Łyski liczą do trzechTekst

Autor:Olga Hund
Z serii: Poza serią
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Projekt okładki Karolina Lubaszko

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Copyright © by Olga Hund, 2021

Opieka redakcyjna Tomasz Zając

Redakcja Wojciech Adamski

Korekta Ewa Saska, Anna Zygmanowska

Skład Alicja Listwan / d2d.pl

Projekt zrealizowany przy wsparciu finansowym Nagrody Krakowa Miasta Literatury UNESCO, realizowanej przez Krakowskie Biuro Festiwalowe ze środków Gminy Miejskiej Kraków.

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8191-213-6

Pawłowi

Na pięść, jako argument, bywa też pięść argumentem.

Stefan Żeromski

Policja, policja broni faszystów, Policja… faszystowskie świnie.

Homomilitia

1

Niektóre ptaki – jak na przykład te śmieszne czarne łyski z białą błyskawicą na głowie – potrafią liczyć do ośmiu. Małpy podobno do pięciu.

Czymś nieludzkim i okrutnym było przywoływanie tych informacji w kontekście Viki, kobiety z plemienia Caaaków, matki ośmiorga dzieci, z których jedno zginęło tydzień temu na festiwalu w czeskim mieście Zlin. Chłopiec został zastrzelony przez policjanta.

A to właśnie robili różni komentatorzy, gdy przekonywali, że taka strata to żadna strata, bo Caaak, jak małpa, umie liczyć tylko do pięciu, więc braku chłopca pewnie nawet nie zauważy. To po pierwsze, mówili, a po drugie żaden policjant, a w szczególności tak doświadczony policjant nie strzela bez powodu, na to są paragrafy, a wcześniej regulamin. Więc musieli go sprowokować. A bo mało to było przypadków agresywnych Caaaków? Na koniec – dodawali delikatniej, jakby chcieli złagodzić wydźwięk wypowiedzianych wcześniej złośliwości – nic nie jest czarno-białe, demokracja uczy odcieni szarości; teraz, jak nigdy, potrzebny jest nam dialog. Oraz: Co kilkulatek robił na koncercie muzyki dla dorosłych? Gdzie byli jego rodzice? I co w ogóle robią caaakańskie dzieci na festynach, czemu nie były w szkole? – pytano retorycznie i podstępnie, bo festyn odbywał się w sobotę, czyli w dzień, w którym żadne dziecko, nawet najpilniejsze czeskie dziecko, nie idzie do szkoły. A festyn pomyślano jako imprezę integracyjną kierowaną do Czechów i do Caaaków, w tym do caaakańskich dzieci.

Pytania jednak zostały zadane: Gdzie są, gdzie byli, co robią? – więc widzowie przed telewizorami, w swoich ubraniach po domu, z przesłodzoną herbatą na stolikach, ze stopami w ciepłych kapciach opuszczonymi na puchate dywany odpowiadali: No, kradną, nie?

Gruchot, który wydało chude ośmioletnie ciało chłopca w zderzeniu z ziemią, był nieoczekiwanie wielki, absurdalnie głośny. Brzmiał jak odgłos nielegalnego wyrębu wielkich, starych dębów, pustych w środku. Chłopiec leżał w błocie i strzykał krwią, nie czuł bólu, było mu nawet przyjemnie. Nad sobą widział najbliższą rodzinę, wszystkich krewnych, kolegów i koleżanki ze szkoły, obce, wykrzywione twarze. Kolorowe chusty, czarne bluzy i zielone mundury nakładały się na siebie i wirowały. Nieparzysta i parzysta liczba oczu, Czesi, Caaakowie, policja, trójkąty, postaci w kapturach. Pobłyskiwały, wirowały. Jakby ktoś pijany dla żartu te wszystkie bety i ludzi poupychał byle jak na karuzeli i zakręcił. Stare Caaaczki, niczym oddani pracy ogrodnicy, zbierały swoje dzieci jak liście na kupkę. Rozglądały się nerwowo, czy to już wszystkie? Raz, dwa, trzy…

Ziemia pod ciałem dziecka dudniła. W tamtym momencie nikt jeszcze nie wyłączył muzyki dobiegającej z festynowych namiotów. Czy to cała osada tańczy? Chłopiec zmrużył powieki, a potem całkiem zamknął oczy, raziły go fajerwerki i światła lamp błyskowych. Ktoś go filmował i robił relację do netu, ktoś inny kazał temu komuś przestać. Chłopiec poczuł, że jest teraz kimś ważnym: coś się wydarzyło, jeszcze nie wiem co, ale jak wstanę, to będę oglądał ten kolorowy film na okrągło.

Członkowie plemienia Caaaków, największej mniejszości narodowej żyjącej w Czechach, od białych z wyglądu praktycznie się nie różnią. Mają dwie nogi, dwie ręce, proste włosy i tylko trochę ciemniejszy odcień skóry. Ale tym, co ich odróżnia, jest trzecie oko na czole. Nie sprawia ono, że Caaakowie widzą lepiej albo dalej; to oko biologicznie zbudowane jest dokładnie tak samo jak pozostałych dwoje i dokładnie tak samo jak oczy Czechów, Węgrów czy Polaków, do tego zresztą jeszcze wrócimy.

Chłopiec się wykrwawiał. Tuż przed śmiercią zamknął powieki dwóch znanych nam, swojskich oczu. A to trzecie – dla wielu dziwne, mroczne, niebezpieczne, niezrozumiałe i z każdą sekundą chłodniejsze – do końca pozostało otwarte.

Oto co wydarzyło się dziecku, którego tożsamość przyszło teraz policji szybko na potrzeby prasy i wewnętrznych raportów ustalić.

A policjantowi Jardzie, człowiekowi, który z pistoletem CZ 75 D Compact w dłoni zaprowadzał porządek i właśnie zastrzelił owo dziecko, mężczyźnie, którego tożsamość jego pracodawca będzie próbował zataić – jemu przyszło zacząć się modlić.

2

W radiowozie na sygnale jadą dwie dziewczyny i chłopak.

Pierwsza z nich ma na imię Janka. Wydaje jej się, że siedzi w samochodzie i podróżuje z rodzicami nad morze. Z przodu mama i tata, obok niej siostra, oddzielona stertą bambetli składającą się z namiotu, plecaków, słodzonych napojów, czipsów, chrupek i worków, na wszelki wypadek. Siostra nawet w aucie buduje sobie bazy, jest jeszcze bardziej neurotyczna od Janki i potrzebuje jeszcze więcej przestrzeni albo umie lepiej o siebie zadbać, już wtedy, być może to w przyszłości uratuje ją od ciężkiej depresji. W jej bazie rodzice się nie spierają, w rzeczywistości auta poza bazą – tak. Janka je czipsy, je chrupki, pije napoje i nuci sobie z nerwów pod nosem. W pojeździe czuć benzyną i zapachową choinką. Rodzice z przodu kłócą się coraz głośniej, matka już doszła do etapu „żałuję, że cię w ogóle poznałam”. Ojciec każe jej się zamknąć i nie wydziwiać.

– Nie rób scen – mówi – nie mogę się skupić na jeździe. Chcesz spowodować wypadek, tego chcesz?

I na chwilę milknie, zbiera siły, żeby dowalić też komuś innemu, o, dzieciom. I o, jest.

– Zamknij się! Masz przestać śpiewać! – krzyczy do Janki i odwraca do niej czerwoną od gniewu twarz. Matka przestraszona łapie za kierownicę.

– Zamknij się! – mówi policjant i dziewczyna orientuje się, że siedzi w radiowozie, w policyjnej suce, a nie w osobówce.

– Nic na mnie nie macie, odmawiam składania zeznań – odpowiada Janka, bo tak należy mówić, gdy policja pyta cię o cokolwiek.

– Zamknij ryj! – denerwuje się policjant, żaden z nich nie lubi, gdy zatrzymani znają swoje prawa. – Jedziemy do aresztu – mówi. – Złożysz razem z tą Caaaczką zeznania, jesteście oskarżone o udział w nielegalnym zgromadzeniu, pokażesz jej, jak się stawia krzyżyk, i do domu. Będziesz też tłumaczyć tego – mężczyzna pokazuje palcem na siedzącego obok chłopaka – bo mówi tak, że nie idzie go zrozumieć. Poczekacie na wezwanie sądu w waszych norach, które właśnie przeszukujemy, he, he, bo wiozą tu gorszych od was.

– Macie nakaz? Proszę pokazać swoje legitymacje – prosi ta druga, ciemniejsza dziewczyna.

– Nic ci nie pokażemy – chichrają się policjanci.

Festyn w Zlinie przygotowało Stowarzyszenie Przyjaźni Czesko-Caaakańskiej „Trzecie Oko, Szósty Zmysł”. To organizacja wspierająca Caaaków, co ważne – i nie takie znów oczywiste – za ich zgodą i nierzadko z ich udziałem. Jest w Czechach trochę takich stowarzyszeń, chcących „łączyć, zamiast dzielić”, w ich statusach znajduje się obowiązkowa formuła o „podejmowaniu działań na rzecz integracji Caaaków i Czechów”.

Pracownicy „Trzeciego Oka” lubią o sobie mówić, że bronią interesów Caaaków, że pomagają im w załatwianiu spraw urzędowych. Wspólnie wypełniają wnioski o zasiłki czy o wydanie dowodu osobistego, prośby o objęcie ubezpieczeniem zdrowotnym, o zezwolenie na pobyt stały, pomagają dzieciom odrabiać lekcje. To prawda, robią to. Stanęli nawet po stronie Caaaków w tak zwanej kociej aferze.

Z aferą było tak. Wybuchła, gdy do redakcji jednej z gazet przyszedł anonimowy mejl, w którym ktoś pisał, że Caaakowie jedzą koty. Podobno wyłapują dzikie lub bezdomne zwierzęta i przetapiają je na smalec; albo pieką, albo gotują w żeliwnych kociołkach – i jedzą. Przynętami miały być jakieś tam smakołyki, wołanie „kici, kici”, czasem podobno nawet stosowano czary. W mejlu było też napisane, że późną jesienią, zimą i wiosną Caaakowie organizują takie kocie świniobicia – dokładnie tak było napisane, kocie świniobicia.

Wiadomość zawierała załącznik: krótki filmik kręcony komórką, na którym widać było przypiekane nad ogniskiem zwierzę. Obdarte ze skóry coś rzeczywiście przypominało małego kota – gdy wiedziało się wcześniej, że ma go przypominać. Bo tak naprawdę mogło też przypominać każde inne drobne zwierzę, na przykład większą wiewiórkę, wydrę czy zająca. Kto dziś wie, jak wygląda martwe zwierzę w całości? I to jeszcze obdarte ze skóry, bez futra. Do tego w świetle księżyca? Na filmie widać było czyjąś zakapturzoną głowę, błysk oczu i brudną od sadzy twarz. Postać oddychała. Dwie smugi białego, ciepłego powietrza wylatywały z nozdrzy jak u zagniewanego byka. Było ciemno, noc wydawała się chłodna, zimowa, choć drzewa w tle, za ogniskiem, miały jeszcze liście. Postać pochylała się nad kotem (lub wiewiórką, lub zającem) i sprawdzała, czy mięso skwierczy – tak jest, skwierczy. Wiatr zmienił kierunek i dym z ogniska poleciał w stronę kamery. Był tak gęsty, iż widzom wydawało się, że gryzie ich w oczy, że czują smród śmierci. Postać schowała się, zniknęła, a osoba, która kręciła film, zrobiła zbliżenie na ogień, kamera nie mogła złapać ostrości, czerwone i czarne kolory były rozmazane, zlewały się ze sobą.

 

„Podobno mieszkańcy caaakańskiej osady nie mieli pojęcia, że ktoś to nagrywa”, pisał autor anonimowej wiadomości. Podobno ktoś wkręcił się w szeregi Caaaków i pod przykryciem wziął udział w kocim świniobiciu. To tłumaczy, dlaczego zgodzono się kręcić filmik.

Część Caaaków się rozgniewała – o to, że się ich niesłusznie oskarża. Razem z fundacją „Trzecie Oko” tłumaczyli, że Caaakowie nie jedzą kotów, bo dlaczego mieliby to robić. I że z filmu nie wynika, że je się właśnie kota, i że nie da się nawet jednoznacznie stwierdzić, czy przy ognisku siedzą Caaakowie. Ktoś tak po prostu powiedział, dlaczego oni mają to prostować?

Starzy Caaakowie mówili, że dawno temu niejeden Caaak i niejeden Czech przetapiali na smalec zwierzęta – i psy, i koty pewnie też. I nie było rabanu. Ale teraz nie ma wojny, teraz nie ma potrzeby, po co ktoś to odgrzebał? Tymczasem w Szwajcarii jedzą koty oraz psy i bez wojny, i ze smakiem, bo taką mają tradycję.

Z kolei młodzi nie pozwalali nikomu wciskać ciemnoty na temat Caaaków. Wychodzili w księżycowe noce do miast i wracali do osad nad ranem: w mokrych od potu podkoszulkach, z zaschniętą krwią pod nosem. Do dziś nie wiadomo, co wtedy robili. Ani mężczyźni z osady, ani Czesi z miasta nie chcieli na ten temat rozmawiać i do dziś nic nie powiedzieli.

Ludzie z fundacji towarzyszyli też Caaakom w mediach, najczęściej w programach o poniszczonych mieszkaniach komunalnych, oddanych do użytku Caaakom „zaledwie rok temu”. Często te programy wyglądały dość podobnie. Dziennikarze kręcili głowami i mówili:

– Proszę się nie gniewać, po prostu próbuję to zrozumieć. Dlaczego niszczycie te mieszkania? Dlaczego w ścianach są dziury? Dlaczego ich nie szanujecie? Czy to kwestie kulturowe, czy dusicie się w czterech ścianach, czy serce się wam rwie do pól i łąk?

Caaakowie kiwali głowami i myśleli: jakich, kurwa, pól i łąk; ale odpowiadali grzecznie:

– Nie, te domy się same niszczą. Daliście nam domy z tektury, z plastiku i ze styropianu.

– Wszystko zaraz samo zaczyna odpadać – mówili wolontariusze z „Trzeciego Oka”. – Po tygodniu kran, po dwóch klapa od sedesu i tak dalej. A później państwo przyjeżdżają, zawsze w porze obiadu, gdy jest największy bałagan, bo dzieci najtrudniej upilnować, stojąc przy garach, przyjeżdżają państwo z kamerami i robią zbliżenia na te rozchybotane sprzęty i brudny zlew.

– A dlaczego dzieci nie są w szkole? – Moderatorzy zadawali swoje ulubione pytanie, ignorując nagle najważniejszą jeszcze przed chwilą sprawę dziur w styropianowych ścianach.

– Do obiadu to już się szkoła kończy – odpowiadali Caaakowie zdziwieni, że biali pytają o coś, o czym sami w ministerstwach decydowali.

Nieustraszone pracownice stowarzyszenia „Trzecie Oko” przywoływały opinie ekspertów budowlanych i wyliczały zaniedbania.

– To tak, jakby państwo narysowali dzieciom przeglądarkę internetową na kartce i dziwili się, że podopieczni nie łączą się z netem. W takich warunkach, jakie gminy proponują przesiedlanym z osad Caaakom, nie da się mieszkać.

Podobno kiedyś do takiego nadawanego na żywo programu trafił szczególnie wygadany Caaak i przez piętnaście minut z wyjątkową swadą opowiadał o życiu Caaaków oraz o bolesnym sporze z Czechami. To był naprawdę dobry, emocjonalny, zdolny porwać tłumy występ, na miarę I have a dream. Jak się niestety potem okazało, kierownik produkcji po minucie włączył reklamy i puszczał je przez cały wybitnie dobry monolog Caaaka, tak że żaden z widzów nigdy go nie usłyszał. A po programie moderator podszedł do Caaaka bardzo blisko, tak że ten ostatni poczuł woń mięty, świeży zapach bogatych ust, które wykrzywiły się z niesmakiem, i powiedziały:

– Ma pan nerwicę.

I tak Caaakowie przestali chodzić do telewizji.

Caaakańsko-czeski piknik w Zlinie odbywał się raz w roku w lecie. Stawiano wtedy na rynku stragany z caaakańskim rękodziełem, infonamiot z broszurami po caaakańsku i czesku, przedstawiającymi najważniejszą postać caaakańskiego pochodzenia w historii Czech – Fenenę, inżynierkę, która zaprojektowała praskie metro i nadzorowała budowę. W ulotce było napisane: „To dzięki niej tysiące Czechów i Caaaków codziennie dociera do pracy – bezpiecznie i na czas”. Caaakowie nie rozumieli, w jaki sposób miałoby to polepszyć ich obecną sytuację i gdzie mają tym metrem dotrzeć. Fenena była tylko w połowie Caaaczką, z trzecim okiem wprawdzie, ale urodzoną i wychowaną w mieście; a zresztą, co to ma znaczyć – złościli się Caaakowie – że tylko inżynierki zasługują na szacunek?

W tym roku w programie festynu znalazł się też obowiązkowy element każdej imprezy z ostatnich lat, czyli malowanie dzieciom buzi. Wyszło fajnie. Czeskim dzieciom otworzyło się na czołach charakterystyczne dla Caaaków trzecie oko. Rozstawiano też budki z sześcioma rodzajami lokalnego czeskiego piwa. Istne czechofilskie porno: tak pyszne i tak czeskie, czeskie, czeskie, czeskie, koniecznie z pianą, piwa czeskie, czeskie, czeskie, czeskie zawsze z tą pianką? Kelner przychodził i pytał: „Dáme ještě jedno pivo?”. „Jo, jistě že jo”.

Miało to być wielkie święto integracji. Kolorowe. Wielokształtne. Na wieczór zaplanowano występy caaakańskich zespołów. Koncerty się nie odbyły. Nikt się nie spodziewał, że cały ten festyn skończy się wcześniej.

Normalnie to nie jest tak, że panki przyjeżdżają na caaakańskie imprezy czy festyny, bo i po co – tej muzyki z fletopiszczałkami nie da się słuchać. Ale tym razem mówiono poważnie o tym, że na zabawie mają się pojawić faszyści.

Nastąpiła silna mobilizacja, bo Caaakowie, owszem, potrafią się sami bronić, ale jakoś faszyści nie zabierają na wpierdol swoich dzieci, których trzeba by pilnować i zasłaniać im przed krwią oczy, tylko jadą same chłopy plus tak zwany sprzęt: młoty, siekiery, kilofy, maczety, noże, łańcuchy i tak dalej. Nie zabierają też ze sobą całego dobytku życia, który mogliby stracić. I nie przestrzegają zasady jeden na jeden, tylko jadą w dwudziestu trzech na jeden. Albo czternastu na jeden. Osiemdziesięciu ośmiu na czternastu.

Tym razem faszyści jawnie i odważnie zwoływali się w internecie: „Widziałeś kiedyś Szczura przy pracy?”, pisali. Albo: „Nic nie robią, tylko trzema oczami łypią na nasze dziewczyny, i też co ukraść, co zajebać, i będą się na festynie bawić”. I: „Robimy wielką mobilizację, to teraz my pobawimy się z nimi”. Kilka tysięcy faszystów zainteresowało się wydarzeniem „Wyjazd na wpierdol brudasom Caaakom” w mediach społecznościowych. Faszyści pisali posty jak wiersze.

Brudasy plują i śmieją się nam w twarz, co jeszcze będzie, co dalej będzie, ciekawi mnie.

Do gazu, niech znów zadymią sprawiedliwości kominy.

W oczach świata są zgniłymi mendami.

Żołnierze, o 10 na dworcu.

Koledzy, nie podawajcie tu szczegółów akcji – admin.

3

W radiowozie na sygnale jadą dwie dziewczyny i chłopak. Polka, Caaaczka i Amerykanin. Dziewczyny się znają, a jedna z nich zna chłopaka.

Najbliżej drzwi siedzi Janka, Polka.

To nie jest tak, że ludzie z zagranicy przyjeżdżają solidarnościowo na caaakańskie festyny. Bo i po co? Ale Janka i wiele innych dziewczyn przyjechały tego lata na festyn do Zlina, bo pogróżki faszystowskie w internecie i ich liczba były niepokojące. Tam mogło dojść do zbrodni.

Janka przyjechała do Pragi trzy lata temu i została. Nosiło ją od zawsze, zmieniała miasta i kraje, teraz znów chciała na chwilę odpocząć od Polski. Znała Czechy, wpadała do sąsiadów już wcześniej, najpierw turystycznie z rodziną, potem już sama albo z koleżankami, na koncerty. Podobało jej się, że wszystko jest tu na co dzień sympatyczne, ale gdy trzeba, to srogie i skuteczne, i dobrze zorganizowane. Z jednej strony wesoły agropank, a z drugiej niemiecka w działaniu antifa. Święty Franciszek i husyta.

W Polsce inaczej: nie dość, że muzyka patetyczna, bo taką lubią Polacy, to albo jarocinowi weterani, albo pod sceną przegląd czarnych ciuchów i dodatków z sieciówek. Ale weterani Jarocina gorsi. Dorosłe chłopy tańczące pogo z plecakami nałożonymi na gołą klatę, żeniące apolityczność z konserwatyzmem. Puszczające sobie w piątek i sobotę nawzajem muzykę z komputera. Jeden siedzi na krześle obrotowym przy tym komputerze i didżejuje, a trzech czy czterech pozostałych, ilu ich tam się zmieści na wersalce, mówi: „System chce mnie oduczyć samodzielnie myśleć” i „Kieras w chuja tnie”.

Janka urodziła się na nowohuckim osiedlu w Krakowie. Przez pierwszych sześć lat wychowywała ją babcia. Żyły sobie razem w mieszkaniu z bajkami na wideo, ciastem na makaron, rybikami w wannie, muchami w kuchni, cukrówkami na parapetach, gniazdami na balkonie, paprotkami i fikusami. Często wpadały do nich z wizytą koleżanki babci, zawsze też z wnuczkami. Kilkuletnie dziewczynki szurały sobie klockami po dywanach i wycierały w nich łyse plamy.

– Do wychowania dziecka potrzeba całej wioski – mówiły kobiety i zalewały koniakiem szklanki po herbacie.

Dziewczynka długo myślała, że to babcie rodzą i wychowują dzieci, że nie ma nic pomiędzy. Cała wioska babć. Że w wiosce kupuje się tylko to, co pozwala spełnić dziecięce zachcianki, bo wszystko inne jest w piwnicach. Potem podrosła i zaczęła trochę później kłaść się spać. Zrobiła pierwszy krok w pełną rozczarowań dorosłość, gdy odkryła, że „ta baba”, która przychodzi w weekendy, też z nimi mieszka. I że to jej matka.

To dlatego, że matka Janki była salową w szpitalu. Wychodziła do pracy przed świtem i wracała, kiedy Janka już spała. Brała prysznic, włączała radio i słuchała gadania o rynku pracownika. Ale to nie wszystko, bo był jeszcze dziadek! Ten „stary pan” – emeryt, ekonomiczny przetrwaniec zmuszony dorabiać w firmie ochroniarskiej, on też z nimi mieszkał! Wszyscy oni z nimi razem mieszkali!

Z jeszcze większym zdziwieniem stwierdziła, że prawie każda z koleżanek wnuczek ma taką samą mamę w domu. I ojców, za granicą.

Babcie, w przeciwieństwie do ojców, były na wyciągnięcie ręki. A każda z pieskiem. Dużo było psów na osiedlach Krakowa. Mucha, Perła, Aris. Psy brane albo kupowane dla dzieci. Majki, Max, Bleki. Psy zostawiane później babciom.

Z ważnych rzeczy istniały jeszcze rośliny. Rośliny osiedlowe pełniły w życiu małej Janki ważną funkcję. Janka razem z koleżankami rwały chwasty, robiły z nich kukły, gotowały zupy, paliły w ogniskach. Krzyczały, kiedy poparzyły się pokrzywą – w tym wieku jeszcze krzyczały – i śliniły babkę lancetowatą, przykładały, żeby nie piekło.

Dziewczynki rosły, kończyły podstawówkę, potem liceum. Po maturze rozpełzły się po świecie, jak węże z przewróconego koszyka. Byle szybciej, obojętne w którą stronę, wdrapywały się na drewniane i marmurowe lady recepcji hoteli, hosteli, salonów piękności i szkół językowych, każda gdzie indziej, jakby się wcześniej umówiły i podzieliły. Zdarzało się, że któraś, ani lepsza, ani gorsza, wskakiwała od razu na dobrze płatną posadę, czasem rozbudzało to złe języki. Pożegnania dziewczyn z rodzinami nie były łzawe, dziewczyny nie brały na pamiątkę biżuterii, maskotek, zdjęć, już się tak nie robiło; ich ubrania też nie były warte tego, żeby je zabierać do lepszego świata. Część dziewczyn odlatywała gdzieś blisko, do godnych zaufania krajów, takich, które też miały cztery pory roku. A inne dużo dalej: tam nawet piwa mają inne albo w ogóle nie pijają piw. Niektóre myślały: odłożę, wrócę i otworzę własny hotel, hostel, salon piękności, szkołę językową, z własną marmurową ladą. Inne: ja tam jadę już na zawsze, jak dobrze lot trafisz, to kosztuje mniej niż busik z Warszawy na Podkarpacie.

Była taka Aneta, z tych, co wyjechały. Podobało jej się tu, w Polsce, dwóch chłopaków. Przed wyjazdem spytała obu, jakie mają marzenie. Jeden powiedział tak: „Żeby wyjechać, zarobić, pobudować się w Polsce i już nigdy nie musieć pracować”. A potem spojrzał na Anetę i dodał: „I żeby moja kobieta nie musiała pracować”. Drugi, też ładny, ale jak się okazało, bez ambicji, powiedział: „Wynająć grunt pod parking. Siedzieć w przyczepie i patrzeć, jakie auta do mnie przyjeżdżają. Wpuszczać je, wypuszczać”.

 

Jak Aneta wyobraziła sobie siebie, albo jak nic nie robi w nowo pobudowanym domu, albo jak jest żoną mężczyzny, co się z innymi szarpie o trzy złote za godzinę, to wybór był oczywisty. Wyjechała z tym pierwszym do Anglii. Żadnych ziół luzem już nie zaparzała, wszystko było w torebkach. Przez pierwsze lata on nawet wracał od czasu do czasu i za to, co w Anglii zarobił, kopał fundamenty, robił wylewki, stawiał jakieś ściany. Na działkach obok były takie same szkielety. Niekompletne domy na różnych etapach budowy, od samych fundamentów po prawie skończone budynki, plus pordzewiałe betoniarki z gniazdami myszy w środku, zmokłe i zgniłe palety, porwana folia wplątana w gałęzie krzaków i drzew. Całe nowotworowe, postapokaliptyczne przedmieście wyrosłe z myśli, że tu lepiej, zdrowiej, że dzieci będą mieć i las, i niedaleko do miasta, gdy podrosną i zrobią prawko. W Anglii ten pierwszy nauczył się języka na tyle, że mógłby się ożenić z miejscową, ale pozostał wierny Anecie. Pewnego dnia powiedziała mu, że jest w ciąży i że dla dziecka lepiej, jak tu zostaną. Międzynarodowe środowisko, angielski, za który nie trzeba płacić, i w ogóle: Wrócimy, ale kiedy mały będzie szedł do szkoły. Aneta jest już z pierwszym kilkanaście lat, nie rozwiedli się, nie przechodzą większych kryzysów, dobrze im ze sobą. Z zagranicy nie wrócili.

Mniej więcej wtedy, jak zaczynano budować te domy na przedmieściach, ktoś z zarządu osiedla wydał zgodę na wycięcie drzew pod parking. Dorobił się na tym drugi chłopak Anety, i choć wielu na jego miejscu mówiłoby o wrodzonym wyczuciu rynku oraz oczekiwań klienta, on został, jaki był: skromny. Bo naprawdę lubił patrzeć, jakie samochody jak parkują. Babcie piły zbierany przez siebie dziurawiec na nerwy i narzekały: nie ma już cienia na balkonie, wycięli jarzębinę, dranie. A był to naprawdę ważny temat, bo kobiety w tym wieku i z taką emeryturą szczęście osiągają już tylko na balkonach, gdzie mogą albo dokarmiać gołębie, albo toczyć z nimi nierówne wojny.

Pewnego dnia starsze panie wybrały się do spółdzielni mieszkaniowej. Wzięły ze sobą jednego z sąsiadów, uległego emeryta, który całe życie przepracował na tej samej posadzie w mleczarni. Nie żeby kobiety się bały, że sobie nie poradzą, ale były w wieku, w którym wie się aż za dobrze, że cztery stare baby to histeria, a cztery stare baby i jakikolwiek mężczyzna, nawet niemrawy emeryt, to poważna obywatelska reprezentacja. Weszły do jednego z pokojów krokiem wojowniczek, ale urzędnik tylko wyrzucił ręce w górę: nic się nie dało zrobić, opuśćcie swoje włócznie. Kobiety szły więc dalej dusznym korytarzem spółdzielni mieszkaniowej, gdzie naprawdę nikt nie ponosił winy za wycięcie drzew. Ale nawet jeśli była to decyzja nie prezeski, tylko grubszej „góry”, to gdzie miały uderzać, jak nie tu? I pchały się do każdego ciemnego od paproci pokoju, z którego jak w kreskówce wybiegał urzędnik z uniesionymi nad głową rękami: rety, ratunku, co ja mogę. Nic się nie dało zrobić. Jak babcie z tym jednym chłopem miały wreszcie wychodzić, a było to już po godzinach pracy urzędu i urzędniczki też chciały już wracać do domów, zaczęło padać. Rozpadało się okrutnie, a starzy ludzie takie ulewy przeczekują. Czekali więc wszyscy, choć nie całkiem razem, raczej w grupkach – osobno urzędnicy, osobno babcie, a ten biedny chłop kursował lojalnie między kobietami, z którymi przyszedł, a urzędnikami, z którymi się kumplował. Nikt mu tej sytuacji nie zazdrościł. Potem przestało padać, każdy wrócił do siebie i nie było sprawy.

Faszyści ostatecznie do Zlina nie przyjechali. To znaczy w umówionym miejscu pojawiło się czterech chłopaków. Wyszli z pociągu poubierani w bluzy i koszulki firm propagujących faszyzm i nawołujących do nienawiści na tle rasowym. Jeszcze na peronie przystanęli przy kiosku i obejrzeli kanapki zapakowane w woreczki foliowe, musieli być głodni. Kupili sobie każdy po jednej i wyszli przed dworzec, gdzie nie czekał na nich nikt. Zdziwili się. Jedli kanapki i patrzyli w telefony. Jeden z nich odnalazł stronę wydarzenia i napisał post. Dopytywał, co się dzieje, wrzucił zdjęcie kanapki z hasztagiem #jesteśmy i #stopbrudasomczekamy. Drugi myślał o przyszłości, chciałby kogoś poznać, zacząć sobie układać życie, skończyć studia medyczne. „Dam ci szczęście”, tak by jej mówił, tej jedynej. „Zbuduję ci kraj bez imigrantów”. Pojechałby do Anglii na staż, ale by wrócił. Do niej i do Czech. Inaczej, do Czech i do niej, o! Może wystąpiłby w telewizji, w debacie politycznej. „Ja, jako lekarz…”, mówiłby.

Trzeci faszysta dodzwonił się do kogoś z dalszych organizatorów i dowiedział się, że akcja została odwołana. Jakiś szósty faszysta, który pracuje w policji, odradzał wszystkim przyjazd – podobno tamtych ma się zjawić dużo i „nie będzie okazji do indywidualnych starć czy potyczek”. Trzeci pożegnał się i rozłączył.

– Chłopaki, zbieramy się – powiedział smutno i cierpko jednocześnie.

W pierwszym kiełkowała myśl, że to jakby zdrada.

Czwarty faszysta stał i milczał. Był zły.

Po czterdziestu minutach wszyscy poszurali z powrotem na dworzec.

Festyn się rozpoczął. Faszystów nie ma, ale są policjanci, przyszli ubrani w zielone, wojenne szaty. Stoją w dwuszeregu, obok siebie, jak potłuczone, niedojrzałe jabłka. Są młodzi, komenda wysłała tych mniej doświadczonych, niech się tam świeżaki gotują w upale. Dorośli policjanci przyjadą, jeśli będzie taka potrzeba. Jeśli, bo to się oczywiście nie wydarzy – mówili tego dnia ci dorośli. Faszystów nie ma, a z wypitymi Caaakami to se młodzi poradzą, byle się słuchali, byle nie podnosili przyłbic.

Młodzi sobie radzą, ciężko im jest, gotują się w upale w tych rządkach. Buty mają takie same, ubrania też, czapki identyczne. Caaakańskie dzieci, te najmłodsze, które policjantów widzą po raz pierwszy, nie mogą się nadziwić. Podchodzą, przyglądają się, otwierają rude z emocji buzie. Czemu oni są tacy sami, po co? Przyglądają się bardziej i w końcu dostrzegają. Są, są różnice! Jak z kasztanami – tłumaczą sobie nawzajem. Niby takie same, a jednak nie.

Jeden jest niski i zwalisty.

– A jak pan ma na imię?

Ma na imię Petr. Z greckiego Petros, od petra – „kamień”, „skała”.

– Czemu z nimi gadasz? Nie wolno nam z nimi gadać – słyszy Petr i skarcony unosi ramiona, wtłaczając szyję głębiej w ciało.

Poza tym Petr jest raczej klocem niż kamieniem. Do policji się zgłosił, bo lubi zwierzęta; myślał, że będzie mógł tu jeździć na koniu. Petr nie lubi sam szukać rozwiązań, lubi proste komunikaty i „wypełnianie powierzonych mu zadań, jest pełnym pasji typem zadaniowca” – tak napisał w ankiecie, wypełnianej obowiązkowo przez każdego pracownika raz w roku. Pracę w policji ocenił na czwórkę w pięciostopniowej skali, a miejsce na notatki i komentarze zostawił puste.

Ten, który zwrócił Petrowi uwagę, żeby nie gadał z Caaakami, to Jiří, na służbie od trzech lat. Jiří zdecydował się na pracę w policji ze względów – tak mówił – rodzinnych. Chodziło o brata, który trafił do więzienia za pobicie ze skutkiem śmiertelnym. Kara nie była wysoka, bo ofiarą był pijany Caaak bez dokumentów, który, jak twierdził brat Jiříego, obrażał symbole narodowe. Podobno pijany Caaak i przyszły denat podszedł do skazanego z nożem, powiedział: „A masz! A masz! A masz!” (w protokole przesłuchania oskarżonego zostały zapisane wszystkie trzy „A masz”, z wykrzyknikami) i trzykrotnie rozciął skazanemu bluzę zespołu muzycznego Ortel. A na bluzie był, jak żywy, wymalowany czeski orzeł, tak więc Caaak znieważył czeskiego orła.

– Jak mogłem to tak zostawić? – pytał oskarżony.

Brata Jiříego zamknęli na zimę.

– Takie bzdury, co mówił ten sąd, to się w ogóle do niczego nie nadają – opowiadał Jiří. – Znaczy nie mają sensu. Najpierw powiedzieli: każdy ma równe prawa. Najpierw równe prawa, a potem że ten Caaak nie ma dokumentów. To jakie on ma prawa? Sąd sra sobie do gęby, brak sprawiedliwości. Ale matka, nie lamentuj, wiem, co robić.

Inne książki tego autora