Opowieści z ostatnich dniTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

OLEG PAWŁOW

OPOWIEŚCI Z OSTATNICH DNI

Trylogia

Przełożył

Wiktor Dłuski

NOIR SUR BLANC

Spis treści

Karta redakcyjna

SŁUŻBOWA BAŚŃ

Rozdział pierwszy. Byli sobie...

Rozdział drugi. Kartofle

Rozdział trzeci. Towarzysz Skripicyn

Rozdział czwarty. Sprawa wagi państwowej

Rozdział piąty. Z aresztu

Rozdział szósty. Namiętności na rozkaz

Rozdział siódmy. Cała prawda

Rozdział ósmy. Nowe czasy

Rozdział dziewiąty. Bohaterstwo zimowe

Rozdział dziesiąty. Na chwałę i na wieczne odpoczywanie

SPRAWA MATIUSZYNA

Część pierwsza

Część druga

Część trzecia

Część czwarta

Epilog. Ostatnie wspomnienia

KARAGANDYJSKA TRYZNA

Bytowanie

Wieczny ząb

Stary nowy dzień

Gdzie śmierć, tam i życie

Rajskie jabłuszka

W trumnach będący

Długie pożegnanie

Droga, dróżka

Żywi do żywych

Przypisy

Tytuł oryginału: ПОВЕСТИ ПОСЛЕДНИХ ДНЕЙ. ТРИЛОГИЯ

Opracowanie redakcyjne: MIROSŁAW GRABOWSKI

Korekta: AGATA NOCUŃ, JANINA ZGRZEMBSKA

Projekt okładki: TOMASZ LEC z wykorzystaniem fot. © Alamy/BE&W

Skład i łamanie: PLUS 2 Witold Kuśmierczyk

Казённая Сказка © 1994 by Oleg Pavlov

Дело Матюшина © 1997 by Oleg Pavlov

Карагандинские девятины © 2002 by Oleg Pavlov

Published by arrangement with ELKOST Intl. Literary Agency

For the Polish edition

Copyright © 2016, Noir sur Blanc, Warszawa

ISBN 978-83-7392-516-8

Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o.

ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa

e-mail: nsb@wl.net.pl księgarnia internetowa: www.noirsurblanc.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Służbowa baśń

Rosyjskim kapitanom, najtwardszym z żołnierzy,

tym, na których garbach i grobach

spoczywało od zawsze nasze carstwo-państwo –

poświęcam.

Wieczna pamięć im wszystkim.

Rozdział pierwszy

Byli sobie...

Gazety przywożono do stepowej kompanii jak kartofle, żeby starczyło na miesiąc, na dwa albo i do wiosny i żeby paliwa po próżnicy nie marnować, a wojska nie rozpieszczać. Przywożono zeszłoroczne z zapuszczonej pułkowej czytelni, gdzie zszywki zdążono już porozkradać. Ale gazety, chociaż poszarpane, wyciskały – zdarzało się – wojakom łzę z oka, bo opowiadały o czymś wielkim i ważnym, co stało się dawno i bez ich wiedzy. Dowiadując się tak późno i tak nagle o wszystkich światowych wydarzeniach, zaczynali na dobre zatracać swoje i bez tego zmarnowane życie. Na służbie ciągnęli wódę, chrapali, a w dusznych koszarowych sypialniach smrodzili papierosami, zaśmiecali podłogi. Ale nawet wśród tego rozpasania czuło się, że wciąż i wciąż przeżuwają w sobie to, co przeczytali, boją się o tym zapomnieć. Od słowa do słowa rozmowy robiły się coraz ostrzejsze, każdy zaczynał mieć własne zdanie, a kiedy nagle objawiało się jakieś wydarzenie naprawdę ważne, wielkie, a jasnej oceny politycznej nie było, dochodziło do mordobicia.

Kapitan Chabarow niczego od życia nie oczekiwał. Kiedy dosiadał się do kręgu czytaczy, ukradkiem dolewał swój zastarzały smutek do tego ogólnego, wywołanego – tak się uważało – sytuacją międzynarodową. Do gazet nawet nie zaglądał. Tych nietutejszych nowin dostarczali mu we właściwym czasie przez telefon fartowni znajomi, grzejący wygodne stołki w pułku karagandyjskim. Dostarczali, można powiedzieć, z zastarzałego szacunku, ale Chabarow tej ich z daleka przychodzącej załganej mowy nawet nie słuchał, tęsknił.

Iwan Jakowlewicz Chabarow poszedł do wojska nie z wyrachowania ani nie z musu, choć jego dobra wola odegrała tu niewielką rolę. W kamasze wzięli go tak jak wszystkich. Służył jak trzeba i zwykłą rzeczy koleją tak już wyszło, że zrobili go starszym sierżantem. A trzeba wiedzieć, że starszym sierżantem zostaje człowiek rzetelny, pracowity, który wszystko wytrzyma, cokolwiek by na niego zwalono, a przy tym nie dba o własny brzuch, nie upija się, nie kradnie z ogólnego kotła ani z rozdziawionej państwowej kieszeni. Kiedy minął czas obowiązkowej żołnierskiej służby, zaczęli go namawiać, żeby został na zawodowego. Kumple z koszar mendzili: „No, posłuż jeszcze troszkę! Dokąd się śpieszysz? Razem weselej!”. A szefostwo dopieszczało: „Zostań, Iwan, z nami, toć to prawdziwe twoje miejsce, no co ciebie w cywilu czeka, co z ciebie, taka twoja mać, za cywil?!”.

Wysłużonego wojaka zdradzał w Chabarowie bardziej cały jego znużony wygląd, twarde, grube rysy niż ta postawa w słup, jakiej nabierają na placu ćwiczeń zupacy. Krępy, przysadzisty, wyglądał jak mocno nabity worek z kartoflami. Przez te żołnierskie cechy był jednak bezbarwny, przypominał chyba tylko miliony jemu podobnych, wśród których z natury rzeczy znika pojedynczy człowiek. Życie w tym tłumie całymi latami ani nie płynie, ani się nie burzy. Czas nie przynosi tu łatwych, szybkich odmian i dlatego żyje się tu w ogóle poza czasem, bo po prostu każdy rozumie, że na wszystko przyjdzie kolej. Co z tego wyjdzie, okaże się po wiekach. A kto żył i umarł, nie dowie się niczego. Chabarow urodził się wśród prostych ludzi, więc i nazwano go jak najprościej. Rozumem świata nie zadziwiał, żaden spadek na niego nie czekał i choćby dlatego ugrzązł w tym gąszczu, w którym wychynął na świat. Sądzone mu było – co prawda, to prawda – utknąć w nim kamieniem. Został więc Iwan Chabarow na służbie, służył za wikt i pobory, za które się nie zabaluje. Cokolwiek się działo, myślał: „Zawracać nie ma dokąd, trzeba się trzymać”. I myślał też, cokolwiek się działo: „To jeszcze nie koniec mojego życia”.

I teraz, kiedy w zakurzonych kapitańskich pagonach dosługiwał swego czasu w jednej z zatraconych łagrowych kompanii obwodu karagandyjskiego, nawycierawszy się przedtem po łagrach od Pieczory po Zarawszan dłużej od zatwardziałego urki i więcej od niego się nie dorobiwszy, też tak myślał.

Miejsce w stepie, gdzie służył kapitan Iwan Jakowlewicz Chabarow, nazywało się Karabas. Tak ochrzcili tę miejscowość Kazachowie. Przełożona z ich języka nazwa znaczyła mniej więcej „Czarna Głowa”. W tym jednak stuleciu Kazachów w pobliżu Karabasu nawet widać nie było. Zamieszkiwali odległe kołchozy, hodowali owce. Zdarzało się stepowcom podjeżdżać do osady, żeby choć zerknąć na obóz i w nadziei, że zaopatrzą się tam w jakieś żelastwo. Kiedy pytano ich, dlaczego nadano temu miejscu taką ponurą nazwę, Kazachowie strzelali wokoło oczyma i mówili, że sami nie wiedzą, gdzie to ich pradziadowie wypatrzyli tu coś czarnego i czemu przywidziała im się głowa pośród płaskiej stepowej równiny. Dymiące w oddali sopki otaczające okolicę szarą mgiełką wcale do głów nie były podobne i nawet ich kamieniste granie w zimną i wilgotną pogodę czerniały, bardziej przypominając pnie. Za to przestworza było do woli. Ani roślinność, ani pola orne, ani rzeki nie utrudzały stepowej ziemi, nie zacieśniały jej. Ludzie jednak nie osiedlili się tu dla przestworza. Zbudowali obóz, więzienie, i miejsce dla niego wybrali tak, jakby splunęli ze złości i tam, gdzie padła plwocina, zaczęli żyć.

Karabas dzielił się na dwie części, z których jedną, bardziej niepozorną, była kompania ochrony łagru, a drugą, prującą po stepie niczym barka – sam obóz. I kompanię, i obóz zbudowano za jednym zamachem, ale z latami ich wygląd po wielekroć się zmieniał, a rozmaite prowizorki równie raźno wznoszono, jak burzono. Sklepów, instytucji, domów, cerkwi osada w życiu swoim nie widziała, tylko jednostajne baraki podobne do psich bud, zresztą wokół nich rzeczywiście rozlegało się wściekłe ujadanie owczarków. Do baraków prowadziły wydeptane butami ścieżki tak wąskie, że ludziom się zdawało, jakby szli skrajem przepaści. Te ścieżki kończyły się ślepo, urywały się tam, gdzie zaczynały się zamknięte zony i najrozmaitsze inne zakazane miejsca. Swobodny dostęp do Karabasu dawała łagrowa wąskotorówka i stepowy szlak, wiodące daleko za łańcuch sopek. Jeszcze nieco za łagrem, na uboczu, leżał niemal niezauważalny cmentarzyk, gdzie lazarecik grzebał bezpańskich zeków. W tym miejscu pojawiał się od czasu do czasu świeży wykop. Ot – można powiedzieć – cała komunikacja, wszystkie dojścia, wszystkie wyjścia. Prawdę mówiąc, w Karabasie chyżo przemieszczały się tylko wszy z baraków, spacerując wedle woli od żołnierzy do zeków i z powrotem. Chodziły wzajemnie do siebie w gości, popijały, zakąszały, rozmnażały się setkami. A ludzie cierpieli od świądu, dusili tryumfujące robactwo, które łączyło ich węzłem krwi mocniej niż jakakolwiek matka.

 

Oprócz tych żyjątek Karabas zasiedlali żołnierze, więźniowie, robotnicy najemni i strażnicy. Więźniowie i żołnierze żyli tu latami, każdy zgodnie ze swoim terminem służby lub wyrokiem, wykonując przypisane obowiązki. Reszta ludności regularnie przemieszczała się wąskotorówką w stronę Ugolpunktu – było takie miasteczko – żeby odpocząć. W łagrze założono fabryczkę, w której trzaskano jednakiego kształtu buciory, po pud wagi sztuka, na użytek takich samych łagrów. Innym zajęciem był wieczny dozór, wieczne warty. Codzienność cuchnęła kwaśnym kapuśniakiem i upływała wolno, ociężale, jakby wyciekała z głębokiej przeszłości.

Żyło wojsko żołdem i racjami żywnościowymi. Poborów przez dziesięć lat nie podwyższano, ale z upływem czasu też nie obniżano. Chociaż ludzie mówili po cichu, że za taką służbę powinni kiedyś podwyższyć. Powtarzali sobie w duchu, że pobory w dużej części im podkradają, i służyli kiepściutko, byle nie podpaść. A naczalstwo chętnie przy każdej sposobności oznajmiało, że służą kiepsko, darmo żołd dostają. Tego się trzymano. Co do norm żywnościowych, to latem trzeba je było obniżać, żeby choć trochę przyoszczędzić na zimę. Jesienią też się nie dojadało, odkładano na zapas. A jak styczeń przychodził, to tego zapasu starczyło na tyle, żeby wróbla nakarmić, i po co było tak długo cierpieć? Zek swoje wymusi, choćby miał sobie gardło poderżnąć, strażnik ukradnie po cichu, a żołnierz skąd ma wziąć? Co z pułku dostarczą, tego się nie zważy. Powiadają, że zaopatrują wedle norm, ale jakie to normy? Liczą żywą wagę, jakby nie wiedzieli, że żywa waga utrzęsie się, wysmaży, a bywa, że i przepadnie nie wiadomo jak. Zamiast tłuszczów dają łój wołowy, żeby na miejscu sobie smalec wytopili. A taki tłuszcz to tyle co woda, nie najesz się i jeszcze obrzydzenie bierze. Zamiast jabłek – susz owocowy. Herbatę zastępują palonym cukrem, żywicą herbacianą. Gdzie tylko spojrzysz, wszędzie cisną, poniżają. Nie służyli porządnie, tylko jakoś tam wegetowali, ale jak człowiek nażre się do syta, to czemuś dalej już mu się żyć nie chce.

Kapitan nie folgował sobie aż tak, żeby skarżyć się na swój los. Skarżyć się to znaczy szukać winnych, samemu się wymigiwać, a on tego nie umiał. Kiedy trafił do kompanii wartowniczej, szybko zrozumiał, że żadnej służby tu nie ma. Jest tylko jedna bieda dla wszystkich, jeden powróz, na którym ciągnąć trzeba, aż się rzygać chce, i barkę obozową, i tych, co na niej płyną. Dlatego Iwan Chabarow nie lubił łagrowego naczalstwa, nie szanował wyjazdowych sesji sądowych, kiedy do klubu zapędza się tłumy gapiów i wyroki na ludzi wydaje, choćby nawet i na winnego człowieka. Przecież to nieszczęście i powinni być przy tym, jak na pogrzebie, sami krewni i bliscy, którym drogi jest ten człowiek, a tu wystawiają go samotnego na widok, dają opluwać. Chabarow pchał obozową bidę, nie luzując ani sobie, ani zekom, ani żołnierzykom. Każdy dożywał w obozie swojego terminu, ale tu w pojedynkę dałoby się tylko umrzeć, żyło się w kupie, ciasnota utrzymywała wszystkich, nawet martwemu nie dałaby upaść.

Tylko zimą zwalała się na osadę senna cisza i napływał biały brudnawy spokój, pogrążając Karabas w śpiączce. W tym wlokącym się czasie ludzie przypominali sobie, jak ciepłe jest życie, i to ciepło grzało ich jak piec. Kapitan zapamiętywał się w tym cieple, w którym zabliźniały się również liczne jego rany.

Gdybyśmy teraz, kiedy już odmalowaliśmy ogólny widok obozowej osady, mogli z osiągniętej wysokości ruszyć w głąb, musielibyśmy spaść kamieniem na dziedziniec koszarowy, na wiecznie pijanego Ilję Pieriehuda, człowieka tak ogromnej postaci, że nawet nie celując, zawsze się w niego trafi.

Ilja Pieriehud sprawował w kompanii wszystkie nieobsadzone stanowiska, był tu za zapchajdziurę, robił rzeczy, za które człowieka nie awansują, wyznaczali mu tylko byle jaką robotę, na przykład – policz w kanciapie prześcieradła, dopilnuj, żeby psy w budach nakarmili. Niby to byli w Karabasie i sierżanci, i kanceliści, i psiarze, ale zawsze tu ludzi brakowało, tak że wszystkie takie funkcje przypadły Pieriehudowi, który wpadł kapitanowi w oko, kiedy był jeszcze strażnikiem całkiem w tej służbie zagubionym, więc Chabarow przeniósł go do swojej kompanii jak osierocone dziecko. Serce i dusza Ilji pracowały na wódce. Ruszać się jednak nie lubił, najwyżej sterczał pijany na koszarowym dziedzińcu i znajdowano go tam zazwyczaj jak niedźwiedzia w barłogu na jednym z jego stanowisk, a jeszcze częściej w kanciapie. Pieriehud rozwalał się w ciemnej komórce, wypełniał ją całą jak trumnę. Kto tam wchodził, natykał się na Ilję jak na nieboszczyka – oto on, siedzi: zda się, że ogromny łeb z czubem włosów zaraz stoczy się z tego tułowia, z tej góry. Jedna ręka olbrzyma, podobna do zbocza, unosi się i w półmroku już słychać bulgot i westchnienie ulgi: Ilja ugasił pragnienie.

– Ktoś ty taki, może Kozak? – pyta z miejsca Pieriehud, wcale nie patrząc, kto przyszedł. A potem sam odpowiada, i to tak, że po prostu wyrzuca przybysza, jakby go zdmuchnął. – Bo ja Kozak jestem!

Czy trzeba dodawać, że na swoich stanowiskach Ilja ni cholery nie robił? A zresztą nie mógł nic robić, tylko budził do siebie szacunek. Psy były nienakarmione, prześcieradła niepoliczone, Ilja tego nawet nie zauważał. Od bałaganu, który z jego winy panował w kompanii, wszystkim było weselej. Pieriehud w życiu nikogo nie uderzył, bał się, że zabije. Jeśli mu ktoś dokuczył, ryczał tylko na postrach:

– Ze mnie się śmiejesz, z Kozaka?

Albo posępniał, złościł się i na oczach wszystkich wybijał pięścią dziurę w czymkolwiek, choćby w pierwszej lepszej ścianie, i od razu budził szacunek. Zdarzało się jednak czasem, że ogarniał go strach, tak jak niektórym się zdarza, że im w kościach strzyka na deszcz. W takie dni chodził odmieniony i mówił wszystkim bojaźliwie:

– Przecież ja nie Kozak jestem, nie Kozak...

Zdarzyło się raz w takim czasie, że ktoś szepnął Pieriehudowi, jakoby jechała po niego suka. Ilja wlazł w sypialni pod pryczę, a wojsko specjalnie go straszyło:

– Leż, leż, może nie znajdą.

I Ilja leżał, nie ruszał się, myślał, że to wszystko prawda.

Wyciągnął go wtedy spod pryczy oficer polityczny Wasyl Wieliczko, który zawsze mówił prawdę i wstawiał się za nieszczęśnikami. O zastępcy do spraw politycznych Wasylu Wieliczce wszystko opowiedzieliby sami żołnierze, bo był to taki człowiek, że niczego nie odkładał na zaś ani nie trzymał w tajemnicy. Od niego należałoby zacząć opowieść, gdyby nie nawinął się Pieriehud, chociaż ten mógłby przecież poczekać, nigdzie by nie przepadł i wszystkich by przeżył, jak w mordę strzelił, byle tylko wlać mu w serce wódkę. No ale weź go teraz opuść!

Gdyby kapitanowi Chabarowowi zameldowano, że Pieriehud nastraszony przez żołnierzy chowa się pod pryczą, nie ruszyłby się z miejsca, a tym bardziej nie rzucił zajęcia, przy którym by go zastano. A Wieliczko właśnie rzucił się, poderwał – taki to był człowiek, że wszystkich chciał uratować i wszystko na ziemi odmienić!

Do Karabasu jak do jamy: wpaść łatwo, wydostać się trudno, a bywa, że po prostu nie wolno. Nie mówiąc już o zekach, nawet żołnierzy, których w pułku uznano za wybrakowanych, zsyłano w step, ukrywano tam. Chabarow to wiedział i kiedy mu z pułku nagle przysłano zastępcę do spraw politycznych, obawiał się, żeby nie okazał się on całkiem do niczego, jak ci, co nie mają nic do stracenia. Wieliczko zaraz pierwszego dnia urządził zajęcia polityczne, rozwiesiwszy przedtem po całych koszarach porządne plakaty, od razu też wymalował hasła, choć mało kto rozumiał, do czego one wzywają. Ten człowiek albo naprawdę nie wierzył, że go w taką stepową głuszę zesłano, albo udawał. Kapitan nawet dziwił się podłości pułkowego dowództwa: czemu tego świętego człowieka tak potraktowano, no przecież mogli go zostawić u siebie, fruwałby ze swoimi hasłami po sztabie, a oni wzięli i wpakowali go w samo piekło. Potem, widząc, jak w kompanii zaczęły się zajęcia polityczne, pojawiła się komórka komsomolska, Chabarow już tylko posępniał i mamrotał pod nosem:

– Och, źle się to wszystko skończy, po co on pcha się wszystko zmieniać, jeszcze gorzej będzie, niż było przedtem, a przecież i tak jakoś się żyło.

Wszystko, co polityczny Wieliczko o sobie opowiadał, sprowadzało się do okrzyku „przekonałem się!” na zmianę z „przezwyciężałem!”, chociaż oba odmalowywały zawsze ten sam obraz: zaczynał coś robić, a potem rzucał, brał się za co innego i niczego nie doprowadzał do końca. Sądząc z tego, co opowiadał, kiedyś wierzył nawet w Boga, ale potem wiarę stracił i zaczął się hartować, bo uwierzył w przeręble, w zdrowe życie.

– Przekonałem się, że człowiek sam sobą może rozporządzać, że powinien być zdrowy, cieszyć się życiem, rozumiecie, i zacząłem sam siebie przezwyciężać! – wołał Wieliczko.

A potem z takim samym zapałem zaczynał opowiadać, jak przestał wierzyć w hartowanie własnego organizmu, zrozumiał, że najpierw trzeba uczynić szczęśliwym i radosnym życie wszystkich ludzi.

– Nie, ja się przekonałem, to jest, rozumiecie, najważniejsze, najpierw musimy zbudować komunizm! Człowiekowi jest źle, kiedy wokoło jest źle, ale wszyscy razem możemy zmienić nasz świat!

Cała zaś jego droga życiowa była taka: służył w klubie pułkowym, bo umiał rysować, potem wprosił się na instruktora wychowania fizycznego, potem do wydziału politycznego na propagandzistę, a potem wysłali go na służbę do Karabasu, pewnie po to, by już nikt na ziemi o nim więcej nie słyszał.

Wojsko polubiło politycznego. Chabarow był obcy, bali się go albo szanowali. Z Pieriehudem można było się napić, ale jak ze starym dziadem. A Wieliczko przywiózł ze sobą plakaty, hasła i od samego początku zajmował się wojskiem, nawet z początku zwracał się do żołnierzy przez „wy”, a nie „ty”, bo byli dla niego tymi właśnie ludźmi, z którymi chciał zmieniać życie. A że bardzo mu zależało, by najpierw nawrócić wszystkich na swoją wiarę, rodziło się z tego szczególne, serdeczne uczucie, które by się nie narodziło, gdyby zaczął z marszu wszystko zmieniać. Brzuch rozbolał – proszę bardzo, idź do Wieliczki! Chcesz się wywnętrzyć – idź, wysłucha nawet nocą! Albo zjawiał się u niego żołnierz, pokazywał wyblakłe zdjęcie i prosił ufnie:

– To matka z ojcem, on tu w koszuli jest, to proszę dorysować marynarkę i mamie też jakieś lepsze ubranie sprawić.

Każdy o coś prosił: jeden o własny portret, inny o ogólny, całej kompanii, albo o widok obozu, żeby pamiątka została. Rysował Wieliczko zwyczajnie, ale i trochę przyozdabiał. Uwieczniona tak po prostu, jak na widokówce, soczysta uroda wychodziła bardziej przekonująco niż sama natura.

Chabarow, chociaż uważał zastępcę za nieszkodliwego gadułę, zaczął się do niego odnosić spokojniej, bo zrozumiał, że Wieliczko uczciwie stara się coś zrobić dla ludzi i nie ma nic złego w tym, że jego starania niewiele przynoszą pożytku. Bo czy może jeden człowiek wszystko zmienić? Wkrótce zawiązał się między Chabarowem a Wieliczką serdeczny spór, który połączył ich mocniej niż transfuzja krwi. Kapitan wiecznie oszczędzał na przyszłość, a potem długo przechowywał zapasy. Nawet jeśli wszystkiego było dość, on odkładał dalej, spodziewając się najgorszego, całkiem jakby przyzywał nieszczęście. Wojsko, rzecz jasna, na taką gospodarność narzekało i traciło wiarę w przyszłość. Polityczny mocno to przeżywał, no i napadał z żarem na kapitana, kiedy tylko ten brał się do oszczędzania. Ich milcząca, a czasem i swarliwa walka trwała całe miesiące i kapitan bez wysiłku mógłby pokonać kruchego, marzycielskiego Wieliczkę, ale widząc jego rozpacz i ból, kapitulował. A do tego jeszcze wyłaził skądś Pieriehud i się z niego naśmiewał:

 

– Słuchaj, Iwan, dość tego morzenia głodem, rację ma polityczny. Lepiej konia potrzep, będziesz miał oszczędność, a ludzi nie ruszaj!

Gospodarstwo szło ku ruinie. Sam Iwan Jakowlewicz z bólem patrzył, jak polityczny dla jednorazowych ulg marnotrawi całą jego mrówczą pracę. Widząc to, mimo wszystko czemuś pokornie milczał. Wieliczko i Pieriehud byli, zdawało się, ciężarem dla niego i gospodarstwu najmniejszego pożytku nie przynosili, ale – rzecz osobliwa – z tym ciężarem żyło mu się cieplej i lżej się służyło.

Żaden na głos nie przyznawał, że potrzebuje drugiego, ale takim przyznaniem, chociaż milczącym, było wspólne życie tej trójki toczące się w kompanijnej kancelarii. Chabarow osiedlił się w niej dawno temu. W Ugolpunkcie był oddzielny murowany dom dla pracowników łagru, gdzie można było dostać miejsce i łóżko, ale pokoik dzieliło się tam w piątkę, nawet z rodzinami. Dlatego kapitan uznał, że spokojniej będzie mu się mieszkało w kancelarii. Wieliczko, popróbowawszy życia ze strażnikami łagru i ich prostackimi rodzinami, poprosił kapitana, by go wpuścił na swoją kwaterę. I wreszcie Ilja, jak już spostrzegł, że dowódca z zastępcą mieszkają tuż pod jego bokiem, przyjął sobie za zasadę, żeby co noc zostawać u nich w gościnie. Słano mu na podłodze i był zadowolony. Wyrzucić go, czyli pozbawić przyjemności, Chabarow nie miał sumienia, chociaż Ilja ich mocno ścieśnił, a do tego zaraził rozmowami takimi, co to nie mają początku ani końca.

Powietrze w kancelarii zrobiło się mocne. Jak oddychali, tak też żyli. Chabarow, bywało, zalewał robaka, choć nikt by nie uwierzył, że mógłby się upić w sztok, bo nawet kiedy pił, robił to z taką powagą, jakby wyprawiał kogoś w bardzo daleką drogę. Jeśli Iwan Jakowlewicz nagle się upijał, a potem pił już bez opamiętania, to zawsze tylko wtedy, kiedy jego zbędne codzienne zajęcia przerywał nudny odpoczynek, coś jak prześwit. W takim właśnie spokojnym czasie kapitanowi zwidywało się, że jakkolwiek by liczyć – żadnego pożytku z jego życia nie ma. Po pijanemu jednak po kompanii się nie szlajał, po prostu zasypiał martwym snem, to jest walił się na łóżko, nawet nie zdjąwszy butów. Ilja spał jak pies na podłodze koło kapitana, wyganiając swoim rykiem każdego, kto po coś zachodził. On też raz dziennie szturchał Chabarowa, żeby się upewnić, że kapitan jeszcze żyje.

Chabarow wysypiał się tak może przez tydzień, po czym spostrzegał, że gospodarstwo jest zapuszczone, i z łatwością przerywał picie aż do następnego ochlaju.

Jeden Wieliczko był jakby niepijący. Co jakiś czas jednak też zaczynał zalewać robaka, próbując wychować na nowo Pieriehuda, oduczyć go pijaństwa.

Ten obiecywał:

– Koniec, przybite, przyplute, ani kropli, niech ja skonam. No to dawaj, ostatni raz wypijemy po szklaneczce. Jazda, Wasylek, nie obrażaj człowieka, dawaj no, za moje nowe życie!

Polityczny pytał:

– A naprawdę przestaniesz pić?

– Kozackie słowo! Co, mnie nie wierzysz?

Wieliczce robiło się wstyd, godził się pośpiesznie, a że był osłabiony długim zdrowym życiem, wódka waliła go jak pałką.

Zdarzało się, że Wieliczko z Pieriehudem zaczynali się buntować, krzyczeć:

– Ludzie nie mają co do gęby włożyć, w kraju bezhołowie, złodziej na złodzieju!

Chabarow bał się takich rozmów, hamował ich:

– Starczy mielenia ozorem, lepiej wypijmy jeszcze po maleńkim.

I sam wypijał. Zalewając wódką niebezpieczne rozmowy, często przebierał miarę i nagle znów mocno się upijał, a wtedy zaczynał tak wymyślać na władzę i porządki, że nawet polityczny z Ilją na zmianę bledli i czerwienieli, wypadali z kancelarii jak oparzeni, a Ilja na koniec specjalnie kładł się spać na podłodze i zaczynał głośno chrapać: czy to chciał zagłuszyć ryki kapitana, żeby obcy nie słyszeli, czy to po prostu zasypiał, a chrapał ze strachu już przez sen.

Kapitan umiał tylko wykrawać coś z tego, co przywieziono, a zdobyć choć cokolwiek samemu, z pominięciem naczalstwa, nie potrafił. Wieliczko coraz częściej skarżył się, martwił. On, który marzył, by uszczęśliwić wszystkich ludzi na ziemi, rozpaczał, że w Karabasie wszy go oblazły, próbował różnymi naukowymi sposobami pozbyć się pasożytów, ale te natychmiast przekradały się na niego z innych.

Raz Wieliczko odwołał swoje zajęcia polityczne, oznajmiając:

– Wybaczcie mi, że wszystkich oszukiwałem, bo zadawałem pytania, ale dawałem na nie złe odpowiedzi.

Chabarow nawet z zadowoleniem zastąpił zajęcia polityczne dla żołnierzy pracami gospodarczymi, od których oni jednak z łatwością i wprawnie się wykręcali. Widząc, że nikt nie żałuje tego, co się stało, Wieliczko jeszcze mocniej odczuł swoją samotność w Karabasie. Tylko kapitan się dowiedział, że napisał raport z prośbą o zwolnienie ze służby. Skądś przyszła jednak nikczemna odpowiedź, bo i tylko takiej można się było spodziewać: pięć lat, tak jak miało być, ma jeszcze służyć. A sam naramienników zdjąć nie mógł, wedle regulaminu byłby dezerterem.

Wreszcie w kancelarii rozległ się strzał, a potem długo było słychać jakiś łoskot, jakby ktoś się tam krzątał. Polityczny, gdy go znaleziono, żył, oczy miał wytrzeszczone. Bezgłośnie kłapał grubymi wargami. Wydawało się, że kula przygwoździła go do podłogi. A strzelił sobie w pierś znacznie powyżej serca, jakby mimo wszystko nie chciał umrzeć albo nie wiedział dokładnie, gdzie się to jego serce znajduje. Rana – ot, taka sobie dziurka w mundurze – nie przestraszyła ludzi, którzy zbiegli się na odgłos wystrzału. Kapitan pojawił się w kancelarii późno, kiedy Wieliczko, nieruchomy, zimny, leżał plackiem na podłodze. Właśnie wyciągnął się i ucichł jak martwy.

Iwan Jakowlewicz pobiegł do łagru, do tamtejszego lazaretu, prosić o pomoc. Nie było go długo. Zona żyła swoim życiem, swoim naczalstwem i swoimi zakazami. Lekarz wojskowy, którego kapitan stamtąd wyszarpał, dławił się wprost, obrzucając wszystko i wszystkich takimi wielopiętrowymi przekleństwami, że aż dziw, że go w ogóle rozumieli, jednak natychmiast wziął się do roboty. Wojsko rozeszło się po kątach, ale jeszcze tego samego dnia dowiedziano się, że w lazarecie życie politycznemu mimo wszystko uratowano. Nazajutrz przyjechał z pułku samochód i tylko ci, co obijali się na warcie, a także sam kapitan Chabarow, który przypadkiem znalazł się na wartowni, zobaczyli Wieliczkę ostatni raz, kiedy go wywożono.

Chodziły słuchy, jakoby zastępca wracał w szpitalu do zdrowia, ale leczono go, jak się okazało, tylko po to, żeby go potem sądzić. Do Karabasu przyjechał szef pułkowego wydziału specjalnego, niejaki Smierszewicz: na oko obrzydliwy, odkarmiony, najwyraźniej rozmiłowany w dobrym żarciu i wypitce, ale jednocześnie twardy, podobny do kamiennej bryły, z wbitymi pod czoło błyszczącymi czarnymi oczkami, którymi bez żadnego wstydu, z kwaśną, niezadowoloną miną, wwiercał się w każdego człowieczka na wskroś jak w gołą deskę. Widać było od razu, że ludzie dla niego nic nie znaczą. W dodatku miał okaleczoną rękę: prawy nadgarstek okrywała mu skórzana proteza w kształcie rękawiczki. Tą protezą pracował jak maczugą: wymachiwał nią albo unosił wcale nie do powitania, tylko od razu pod nos. Przesłuchiwać właściwie nie umiał, choć się bardzo puszył. Zwalał się tylko całym swoim ogromem na podejrzanego, groził, miotał ze wszystkich stron przekleństwami i wylewał z siebie całe garnce gadaniny:

– Kogo kryjesz? Tego siewcę plotek? Element antysowiecki? Pętał się tu taki pod nogami, jego jeszcze tam w pułku trzeba było rozdeptać!

Chabarow milczał, a Smierszewicz nic nie mógł zrobić z kapitanem, ale zapamiętał go i pożegnał tak:

– Ty, robaczku, uważaj, smród z ciebie zostanie, jak cię rozdepczą.

A potem odbył się w pułku sąd koleżeński, na którym Wasyla Wieliczkę, już zdegradowanego, inwalidę, usunęli z partii i skazali na pozbawienie wolności. Stepowemu kapitanowi też nakazano wziąć udział w rozprawie, żeby w Karabasie wiedzieli, jaka kara czeka takich zbrodniarzy, co odmawiają służby dla ojczyzny. Chabarow jednak nie pojechał, po raz pierwszy w życiu nie wykonał rozkazu. Mimo to nic mu się nie stało. Może wezwali go tylko dla pucu. A może uznali, że sam zdechnie w swojej głuszy.

W pułku szkoda im było przysłać na miejsce Wieliczki nowego człowieka. Dodali Chabarowowi grosik do poborów, żeby łączył obie funkcje. Tak to kapitan jak dla kpiny awansował w służbie, zostając swoim własnym zastępcą do spraw politycznych. Ciążyła mu ta funkcja, co dzień przypominał mu się Wieliczko. Wtedy też i Pieriehuda zaczęły dręczyć napady strachu, ukrył się w swojej kanciapie i długo nie wychodził. Tak to Iwan Jakowlewicz Chabarow został całkiem samiuteńki.

Co ma mówić na zajęciach politycznych, nie wiedział. Męczył się. W życiu swoim przeczytał tylko jedną książkę, jeszcze w tych dawnych czasach, kiedy był młody i służył w Karagandzie jako sierżant na funkcji gospodarczej, a mieszkał w „Pentagonie”, ponurym i dlatego tak nazywanym internacie dla wojskowych. W tym to internacie ugrzązł kiedyś przyjezdny korespondent wojskowy okręgowej gazety „Dzierżyniec”. Przepił swoje diety. Nawet zegarek sprzedał i przepił. Potem stukał do drzwi, nawet nie zająknął się o pożyczkę, skamlał tylko, żeby kupić od niego tę książkę, choćby za rubla. Chabarow wpuścił korespondenta do swojego pokoiku, książkę wziął, żeby przejrzeć, a ta jakoś przylepiła mu się do rąk, no i dał rubla. Potem bardzo ją cenił jako prawdę, której sam o sobie i takimi słowami napisać by nie umiał. Kiedyś spróbował i przekonał się raz na zawsze, że nie potrafi. Zaopatrzył się w papier, wyprosiwszy go jakoby na listy do zmyślonych krewnych, czym rozmiękczył znajomą kancelistkę, która papier dawała tylko do podań. Wybrał wolny dzień. Usiadł, napisał na pierwszej stronie: „Iwan Chabarow, o moim życiu”, ale dalej już mu nie szło.