Ucieczka LeonardaTekst

Autor:Olaf Fritsche
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Tytuł oryginału

Der Geheime Tunnel (1): Leonardo auf der Flucht

Projekt serii

BEATA ZDĘBA

Projekt okładki

MAGDALENA ZAWADZKA

Koordynacja projektu

SYLWIA MAZURKIEWICZ-PETEK

Redakcja

ANNA KURZYCA

Korekta

DOROTA LIS-OLSZEWSKA

Redakcja techniczna

ADAM KOLENDA

Copyright © 2007 by Rowohlt Verlag GmbH, Reinbek bei Hamburg

Polish edition © Publicat S.A. MMVIII, MMXVIII (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,

w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved

Wydanie elektroniczne 2018

ISBN 978-83-271-5896-3


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

Publicat S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej


Spis treści

Dedykacja

Tunel w piwnicy

W drodze do przeszłości

Kłopoty z szeryfem

Superzamiana

Kwestia do dyskusji

Tajemnicze plany

Niebezpieczne czasy we Włoszech

Witajcie, panie Leonardo!

Uciekaj, Leonardo!

W potrzasku

Potrzebujemy skrzydeł!

W drogę

Piękne perspektywy

Marii,

która jest prawie tak samo pełna życia jak Lilly

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Tunel w piwnicy

– No chodź już! – Lilly odwróciła się gniewnie. – Jak będziesz się tak guzdrał, to nas złapie.

– Utknąłem w jeżynach – stęknął Magnus. Ostrożnie próbował uwolnić koszulkę z kolczastych gałęzi i nie chciał się przy tym ukłuć. – Dlaczego musieliśmy koniecznie wspinać się przez ten mur? Mogliśmy przecież wejść po prostu przez bramę jak normalni ludzie.

– Ha! Normalni ludzie... – Lilly zdmuchnęła pogardliwie grzywkę z twarzy. – Normalni ludzie są nudni. Nigdy nie przeżywają prawdziwych przygód – powiedziała. Zgrabnymi ruchami pomogła Magnusowi uwolnić się z jeżynowej pułapki. – Jeżeli przejdziemy przez bramę, Albert od razu nas zobaczy. A tak będziemy mogli go zaskoczyć. – Uśmiechnęła się na myśl o jego zdumionej minie.

Magnus zmarszczył czoło.

– Zaskoczyć? Ale bzdura! – Oderwał ostatnią gałązkę. Nareszcie był wolny. – Albert przecież na nas czeka. Specjalnie nas zaprosił. A poza tym jeszcze nigdy nie weszłaś przez bramę. To byłaby niespodzianka: gdybyś raz wybrała zwykłą drogę.

Lilly pokazała mu język. Magnus zawsze narzekał, kiedy ona chciała się gdzieś wspinać, zakradać czy czołgać. W końcu jednak szedł z nią. Za każdym razem.

Magnus rozcierał sobie przedramiona. Były pełne zadrapań i czerwonych pręg od kolców jeżyn. Poza tym spocił się z wysiłku w letnim upale. Co za stres, i to na krótko przed wakacjami!

– Czy Albert powiedział ci, o co chodzi? – zapytał. – Przez telefon miał bardzo podekscytowany głos. Nie chciał mi jednak nic zdradzić. Bo to zbyt ważna tajemnica, powiedział.

– Ja też nic więcej nie wiem – skinęła głową Lilly. – Poza tym, że mam przypilnować, abyś się nie guzdrał.


Chwyciła Magnusa za brzeg koszulki i pociągnęła go przez łąkę bujnie usianą wysokim ostem i polnymi makami. Ich celem była duża, stara willa. Miała ściany pomalowane na żółto i porośnięte bluszczem. Teraz, w promieniach słońca, wyglądała zachęcająco jasno i przyjaźnie. Ale w nocy ta dwupiętrowa budowla otoczona murem z kutą, żelazną bramą i przypominającym dżunglę ogrodem musiała sprawiać upiorne wrażenie.

– Może jego tata znów coś wynalazł – wymamrotała Lilly, bacznie obserwując okna i zastanawiając się, czy przypadkiem nie da się przez któreś wejść.


– Miejmy nadzieję, że wynalazek będzie tym razem działał. Jego automat do sprawdzania ciśnienia w kołach tak mi napompował opony w rowerze, że pękły – poskarżył się Magnus.

Lilly jednak wcale go nie słuchała. Odkryła lekko uchylone okienko do piwnicy.

– Chodź! – wykrzyknęła uradowana. – Wejdziemy tędy.

– Przez okno? – Magnus zatrzymał się nagle. – Masz coś przeciwko drzwiom? I w dodatku do piwnicy... – sprzeciwił się, wywracając oczami.

Lilly nie zwracała na niego uwagi. Prędko podkradła się do otwartego okna, rzucając pospieszne spojrzenie w górę, by sprawdzić, czy nie są jednak obserwowani z piętra. Nikogo tam nie było.

– No chodź już! – szepnęła do Magnusa, machając energicznie, żeby poszedł w jej ślady.

– Wolałbym raczej przez drzwi – wymruczał pod nosem, gramoląc się za nią.

Kiedy dogonił Lilly, ta ostrożnie popchnęła okno, żeby szerzej się otworzyło. Następnie włożyła przez nie głowę, ogarniając piwnicę badawczym spojrzeniem. Nie mogła jednak wszystkiego dostrzec, ponieważ widok zasłonił jej rząd zapchanych regałów. Nie brakowało tu rupieci: wzdłuż ścian piętrzyły się kartony, skrzynie i pudła. Na starym stole leżało mnóstwo różnych drobiazgów, takich jak obcążki z odłamaną rączką, puste pudełka po płytach CD, niedokończony karmnik dla ptaków i garść połamanych ołówków. Piwnica w każdym razie nie wyglądała na niebezpieczną. Podczas gdy Magnus mamrotał za nią jakieś niewyraźne zdania, z których rozumiała tylko „drzwi”, „lepiej” i „powinniśmy”, Lilly wsunęła się przez okienko i zeskoczyła na podłogę piwnicy. Kilka sekund później w jej ślady poszedł Magnus.

– Był już najwyższy czas – dobiegł ich nagle głos zza regału. – O mały włos uwierzyłbym, że dzisiaj wyjątkowo wejdziecie przez drzwi.

Zbliżał się do nich skrzypiący dźwięk. Kiedy ich oczy przywykły już do ciemności panującej w piwnicy, zorientowali się, że wydawał go wózek inwalidzki Alberta. Chłopiec przywitał ich radośnie. Razem z nim trio było w komplecie.

Odkąd sięgali pamięcią, Lilly, Magnus i Albert byli najlepszymi przyjaciółmi, jakich można sobie tylko wyobrazić. Bawili się razem w piaskownicy, wdrapywali się z obydwu stron na zjeżdżalnię i zjeżdżali, prześcigali się w zeskakiwaniu z huśtawki, chodzili razem do przedszkola i wspólnie uczęszczali do podstawówki, do klasy 4b. Albert był mózgiem całej trójki. Nigdy nie przygotowywał się do lekcji. Kiedy nauczyciele coś wyjaśniali, Albert natychmiast wszystko rozumiał i automatycznie pisał klasówki na dobre stopnie. Interesował się wszystkim i każdym, miał wciąż nowe pomysły, tak że dzieci przez cały czas trwania przyjaźni nie nudziły się ani razu.

Trzy lata temu zabawa omal się nie skończyła. Pędzący kierowca staranował wtedy samochód, w którym Albert i jego mama jechali do cioci. Chłopiec ledwie pamiętał wypadek. Tylko tyle, że obudził się w szpitalu. Przy jego łóżku stał tata i płakał. Mama Alberta zginęła w wypadku. On sam odniósł ciężkie obrażenia. Większość z nich została wyleczona, ale kręgosłup został tak uszkodzony, że chłopiec nie mógł poruszać nogami i w ogóle ich nie czuł. Początkowo Albert nienawidził wózka, na który był skazany. Z czasem jednak przyzwyczaił się do niego. Przed kilkoma miesiącami przeprowadził się z tatą do starej willi na obrzeżach miasta, ponieważ po niewielkich przeróbkach została lepiej dostosowana do wózka inwalidzkiego niż ich poprzedni dom. Na wszystkich schodach znajdowały się podjazdy, a w dawnym wyciągu kuchennym tata Alberta zamontował prawdziwą windę. Szkoła na szczęście była dość nowoczesna, architekt zadbał o to, aby wszędzie można było dostać się na wózku. Najbardziej jednak pomogli przyjacielowi Lilly i Magnus: już po kilku tygodniach uznali wózek za coś tak normalnego jak okulary albo rolki. I jeżeli ktoś ich prosił, aby opisali Alberta, pierwsze przychodziły im do głowy jego zielone, lśniące oczy.

 

Magnus pogładził się po podrapanych przedramionach. Był najmniejszy z całej trójki. Niezbyt współgrało to z jego imieniem, ponieważ „Magnus” oznacza „wielki”. Po pierwsze jednak Magnus był dopiero dziewięciolatkiem, podczas gdy pozostała dwójka skończyła już dziesięć lat. A po drugie był tak samo duży jak oni. Poza tym Magnus zawsze wolał zachować większą ostrożność. Być może dlatego, że niczym magnes przyciągał wszelkiego rodzaju pecha: potykał się o najmniejsze korzenie drzew, wdeptywał w każdą psią kupę, a w kinie na sto procent siadał na fotelu, do którego była przyklejona guma do żucia. Nie było jednak większego majsterkowicza od Magnusa. Miał tak zręczne ręce, że wszystkie dzieci z klasy przynosiły mu do naprawy zepsute zabawki. Jak dotąd chłopcu udało się wszystkie zreperować.

W takich sprawach Lilly brakowało cierpliwości. Właściwie nigdy nie stała czy nie siedziała bezczynnie. Teraz również przeskakiwała z nogi na nogę. Czasami sprawiała wrażenie, jakby jej nogi ruszały, zanim jeszcze pomyślała, dokąd chce się udać. Rodzice, przeczuwając chyba, jak dynamicznym będzie dzieckiem, nadali jej imię Lilith. Pochodzi ono od imienia pradawnego demona burzy, Lilitu, i pasowało do niej jak komórka do kieszeni spodni. Samej dziewczynie dużo bardziej podobało się jej przezwisko – „Lilly”. Dzielnie jednak znosiła, kiedy dorośli zwracali się do niej, używając prawdziwego imienia. Najważniejsze było to, aby nikt nie wymagał od niej zachowania małej damy. Dama nie przeżywa przecież prawdziwych przygód. A tych niebieskooka dziewczynka o długich, rudawych blond włosach nie chciała sobie odmawiać.


– Cześć, Albert – powiedziała. Była troszkę rozczarowana, że ich niespodzianka nie okazała się zbyt niespodziewana. – Mogłam się domyślić, że okienka od piwnicy nie otwarto przypadkiem.

– Cześć, Albert – przywitał przyjaciela również Magnus. – Musiałeś nas zwabić akurat do piwnicy? O, popatrz, rozerwałem sobie nogawkę o framugę okna. – Z wyrzutem w głosie wyciągnął nogę, ale pozostała dwójka tylko się roześmiała.

– Nie zmuszałem was do wchodzenia przez okno – powiedział Albert. – Ale i tak musielibyśmy tutaj przyjść. Tak jest napisane w notatniku.

– W jakim notatniku? – spytali Lilly i Magnus jednocześnie.

– W tym tutaj – odparł Albert. Zza pleców wyjął gruby, obszarpany zeszyt. Wydawał się bardzo stary. Okładka była chyba kiedyś jasnożółta, ale teraz pokrywała ją taka warstwa brudu, że zmieniła kolor na brązowy. W wielu miejscach notatnik rozpadał się. Niektóre poluzowane strony wysuwały się ze środka.

Lilly i Magnus popatrzyli ze zdziwieniem na notatnik, potem na Alberta, i znów na notatnik.

– I jest w nim napisane, że musimy włazić do piwnicy? – zdziwił się Magnus.

– Niedosłownie – przyznał Albert. – Najlepiej sami przeczytajcie ten akapit... – Otworzył notatnik w miejscu, które zaznaczył zakładką, i podał go Magnusowi. Lilly zajrzała mu przez ramię. Pełnym zawijasów pismem było tam napisane:


– Oj, ale bajki – roześmiał się Magnus. – Skąd to wygrzebałeś?

– Ze starej, drewnianej skrzyni tam, w kącie – odpowiedział Albert, który wcale się nie śmiał. Jego twarz była zupełnie poważna. Zawrócił wózek i podjechał do skrzyni, która wyglądała na przynajmniej tak samo starą, jak notes. Jej wieko opasywały grube, żelazne okucia, a z przodu były trzy zardzewiałe zamki.

– Stała tu już, zanim tata kupił willę i wprowadziliśmy się do niej. Podobnie jak mnóstwo innych rupieci w starych pudłach. Nie skończyłem jeszcze tego wszystkiego przeglądać. Nie uwierzycie, jakie dziwne rzeczy można tu czasami znaleźć. Największa tajemnica tkwiła jednak w skrzyni. – Albert opuścił dłoń na jej wieko. W powietrze wzbiła się chmurka kurzu. Magnusa tak zakręciło w nosie, że aż kichnął. – Przez całe wczorajsze popołudnie wypróbowałem dosłownie dziesiątki starych kluczy, aż wreszcie otworzyłem te zamki – opowiadał Albert. – Znalazłem same starocie. Ale takie naprawdę stare, jakie zna się z książek historycznych. Z epoki starożytnych Greków, Rzymian, ze średniowiecza i tak dalej. No i ten notatnik. Czytałem go później w nocy. Właściwie do dzisiejszego przedpołudnia. I potem natychmiast do was zadzwoniłem.

– Myślisz, że to prawda, co ktoś w nim napisał? – spytała Lilly. – Że istnieje tajemniczy tunel, przez który można podróżować w czasie?

– Nie jestem pewny – odparł Albert. – Zapytałem tatę, co wie na temat poprzedniego właściciela willi. Był to ponoć stary dziwak, o którym ludzie mówili, że ma nie po kolei w głowie. Czasami opowiadał na przykład, że jest umówiony z Kleopatrą, królową Egiptu, na śniadanie. Albo jak kiepski był Robin Hood w grze w szachy. A potem...

Albert zrobił pauzę. Przez okienko wleciał do piwnicy czarny ptak i usiadł mu na ramieniu. Merlin, oswojona kawka Alberta, wrócił właśnie z obiadu w ogrodzie. Jako pisklę wypadł z gniazda i chłopiec samodzielnie go wykarmił. Merlinowi tak się to spodobało, że został z Albertem i co najwyżej wybierał się na krótkie wycieczki po okolicy. Najchętniej jednak siedział na ramieniu kogoś z trójki dzieci i ciekawie przyglądał się temu, co akurat robiły.

– A potem...? – niecierpliwił się Magnus. Pogłaskał Merlina po łebku. Ptak poczuł, że chłopiec jest zdenerwowany, i zaczął przestępować z nóżki na nóżkę.

– A potem... Potem zniknął. Bez śladu. – Albert popatrzył na Magnusa i Lilly. – Oczywiście szukała go policja, podejrzewając porwanie albo coś w tym rodzaju. Niestety, bez skutku. Nikt nie zażądał okupu, nie znaleziono żadnych obcych odcisków palców, stóp. Absolutnie niczego. Nigdzie nie było śladu wskazującego na to, co mogło się wydarzyć. Ponieważ mężczyzna nie miał żadnych krewnych, willę wystawiono wreszcie na licytację i kupił ją mój tata.

Dzieci milczały. Każde pogrążyło się w swoich myślach. Magnus przestał głaskać Merlina. Ptak przefrunął na ramię Lilly i zaczął bawić się jej długimi włosami.

– Myślisz, że zniknął gdzieś w przeszłości? – zastanawiała się na głos dziewczynka.

– Raczej „kiedyś” niż „gdzieś” – poprawił ją Albert.

– Ach, przestańcie gadać głupoty – zdenerwował się Magnus. Wizja mężczyzny, który zaginął gdzieś w przeszłości przejmowała go dreszczem. – Nie istnieją przecież maszyny do przenoszenia w czasie. To bzdury.

– Maszyny nie istnieją – kombinowała Lilly. – Ale może istnieje tunel czasu. – Sama tak do końca w to nie wierzyła. Ale ta sprawa pachniała przygodą. A gdyby właściciel willi nie był wcale pomyleńcem? Gdyby rzeczywiście istniała droga do przeszłości?

– Istnieje tylko jedna możliwość, aby się o tym przekonać – powiedział Albert. Podjechał do ściany, przy której stała ogromna, stara szafa, podziurkowana przez korniki. – To monstrum stało w tym miejscu, podobnie jak skrzynia, zanim wprowadziliśmy się do willi. Jeżeli w tej historii jest choć szczypta prawdy, to tajemniczy tunel znajduje się dokładnie za tą szafą – uderzył obiema rękami w drewno. – Musimy ją odsunąć.

W drodze do przeszłości

Pół godziny później dzieci siedziały zasapane pod szafą. Nawet wspólnymi siłami nie zdołały jej przesunąć ani o centymetr. Pchały i ciągnęły, napierały na nią całym ciężarem ciała i usiłowały podważyć za pomocą desek. W ostatnim geście rozpaczy obwiązały szafę liną, której drugi koniec przymocowały do wózka Alberta.

– Na trzy ruszamy, jakby ścigała nas zgraja wściekłych psów! – zarządziła Lilly. – Raz... dwa... i trzy!

Dzieci natężyły wszystkie siły. Albert kręcił jak szalony kołami wózka, Lilly napierała na oparcie, a Magnus ciągnął za poręcze. Lina aż trzeszczała.

– Nie poddawać się! – wyrzuciła z siebie Lilly, zaciskając zęby. Twarze całej trójki były purpurowe, na ich czoła wystąpiły kropelki potu. Nagle mocne szarpnięcie wyrzuciło ich na drugi koniec piwnicy. Lina się przerwała.

Lilly jak długa wylądowała na podłodze. Upadek pozbawił ją tchu. Z trudem wzięła oddech, wciągając przez usta wzbity kurz. Kaszląc i prychając, podniosła się na czworakach. Popatrzyła w stronę Alberta. Przewrócił się razem z wózkiem i siła upadku cisnęła go kilka metrów dalej. Siedział nieco zdezorientowany, opierając się o regał, i rozcierał tył głowy.

– Będzie guz – zazgrzytał zębami. – Gdzie Magnus?

Po Magnusie nie było śladu. Rozległo się natomiast ciche skrobanie. Dochodziło spod góry przewróconych kartonów. Góry, która przed nieszczęsnym manewrem z liną była porządnie ustawionym stosem.

– Jestem tutaj – odezwał się przytłumiony głos spod zwałów tektury. – Nie pytajcie mnie jednak, gdzie jest to „tutaj”.

Lilly i Albert nie mogli powstrzymać śmiechu. Znów najbardziej oberwało się Magnusowi. A przy tym miał sporo szczęścia. Gdyby nie kartony, przypuszczalnie uderzyłby z pełnym impetem w ścianę. Przyjaciele odkopali go spod porozrywanych i pogniecionych pudeł, pod którymi leżał też wózek. Albert zgrabnie wspiął się na niego, podczas gdy Magnus liczył siniaki.

– Mam złą wiadomość – oświadczyła Lilly. – Szafa niewzruszenie stoi na swoim miejscu. Jest dla nas po prostu za ciężka.

– ...siedem..., osiem..., dziewięć. Mam dziewięć siniaków – westchnął Magnus. Opadł na podłogę. Lilly klapnęła obok niego.

– Tyle wysiłku i ani śladu efektu? Powinniśmy spróbować jeszcze raz?

– Nie mam pojęcia – wykrztusił z trudem Albert. – Nie przychodzi mi nic do głowy. Nigdy bym nie pomyślał, że ten mebel może być taki ciężki.

BUM!

Ściany zatrzęsły się od huku.

– Co to było? – zdziwiła się Lilly. Zerwała się na równe nogi i przestraszona rozejrzała wokoło. W piwnicy jednak nic się nie zmieniło. Tylko kilka strzępków kurzu wzbiło się w powietrze i z gracją szybowało przez pomieszczenie.

– Ach, to na pewno z laboratorium – uspokoił ją Albert. – Tata już od tygodni pracuje nad nowym wynalazkiem. Myślę, że chce skonstruować bezgłośny odkurzacz.

– Hm, to ma przed sobą jeszcze długą drogę – zachichotał Magnus. – Ten huk nie należał do bezgłośnych... Ej, dokąd się wybierasz?

Popatrzył w ślad za Lilly, która z okrzykiem na ustach: „Zaraz wracam!”, pomknęła przez drzwi w kierunku schodów. Albert wzruszył ramionami. On też nie miał pojęcia, co zamierza ich przyjaciółka.


Lilly w jednej chwili wbiegła po stopniach wiodących z piwnicy i skierowała się do laboratorium na pierwszym piętrze. Dobrze orientowała się w willi, ponieważ tutaj mieściła się w pewnym sensie główna kwatera trójki przyjaciół. Niezliczone pokoje i wielki ogród oferowały znacznie więcej miejsca niż mieszkania, w których żyli Lilly i Magnus wraz z rodzinami. Poza tym tata Alberta pozwalał dzieciom, by bawiły się same. Mogły robić niemal wszystko, co chciały – jeśli nie było to zabronione lub zbyt niebezpieczne. Nigdy jednak nie przekraczały tej granicy wolności. Wiedziały doskonale, że w willi ponoszą odpowiedzialność za swoje czyny. Dlatego poza siniakami i otarciami nigdy nie doznawały poważniejszych obrażeń. Co najwyżej nos Magnusa zostawał czasami w jakiejś maszynie albo jakiś złośliwy sprzęt kłuł go w palec. To się jednak nie liczyło, w końcu tata Alberta był wynalazcą. I właśnie na wynalazek liczyła teraz Lilly.

Ostrożnie zapukała do drzwi laboratorium, zza których wydobywały się kłęby ciemnego dymu.

– Proszę! – zawołał ktoś między dwoma kaszlnięciami.

Lilly uchyliła drzwi. Natychmiast otuliła ją gęsta chmura pyłu i dymu.

– Zaraz będzie lepiej – rozległ się głos. – Już otworzyłem okno.

Powoli zarysowały się kontury postaci. Była wysoka, szczupła i miała dość zmierzwioną fryzurę. Kaszląc, poruszyła się w stronę drzwi, w kierunku Lilly. Wreszcie rozpoznała miłą twarz taty Alberta. Była tak samo umazana sadzą, jak zazwyczaj jego biały fartuch. W tej chwili wyglądał jak mistrz świata kominiarzy. Szczególnie szkła okularów były czarne jak smoła.

 

– Proszę pomóc mi znaleźć włącznik światła – wykrztusił. – Tu jest kompletnie ciemno, jak w czarnej dziurze podczas nowiu księżyca.

– Ależ, panie profesorze – roześmiała się Lilly. – To tylko na pana okularach osiadła sadza po eksplozji. Jest całkiem jasno, nawet bez światła.

– Ach tak? – Tata Alberta zdjął okulary. Miał tak samo zielone oczy jak jego syn. Zabłysły w umorusanej twarzy, gdy popatrzył na Lilly. – Rzeczywiście. Zdumiewająco jasno. Muszę sobie zapamiętać ten trik.

Ściśle rzecz biorąc, Lilly nie wiedziała, czy tata Alberta rzeczywiście jest profesorem czy nie. Dzieci nazywały go tak, ponieważ był genialny i roztargniony, jak zwykle bywają tylko profesorowie. W każdym razie z zawodu był naukowcem i wynalazcą. Kiedy Albert był całkiem mały, jego tata wymyślił nawet kilka skomplikowanych urządzeń, dzięki którym zarobił dużo pieniędzy. Jednak po wypadku samochodowym, w którym zginęła mama Alberta, właściwie wycofał się z normalnego życia. Zrezygnował z pracy w znanej firmie i teraz działał w willi na własną rękę, konstruując rzeczy, które u większości ludzi wywoływały jedynie brak zrozumienia.

Czasami powstawały przy tym dziwnie nieprzydatne aparatury, takie jak sterowany komputerowo kapiący kran albo automatyczna odłamywaczka do rysików. Inne rzeczy były absolutnie genialne. Na przykład inteligentna lodówka, która sama pilnowała terminu ważności mleka i alarmowała, nim skwaśniało. Albo roboty czyszczące wielkości pudełka zapałek, które szalały po willi, zbierając nawet najmniejsze ziarenka piasku. Akurat teraz cała ich kolumna rzuciła się na czarny kurz po eksplozji. Obłoczki sadzy pokazywały, gdzie uwijały się pracowite mikrusy.

Tata Alberta ogarnął wzrokiem laboratorium. Dopiero kiedy spojrzał na drzwi, zorientował się, że stoi w nich Lilly.

– Lilith, ale miła niespodzianka – odezwał się. – Myślisz, że ktoś kupiłby eksplodujący odkurzacz?

Profesor chętnie prezentował dzieciom swoje wynalazki i przykładał dużą wagę do ich zdania. Lilly zdławiła uśmiech. Jak wszyscy dorośli tata Alberta zwracał się do niej po imieniu. Starła kurz z twarzy.

– Myślę, że od eksplodujących ludzie wolą bezgłośne odkurzacze – oznajmiła szczerze.

– Tak? Szkoda – odpowiedział tata Alberta i z zakłopotaniem podrapał się po głowie. Wolną ręką podniósł ze stołu zwęglony przedmiot, który przypuszczalnie jeszcze niedawno był silnikiem odkurzacza. Teraz był kompletnie powyginany i powykręcany.

Zanim zdążył ponownie pogrążyć się w myślach, Lilly spytała szybko:

– Ma pan przypadkiem jakiś wynalazek, dzięki któremu łatwo transportuje się ciężkie meble?

– Meble? Daj mi się zastanowić – mruknął. Obrócił kilka razy zniszczony silnik. – Hmm, nie tyle meble, co chore słonie... mam coś takiego. Skonstruowałem podnośnik dla ogrodu zoologicznego. Na pewno nada się też do mebli. Znajdziesz to w trzeciej szufladzie od góry. Wygląda jak wyjątkowo płaski samochód zabawkowy. Ma też zdalne sterowanie z długim kablem. Możesz go sobie zabrać. – I powiedziawszy to, chwycił drugi czarny przedmiot, sprawdzając, czy będzie pasował do pierwszego. Teraz obracał i przekręcał obydwa, choć dziwnym trafem nie chciały już odkurzać.

– Dziękuję! – powiedziała Lilly. Pogrzebała chwilę w szufladzie, wyjęła transporter dla słoni i pomknęła do piwnicy.

Chwilę później Magnus za pomocą zdalnego sterowania wprowadził pojazd pod szafę. W takich skomplikowanych operacjach Albert i Lilly chętnie zdawali się na jego zręczne palce. Nie minęło nawet dziesięć sekund i Magnus nacisnął guzik z napisem „Podnośnik”. Szafa drgnęła, zaskrzypiała i... rzeczywiście uniosła się kilka milimetrów od podłogi.

– Myślę, że to wystarczy – wyszeptał przez zaciśnięte zęby skoncentrowany Magnus. Przesunął dźwigienkę sterowniczą w lewo. Masywna szafa z cichym pomrukiem przesuwała się w tym samym kierunku.

– Transporter dla słoni działa superaśnie! – powiedziała Lilly do Alberta. – Dobre wynalazki twojego taty są po prostu nieocenione. Wcale nie szkodzi, że czasami coś eksploduje albo nie wychodzi.

Albert milczał. Jak urzeczony wpatrywał się w szafę. Przesunęła się już o pół metra. Jeżeli tunel rzeczywiście znajdował się za nią, powinien być już widoczny. Jeszcze dziesięć centymetrów. Nic.

– Tak myślałem – zaczął Magnus. – Notatnik, podróże w czasie i tak dalej, to tylko wymysły szalonego...

Przerwał w pół zdania. W ścianie za szafą uwidoczniła się rysa. Im dalej odjeżdżała szafa, rysa robiła się szersza. Teraz była to już szczelina, w której zmieściłaby się dłoń. A potem całe ramię. Lilly zerwała się na równe nogi i przylgnęła do ściany, aby zajrzeć w szczelinę. Albert podał jej latarkę.

– To przejście! – zawołała do chłopców. – Prawdziwy tunel. Ze skalnymi ścianami jak w jaskini. Lekko zakręca, dlatego nic więcej nie mogę dojrzeć.

Szafa przesunęła się dalej. Ledwie szczelina rozszerzyła się trochę bardziej, Lilly wcisnęła się w nią. Uzbrojona w latarkę stała u wyjścia z tunelu.

– Nie wchodź głębiej! – ostrzegł ją Albert. – Nie rób tego, zanim nie wyjaśnię wam, jak obsługuje się ten tunel przenoszący w czasie.

– W porządku – odparła Lilly. – Ale... o kurza twarz – w jej głosie zabrzmiało rozdrażnienie. – Albert, mam dla ciebie złą wiadomość: tunel jest tak ciasny, że twój wózek nigdy się w nim nie zmieści. – Ze złości tupnęła nogą.

– Tak, masz chyba rację – powiedział Albert ochrypłym głosem. Magnus tymczasem odsunął szafę od ściany, odsłaniając całkowicie wejście do tunelu. Nie miało nawet pół metra szerokości. Nie było szans, żeby wózek się w nim zmieścił. Albert przełknął ślinę.

– Tak myślałem, że to będzie coś w tym rodzaju – szepnął. – W notatniku jest dalej napisane, że szalony dziwak utknął w tunelu po obfitym, tygodniowym ucztowaniu z królem Francji. Tunel musi więc być dosyć wąski.

– Okej – powiedziała Lilly. Wynurzyła się z powrotem z tunelu. – To by było na tyle. Skoro tunel nas nie chce, to my go też nie chcemy. Zasuń szafę, Magnus.

– Ej, o nie! Stop! – wykrzyknął Albert. Trącił dłoń Magnusa ze zdalnym sterownikiem. – Tylko nie to! Takiej okazji nie możemy przecież przepuścić. Chcę wiedzieć, czy tunel rzeczywiście działa. Czy naprawdę przenosi w przeszłość. Jeżeli nie mogę wypróbować go sam, to przynajmniej wy powinniście to sprawdzić. A potem opowiedzieć mi wszystko w najdrobniejszych szczegółach, jasne?

Jego zielone oczy lśniły, gdy patrzył na Magnusa i Lilly. Albert był stale ciekawy i...

– Do diabła, masz rację – zgodziła się z nim Lilly. – Ja też chcę wiedzieć.

– Chwileczkę – zgłosił się Magnus. – Naprawdę mówicie poważnie? Mamy tam wejść? W nieznany, ciemny i wąski tunel?

– Tylko w ten sposób dowiemy się, czy właścicielowi willi brakowało jedynie kilku klepek, czy też dokonał największego odkrycia w historii – skinął głową Albert. – Jak dotąd wszystko zgadza się co do joty z tym, co zapisał w notatniku.

Magnus zmierzwił sobie włosy.

– Zastanówcie się jednak! Przeszłość – to coś, co minęło. Nie można ot tak sobie do niej wejść jak do zoo.

– A może właśnie tak – zastanawiał się na głos Albert. – Tata zawsze powtarza, że nie zgłębiliśmy i nie poznaliśmy jeszcze wszystkich tajemnic przyrody. Dlaczego więc miałby nie istnieć tunel przez czas? W notatniku zostało dokładnie opisane, jak dostać się w dowolne miejsce na ziemi i w dowolny czas w przeszłości. Wydaje się to zupełnie proste.

– A co będzie, jeśli rzeczywiście zadziała? – Magnus zaryzykował ostatnią próbę sprzeciwu. – To znaczy... Taka podróż w przeszłość... Z pewnością jest niebezpieczna.

– Tak... – szepnęła Lilly, a jej oczy rozbłysły podobnie jak oczy Alberta. – Prawdziwa przygoda. Absolutnie super!

Magnus jęknął. Ciekawość Alberta i żądza przygód Lilly były nie do pobicia. Na pewno zbadają tunel. Pozostawało mu albo pójść z nimi, albo samotnie wycofać się z przedsięwzięcia. Trochę go to interesowało... A poza tym: z tą podróżą w czasie to na pewno bujda. Tunel z pewnością był zupełnie normalnym tunelem, ciemnym, zimnym i wilgotnym, tak naprawdę jednak całkiem bezpiecznym. Wejdą do środka, dotrą do końca i zawrócą. Nic więcej nie mogło się przecież wydarzyć. A przynajmniej taką nadzieję miał Magnus.


– No dobrze, idę – powiedział. – Ale pod jednym warunkiem: jeżeli jest to rzeczywiście tunel czasu, to na początek zajrzymy w przeszłość tylko na chwilę. Najwyżej na pół godziny.

Lilly już nabierała powietrza, aby zaprotestować, Albert jednak ją uprzedził.

– Uważam, że to rozsądne – powiedział. – Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to później będziemy mogli podróżować tak długo, jak zechcemy.

Zaprzeczyć temu nie mogła nawet Lilly, dlatego powiedziała tylko:

– W porządku. Wobec tego to ja zadecyduję, dokąd się udamy. Na Dziki Zachód. Zawsze chciałam go zobaczyć. Z prawdziwymi kowbojami, szeryfami i tak dalej.

Umowa stała. Pękająca z ciekawości Lilly i lekko drżący ze strachu Magnus weszli ostrożnie do tunelu, oświetlając drogę latarką. Ściany były z surowej skały o nieregularnej powierzchni, miały mnóstwo niewielkich zagłębień i uskoków. Podłoga też była nierówna, jakby pofalowana. Tego tunelu najwyraźniej nikt nie wykopał, z całą pewnością powstał w sposób naturalny. Przejście było tak wysokie, że swobodnie mógł w nim stanąć dorosły człowiek, a jednocześnie tak wąskie, że dzieci musiały iść gęsiego. Magnus starał się pozostawać tuż za Lilly, która dokładnie oświetlała chodnik, aby o nic się nie uderzyli. Mimo to Magnus oczywiście się potknął. Nie chcąc upaść, oparł się dłońmi o ścianę. W miejscu, gdzie jego palce dotknęły skały, pojawiło się słabe, niebieskie światło. Przestraszony chłopiec krzyknął.

– Co się dzieje? – spytała zdenerwowana Lilly.

Odwróciła się i skierowała snop światła latarki prosto w twarz Magnusa. W chłodnym powietrzu jej oddech tworzył chmurki pary. Chłopiec zasłonił dłońmi oczy.

– Ściana... – powiedział. – Świeci, kiedy się jej dotyka.

– Wszystko w porządku tam w środku? – dobiegł ich od wejścia głos Alberta. Siedział w piwnicy z Merlinem na ramieniu i był nie mniej zdenerwowany niż jego przyjaciele w tunelu. Na kolanach trzymał rozłożony notatnik.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?