Psy ras drobnych

Tekst
Autor:Olga Hund
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Seria prozatorska pod redakcją Piotra Mareckiego

PSY RAS DROBNYCH

Redakcja serii Piotr Marecki

Redakcja Marta Syrwid

Korekta Miłosz Biedrzycki

Projekt okładki Justyna Plec

Projekt typograficzny, skład i łamanie Małgorzata Chyc | www.bymouse.pl

Wydanie I

Olga Hund, Psy ras drobnych, Kraków 2018

Copyright © by the Author, 2018

Copyright © for this edition by Korporacja Ha!art, 2018

Fundacja Korporacja Ha!art prowadzi księgarnię w Bunkrze Sztuki


ISBN 978-83-65739-38-4

Wydawnictwo i księgarnia Korporacja Ha!art

pl. Szczepański 3a, 31-011 Kraków

tel. 12 426 46 03 (księgarnia),

12 422 25 28 (biuro)

e-mail: korporacja@ha.art.pl Księgarnia internetowa: www.ha.art.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Seria prozatorska pod redakcją Piotra Mareckiego

• Jerzy Franczak, Trzy historye

• Sławomir Shuty, Bełkot

• Łukasz Orbitowski, Szeroki, głęboki, wymalować wszystko

• Piotr Cegiełka, Sandacz w bursztynie

• Sławomir Shuty, Cukier w normie

• Michał Palmowski, Przygody Hiszpana Dete

• Michał Witkowski, Lubiewo

• Marta Dzido, Małż

• Marian Pankowski, Rudolf

• Maciek Miller, Pozytywni

• Ewa Schilling, Głupiec

• Adam Wiedemann, Sceny łóżkowe

• Jan Dzban, Dentro

• Piotr Szulkin, Socjopatia

• Marian Pankowski, Bal wdów i wdowców

• Jerzy Nasierowski, Zbrodnia i...

• Piotr Czerski, Ojciec odchodzi

• Maciek Miller, Zakręt hipokampa

• Łukasz Orbitowski, Horror Show

• Joanna Pawluśkiewicz, Pani na domkach

• Joanna Wilengowska, Zęby

• Marta Dzido, Ślad po mamie

• Jan Krasnowolski, Klatka

• Marian Pankowski, Pątnicy z Macierzyzny

• Hubert Klimko-Dobrzaniecki, Raz. Dwa. Trzy

• Michał Zygmunt, New Romantic

• Joanna Pawluśkiewicz, Telenowela

• Jerzy Franczak, Przymierzalnia

• Wojciech Bruszewski, Fotograf

• Krzysztof Niemczyk, Kurtyzana i pisklęta

• Sylwia Chutnik, Kieszonkowy atlas kobiet

• Juliusz Strachota, Cień pod blokiem

Mirona Białoszewskiego

• Natalia Rolleczek,

Drewniany różaniec

• Marian Pankowski, Niewola i dola Adama Poremby

• Maciek Miller, Cockring

• Dominika Ożarowska, Nie uderzy żaden piorun

• Ewa Schilling, Codzienność

• Marian Pankowski, Tratwa nas czeka

• Piotr Szulkin, Epikryza

• Jerzy Franczak, NN

• Sławomir Shuty, Jaszczur

• Darek Foks, Kebab Meister

• Tomasz Pułka, Vida Local

• Ziemowit Szczerek, Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian

• Wojciech Bruszewski, Big Dick. Fikcja dokumentalna

• Jan Krasnowolski, Afrykańska elektronika

• Daniel Kot, Kierunkowy 22

• Marian Pankowski, Nastka, śmiej się! Opowiadania

• Sławomir Shuty, Dziewięćdziesiąte

• Łukasz Orbitowski, Horror Show [wyd. II popr.]

• Joanna Dziwak, Gry losowe

• Søren Gauger, Nie to / nie tamto

• Maciej Bobula, Katarzyna Gondek, Adam Miklasz, Aleksander Przybylski, Michał Zantman, Bękarty Wołgi. Klechdy miejskie

• Ziemowit Szczerek, Siódemka

• Juliusz Strachota, Relaks amerykański

• Flash fiction. Antologia

• Dariusz Orszulewski, Zjednoczone Siły Królestwa Utopii

• Stanisław Czycz, Nie wierz nikomu.

Baza

• Konrad Janczura, Przemytnicy

• Maciej Piotr Prus, Przyducha

• Marta Dzido, Frajda

• Olga Hund, Psy ras drobnych

Najpierw spadł śnieg i byłam bezradna. Później zaczęło się jątrzyć. Później sześć razy byłam na oddziałach zamkniętych kilku szpitali psychiatrycznych, najczęściej w Kobierzynie. Za ostatnim razem przymusowo skierowano mnie na grupową terapię behawioralną i kiedy – po trzech miesiącach codziennej kilkugodzinnej mordęgi – terapia się skończyła, zaczęło mi się wreszcie trochę układać.

Później starałam się uporządkować chorobę w czasie. Żeby przypomnieć sobie daty, zaglądałam do kart wypisowych, bo bez nich nic nie pamiętam. Ani w którym roku skończyłam studia, ani kiedy „to się zaczęło”, ani ile razy miałam załamanie nerwowe i zabierała mnie do szpitala karetka albo taksówka.

.

Do szpitala psychiatrycznego przybywa się tylko od poniedziałku do piątku. Przy jego drzwiach wejściowych stoją wtedy salowi. Otaczają psychiatryk jak armia pałac.

Karetki przyjeżdżają do szpitala zwykle nocą. W dzień tylko wtedy, kiedy przywożą samobójców z chirurgii albo toksykologii. Jest to prestiż, kiedy wysyłają cię do szpitala w karetce. Za to taksówki, którymi podjeżdżamy do szpitala, są zawsze tej samej firmy – najtańszej. I choć każdy wie, że na model oraz kolor zamawianego samochodu nie ma się wpływu, to nowego pacjenta pozostali oceniają najpierw po taksówce i kierowcy, bo przecież los albo pan bóg sprzyjają bogatym. Kategorie są dwie: wiek auta i uroda kierowcy. Jak z daewoo wysiada pizda o twarzy jaszczurki i nie pomaga z bagażami to pacjent ma, przynajmniej na początku, przejebane na oddziale.

A ja przyjechałam karetką. I specjalnie byłam wesoła, żeby pacjentom wyglądającym ciekawie przez okna wysłać sygnał: lubcie mnie! Jestem lepsza od reszty tych mułowatych kobył u was w szpitalu!

.

Wieźli mnie tam, do Kobierzyna, ulicą Dietla, w biało-niebieskiej karetce modelu Polonez. Miała zepsute sprzęgło i dwa razy zgasła. Raz na Dietla, drugi raz na Rondzie Kocmyrzowskim. Nie wiązali.

Oni z przodu walczyli ze sprzęgłem, ja z tyłu schylałam głowę w kapturze, żeby mnie ktoś znajomy nie dostrzegł przez szybkę. Żeby się z tego wszystkiego nie rozkleić, zaczęłam podskakiwać na siedzeniu jak na furmance, co pędzi po wertepach na jarmark. Miałam w tej furmance dwa konie i je poganiałam, i śmiałam się. Jechaliśmy, jechaliśmy. Minęliśmy Zakrzówek, Tesco. Potem była jakaś stadnina koni czy ranczo, co nawet pasowało do mojego udawania, że jedziemy na jarmark po miętuski.

.

Dotarliśmy więc. I tu się zaczyna moja opowieść. O tym, że szpital to wczasy dla smutnych dzieci. Żeby wszystkie były w jednym miejscu.

.

Przy wejściu kołysze się na wietrze skupisko burych roślin. Na kupie zdechłych pędów wyrosły drobne białe kwiatuszki i to wszystko razem szumi, wali się na siebie. Tutaj, zaobserwuję to później na sobie, kocha się rośliny, zwłaszcza gnijące albo schnące.

.

Na drzwiach obok domofonu wisi kartka z informacją:

Proszę dzwonić RAZ

i cierpliwie czekać na otwarcie drzwi

Nie chcesz tu być, ale prosisz, żeby ci otworzono. Na damski z reguły krócej niż na męski, bo siostry na damskim są jakieś takie żwawsze. Zresztą „damski” i „męski” to określenia umowne, ale nie, bo gender, tylko dlatego, że po prostu jedną salę na damskim zajmują mężczyźni. Mają osobną toaletę, ale już wspólny prysznic, bo na piętrze jest tylko jeden i nie da się go podzielić.

.

Otwierają mi i wchodzę. Po długim korytarzu suną tłuste, nażarte sumy, niespiesznie, w tę i z powrotem. Są wrogie, albo tylko nieobecne. Na mój widok zbijają się w ławicę i odpływają w ciemność, szepcząc coś do siebie. Wokół nich krążą ci z afektywną dwubiegunową w fazie aktywnej. Jak ćmy: wpadają na siebie, obijają się, a kiedy kończy im się zwyżkowa forma, czołgają się pod kaloryfery i siedzą tam sobie obok zasuszonych much.

Znam ten szpital, ten oddział, bardzo dobrze. Nosiłam tu mamie gazety, jedzenie i podpaski.

Zawsze, jak ją odwiedzałam, to narzekała. Że wszystko stare, zaniedbane i nieszczelne. Że wiatr hula po korytarzu i po łazience, w której nawet kaloryfera nie ma i woda czasem zamarza. Ani zasłonki pod prysznic, ani żadnej szmaty, choćby takiej na okno, żeby nikt nie podglądał. Ani mopa do starcia jeziora od progu, bo w odpływach włosy. Że zimno nawet w lecie i że w pokojach ciaśniej niż w celach. I śmierdzi. Że się czytać nie da, nic się nie da, i że musi udawać, że śpi, żeby nikt nie zagadywał. I dbać o zepsuty czajnik musi i pilnować cukru, kawy, nawet majtek. Że jedyne, co można, to wałęsać się po korytarzu i podglądać, kto śpi, a kto nie.

No, ale po dotacjach unijnych jest tu zupełnie, zupełnie inaczej. Po pierwsze, pielęgniarki mają nowe makijaże. Po drugie, część okien jest plastikowych. Po trzecie, kompotu dają więcej, niż dawali mamie. Po czwarte, nowa łazienka (choć odpływ stary ze starymi włosami i pewnie jakimiś nowymi). Po piąte, ściany i krzesła w kolorze seledynowym. Po szóste, dwa pudełka nowych i w ogóle niewybrakowanych puzzli. Po siódme, czyste mopy.

 

.

Potem prowadzą mnie na izbę przyjęć. Siedzą dwie baby. Daję im ubezpieczenie podbite gracko tego samego dnia na ujocie. Potem rozmowa z Panią Ordynator. Znudzony, zwalisty sanitariusz siedzi w kącie na maluśkim stołeczku. Nie chcę przy nim mówić, więc na moją prośbę wychodzi, a ja od razu zaczynam płakać, jakby mnie ktoś oszwabił z tego ochronnego płaszcza, którym okryłam się w karetce, z tej peleryny, która powiewała w furmance.

– Wszystko już powiedziałam, ma to pani w karcie – kaszlę i smarkam od tego płaczu.

– Ja chcę rozmawiać z człowiekiem, nie z kartą – lekarka brzmi, jakby mówiła to każdemu, każdemu po sto razy. Siedzi osowiała za biurkiem, patrzy beznamiętnie. Niczego więcej chyba nie pragnie, niż mnie w środku wyczyścić, a potem na nowo urządzić chemią niemiecką.

.

Pacjentka lat 28, przyjęta do Oddziału Psychiatrii z SOR z powodu pogarszania stanu psychicznego. Postępująca apatia, spadek energii z zaleganiem w łóżku, utrata zainteresowań, gorsze skupienie i koncentracja uwagi, unikanie ludzi, płaczliwość z myślami i tendencjami samobójczymi. Kilka dni przed przyjściem do szpitala pacjentka nadużyła leków – bez interwencji lekarskiej. Pacjentka depresyjna, bezczynna, zalegająca w łóżku, wycofana z relacji towarzyskich. Nasilające się stany niepokoju i lękowe.

.

Kolejnym rytuałem tu jest badanie ciśnienia. W normie. Drugim rytuałem jest wpakowanie jakiegoś medykamentu na uspokojenie.

.

Wchodzę na oddział i słyszę smutne wycie. Ekstra, myślę, to tak tu będzie teraz, kurwa, codziennie, ale przecież nie powiem autystce Gosi, że ma zamknąć mordę. Jej zawodzenie będzie później dla mnie jak wrzask mew od morza o poranku, jak dzwony kościelne na poranną mszę, jak budzące mnie pytanie mamy, czy żyję, bo za długo śpię. Pierwsze i codzienne.

.

Przydział sal odbywa się na chybił trafił. Trafia się tam, gdzie jest akurat wolne łóżko. Depresja i zaburzone cechy osobowości leżą więc obok innych chorób. A tych mnogość. Są na przykład maniakalno-schizoidalne choroby, czyli takie, w których jesteś do niczego i zginiesz, zginiesz prędko (a lekarze ci w tym pomogą). Są też choroby lękowe, kiedy się ciągle boisz, ale nie wiesz czego, więc wychodzi, że wszystkiego.

Zdrowi psychicznie, czyli personel, wierzą za to, że kiedy spadnie na podłogę karta chorobowa, należy ją przydeptać, żeby pacjentka nie leżała długo.

.

Przesypiam w ubraniu następne dwa i pół dnia, bo tak szczodrze uzbrojono mnie w leki. Zmiatam przez sen całą pościel na podłogę i nikt się tym nie interesuje. Pierwszej nocy płaczę tak głośno i mruczę tak żałośnie, że pozostałe pacjentki w akcie zbiorowej zemsty okradają mnie z gazety i mydła. A śni mi się tak: pies obgryza twarde skórki chleba z odrapanej miski koloru złota, którą stara i niezgrabna kobieta myje mu po każdym posiłku – tak, jak w reklamach należy myć zęby. Żeby były mocne, twarde, jak skały na Zakrzówku albo w Dalmacji. I te zęby mi się właśnie śnią pierwszej nocy, psie i ludzkie. I czyszczenie ich. Ich szorunek.

.

Pierwszego dnia po obudzeniu nie mam jednak jeszcze zapisanych leków na spanie. Od kiedy się obudziłam, martwię sie więc, jak ja zasnę, jak o wpół do dziewiątej pogaszone? Będę tarzać się w pościeli, wykładać nogę na kołdrę, wkładać ją z powrotem, grać na komórce, dopóki nie odezwą się syki, że przeszkadzam.

W sali z ulgą odkrywam, że jedna z pacjentek leży w moim łóżku.

– Wypierdalaj.

Luzuję napięcie, może mi się dzięki temu łatwiej zaśnie.

Mogłabym z niej mieć jeszcze więcej pożytku, gdyby zaczęła się drzeć i wierzgać. Zamieszanie byłoby większe, może nawet przylecieliby sanitariusze z dołu, od chłopaków. Ale nie – ona po prostu leniwie schodzi. Leniwie, acz z godnością wielką, biorąc pod uwagę, że nie ma na sobie majtek, tylko sam podkoszulek. Ach, mogłaby mi posikać pościel, podrzeć poszewki, albo piłować żyły znalezionym kawałkiem szkła. I musieliby mi zmienić pościel i może nawet umyć łóżko, dzięki czemu zyskałabym jakieś pół godziny mniej bezsennej katorgi. Albo mogłaby chwycić się poręczy i nie puszczać, a nie tak złazić jak frajer – marzę sobie, próbując zasnąć.

.

Nie udaje się jednak, więc patrzę w czarne niebo. W oknach nie ma firanek, nic nie powiewa, nie ma tu zresztą ani powietrza, ani ruchu. Wszystko stoi w miejscu: czas, my, nasze choroby. Po co zresztą wieszać firanki, zasłony, jak w oknach są kraty, a najbliższy budynek jest kilkaset metrów dalej. Babcia mi mówiła, że to nieodpowiedzialne, ten psychiatryk, bo można przez niego stracić wszystkie dokumenty. Jeden facet zemdlał i mu przecież w szpitalu odebrali prawo jazdy, kupony totolotka i kartę do Beverly Hills Video.

.

Następnego dnia nosi mnie, telepie, stres rozsadza głowę. Idę boso do dyżurki po pomoc. Drzwi są uchylone, otwieram je i wchodzę.

– Puka się. Wróć i zapukaj.

Wychodzę.

Głowę chyba mam czerwoną od telepki i upokorzenia. Szukam w głowie zdarzeń, w których mnie upokorzono bardziej. I znajduję bez problemu.

– Weź truskawki i chałkę dla siostrzenicy – mówi babcia i pakuje jeszcze sto innych rzeczy. Nie zwracam babci jej siatek (bo je gubię), więc pakuje mi wszystko do takiej wymiętej, brudnej, zielonej z poszarpanymi uszami. Nieś pod pachą, bo się urwie – mówi. Niosę. W drugiej ręce normalna już reklamówka: z chlebem i cukierkami. A muszę przejść przez galerię handlową, żeby kupić siostrzenicy jeszcze hula-hop. Zostawiam siaty przy kasie, znajduję prezent, płacę, chcę wyjść, ale nie mam już rąk. Wkładam obręcz na szyję i idę do wyjścia.

– Cześć – mówi mój były chłopak z nową dziewczyną.

Trzymają się za ręce i właśnie wyszli z Duki. A ja z tym hula-hop na szyi jak gołąb z kromką chleba.

Pukam.

Wchodzę.

Dostaję, co chciałam: zastrzyk usypiający na całą noc i pół następnego dnia.

.

Budzi mnie oczywiście zawodzenie Gosi. Zaraz potem Karolina dostaje szału i wrzeszczy:

– Co ja, bez prawa? Wyjęta spod? Ja czuwam nad bezpieczeństwem wszystkich! Oddziału! Zięcia, tego skurwysyna! Troska i serce, praca i miłość! Ty chora, pojebana suko!

Będą pasy dla Karoliny, co mnie zasmuca, bo po tych jej krzykach to każdy myśli, że ona ma przynajmniej schizofrenię. A ja z nią rozmawiałam i wiem, że z tym zięciem to prawda. Bo ona jeździ z nim wszędzie. Musi – ma zaświadczenie o niepełnosprawności i jak jedzie z opiekunem, to opiekun może bez biletu. I ona musi jeździć tam, gdzie on jej każe, a każe wszędzie, bo sam ma jakieś lęki. „Karolinko, ostatni raz, Karolinko” – tak do niej mówi. A potem, często dość, coś mu się zmienia i pojawia się niechęć. To się dzieje zwłaszcza po Andrzeja, a Andrzeja jest kilkanaście razy w roku. Zawsze wtedy ona jest wariatka – tak jej mówi w dużym pokoju, a w przedpokoju się z nią szarpie. I drze się, że życie byłoby bez niej zajebiste, bo jest piękne. Tylko ona je mu psuje. I że teściowa to ma gdzie indziej mieszkać, a nie z córką i zięciem bo to rodzinę demoralizuje. Na Cmentarzu Batowickim powinna mieszkać, mówi on, a ona cichnie i patrzy, jak on komórkę wyciąga i dzwoni dla niej po karetkę:

– Atak psychiczny – mówi – na ojom, na sor. Bo dojdzie do tragedii.

Grozi jej palcem, żeby siedziała cicho, a potem oboje czekają. On przy oknie, ona na krześle, aż przyjadą i zabiorą. A jak karetka długo nie przyjeżdża, to on pyta Karoliny: „Herbatę sobie będę robił, ty chcesz?”.

.

Robią mi test na depresję. Musi być bardzo stary: mój egzemplarz jest odbitką przez kalkę z maszyny do pisania. Wygląda tak:

TEST NA DEPRESJĘ

Czy masz depresję? Zaznacz odpowiedź.

TAK/NIE

.

Salowa wkracza na jadalnię. Rozkazuje połączyć się w niemieszane pary i rozdaje każdej dwójce tubkę zaschniętego kleju. Na środku stołu układa kupkę kolorowych gazetek. Kilka razy wyrównuje. Patrzy na nas radośnie:

– Dziś na zajęciach robimy kolaż! Czy wszyscy państwo wiecie, co to kolaż? Ręka w górę, kto nie wie!

Las czterdziesto- i pięćdziesięcioletnich rąk: grube pierścionki, pogryzione paznokcie, więzienne, błękitne dziary, plamy wątrobowe.

Salowa, uśmiechając się, rozkłada złożoną na czworo kartkę, odchrząkuje i czyta wydruk z Wikipedii jakby czytała wiersz.

Kolaż ma ilustrować temat: „Ja i moje mocne strony”, co sugeruje, że mają na nas w tym szpitalu wyjebane. Odpowiadamy więc podobnym podejściem, co jest tym łatwiejsze, że dali nam tylko babskie gazety, w których pełno jest stockowych zdjęć masła. Wszystkie ostre przedmioty, w tym nożyczki, są na oddziale zabronione, więc materiały na kolaż musimy z gazet wydzierać. W swoich mocnych stronach wklejam więc wyszarpane zdjęcie gotującej ośmiornicę uśmiechniętej Murzynki, a potem Azjatę z dziećmi na wycieczce rowerowej. Siedzę sobie i spokojnie szarpię labradora (że niby ja lubię psy, a one mnie), Ania natomiast dorwała jeża i rwie go w nerwowym szale. Czy spodoba się pani nauczycielce? Czy spełni jej oczekiwania względem mnie? Czy moje mocne strony nie okażą się złe? Czy kartka nie niechlujna, czy nie ma śladów kleju? Czy wyraźnie podpisane? Przykleja wreszcie.

Rafał drobi sobie czarne kawałeczki i układa z nich drogę do jasnej kropki – światełka w tunelu. Potem Rafał ucieka do swojej sali, choć to nieprzepisowe, bo każdy swoje dzieło ma na prezentacji trzymać sam. No, ale on nie wróci, i kartkę z mrocznym – ale dającym nadzieję – tunelem muszę trzymać ja. Te starannie wyrwane czarne fragmenciki odklejają się i spadają mi pod stopy, jeden po drugim, bo są źle przyklejone.

Halinka natomiast zrobiła kierpce. W dziale „moda” znalazła szpilki, wyrwała je, nakleiła i dorysowała na nich Tatry.

.

Halina wszędzie chodzi w swoich zakopiańskich bamboszach.

– Śmierdzą – ostrzega nas.

Ona jest nawet trochę prześladowana za ten smród – pielęgniarki od razu ją wywalają z dyżurki, jak tylko tam do nich po coś przyjdzie. Dziewczyny, z którymi śpi na jednej sali, tak nie mogą. One nie mają dokąd uciec ani jak jej wygonić. Dlatego próbowały kilkukrotnie zutylizować kierpce. Wyrzucały je na noc na korytarz, ale właścicielka jakoś zawsze w porę się orientowała i biegła po nie boso, zapłakana.

.

Od kolażu gorszy będzie tylko wieczorek muzyczny. Wieczorek ma odbyć się w południe, jak zapowiadają lekarki. Stopniują napięcie, półsłówkami odpowiadając na pytania, co to będzie i czy dostaniemy grzechotki i trójkąty.

– Zobaczycie, wszystko w swoim czasie – mówią i za nic nie chcą zdradzić niespodzianki, którą przygotowały i z której są takie dumne.

Wreszcie nadchodzi więc dzień wieczorku i zbierają nas wszystkich w jadalni. Zamykają drzwi. Po jakimś czasie słychać pukanie, takie radosne, jakby to Mikołaj przyszedł w odwiedziny.

– Kto tam? – pyta więc Wojtuś jak gospodarz na swoim.

Wchodzi on: student drugiego roku psychologii na ujocie, długowłosy kuc, metal. Znamy go, bo w ramach praktyk kilka razy wydzielał nam jedzenie. Przyszedł z gitarą klasyczną.

– Witamy! Witamy! – piszczą na jego powitanie pięćdziesięcioletnie psycholożki, które go tu zaprosiły. – Co nam student dzisiaj zagra?

– Sokoły! – wykrzykuje nagle Wojtuś.

– Przygotowałem kilka interesujących kantat barokowych – mówi student i wkłada gitarę między nogi, żeby grać na niej jak na harfie. Po trzech utworach Wojtuś nie wytrzymuje i wrzeszczy najgłośniej jak umie: „Sokoły! Sokoły!”, co wszyscy podchwytujemy. Krzyczymy więc i tupiemy razem z nim.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?

Inne książki tego autora