Dziennik szpitalnego ochroniarzaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Motto

Wrzesień 1994 – listopad 1995

Listopad 1995 – marzec 1996

Kwiecień – grudzień 1996

Rozpoczęte w styczniu 1997

Czas to my sami. Zamiast posłowia

Inne książki Olega Pawłowa

Tytuł oryginału: ДНЕВНИК БОЛЬНИЧНОГO OХРАННИКА

Opracowanie redakcyjne: MIROSŁAW GRABOWSKI

Korekta: BEATA WYRZYKOWSKA, AGATA NOCUŃ

Projekt okładki: TOMASZ LEC

Copyright © by Oleg Pavlov

Agreement by Wiedling Literary Agency

For the Polish edition

Copyright © 2019, Noir sur Blanc, Warszawa

ISBN 978-83-7392-649-3

Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o.

ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa

e-mail: nsb@wl.net.pl księgarnia internetowa: www.noirsurblanc.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Spętał szpital tężec zmroku,

twarzom sióstr dał tępy spokój,

felczer wlany padł jak trup.

Słodko chrapią inwalidzi,

we śnie żaden z nich nie widzi

sparaliżowanych stóp.

Krąży wózek, na nim panna,

przez facetów omijana,

choć niczegowata.

Jeszcze robi słodkie oczy,

lecz dzień bliski, gdy wyskoczy

z piętra i ze świata.

Łez niewyczerpane rzeki

napływają pod powieki

chłopców. Ale oto

brzmi upiorny śmiech kaleki,

co zabawia się dla beki

sprośną anegdotą.

Nikt nadziei mieć nie może,

tym na wózkach nie najgorzej,

ten w rozpaczy wpadł już głąb,

temu wciąż się dotąd jawi,

że go nagły cud wybawi

przed anielskich głosem trąb.

Boże święty, sprawiedliwy,

do Cię wznoszę wzrok półżywy,

ku mej prośbie ucho skłoń:

wszystkich, co w śmiertelnej

grozie,

zrównać racz w apoteozie,

wychyl z raju zbawczą dłoń.

Balsam zechciej swój łaskawy

wetrzeć w kulejące stawy,

wybacz grzech i wybacz błąd.

Wszystkim, godnym

i niegodnym,

kroczyć daj przez trawy miodne,

i nie prowadź ich pod sąd.

Igor Miełamied

z tomu Wozdajanije

tłum. Jan Gondowicz

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

WRZESIEŃ 1994 – LISTOPAD 1995

.

Lekarze reanimatorzy uratowali życie jednemu dzianemu gościowi. Ten z wdzięczności podarował im magnetowid. Jeden na wszystkich, dla całego zespołu, który go ratował. I teraz z oiomu co noc słychać jęki: oglądają pornosy.

Pielęgniarz, chłopaczek niepozorny i nie całkiem zrównoważony, podkarmiał się w izbie przyjęć. Siostry nalały mu wińska, a on po jednej szklance się upił. Po pijanemu – a była późna noc – poszedł na piętro, ni to na internę, ni to na neurologię, zaczął wyrzucać chorych z łóżek i przerażonych ustawiać w szeregu na korytarzu. A oni w ogóle mu się nie sprzeciwiali, dawali się ustawiać. Tylko jeden się pokapował: wyszedł z szeregu i bez słowa dał mu w mordę.

Windziarz Dmitrij Michajłowicz, krótko – Michałycz. W brudnym, obszarpanym kitlu, ale mówi – i bardzo jest z tego dumny – że obcy ludzie biorą go za kogoś z personelu medycznego, prawie za lekarza. Pije i radził się mnie, jako człowieka młodego pokolenia, co ma pić, bo on na współczesnej wódce się nie zna. Mówi, że kupił coś pokątnie i strasznie się zatruł, mało nie umarł. W szpitalu są cztery kondygnacje, na każdej mu choćby po pięćdziesiątce naleją. Można więc powiedzieć, że winda go nie tylko karmi, ale i poi. W windzie też śpi, w nocy. Pracował jako elektryk, niedługo przed emeryturą nabawił się przepukliny i zaczął chodzić za robotą jak po prośbie. Był kimś tam w zajezdni trolejbusowej, pracował jako nocny stróż w szaszłykarni. Razem z nim obsługuje windę jeszcze trzech facetów. Jeden to wierny komunista, dotąd prenumeruje „Prawdę”, mówią, że dusza człowiek, inny zaś to sukinsyn, ale bezpartyjny. Michałycz tym się szczególnie wyróżnia, że chętnie przymawia się o poczęstunek i wcale nie krępuje się poprosić o cukier lub papierosa. To jego naciągactwo bierze się z ciekawości. A za wszystko gorąco dziękuje, tak że człowiek, który dał mu cukru albo papierosa, czuje się prawie zbawcą, prawie bogaczem. Do tego kiedy nie dręczy go pragnienie, czyli już wypił, zakąsił i jest mu dobrze, albo kiedy odpoczywa po wielodniowym ciągu, czyta książki, jak się wyraża – „poznawcze”. Jak się naczyta, lubi wypowiadać myśli i uczone słowa, których nie rozumie, łyka je pewnie jak wódkę, od której tylko dobrze się robi na duszy – tkliwie i smutno. Właśnie przeczytał książkę o kupieckim życiu, o moskiewskich kupcach, jakim oni życiem żyli, i ze zdziwieniem wyciągnął z tego dla siebie wniosek: „Niepotrzebnie bolszewicy rewolucję zrobili, przecież wszyscy wszystko mieli”.

Czasem bezdomni – oficjalnie: „bez określonego miejsca zamieszkania” – umierają podczas dezynsekcji: kiedy wyziębionych, wziętych wprost z ulicy, pakuje się od razu do gorącej wody, zatrzymuje się serce. Ale kto by się tym przejmował. Człowiek czy trup – szpitalowi wszystko jedno, swoje zrobił.

Dziewczyny z podmoskiewskich wsi pracują u nas jako pielęgniarki. Mówią „tera”, „zara”, malują się jaskrawo, na przykład rzęsy na niebiesko. Klną jak chłopy, są mocno leniwe, lubią wypić, a palą raczej niechętnie, jakoś bez duszy. Z tym wszystkim są dość nieśmiałe, cierpliwe i jak się z czymś odezwą, to szczerze, z taką szczerością, jakiej u miejskich pannic nigdy się nie doczekasz.

Mój partner jest zgnębiony: nie został świadkiem na ślubie przyjaciela, bo przyszła małżonka uznała, że ma kiepski garnitur.

Ochroniarz, całkiem młody chłopak, opowiada o swoim dziadku: „No co ja mogę powiedzieć... Skurwiel jest, skurwiel”. Dziadek, jak zrozumiałem, to pułkownik milicji, od dawna na emeryturze, lat ma pod osiemdziesiątkę, ale jest zadziwiająco żywotny. Całą swoją rodziną pogardza, „dla niego kto nie pułkownik, to gówno”. Najzabawniejsze, że za gówno uważa prawie wszystkich, to znaczy wszystkich, nie tylko wojskowych, dzieli na pułkowników i niepułkowników. Można sobie wyobrazić, co by się z kimś takim działo, gdyby rzeczywiście trafił na generała – na jakie szczyty samoponiżenia musiałoby to wyglądać i jakim politowania godnym, nawet wzruszającym, wydałby się nam ten uparty negator, ten wieczny milicyjny Pułkownik. A oto jeszcze jeden obrazek z życia. Kiedy z dziadkiem w końcu zrobiło się źle, to do wnuczka do Soczi, gdzie wypoczywał, zadzwoniła matka z takimi słowami: „Boria, dziadek umiera, przyjeżdżaj jak najszybciej. Z całej rodziny on do ciebie jeszcze najlepiej się odnosi, musimy daczę i wóz na ciebie przepisać, bo jak nie, to ni cholery nie zostanie”. Chłopak szybciutko wylatuje do Moskwy, a dziadek wprawdzie na oiomie leży, ale całkiem zdrowy: wszystkim naokoło wymyśla, nawet lekarzom, z całej pogrążonej w bólu rodziny ze zwierzęcą siłą się naigrywa.

Na oiomie umarł bogaty Ormianin. Znieśli go do kostnicy i jak raz nawinął się trupowóz, żeby go zawieźć na sekcję. Załadowali na jedno koryto trupy dwóch facetów, beznogiego i takiego grubasa – pojadą objęci. Kiedy staruszków już załadowali, na końcu wzięli Ormianina. Sanitariusze długo się z nim grzebali, liczyli złote zęby, ich z tego rozliczają, a Ormianin niemal całe usta miał złote, oni się nawet spocili, bo liczyć niewygodnie, w ustach ciemno – zawsze się na to skarżą – a tu cały „skarb”. To ich słówko... „Witia, skarb!”... „Aha, cała gęba”.

Nieboszczyk wydaje się niesamowicie ciężki w porównaniu z tym, ile ten sam człowiek ważył za życia, i to zrozumiałe, nawet łatwo to wytłumaczyć: martwego trudno ruszyć, bo z człowieka uchodzi cała jego lekkość, ruchliwość. Ale w nieboszczyku na pierwszy rzut oka uderza to, że widać, jak nagle zelżały jego rysy, jak stały się niemal nieważkie, prawie woskowe, nic tylko brać i lepić go z tego wosku na nowo; i niczego się tu nie dowiedzie, niczego w ścisłym sensie tego słowa się nie zrozumie, ale żywa waga to jest właśnie życie – to, co się kryje w patrzących ludzkich oczach, w tym, co wyrażają, i w oddechu, chociaż on też, jak powietrze, nic nie waży.

Przynieśli człowieka prosto z ulicy – przytrafił mu się zawał, ale nawet nie zdążyli go na izbie przyjęć porządnie przyjąć, umarł wprost na wózku. Odciągamy go dalej od oczu, do pokoju służbowego. A młodziutka siostra, prawie dziewczynka, prosi, żeby jej pomóc go związać; nieboszczykom wiąże się nogi, ręce, podwiązuje szczękę, żeby przyjęli prawidłową pozycję, inaczej zesztywnieją i kończyny ani się nie wyprostują, ani nie zegną. Więc siostra wiąże mu ramiona, tak zręcznie, że poczułem nagły wstrząs, jak od oparzenia: przecież to jeszcze dziewczynka, skąd u niej taka zręczność?! I nagle tak samo nieoczekiwanie, z taką samą zniewalającą siłą zrozumiałem coś, co zresztą żadnego rozumienia nie wymagało: ona przecież tu jest nie pierwszy raz, a ta zręczność stąd, że już dawno nabrała doświadczenia, wprawiła się.

 

Sprzątaczka poskarżyła się, że we śnie pojawia jej się mąż – beznadziejne pijaczysko z niego było, a umarł na raka. Opowiedziała swoją z nim rozmowę:

– A wam, Swietko, jak się żyje?

– Niczego sobie się żyje, Misza, żyjemy...

– A jak tam u was z kiełbasą?

– Nie ma.

– A ser i masło macie?

– No nie, też nie mamy.

– A u nas wszystko jest.

On tak do niej mówi i nagle odwraca się, odchodzi w ciemność.

Mała dziewczynka pyta o matkę, która miała operację: „A czy mama będzie żyła od początku do końca?”.

Do szpitala przywieźli babcię, całkiem zgrzybiałą i chorą, ale w pełni świadomą, do tego towarzyszyła jej i na wszelkie sposoby troszczyła się o nią podczas wszystkich obowiązkowych procedur córka. Babcia była mocno otulona, z chust i wełnianych kołder sterczał dosłownie tylko siny nos. Zrobili jej rentgena, pobrali krew do analizy, oczywiście osłuchali, i kardiogram zrobili – słowem, była już w szpitalu jakieś dwie godziny. Kiedy wszystko się skończyło i trzeba było tylko wypełnić do końca kartę szpitalną, babcia, ścierpnięta i na jakiś czas pozostawiona w spokoju, odezwała się spod kołder: „Zinoczko, a mogę ja tu zostać? Tak przyjemnie, nic, tylko umierać”. Póki jej nie odesłali na oddział, jeszcze zaśpiewała. „Zinoczko, ej, Zinoczko, a ty śpiewaj ze mną, co ja tak sama...” Kiedy zawieźli ją w fotelu na kółkach, przestała śpiewać i tak się znużyła, ukołysała, że nawet się zdrzemnęła. W pokoju łóżka ścieli się dla konkretnej osoby. Jak się pojawi, zaczynają słać. Salowa kładzie pościel i przykrywa materac chłodną ceratą. Córka tej staruszki prosi, żeby ceratę zdjąć, ale siostra robi swoje i się odgryza: „Ona się zeszcza, a ja skąd nowy materac wezmę?”. I tu babcia znów się odzywa: „Obywatelko kochana, ze mną nigdy czegoś takiego nie było i dzisiaj też nie będzie”. Ale salowa swoje wie: „Już ja was znam, najpierw nie będzie, a potem...”.

Co rano do izby przyjęć przychodzą kobiety: zapisują się na aborcję. Przez długi czas – póki jej nie zwolnili – zapisywała je Jegorowna. Ale nikt nie wiedział, że to baptystka. No więc przychodzą kobiety, a ona zaczyna je odwodzić od bezbożnego dzieciobójstwa, straszy grzechem śmiertelnym. Jedną do łez doprowadza, inna niemal najgorszymi słowami ją od siebie odgania... Krótko mówiąc, dom wariatów, też w końcu szpital. Najdziwniejsze, że praca jej się bardzo podobała. Ale tyle skarg nadeszło, że wywalili ją precz ze szpitala. A ona, zdaje się, szczęśliwa, że tak ucierpiała. Ostatniego dnia zapaliła na swoim stanowisku świeczkę i modliła się, śpiewała pieśni religijne za wszystkie dzieci zabite w tym szpitalu.

Na trupach NN piszą zielenią brylantową; napisy na bawełnie wywabiają chlorkiem; na garnkach w kuchni malują numery oddziałów olejną, zawsze czemuś krwistoczerwoną farbą; poduszki, prześcieradła, koperty do kołder, kitle, ręczniki stemplują niczym ważne dokumenty tą samą pieczęcią co szpitalne spisy, zaświadczenia o przyjęciu rzeczy, akty zgonu, listy przewodnie itp.

„To największy człowiek, nazywajcie go, tak jak ja, tylko imieniem i otczestwem, Władimirem Fiodorowiczem!” – tak mówi pijany windziarz o niejakim Iwanowie, który pracuje u nas jako pomoc kuchenna. Niegdyś był wykładowcą na polibudzie, prawie kandydatem nauk, ale z nieznanej nikomu przyczyny spadł na dno życia, zapił się i tylko na kuchennym zapleczu otoczony jest jakimś uroczystym pijanym szacunkiem reszty pracowników – szanują go, a przyjaźnią z nim bardzo się szczycą: my tu, na zapleczu, swojego profesora mamy, no to uważajcie!

Opowiedziała dopiero co przybyła siostra – urządziła się u nas, a przedtem pracowała w płatnym przedszkolu. Płatne – to takie, gdzie troskę i opiekę gwarantuje bardzo solidna opłata. No więc wychowawcy nastrajają dzieci przeciw rodzicom, bo to dla nich bardzo wygodne. Dziecko nastrojone przeciw rodzicom nie chce wracać do domu i wpada w histerię, chce, żeby je zostawić na noc w przedszkolu, gdzie mu jest „dobrze”. Ta usługa, pozostawienie dziecka na noc, kosztuje pięć dolarów. Im więcej takich dzieci i takich nocy, tym większy, jak się okazuje, dochód przedszkola.

„On dużo pił i ona postanowiła się z nim rozstać” – z podniosłego opowiadania sanitariuszki o swojej przyjaciółce. Albo: „No proszę, nie Rosjanin, a tak ją kochał, tak o nią dbał, że wszyscy się dziwiliśmy”.

Dowiedziałem się tu, że w Związku Radzieckim najwięcej zarabiali – według kodeksu pracy – piloci aerosań: są kierowcami, ale też w pewnym sensie pilotami, do tego dochodziły dodatki za pracę na Północy.

W szpitalu przez wiele lat pracował Wołodia Najdienow – nie całkiem normalny chłopina bez wieku, jego ulubionym powiedzonkiem było: „Idź do domu!”. Kumple od butelki nazywali go Waldemarem. Wykonywał najczarniejszą robotę – stróżował, pracował w kostnicy, był salowym i czego to jeszcze nie robił. Mówił, że żona go rzuciła. Pił, ale jakoś strasznie pijanym nigdy go nie widziałem. Chodził w wybrakowanym zielonym kitlu chirurgicznym – latem może być, ale zimą mocno marzł, a waciaka nikt nawet nie myślał mu wydać. Na wypitkę zbierał w szpitalu butelki, w ogóle to nieraz się urobił jak wół, targał ogromne wory butelek. „Będzie na wódeczkę i jeszcze piwka flaszeczkę”. Nikomu nic złego nie robił. Szpital zastępował mu dom, chlorkiem, szpitalnym zapachem, Wołodia był przesycony po korzonki włosów. Podobno nocował w kostnicy i spał na betonowej ławie między trupami, do których odnosił się jak do młodszych braci, tak się czasem wydawało. Jego picie właściwie znoszono, wszyscy do niego przywykli. Mimo to po cichu go wywalili. Kiedy w kostnicy ustawiono drogi angielski sprzęt, z katafalkiem i szafami chłodniczymi, to mu już nie zawierzyli, oddali nowe nabytki pod opiekę młodym, bezczelnym sanitariuszom. Potem pokłócił się z kimś z szefostwa. Nikt się o niego nie upomniał, zaraz się z nim rozliczyli. On nie uwierzył i jeszcze przez miesiąc pracował jak zawsze. Przez ten miesiąc go nie przepędzali, jakby o nim zapomniano, a jak doszło do wypłaty, to okazało się, że nie ma go na liście, jest tylko rozliczenie. On na tamte pieniądze dostawał czterdzieści tysięcy – to dziesięć butelek pszenicznej wódki. Tego dnia na ginekologii bił głową w ścianę, dostał czegoś w rodzaju ataku, jeszcze go położyli, żeby odpoczął. W ogóle to potrzebowali go tylko do takiej roboty i w takich warunkach, do jakich ochotników nie było. W kostnicy był potrzebny, ale kiedy przyszedł angielski sprzęt, rozliczyli się z nim.

Z moich rozmów z Wołodią. Spytałem go, czemu nie pali. Odpowiedział, że ma „barachlit”, miał na myśli bronchit; „choćby puste, ale i to dobre” – odpowiedział, kiedy żartowano z niego, że może pełne butelki oddaje; wszędzie próbuje dostać pracę, a nikt go nie bierze; zastanawiał się, ile dawniej można było kupić za tysiąc; opowiadał, jak w dzieciństwie poszedł do domu towarowego i przeziębił się od lodów; odniósł butelki, ale go zawrócili, powiedzieli, żeby przyszedł za godzinę; w ogóle to wygnali go za zepsuty wózek, a do tego podpadł Jewdokii, magazynierce z suteryny; o szpitalu mówi, że przywykł do niego, usprawiedliwia się za swoje częste odwiedziny, a jeszcze został mu jeden klucz od jakiejś komórki czy nikomu niepotrzebnego składziku, gdzie chowa resztki swojego mająteczku i te butelki i dokąd przychodzi jak do pracy.

Jeszcze o Najdienowie: kiedy go o coś poprosić – wszystko zrobi, zgodny jest, ale po jakimś czasie zaczyna nudzić o pieniądze za to, co zrobił, dają mu więc, chcąc nie chcąc, żeby się odczepił. Ma córkę. Dziecku w ogóle nie pomaga, przepija wszystko co do kopiejki – tak właśnie pije, „do kopiejki”. W tym pijaństwie, kiedy człowiek wszystko puszcza z wiatrem i niczego sobie nie zostawia, jest jednak coś odkupicielskiego. W dniu wypłaty była żona pozwala Wołodii wyj...ć się za pieniądze. Mieszkają w komunalnym, w jednym pokoju, którego po rozwodzie nie zdołali w żaden sposób zamienić na nic innego – on, ona, ich córka. Są już od wielu lat rozwiedzeni, ale mieszkają w tej samej izdebce i mają prawie wszystko wspólne – powietrze, sprzęty, ściany itd.

Jeszcze o Wołodii: przesiedział kiedyś półtora roku za jakoby ukradzioną bezpańską lodówkę; jego myśli o bezdomnych – „przecież każdy miał kiedyś swoje mieszkanie”, bardzo się boi, że kiedyś ktoś go zmusi do sprzedania mieszkania i sam też zostanie bezdomnym, dlatego boi się byłej żony; dlatego na wszystkie sposoby broni Jewdokii – broni każdego, kogo się boi i kto się nad nim znęca; jego opowieść o zwolnieniu – jak ona przez godzinę trzymała w rękach jego książeczkę pracy i namawiała, żeby został, żeby jeszcze pomyślał – to też bujda; okazuje się, że pracuje w szpitalu od dwudziestu lat i przeżył dwóch dyrektorów.

Wozitrupy nazywają grubych nieboszczyków „prosiakami”. A chudych nijak nie nazywają – dla nich to zawsze coś radosnego, nieoczekiwanego, że trup jest chudy, że łatwo będzie go i ułożyć, i nieść.

Przywieźli staruszka z wycieńczeniem. Wciąż prosił, że chce do domu, upierał się. Umyli go, on tego nie chciał. Sanitariusz bił go w pierś ze złości, że próbuje wstać z wózka. Ten Alfred – od razu zaczęli go nazywać Alikiem – cały czas próbował coś powiedzieć, ale już nie można go było usłyszeć: porusza ustami, męczy się, a nic prócz świszczącego chrypienia nie słychać. Spytałem na chybił trafił, czy może chce do domu, i on ze zdziwieniem skinął głową. Ja jeden go wysłuchałem. A potem położyli go na oddział, ale powiedzieli mu, że go wiozą do domu. Wieczorem umarł, a domu chyba w ogóle nie miał – przywieźli go przecież wycieńczonego i ze śladami po uderzeniach, żebra miał jak ołowiane, wyglądało na to, że pałką go leli.

Chłop i baba, lat czterdzieści, podpici, przyprowadzają babcię – dla niej teściowa, dla niego matka, z pękniętą szczęką. Wyjaśniło się, że to właśnie oni ją pobili. Ale babcia pójścia do szpitala odmówiła, a tamci się ucieszyli: czemuś się bali, że babcię hospitalizują, może z głupoty myśleli, że wtedy ich oddadzą pod sąd. A babcia leczyć się w żaden sposób nie chciała, bluzgała na wszystkich, krzyczała, że nie pójdzie. Zagrozili jej, że może umrzeć od zakażenia, ale jej się śpieszyło znowu wypić w rodzinie, w której wszyscy się pogodzili.

Nieprawdopodobny dialog na temat złotych zębów; od salowych zażądali, żeby policzyć wszystkie, miało ich być siedem, ale doliczyć się nie mogli – pięć widać, a reszta tak głęboko siedzi, że diabli wiedzą gdzie. Zakłopotali się – szczęki zwarte, jak rozewrzeć? I zaczęli się z ochroniarzami kłócić, że niby wezmą trupa, a okaże się, że zębów nie ma. A nasi obrażają się: zgłupieliście czy jak? Na co nam zęby, nie braliśmy, co my, zwierzęta? Nie ma mowy. A tamci kręcą – nie braliście, to nie braliście, a jeśli gdzieś po drodze ktoś podpieprzył? W ogóle to wykręcali się, a w końcu jeden machnął ręką, dobra, Wasia, bierz, jakby co, rozliczymy się za dwa zęby z naszych pieniędzy, hak im w smak, sumienie mamy czyste.

Pijany. Przywieźli go półżywego. Chłopisko z ogromnymi wytrzeszczonymi oczami. Tysiak zaciśnięty w garści. Posłusznie położył się spać, kiedy go zwalili gołego na łóżko, a nazajutrz już wytrzeźwiał, czyli umarł. I jeszcze: wszystko przechowywał, nawet paragony z izby wytrzeźwień, prawie pięcioletnie. Chcieli ściągnąć z niego gatki, ale nie dawał, czepiał się, rozkładał szeroko nogi. W końcu je z niego ściągnęli, te gatki, po prostu je na nim pocięli na kawałki. Tylko strzępek mu został w garści. Widać zrozumiał chłopina, jak go zręcznie okroili, i tak płaczliwie oczy wytrzeszczył, że w nie spojrzeć nie było można. I tak go wywieźli – w jednej garści strzęp gatek, a w drugiej zaciśnięty ten tysiak. To, czego nie oddał. Nazajutrz wezwali nas na internę – już trup. Garści rozewrzeć się nie da. Wydaliśmy go wozitrupom, opowiedzieliśmy całą tę historię – oni w śmiech i tak go zabrali.

Staruszka, prosta kobita, mówi: „Przewykłam...”. Jakby nawet prostego słowa wymówić nie było jej łatwo: tylko z trudem, tak jak żyła.

Umarła kobieta chora na cukrzycę, ważyła dwieście kilogramów, przyczyną śmierci gangrena. Wokoło przekleństwa, nieprzyjemne śmiechy, ale w tle tego wszystkiego czuje się przerażenie i bezradność: angielski wózek takiego ładunku nie wytrzyma, do szafy chłodniczej w kostnicy taka tusza nie wlezie, z suteryny, gdzie jest kostnica, stromymi pochylniami, ciasnym korytarzykiem się jej na górę nie wytoczy – bezsilność żywych.

 

Dziewczyny siedzą w pokoju pielęgniarek i gadają o żarciu – co smaczniejsze i jak najlepiej przyrządzić – i nagle z boku rozlega się rozdrażniony głos: „Starczy żreć, czas pracować!”. To ktoś głodny nie wytrzymał.

Kobieta rodziła w izbie przyjęć. Nie krzyczała, więc nikt nie zauważył. Przyszła z ulicy – i urodziła. Od razu rozeszła się pogłoska, że odmawia zabrania dziecka, więc zbiegły się baby z ginekologii, te, co nie mogą zajść w ciążę, błagały, żeby im oddać. Ale to było oczywiście niemożliwe. Niemowlę od razu gdzieś wywieźli. Matka poszła sobie.

Przywieźli bezdomną, prosiła o chleb, a potem umarła. A jeszcze do szpitala przyszła głodna starucha, prosiła, żeby ją przyjęli i nakarmili – ale wyrzucili. Głód to przecież nie choroba.

Pijany windziarz: winda jako środek komunikacji. Szpitalny obraz. Typowy.

Przywieźli młodego narkomana. Wrzeszczy, żeby mu dać działkę. Typ żałosny, ale i wzruszający – chodził, domagał się od wszystkich efedryny i wszystko krytykował, mówił, że w tym szpitalu człowiek najprędzej zdechnie. Na hospitalizację się nie zgodził – nie potrzebuje, to tyle samo co tabletka analginu – ale zażądał, żeby dali mu jeść jak normalnemu choremu. Kiedy mieli go dość, wyrzucili jak psa przybłędę.

Wołodia Najdienow. Na okulary nie ma pieniędzy, odróżnia tylko to, co wydrukowane dużymi literami. Jeśli czyta, to dziwnie: tylko tytuły, jakby pił i nie zakąszał. Dlatego o wszystkich wydarzeniach ma tylko pojęcie najogólniejsze. Kupuje buteleczkę, ale wysącza ją, nie dojechawszy do domu, po drodze, w komunikacji publicznej. A potem narzeka, że jak już dojedzie, to w domu, okazuje się, nie ma co pić, nie dowiózł kochanej, wypił. A zadowolenia żadnego, nawet nie zauważył, jak to się stało, że w buteleczce nic nie ma. Zimą częściej się to zdarza niż latem, bo zimą jeździ w palcie, a w palcie nie wstyd pociągać, bo ono jakby człowieka i flaszeczkę przed patrzącymi zasłania. I na dodatek zimno. A latem jesteś u wszystkich na widoku, wstyd. A i gorąco, duchota. No to starczy do domu.

Na bloku kuchennym truli karaluchy. Chłopy tamtejsze, faceci od czarnej roboty, ucieszyli się, że szefostwo sobie poszło, i w zatrutym pomieszczeniu urządzili popijawę: sami sobie gospodarze. Nazajutrz rano obraz: kupy zdechłych karaluchów, starych i młodych, i w takich samych karaluszych pozycjach walają się na podłodze faceci. Gospodyni wrzasnęła, ożywili się, rozpełzli, powstawali. Nie tylko przeżyli, ale i nadzwyczaj chwalili sobie popijawę, mówili, że w życiu nie zaznali takiego zadowolenia, żeby wódka tak za duszę brała. Nawdychali się dichlorfosu, no to się zabawili, narozkoszowali się, niby w lesie albo w łaźni. Ale karaluchy truje się raz do roku. Wychodzi na to, że raz do roku oni mają jeden dzień świąteczny więcej, jako dodatek do tych państwowych. Ale za to jak święto, to święto: jakby najpierw zdechli, a potem ożyli, zachwyt życiem z niczym nieporównywalny, niemowlęcy. Mówią, że jak się trutego karalucha spryska wodą, to ożyje, a jak się nie spryska, to nie ożyje.

Pielęgniarka salowym drogą suknię sprzedawała. Cyrk się zrobił. Wszystkie mierzyły, ale żadna nie kupiła. Pomierzą – i grubaski, i chude – a suknia na nich albo obwisa, albo trzeszczy, za to dumne są i cieszą się jak dzieci, że przymierzyły. W sklepie przecież takiej sukni nawet pomacać nie dadzą. I prosięce kwiki salowych: „Oj, Wala, popatrz se, jak na mnie una leży! – No, Ludka, ty w niej jak królowa, daj mi, daj, ja włożę”. One by całą wsią w jedną suknię wlazły jak w uprząż. W końcu suknia podczas tego przymierzania straciła wygląd towaru na sprzedaż. A pieniędzy takich to one w życiu nie widziały.

Siostra oddziałowa wyjeżdża na wczasy do Soczi. Dla niej to wydarzenie. Niższy personel, gdzie baby za sto tysięcy pensji robią, cieszy się jej szczęściem, ale i trochę zazdrości. One, salowe, teraz nie mogą dojechać nawet ze swoich podmoskiewskich wsi do pracy. Elektryczny podrożał siedmiokrotnie, więc żeby z niego korzystać, trzeba stu dwudziestu tysięcy. Baby wstrząśnięte i zrozpaczone. Chodziły do administracji prosić o dotację na dojazd do pracy, ale im odmówiono, a jeśli wydatki na dojazd zjadają całą pensję, to nawet nie ma sensu pracować. Nie wiedzą, gdzie mają teraz robić i z czego wykarmić rodzinę, jeśli siedzą w swoim Jegorjewsku i nie mogą ruszyć się z miejsca. A tu oddziałowa na południe leci, jak na inną planetę. Nad morze. Dają jej wiele serdecznych rad: żeby upinała włosy w kok – w ten sposób czoło i twarz opalą się równo. Samo jej opowiadanie o tym, jak dzwoniła do kas dworcowych, zamawiała bilet z miejscówką, rozlega się bez końca i bez początku, całkiem jak pieśń akyna. Omawia długo, ze wszystkimi nie wiadomo jak zapamiętanymi szczegółami, jak uprzejmie rozmawiano z nią przez telefon, jakby ta rozmowa coś w samym jej życiu zmieniła. „A ona mi, dziewczyny, mówi...” Potem cały babiniec zaczyna po kolei wspominać przypadki z życia związane z pociągami, biletami. W takich samych mocnych, niezatartych kolorach, zachłystując się i z uczuciem jakiegoś tryumfu – że u nich wszystko jak u innych ludzi, że i myśmy pociągami jeździły i diabli wiedzą jak zdobywały bilety. Zaczynają się spierać, jak lepiej jechać na południe – w przedziałowym czy w bezprzedziałowym. Ona kupiła w bezprzedziałowym, inaczej by jej nie starczyło, stać ich na ten wyjazd było tylko dlatego, że jedzenie i mieszkanie opłaca związek zawodowy pracowników medycyny – i oto z poczuciem godności własnej roztrząsa korzystne strony bezprzedziałowego, że jest jednak o wiele lepszy niż przedziałowy: jedzie się z ludźmi, w dzisiejszych czasach to jest spokojniej i bezpieczniej, a w przedziałowym to i zgwałcić mogą. Któraś się z nią spiera, popisując się od razu jakimś faktem z własnego doświadczenia, inna potakuje, że sama jechała w przedziałowym i rzeczywiście omal jej nie zgwałcili.

Stary z tatuażami, były zek, z wózka prosił, by dać mu się odlać, a my go namawialiśmy niczym rannego, żeby jeszcze trochę pocierpiał, że niby wkrótce dojedziemy, żeby zaczekał na toaletę. A wieźliśmy go na wózku długo – windami z piętra na piętro, trzeba się było na nie naczekać, potem wężownicami krętych szpitalnych suteryn, korytarzami. Dostarczyliśmy go na oddział, szybciutko zrzuciliśmy na łóżko, pozbyliśmy się go, a na koniec powiadomiliśmy dyżurującą na tym oddziale siostrę, że stary od samej izby przyjęć prosi, że chce się odlać, a ona już położyła go na materacu, na świeżych prześcieradłach i teraz od razu ją głowa zaczyna boleć. I już rozkazuje staremu: „Cierp, tylko spróbuj mi na czystym się załatwić, to na podłodze cię położę, na szmacie!”. Stary przestraszony, my już wiejemy, a stary właśnie nas, cośmy mu obiecali toaletę, czemuś odprowadza jak najbliższych ludzi załzawionymi od niecierpliwości oczyma.

Salowe, dwie rodzone siostry. W majowym upale sadziły kartofle i młodszą na słońcu przypiekło. Starsza namówiła ją, żeby wypiła lufę wódki i solidnie pojadła, i chociaż ta nie miała ochoty, tamta ją przekonywała, że to niezawodny środek na bóle i zawroty głowy. Napiły się wódki, zjadły czubatą patelnię jajecznicy na słoninie i całą noc je mdliło. I teraz siedzą i rozważają, czy wczorajsze leczenie pomogło. Coś jakby się nie poprawiło, narzeka młodsza, a starsza upiera się przy swoim, że może i nie poprawiło się, ale i nie pogorszyło, czyli sposób dobry. „Przecież rzygać jest dobrze! Przecież tak właśnie szkodliwe substancje wychodzą z organizmu!”

Mężczyzna z wrzodem. Cała twarz poobijana – traci przytomność, pada, obija się twarzą o podłogę. Na wózku położyć się nie chce – „czego ze mnie inwalidę robicie”. Kiedy robią mu gastroskopię – czyli wpychają mu przez krtań coś przypominającego szlauch albo kabel – jęczy, a jego żona, siedząca za drzwiami, płacze i zatyka sobie uszy – jakby uciekała od niego, od jego bólu, nie ma siły znosić jego jęków, ale właśnie dlatego nie ma siły ich znosić, że kocha go bezgranicznie i przeżywa jego ból. To dla niej takie nieznośne, bo nikt i nigdy tego nie zniesie – bólu ukochanego człowieka. Cała jej krzycząca słabość, lękliwe poniżające drżenie i rozpalona twarz – to miłość. Potem ona prowadzi go pod rękę, pogodziła się z tym, że on nie chce położyć się na wózku, i spodziewa się po nim tylko tego, że upadnie i znowu rozbije się do krwi. Twarz on ma rzeczywiście całą w strupach i siniakach, jak jakiś pijaczek. A to przecież wrzodowiec, nawet o kropli wódki pomyśleć nie może.

Śmieszna siostra na oddziale neurologicznym – jej się nawet nie zauważa, bo cała jest jakaś malutka i okrąglutka, ale męczy ją to, więc wrzeszczy człowiekowi do ucha, żeby ją zauważono: „Dzień dobry!”.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?