– Nie bój się, wchodź – uśmiechnęła się do niej ciepło Katierina. – Jak masz na imię?

– Jestem Wasilinka, panienko – wykrztusiła zapytana, oblewając się pąsem.

– Nie mów tak do mnie, żadna tam ze mnie panienka. Mam na imię Katia. Patrz, Wasilinko, widelec trzeba kłaść po lewej stronie talerza, nóż po prawej. Nie ma tu nic skomplikowanego, szybko się nauczysz – powiedziała, usiłując dodać dziewczynie otuchy.

– To wszystko trzeba panom wykładać do jednego obiadu?! – Dziewczyna zrobiła wielkie oczy. – A to coś to gdzie się kładzie? To do czego jest?

– A to jest specjalny nóż do ryby – wytłumaczyła z uśmiechem Katierina. – Powinien leżeć tutaj…

Przygotowania dobiegły wreszcie końca i Katia ruszyła do salonu prosić Annę Lwownę z Natalie na obiad. Mężczyźni podówczas pojechali już do majątku Tierentjewa. Natalie siedziała przy fortepianie i kartkowała nuty.

– Och, od roku już marzę, by nauczyć się tego utworu! – powiedziała Natalie akurat wtedy, gdy Katia stanęła w progu. – Tyle że ją się powinno grać na cztery ręce, a tatuś słuchem nie grzeszy.

– Cóż, Katierina może pani towarzyszyć. – Anna Lwowna postanowiła zapoznać dziewczyny. – Katia gra znakomicie.

– Co też matka chrzestna opowiada – zmieszała się Katia.

– Proszę, proszę! – nalegała Natalie. – Tak o tym marzę! Przecież będzie wesoło!

– Ale przecież czas siąść do stołu… – próbowała wymówić się Katierina, lecz Anna Lwowna nie pozwoliła jej się wycofać.

– Kompletnie nie jesteśmy głodne.

Niecierpliwa Natalie zaczęła już brać nuty swojej partii.

– Ach, jakie to jest piękne! Och, co za melodia! Kitti, niechże pani tu przyjdzie!

– Idź, kochana. – Leciutko popchnęła ją Anna Lwowna. – Nie każ się prosić…

 

Zmieszana Katia, która nie miała odwagi się przeciwstawić, przycupnęła obok i początkowo jedynie podgrywała Natalie, ale po chwili odzyskała pewność siebie i oto dwie dziewczyny zaczęły grać radośnie i z natchnieniem. Natalie z zachwytem zerkała na Katię, ta zaś, skupiona na grze, zaczęła się do niej uśmiechać. Anna Lwowna zasłuchała się, zapominając na chwilę o swoich troskach.

– Znakomicie! – zawołała Natalie, kiedy utwór dobiegł końca. – Gra pani jak anioł, Kitti!

– Dziękuję. – Katierina spuściła wzrok.

– Koniecznie musimy grać z panią w duecie! – Natalie zaczęła już snuć plany. – Jestem taka szczęśliwa, Anno Lwowna, że ojciec wymyślił dla mnie ten wyjazd.

– Pani jest zawsze u nas mile widziana – powiedziała gospodyni, naówczas już kompletnie oczarowana dziewczyną.

– Ja zaś zapraszam panią wraz z Kitti do nas. – Oczy pięknej Natalie płonęły jak gwiazdy.

– Dziękuję, ale obawiam się, że to będzie nie na miejscu… – zaczęła Katierina, kompletnie zmieszana i gorączkowo szukająca pretekstu, by odejść. – Ja… ja muszę zobaczyć, czy placek nie wystygł. Proszę mi wybaczyć!

Katierina wymknęła się z salonu, a Natalie z niepokojem spojrzała na Annę Lwownę.

– Niestety, nie wytłumaczyłam pani tego wcześniej… – zaczęła, dostrzegając w spojrzeniu gościa nieme pytanie. – Kitti nie opuszcza majątku.

– Ale dlaczego? Przecież ma talent, powinna bywać w towarzystwie…

– Też bym tego chciała, ale, niestety, to nie jest możliwe. Zresztą nawet się cieszę, że pani sama się nie domyśliła.

– O czym pani mówi?

– Chodzi o to, że Kitti… jest naszą chłopką.

– Chłopką? – Nie sposób wyobrazić sobie większego zdumienia niż to, z jakim Natalie wypowiedziała te słowa.

Katierina zaś niemal ze łzami w oczach pośpiesznie wyszła zaczerpnąć świeżego powietrza. W drzwiach zderzyła się z Wasilinką, która o mały włos nie wylała na nią zawartości dużej miski.

– Och, panienka wybaczy, ja niechcący! – pośpiesznie przeprosiła. – Tylko niech panienka nie krzyczy.

– Żadna ze mnie panienka! – gwałtownie krzyknęła Katia i wyskoczyła na dwór.

Tam zaś kipiała praca: mężczyźni dźwigali worki, dziewczęta prały i wieszały bieliznę, służba dworska krzątała się w stodole. Katierina zerknęła na swój cień – na zgrabną, smukłą sylwetkę. Spojrzała na swoje dłonie – szczupłe i białe, na swoje czyściutkie, „pańskie” ubranie, sprezentowane przez Annę Lwownę, i jak nigdy dotąd mocno odczuła swoją samotność. Tu była tak samo obca jak w salonie, wśród państwa.

Targi, na które tak chcieli trafić dziedzice Czerwinski i Doroszenko, odbywały się na samym środku podwórza w majątku Tierentjewa. Chłopów pańszczyźnianych przeznaczonych na sprzedaż ustawiono w kilku szeregach. Piotr Iwanowicz z Aleksandrem Wasiljewiczem powoli przechadzali się wzdłuż tych nierównych szeregów, szacując towar, od czasu do czasu zadając niedbale kilka pytań.

– Cieśla jestem, panie – odpowiedział Czerwinskiemu wąsaty, ponury chłop.

– Wszyscy tacy byle jacy! – Piotr Iwanowicz splunął rozczarowany, ale zaraz oczy zapłonęły mu ciekawością, dojrzał bowiem dobrze zbudowaną, śniadą, około trzydziestoletnią chłopkę. Wymieniwszy z Doroszenką znaczące spojrzenie, ruszył w jej kierunku.

– Co potrafisz? – zapytał Piotr Iwanowicz.

– Mistrzynią jestem!

Czerwinski wyszczerzył się i trącił Doroszenkę.

– Taka by się nawet nadała. A pan co sądzi, Aleksandrze Wasiljewiczu? Znać nieomylnie, że w wielu sprawach jest to mistrzyni.

– Niebrzydka – skinął głową tamten. Ale po chwili namysłu dodał: – Nie! Śniadych lepiej nie brać, kto wie, czy to nie Cyganka. Chodźmy jeszcze popatrzeć.

– Ta też niczego sobie – zwrócił uwagę towarzysza Piotr Iwanowicz, kiedy podeszli do dziewczyny o powierzchowności dość topornej, ale wyrazistej, jak to się mówi: krew z mlekiem.

– Co potrafisz robić? – zapytał ją Doroszenko, ale dziewczyna tak się speszyła, że nie mogła wydobyć słowa.

– Odpowiadaj, gdy pan pyta! – szturchnął ją laską Czerwinski.

– Wszystko mogę – odpowiedziała, patrząc zaszczutym spojrzeniem na panów. – Piorę, prasuję, srebra czyszczę, podłogi myję…

– No proszę! – zwrócił się Czerwinski do swojego towarzysza. – Wszystko może. Niech pan bierze. Nie straci pan.

– Ech, Piotrze Iwanowiczu – zaczął zbywać go żartem Doroszenko. – Przecież nie sobie biorę dziewkę, tylko córce służącą. – I skinął na dziewczynę: – Chodź ze mną.

– Podziękuj panu, durna! – ponownie szturchnął ją laską Czerwinski. – W dobrym domu będziesz służyć!

Dziewczyna błądziła wzrokiem z niepokojem, ale nagle jej przaśną twarz opromieniła nadzieja:

– Panie, a może pan kowala potrzebuje? Wszystko potrafi, złote ma ręce! – I pokazała na dobrze zbudowanego chłopaka, stojącego nieopodal.

Jednak Aleksander Wasiljewicz, gdy już załatwił to, co zaplanował, stracił zainteresowanie targiem.

– Kowala mi nie potrzeba. No, chyba że…

– Za to mi w Czerwince bardzo się przyda – przerwał mu Piotr Iwanowicz. – Otwórz usta! – rozkazał chłopakowi i z zadowoleniem powiedział po oględzinach: – No, choć jeden bez zgniłych zębów. Mówisz, że to złota rączka… Ile lat w kuźni robisz?

– A, całe życie – raźno odpowiedział kowal. – Świętej pamięci Iwan Nikiforowicz miał dużą kuźnię. A jak się zastrzelił, wszystko przeszło w spadku do pana Tierentjewa.

– Dobrze, chodź za mną! – przerwał mu w pół słowa Czerwinski. – No, Aleksandrze Wasiljewiczu – zaczął podsumowywać – myślałem, że wioskę kupię. A tu jeden chłop się trafił i tyle tych profitów.

– Co też pan, Piotrze Iwanowiczu – uspokajał go Doroszenko – zdolny kowal za pół ceny to nie najgorszy wynik jak dla mnie…

W ślad za nimi podążali dopiero co kupieni chłopi pańszczyźniani. Dziewczyna nie spuszczała pełnych łez oczu z kowala, głaskała go po ręce, dopóki ten, uśmiechając się smutno, nie uwolnił dłoni.

– Żegnaj, Orysiu! Może się jeszcze zobaczymy…

– Żegnaj, Nazarku… ukochany…

Po powrocie od Czerwinskich rozemocjonowana Natalie opowiadała ojcu o Katierinie:

– Jakże mogłam wątpić, że Czerwinscy to porządni ludzie! Wychowali chłopkę pańszczyźnianą jak rodzoną córkę.

– Rzeczywiście, to dziwne. – Aleksander Wasiljewicz ze zdumieniem wydął usta. – Piotr Iwanowicz nigdy mi o tym nie wspominał.

– Mówisz, że to wszystko bzdura, co w gazetach piszą? A właśnie, że nie! Kitti i po francusku mówi, i tak wspaniale gra na fortepianie…

– Pewnie zrobili to pod wpływem stołecznej mody… – próbował znaleźć wytłumaczenie ojciec. – Tam z chłopów pańszczyźnianych nawet grupę baletową zrobili.

– Ojczulku, jeśli człowiek nie wie, że to chłopka pańszczyźniana, za nic nie odróżni jej od państwa! Wyszukane maniery…

– Czyżby bardziej wyszukane niż twoje? – ironizował ojciec.

– Może nawet bardziej! – Natalie żarliwie wzięła w obronę nową znajomą. – Jednego nie mogę pojąć. Jeśli ją tak wychowali, to czemu nie dadzą jej wolności?

Aleksander Wasiljewicz jedynie rozłożył ręce.

– To są ich sprawy, nie będziemy się wtrącać. – Gdy zauważył, jak zgasły oczy córki, natychmiast zmienił temat na przyjemniejszy: – Tak więc nie wiem, co mam robić: czy dać ci prezent teraz, czy podrażnić się z tobą, poczekać?

– Prezent, tatusiu? – ożywiła się córka.

– Musiałem jednak zanurkować do portfela – narzekał dziedzic majątku, wołając Orysię. – Piotr Iwanowicz nazwał mnie marnotrawcą. Ja jednak uważam, że trzysta rubli za taką mistrzynię to nic.

Po przybyciu do majątku Czerwinskich, Nazar został zaprowadzony do kuchni na obiad. Tam bez pośpiechu zaczął nabierać łyżką polewkę, nie zwracając uwagi na służbę, która co rusz zabiegała do kuchni, by na niego popatrzeć. Szczególnie starała się Galina, dziewka ładna i bezpośrednia, która wykonywała w domu całą czarną robotę. A to łokciem go szturchnęła, a to zapytała o coś. Ale wszystkie jej wysiłki na nic się zdały i twarz Nazara tylko raz utraciła niewzruszony wyraz – kiedy do kuchni na chwilę wpadła Katierina.

I kiedy położył się na ławce w izbie czeladnej, myślał wcale nie o Gali, i nawet nie o Orysi, tylko o tej zadziwiającej panience, która – jak mu powiedziano – wcale panienką nie jest…

Wasilinką zaś mocno zainteresował się pan domu.

– Co to za dziewka bystrooka się u nas pojawiła? – zapytał Piotr Iwanowicz, zakładając turecki szlafrok podany przez Jakowa.

– Toż pan sam osobiście kazał „kanarka” świeżego i rumianego znaleźć. Żem utrafił? – Jakow przymilnie zajrzał w oczy swego dobrodzieja, podając mu fajkę.

– Zobaczymy – odpowiedział wymijająco Czerwinski, siadając w fotelu.

Ledwie zdążył zapalić fajkę od podanej przez Jakowa zapałki, gdy ktoś zapukał do drzwi. W progu stanęła Anna Lwowna.

Piotr odesłał Jakowa i wstał, pykając fajkę.

– Proszę usiąść, Anno Lwowna. Jakaś bladziutka jest pani dzisiaj – gość się naprzykrzył?

– Za gościa dziękuję – powiedziała małżonka, siadając na sofie. – Wprawdzie na krótko, ale rozproszył moje ciężkie myśli. – Spojrzała z trwogą na Piotra Iwanowicza. – Udało się panu dowiedzieć czegoś o Griszeńce? Gdzie jest, co z nim?!

– W Klubie Angielskim rozmawiałem z pułkownikiem Kaliberdą – skłamał z irytacją Piotr Iwanowicz. – Kazał nie wychodzić przed szereg – sztabowi mają co robić po walkach.

– Dwie córki pochowaliśmy z panem, tylko Griszeńka nam został – przypomniała, pochlipując, Anna Lwowna. – Jeśli jeszcze jego Pan Bóg zabierze…

– Niechaj się pani… – Czerwinski ledwie się hamował, żeby nie krzyczeć – niechaj się pani jakąś pracą zajmie czy co. Ze mnie proszę brać przykład! Zaraz jak siądę do pracy, to do późna nie skończę! – Usiadł przy stole i zaczął wertować papiery. – Grecy na ten przykład, skurczybyki, zdzierają niemiłosiernie za ładowanie zboża, a nasi rządcy widać są z nimi w zmowie. To nic, ja im…

– Ma pan rację. O obowiązkach nie wolno zapominać. – Anna Lwowna wstała, żeby odejść i nie dać po sobie poznać, że czuje się upokorzona.

Jakow złapał Wasilinkę za rękę, gdy ta udawała się do izby na spoczynek.

– No, wreszcie! Gdzie cię nosi?! Po całym domu cię szukam!

– Czego pan chce? Coś nie tak zrobiłam?

– Jak ci, dziewko, w pańskim domu? Pewno lepiej, niż na wsi ogony krowom kręcić, co?