KryjówkaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Kryjówka
Kryjówka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,80  51,84 
Kryjówka
Audio
Kryjówka
Audiobook
Czyta Joanna Domańska
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  CZĘŚĆ I - UTRACONA NIEWINNOŚĆ ROZDZIAŁ 1 ROZDZIAŁ 2 ROZDZIAŁ 3 ROZDZIAŁ 4 ROZDZIAŁ 5 ROZDZIAŁ 6 ROZDZIAŁ 7 ROZDZIAŁ 8

2  CZĘŚĆ II - NOWY PRZEŁOM ROZDZIAŁ 9 ROZDZIAŁ 10 ROZDZIAŁ 11 ROZDZIAŁ 12 ROZDZIAŁ 13 ROZDZIAŁ 14 ROZDZIAŁ 15

3  CZĘŚĆ III - PIELĘGNUJĄC KORZENIE ROZDZIAŁ 16 ROZDZIAŁ 17 ROZDZIAŁ 18 ROZDZIAŁ 19 ROZDZIAŁ 20 ROZDZIAŁ 21 ROZDZIAŁ 22 ROZDZIAŁ 23

4  CZĘŚĆ IV - MIŁOŚĆ, MROK I ŚWIATŁO ROZDZIAŁ 24 ROZDZIAŁ 25 ROZDZIAŁ 26 ROZDZIAŁ 27 ROZDZIAŁ 28 ROZDZIAŁ 29 ROZDZIAŁ 30 ROZDZIAŁ 31

Tytuł oryginału: Hideaway

Copyright © 2018 by Nora Roberts

Copyright for the Polish Edition © 2020 Wydawnictwo Edipresse Sp. z o.o.

Copyright for the translation © 2020 Danuta Śmierzchalska

Wydawnictwo Edipresse Sp. z o.o.

ul. Wiejska 19

00-480 Warszawa

Dyrektor Zarządzająca Segmentem Książek: Iga Rembiszewska

Senior Project Manager: Natalia Gowin

Produkcja: Klaudia Lis

Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk

Digital i projekty specjalne: Tatiana Drózdż

Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51)

Redakcja: Wiesława Borkowska

Korekta: Anna Godlewska, Anna Parcheta

Projekt okładki: Magdalena Zawadzka

Zdjęcia: Shutterstock


Biuro Obsługi Klienta

e-mail: bok@edipresse.pl

tel.: 22 278 15 55

(pon.–pt. w godz. 8.00–17.00)

facebook.com/edipresseksiazki

facebook.com/pg/edipresseksiazki/shop

instagram.com/edipresseksiazki

ISBN 978-83-8177-493-2

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Rodzinie. Więzom krwi i miłości

CZĘŚĆ I - UTRACONA NIEWINNOŚĆ

CZĘŚĆ I

UTRACONA NIEWINNOŚĆ

Córki – to one są ważne.

J.M. BARRIE

Dziecko to sama słodycz. Kocha wszystkich i wszyscy są

jego przyjaciółmi – dopóki coś się nie stanie.

FLANNERY O’CONNOR

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

ROZDZIAŁ 1

Big Sur · 2001

Gdy Liam Sullivan umarł w wieku dziewięćdziesięciu dwóch lat, we śnie, we własnym łóżku u boku żony, z którą przeżył lat sześćdziesiąt pięć, świat pogrążył się w żalu.

Odeszła ikona.

Urodzony w małym domku stojącym pośród zielonych wzgórz i pól w pobliżu wioski w Glendree w hrabstwie Clare, był siódmym i ostatnim dzieckiem Seamusa i Ailish Sullivanów. W chudych latach poznał, co to głód, i nigdy nie zapomniał przygotowywanego przez matkę puddingu chlebowego z masłem – ani trzepnięć jej ręką, kiedy na nie zasłużył.

Podczas pierwszej wojny światowej stracił wuja i najstarszego brata. Opłakiwał również siostrę, która przed ukończeniem osiemnastu lat zmarła, wydając na świat drugie dziecko.

Od najmłodszych lat wiedział, jak boli grzbiet po orce pługiem ciągniętym przez konia o imieniu Moon. Nauczył się strzyc owce i zarzynać jagnięta, doić krowy i budować kamienne murki. I przez całe długie życie pamiętał wieczory, gdy rodzina zasiadała przy kominku – zapach torfowego dymu, anielski głos matki, wysoki i czysty, którym śpiewała piosenki, uśmiech ojca, gdy na nią patrzył, grając na skrzypkach. I pamiętał tańce.

Będąc chłopcem, czasami zarabiał po kilka pensów, śpiewając w pubach, podczas gdy okoliczni mieszkańcy przy pintach piwa rozmawiali o rolnictwie i polityce. Jego dźwięczny tenor wywoływał łzy w ich oczach, a zwinne ciało i szybkie, zgrabne stopy w tańcu wprawiały w dobry nastrój.

Pragnął czegoś więcej niż oranie pola i dojenie krów, dużo więcej niż drobniaki zarobione w małym pubie w Glendree. Na krótko przed szesnastymi urodzinami opuścił rodzinny dom z kilkoma cennymi funtami w kieszeni. Razem z innymi, którzy pragnęli czegoś więcej, przetrzymał podróż przez Atlantyk w ciasnym pomieszczeniu pod pokładem. Gdy fale rzucały statkiem podczas sztormu i powietrze cuchnęło wymiocinami i strachem, błogosławił swój żelazny organizm.

Sumiennie pisał listy do domu, myśląc o wysłaniu ich na końcu podróży, i podtrzymywał współpasażerów na duchu, zabawiając ich piosenką i tańcem. Flirtował i wymienił kilka niecierpliwych pocałunków z płowowłosą dziewczyną z Cork o imieniu Mary, która podróżowała do Brooklynu, gdzie miała objąć posadę pokojówki w jakimś eleganckim domu.

Z Mary stanął wreszcie w chłodnym, świeżym powietrzu – wreszcie świeżym – i ujrzał wspaniały posąg kobiety wznoszącej pochodnię. Wtedy pomyślał, że to naprawdę początek jego życia. Wszędzie tyle koloru, taki hałas i ruch, tak wielu ludzi stłoczonych w jednym miejscu. To wszystko odległe od farmy, na której się urodził i wychował, nie o ocean, ale o cały świat. A teraz ten świat należał do niego.

Miał terminować u brata matki, Michaela Donahue, jako rzeźnik w dzielnicy Meatpacking. Został serdecznie powitany i zaakceptowany. Dostał łóżko w pokoju, który dzielił z dwoma kuzynami. Mimo że już po paru tygodniach nienawidził dźwięków i smrodu swojej pracy, zarabiał na utrzymanie. Jednak marzył o czymś więcej.

Pierwszy raz odkrył, czym jest to więcej, gdy trochę ciężko zarobionej wypłaty wydał, by usiąść w kinie z Mary o płowych włosach. Tam na srebrnym ekranie ujrzał magię, światy odleglejsze od wszystkiego, co dotąd znał, w których było wszystko, czego człowiek może pragnąć. Nie słyszał w nich odgłosów piły do cięcia kości i uderzeń tasaków. Nawet śliczna Mary przestała istnieć, gdy poczuł, jak przyciąga go ekran i świat, który ten oferował. Piękne kobiety, bohaterscy mężczyźni, dramat, radość. Gdy wrócił do rzeczywistości, widział wokół siebie zachwycone twarze widzów i ich łzy, słyszał śmiech i oklaski. To, pomyślał, była strawa dla głodnego brzucha, ciepły koc na chłód, światło nadziei dla steranej duszy. Nie minął rok, odkąd z pokładu statku ujrzał Nowy Jork, a opuścił to miasto, by wyruszyć na zachód.

Podróżował przez kraj zdumiony jego wielkością, zmieniającymi się widokami i porami roku. Sypiał na polach, w stodołach i na zapleczach barów, gdzie śpiewał w zamian za posłanie na pryczy. Raz spędził noc w areszcie po drobnej bójce w miejscowości Wichita. Nauczył się wskakiwać do pociągów towarowych i unikać policji. Jak opowiadał później w niezliczonych wywiadach, których udzielał po zrobieniu kariery, była to jego przygoda życia. Gdy po prawie dwóch latach podróżowania ujrzał wielkie białe litery układające się w słowo HOLLYWOODLAND, przysiągł, że tu znajdzie sławę i majątek.

Przeżyć pomagały mu rozum, głos i silny grzbiet. Dzięki inteligencji zatrudniał się do budowy scenografii w studiach filmowych, gdzie przy pracy śpiewał. Odgrywał sceny, które oglądał, ćwiczył rozmaite akcenty, które usłyszał, wędrując ze wschodu na zachód. Film dźwiękowy wszystko zmienił i teraz musiały powstać studia nagrań. Aktorzy, których podziwiał w niemych filmach, mieli głosy piskliwe albo dudniące, więc ich gwiazdy gasły. Jego czas nadszedł, gdy reżyser usłyszał, jak śpiewa w czasie pracy – akurat tę piosenkę, którą gwiazda niemego kina miała wykonać w romantycznej scenie w musicalu.

 

Liam wiedział, że facet za grosz nie umie śpiewać, a ponieważ starał się wiedzieć, co w trawie piszczy, usłyszał, że mówi się o użyciu innego głosu. Miał pewność, że jest we właściwym miejscu i czasie, żeby tym głosem zostać. Jego twarz nie pojawiła się na ekranie, ale głos podbił publiczność. To otworzyło mu drzwi. Statystowanie, epizod, niewielka rola, w której wypowiedział pierwszą kwestię. Kolejne etapy stworzyły podwaliny kariery, która rozwijała się dzięki pracy, talentowi i niestrudzonej energii Sullivana. On, chłopak z farmy w hrabstwie Clare, miał teraz agenta, kontrakt i w złotej erze Hollywood rozpoczął karierę, która miała trwać dekady i pokolenia.

Swoją Rosemary spotkał na planie musicalu, w którym on i łobuzerska popularna aktorka Rosemary Ryan występowali w głównych rolach. Był to pierwszy z ich pięciu wspólnych filmów. Wytwórnia podrzucała gazetom plotki o ich romansie, ale żadna reklama nie była potrzebna. Pobrali się w niecały rok od chwili, gdy się ujrzeli. Miesiąc miodowy spędzili w Irlandii, odwiedzając zarówno jego rodzinę, jak i jej, zamieszkałą w hrabstwie Mayo.

Zbudowali wspaniały dom w Beverly Hills, urodził im się syn, a potem córka. Kupili ziemię w Big Sur, ponieważ – tak jak w przypadku ich romansu – była to miłość od pierwszego wejrzenia. Dom z widokiem na morze, który tam postawili, nazwali Sullivan’s Rest. Stał się ich miejscem wypoczynku, a gdy lata mijały, coraz bardziej domem.

Ich syn Hugh dowiódł, że talent Sullivanów i Ryanów przechodzi z pokolenia na pokolenie, gdy z odtwórcy dziecięcych epizodów przeistoczył się w aktora grającego pierwszoplanowe role. Ich córka Maureen wybrała Nowy Jork i Broadway.

Hugh zdążył im dać pierwszego wnuka, zanim żona, miłość jego życia, zginęła w katastrofie samolotu, wracając z planu filmowego w Montanie. Ich syn z czasem stał się kolejną gwiazdą ekranu.

Wnuk Liama i Rosemary, Aidan, wierząc, że zgodnie z tradycją Sullivanów w osobie jasnowłosej piękności Charlotte Dupont znalazł miłość swojego życia, wziął z nią ślub w wielkim stylu (ekskluzywne zdjęcia ukazały się w magazynie „People”) i kupił pannie młodej rezydencję w Holmby Hills. Potem dał Liamowi prawnuczkę. Przedstawicielka czwartego pokolenia Sullivanów dostała imię Caitlyn. Hollywood natychmiast pokochało Caitlyn Ryan Sullivan, gdy mając dwadzieścia jeden miesięcy, zadebiutowała jako malutka szelmowska swatka w filmie Czy tata stworzy trójkę? Większość recenzentów uznała, że mała Cate przyćmiła oboje dorosłych aktorów (w tym swoją matkę, która zagrała obiekt westchnień), co w pewnych kręgach wywołało konsternację.

Być może wtedy ostatni raz poczułaby smak dziecięcej sławy, gdyby pradziadek nie obsadził sześcioletniej Caitlyn w roli niezależnej, decydującej o sobie Mary Kate w filmie Marzenie Donovana. Spędziła sześć tygodni na planie w Irlandii i pojawiła się na ekranie obok ojca, dziadka, pradziadka i prababci. Mówiła swoje kwestie z akcentem z zachodniego hrabstwa, jakby się tam urodziła. Film, który zyskał doskonałe recenzje i okazał się komercyjnym sukcesem, był ostatnią produkcją Liama Sullivana. W jednym z trzech wywiadów, których udzielił pod koniec życia, siedząc pod kwitnącą śliwą z widokiem na niezmierzony Pacyfik, powiedział słowami Donovana, że widział, jak jego marzenie się spełnia. Zagrał w świetnym filmie wspólnie z kobietą, którą kochał przez sześć dziesiątków lat, z ich chłopcami Hugh i Aidanem oraz ukochaną wnuczką Cate. Powiedział, że kino dało mu najwspanialsze z przygód, więc uznał, że tym obrazem w doskonały sposób zamknie dżina w butelce.

W chłodne, jasne lutowe popołudnie, trzy tygodnie po śmierci Liama, wdowa po nim, rodzina i wiele osób, z którymi zaprzyjaźnił się przez lata, zebrali się w posiadłości w Big Sur, aby – jak zapowiedziała Rosemary – uczcić jego dobre i spełnione życie. Uroczysty pogrzeb odbył się w Los Angeles, z udziałem znakomitości i z mowami żałobnymi, ale to spotkanie miało upamiętnić radość, jaką dawał. Były przemowy i anegdoty, pojawiły się łzy. Znalazło się miejsce dla muzyki, śmiechu i bawiących się dzieci. Nie zabrakło jedzenia, whiskey i wina.

Rosemary, której włosy były teraz białe jak śnieg na szczytach gór Santa Lucia, cieszyła się tym dniem, gdy usiadła – trochę zmęczona, prawdę mówiąc – przed wysokim kamiennym kominkiem w salonie, który nazywali pokojem spotkań. Mogła stąd obserwować ocean i dzieci, którym zupełnie nie przeszkadzał zimowy chłód. Gdy Hugh przy niej usiadł, ujęła jego dłoń.

– Pomyślisz, że jestem starą wariatką, kiedy ci powiem, że wciąż czuję jego obecność, jakby siedział obok mnie?

W głosie Rosemary, tak jak u jej męża, słychać było śpiewną intonację z rodzinnych stron.

– Jak mógłbym tak myśleć, skoro i ja ją czuję?

Odwróciła się do syna. Siwe włosy miała krótko obcięte, dla stylu i wygody. Jej żywo zielone oczy były pełne humoru.

– Twoja siostra powiedziałaby, że oboje jesteśmy szaleni. Że też urodziłam tak trzeźwo myślące dziecko jak Maureen.

Wzięła herbatę, którą jej podał, i uniosła brew.

– Czy jest w tym whiskey?

– Znam swoją mamę.

– To prawda, mój chłopcze, ale nie wiesz wszystkiego.

Upiła łyk herbaty i westchnęła. Potem przyjrzała się twarzy syna. Jest tak bardzo podobny do ojca, pomyślała. Piekielnie przystojny Irlandczyk. Jej chłopiec, jej dziecko, miał srebrne pasemka we włosach i oczy, które wciąż jaśniały najbardziej błękitnym z błękitów.

– Wiem, jak cierpiałeś, gdy straciłeś Livvy. Tak nagle, w taki okrutny sposób. Widzę ją w naszej Caitlyn, i to w czymś więcej niż wygląd. Widzę to w jej radosnym usposobieniu, w jej zaciętości i sile. Znów gadam jak wariatka.

– Nie. Ja widzę to samo. Kiedy się śmieje, słyszę śmiech Livvy. Ona jest dla mnie skarbem.

– Wiem. Dla mnie też, tak jak była dla twojego taty. Cieszę się, Hugh, że spotkałeś Lily i że po tych wszystkich latach samotności znalazłeś szczęście. Jest dobrą matką dla swoich dzieci i kochającą babcią dla naszej Cate przez te ostatnie cztery lata.

– To prawda.

– Wiedząc to, wiedząc, że Maureen jest szczęśliwa, że jej dzieci i ich dzieci mają się dobrze, podjęłam decyzję.

– W jakiej sprawie?

– Reszty mojego życia. Kocham ten dom – szepnęła. – Tę ziemię. Znam tu wszystko w każdym świetle, o każdej porze roku, w każdej atmosferze. Wiesz, że nie sprzedaliśmy domu w Los Angeles głównie ze względów sentymentalnych i z powodu wygody. Dobrze go mieć na wypadek, gdyby któreś z nas pracowało tam przez jakiś czas.

– Chcesz go teraz sprzedać?

– Myślę, że nie. Wspomnienia stamtąd też są mi drogie. Wiesz, że mamy mieszkanie w Nowym Jorku i że daję je Maureen. Musisz mi powiedzieć, czy chcesz dostać dom w Los Angeles, czy ten tutaj. Chcę to wiedzieć, bo wyjeżdżam do Irlandii.

– Z wizytą?

– Żeby tam zamieszkać. Czekaj. – Powstrzymała go, zanim zdążył coś powiedzieć. – Może i wychowywałam się w Bostonie od dziesiątego roku życia, ale nadal mam tam rodzinę i swoje korzenie. Jest tam również rodzina, którą dał mi twój ojciec.

Hugh położył dłoń na jej ręce i uniósł głowę, spoglądając przez wielkie okno na dzieci i resztę bliskich.

– Rodzinę masz tutaj.

– Tak. Tu, w Nowym Jorku, Bostonie, w Clare, Mayo i… a niech mnie! Teraz nawet w Londynie. Boże, ależ jesteśmy rozrzuceni, prawda, kochanie?

– Na to wygląda.

– Mam nadzieję, że oni wszyscy przyjadą mnie odwiedzić. Jednak to w Irlandii chcę teraz być. W spokojnym, zielonym miejscu. – Uśmiechnęła się do niego z błyskiem w oczach. – Stara wdowa, która piecze irlandzki chleb na sodzie i dzierga szaliki na drutach.

– Nie wiesz, jak upiec chleb i nie umiesz niczego wydziergać.

– Ha! – Klepnęła go w dłoń. – Mogę się nauczyć, nawet teraz, w moim zaawansowanym wieku. Wiem, że macie z Lily własny dom, ale dla mnie nadszedł już czas, by się wycofać, że tak powiem. Bóg jeden wie, jak Liamowi i mnie udało się zgromadzić tyle pieniędzy, robiąc to, co robiliśmy z miłości do naszej profesji.

– Dzięki talentowi. – Delikatnie dotknął palcem jej głowy. – I rozumowi.

– No tak, mieliśmy jedno i drugie. A teraz chcę się pozbyć trochę tego, co uzbieraliśmy. Dla siebie pragnę tego ślicznego domku, który kupiliśmy w Mayo. A więc który dla ciebie, Hugh? Beverly Hills czy Big Sur?

– Ten tutaj. – Gdy się uśmiechnęła, pokręcił głową. – Znałaś odpowiedź, zanim zapytałaś.

– Znam swojego syna lepiej, niż on zna swoją mamę. A więc ustalone. Posiadłość jest twoja. I ufam, że o nią zadbasz.

– Wiesz, że tak, ale…

– Nic z tego, już zdecydowałam. Do licha, spodziewam się, że będę miała gdzie przytulić głowę, kiedy przyjadę w odwiedziny. A przyjadę. Spędziliśmy tu wiele dobrych lat, ja i twój tata. Chcę, żeby nasi potomni też byli tu szczęśliwi. – Poklepała go po ręce. – Popatrz tam, Hugh. – Roześmiała się, widząc Cate stającą na rękach i robiącą przerzuty. – Tam za oknem jest przyszłość, a ja jestem bardzo wdzięczna, że mam udział w jej tworzeniu.

Podczas gdy Cate akrobacjami zabawiała dwóch młodszych kuzynów, jej rodzice kłócili się w gościnnej sypialni. Charlotte, z włosami upiętymi w kok na tę okazję, krążyła po pokoju. Stukanie jej louboutinów na drewnianej podłodze brzmiało jak niecierpliwe pstrykanie palcami. Emanująca z niej dzika energia kiedyś zachwycała Aidana. Teraz tylko go męczyła.

– Na miłość boską, Aidan, chcę się stąd wynieść.

– I zrobimy to. Jutro po południu, zgodnie z planem.

Odwróciła się do niego gwałtownie z ponuro zaciśniętymi ustami. Oczy błyszczały jej łzami gniewu. Miękkie zimowe światło wlewało się za nią przez szerokie szklane drzwi, tworząc wokół jej postaci świetlisty kontur.

– Mam dość, nie rozumiesz? Nie widzisz, że już nie wytrzymuję nerwowo? Czemu, do diabła, musimy jeść jutro to idiotyczne rodzinne śniadanie? Wczoraj była przeklęta kolacja, dziś przez cały dzień ciągną się rozmowy – nie wspominając o pogrzebie. Niekończący się pogrzeb. Ile jeszcze mam usłyszeć opowieści o wspaniałym Liamie Sullivanie?

Kiedyś myślał, że ona rozumie jego głębokie, mocno splecione rodzinne więzy, potem miał nadzieję, że zacznie je rozumieć. Teraz oboje wiedzieli, że zaledwie tolerowała jego bliskich. Do czasu, gdy przestała.

Kompletnie wyczerpany Aidan usiadł i rozprostował długie nogi. Zaczął zapuszczać brodę do swojej nowej roli. Swędziała i to go irytowało. Cierpiał, że w tym momencie dokładnie to samo czuł wobec żony. Wyboje w ich małżeństwie ostatnio się wygładziły. Teraz wyglądało na to, że znów natrafili na koleiny.

– Charlotte, to jest ważne dla mojej babci, dla ojca, dla mnie, dla całej rodziny.

– Twoja rodzina pożera mnie w całości, Aidan.

Odwróciła się na pięcie, rozkładając ręce. Tyle dramatyzmu, pomyślał, z powodu kilku godzin więcej.

– To tylko jedna noc i do kolacji zostanie nas ledwie garstka. Jutro o tej porze będziemy w domu. Nadal mamy gości, Charlotte. Powinniśmy teraz być na dole.

– Więc niech twoja babcia się nimi zajmie. Twój ojciec. Ty. Dlaczego nie mogę wsiąść do samolotu i wrócić do domu?

– Bo to samolot mojego ojca, a ty, Caitlyn i ja wrócimy do domu jutro razem z nim i Lily. Teraz stanowimy jednolity front.

– Gdybyśmy mieli własny samolot, nie musielibyśmy czekać.

Aidan poczuł narastający ból głowy pomiędzy oczami.

– Naprawdę musimy tam zejść? I to teraz? – Wzruszyła ramionami. – Nikomu nie będzie mnie brakowało.

Spróbował innej taktyki i się uśmiechnął. Wiedział z doświadczenia, że na łagodność jego żona reagowała lepiej niż na surowość.

– Mnie będzie.

Wreszcie z westchnieniem uśmiechnęła się w odpowiedzi. Pomyślał, że miała uśmiech, na którego widok serce stawało mężczyznom w piersi.

– Jestem jak wrzód na tyłku.

– Tak, ale mój wrzód na tyłku.

Roześmiała się, po czym podeszła i usiadła mu na kolanach.

– Przepraszam, kochanie. Prawie przepraszam. Tak jakby przepraszam. Wiesz, że nigdy nie lubiłam tego miejsca. Wydaje się tak odizolowane, że wywołuje we mnie klaustrofobię. Zdaję sobie sprawę, że to, co mówię, nie ma sensu.

 

Wiedział, że nie należy dotykać tych lśniących jasnych włosów, gdy zostały ufryzowane, więc tylko pocałował ją lekko w skroń.

– Rozumiem, ale jutro będziemy w domu. Chcę, żebyś wytrzymała jeszcze tylko jedną noc, dla mojej babci i taty. Dla mnie.

Syknęła i dźgnęła go palcem w ramię, a potem w charakterystyczny dla siebie sposób wydęła usta. Pełne, koralowe wargi, nadąsane i łagodne spojrzenie błękitnych oczu okolonych ciemnymi rzęsami.

– Muszę zdobyć za to punkty. Dużo punktów.

– Co powiesz na długi weekend w Cabo w zamian za te punkty?

Gwałtownie nabrała powietrza i objęła dłońmi jego twarz.

– Mówisz serio?

– Mam jeszcze parę tygodni do rozpoczęcia zdjęć. – Mówiąc to, potarł szczecinę na brodzie. – Powiedzmy, że wybierzemy się na plażę na kilka dni. Cate będzie zachwycona.

– Ona ma teraz szkołę, Aidan.

– Zatrudnimy prywatnego nauczyciela.

– A co powiesz na to? – Teraz objęła męża ramionami i przywarła do niego całym ciałem, nadal w żałobnej czerni. – Cate spędza długi weekend z Hugh i Lily, czym jest zachwycona. A ty i ja jedziemy na kilka dni do Cabo. – Pocałowała go. – Tylko my dwoje. Bardzo chciałabym mieć trochę tylko nas, kochanie. Nie sądzisz, że nam tego potrzeba?

Prawdopodobnie miała rację – gładkie powierzchnie wymagają takiej samej troski jak wyboje. Mimo że nie znosił myśli o pozostawieniu Cate, Charlotte zapewne miała rację.

– Możemy to załatwić.

– Tak! Wyślę esemes do Granta, dowiem się, czy będzie mógł odbyć kilka dodatkowych sesji w tym tygodniu. Chcę mieć idealne ciało do bikini.

– Już je masz.

– Mój słodki mężuś. Zobaczymy, co powie mój brutalny trener. Och! – Poderwała się z jego kolan. – Muszę zrobić zakupy.

– Ale teraz musimy wrócić na dół.

Cień irytacji przemknął przez jej twarz, zanim zdążyła go ukryć.

– Okej. Masz rację, ale daj mi kilka minut, bo muszę zająć się twarzą.

– Twoja twarz jest cudowna, jak zawsze.

– Słodki mężuś. – Wyciągnęła palec w jego stronę, podchodząc do toaletki. Potem stanęła. – Dzięki, Aidan. Ostatnie tygodnie, z tymi hołdami i żałobnymi uroczystościami, były trudne dla nas wszystkich. Kilka dni z dala od tego dobrze nam zrobi. Zaraz zejdę na dół.

Podczas gdy jej rodzice godzili się ze sobą, na zakończenie dnia Cate zorganizowała grę w chowanego na świeżym powietrzu. Jej ulubiona zabawa w trakcie rodzinnych spotkań miała swoje zasady, ograniczenia i otrzymywało się w niej dodatkowe punkty. Tym razem zasady obejmowały tylko teren poza domem, ponieważ kilkoro dorosłych postanowiło, że nie można biegać w środku. Gracz szukający dostawał punkt za każdego uczestnika, przy czym pierwszy znaleziony stawał się szukającym w następnej rundzie. Jeśli ten, który się ukrywał, a teraz był szukającym, miał pięć lub mniej lat, mógł dobrać sobie partnera do pomocy. Jeśli ktoś nie został odkryty przez trzy rundy, zdobywał dziesięć dodatkowych punktów. Ponieważ Cate cały dzień planowała tę grę, wiedziała, jak wszystkich pokonać.

Rzuciła się do biegu, gdy Boyd, siedmiolatek, zaczął odliczać jako pierwszy gracz szukający. Ponieważ mieszkał w Nowym Jorku jak jego babcia, odwiedzał Big Sur najwyżej kilka razy w roku. Nie znał terenu tak dobrze jak ona. Poza tym miała już wybraną nową kryjówkę. Przewróciła oczami na widok pięcioletniej kuzynki Avy, która wpełzła pod biały obrus na stole z jedzeniem. Boyd znajdzie Avę w dwie minuty. Już miała się cofnąć, żeby pokazać dziewczynce lepsze miejsce, ale przecież każde dziecko odpowiadało za siebie!

Większość gości odjechała, kolejni właśnie się żegnali. Jednak wielu dorosłych wciąż kręciło się na tarasach, przy barach na powietrzu albo siedziało wokół któregoś z palenisk. Przypomniawszy sobie dlaczego, poczuła ból. Kochała pradziadka. Zawsze miał dla niej jakąś opowieść, a w kieszeni cytrynowe dropsy. Płakała bez końca, gdy tata jej powiedział, że jego dziadek poszedł do nieba. On też płakał, chociaż mówił, że dziadek miał długie, szczęśliwe życie. Że tak dużo znaczył dla wielu ludzi i nigdy nie zostanie zapomniany.

Pomyślała o zdaniu, które powiedział w ich wspólnym filmie, gdy siedział z nią na kamiennym murku, patrząc na rozciągającą się przed nim ziemię: „Droga życiowa jest naznaczona, kochanie, naszymi czynami – dobrymi lub złymi. Ci, których zostawiamy, oceniają te znaki i pamiętają”.

Przypomniała sobie cytrynowe dropsy i uściski pradziadka, pędząc w stronę garażu i mijając go. Wciąż słyszała głosy dobiegające z tarasów i otoczonego murem ogrodu. Jej celem było wielkie drzewo. Gdyby się wspięła na trzecią gałąź, mogłaby się ukryć za grubym pniem, w gęstwinie liści, które tak pięknie pachniały. Trzy metry nad ziemią. Nikt by jej nie znalazł!

Czarne celtyckie włosy powiewały za nią, gdy tam biegła. Jej niania, Nina, spięła je po bokach spinkami w kształcie motylków, żeby nie spadały na twarz. Zuchwałe, niebieskie oczy Cate śmiały się rozbawione, gdy znikała z widoku z wielopoziomowej rezydencji, daleko poza domkiem gościnnym ze stopniami prowadzącymi do niewielkiej plaży i basenu nad oceanem. Przez pierwszą część dnia miała na sobie sukienkę, żeby zachować się z szacunkiem, ale na później Nina przygotowała dla niej ubranie do zabawy. Musiała uważać, żeby nie zniszczyć swetra, ale wiedziała, że może pobrudzić dżinsy.

– Wygram – szepnęła, sięgając do pierwszej gałęzi wawrzynu kalifornijskiego i opierając stopę w purpurowym (obecnie jej ulubionym kolorze) sneakersie we wgłębieniu w pniu drzewa.

Usłyszała za sobą szmer i chociaż wiedziała, że to nie może być Boyd, jeszcze nie, serce jej zabiło. W oczach mignął jej mężczyzna w stroju kelnera, z jasną brodą i włosami związanymi w kucyk. Miał lustrzane okulary przeciwsłoneczne, od których odbijało się światło.

Cate się uśmiechnęła i przytknęła palec do ust.

– Bawimy się w chowanego – wyjaśniła.

Mężczyzna odwzajemnił uśmiech.

– Podsadzić cię? – zapytał. Skinął głową, a potem postąpił naprzód, żeby jej pomóc.

Poczuwszy ostre ukłucie igły z boku szyi, spróbowała w nią pacnąć, jakby użądlił ją owad. Potem oczy uciekły jej w tył głowy i przestała cokolwiek czuć.

Mężczyzna momentalnie założył jej knebel, a nadgarstki i kostki nóg związał plastikowymi opaskami zaciskowymi. Nie ważyła dużo, ale będąc w doskonałej formie fizycznej, bez trudu zaniósłby ją do czekającego parę metrów dalej wózka kelnerskiego, nawet gdyby była dorosłą kobietą. Wepchnął ją do szafki wózka, który potoczył do przygotowanej w tym celu furgonetki firmy cateringowej. Wjechał nim na rampę i zatrzasnął drzwi ładowni. W niecałe dwie minuty przejechał długim podjazdem wijącym się na skraj prywatnego półwyspu. Przy bramkach bezpieczeństwa wstukał kod palcem w rękawiczce. Gdy się otworzyły, przejechał przez nie i skręcił w stronę drogi nr 1. Oparł się chęci zdjęcia peruki i sztucznej brody. Jeszcze nie teraz. Chociaż go irytują, jakoś to zniesie. Nie jechał daleko i spodziewał się, że ten wart dziesięć milionów bachor będzie zamknięty w eleganckim letnim domu (właściciele obecnie przebywali na Maui), zanim ktokolwiek nawet pomyśli, żeby jej szukać.

Zjechał z szosy i ruszając pod górę stromą drogą do miejsca, gdzie jakiś bogaty dupek postanowił zbudować sobie wakacyjny raj ze skupiskiem drzew, skał i gęstymi zaroślami, pogwizdywał pod nosem. Wszystko poszło gładko jak po maśle.

Zauważył, że jego wspólnik kręci się na tarasie z tyłu domu, i przewrócił oczami. Skoro mówimy o dupkach.

Na miłość boską, sukces mieli w kieszeni! Dzieciak zostanie pod wpływem środków usypiających, ale na wszelki wypadek muszą nosić maski. Za kilka dni – może szybciej – staną się bogaci, mała wróci do pieprzonych Sullivanów, a on z nowym nazwiskiem i paszportem będzie w drodze do Mozambiku, aby w wielkim stylu rozkoszować się słońcem.

Zatrzymał furgonetkę z boku domu. Był ledwie widoczny z drogi, wiedział więc, że nikt nie dostrzeże samochodu stojącego przy drzewach.

Zanim zdążył wysiąść, jego wspólnik już do niego przybiegł.

– Masz ją?

– Pewnie, kurde. To było bardzo łatwe.

– Jesteś pewien, że nikt cię nie widział? Jesteś pewien…

– Jezu, Denby, wyluzuj.

– Bez nazwisk – syknął Denby, podnosząc przeciwsłoneczne okulary i rozglądając się wokół, jakby ktoś czekał w lesie, by ich zaatakować. – Nie możemy ryzykować, że usłyszy, jak się nazywamy.

– Jest nieprzytomna. Weźmy ją na górę i zamknijmy, żebym mógł zdjąć to gówno z twarzy. Mam ochotę na piwo.

– Najpierw maski. Słuchaj, nie jesteś cholernym lekarzem. Nie możemy mieć stuprocentowej pewności, że nadal jest odurzona.

– Dobra, dobra. Idź po swoją maskę. Ja zostanę przy tym. – Poklepał się po fałszywej brodzie.

Gdy Denby wszedł do domu, mężczyzna otworzył tylne drzwi furgonetki i wsiadł do ładowni, żeby otworzyć szafkę kelnerskiego wózka. Wyłaź, pomyślał, koniec zabawy w chowanego. Opuścił Cate na podłogę, pociągnął do drzwi – nawet nie pisnęła – i wyskoczył z samochodu.

Obejrzał się i na widok Denby’ego, który nadszedł w masce i peruce tańczącego klauna Pennywise’a z horroru Stephena Kinga, zaczął się śmiać jak wariat.

– Jeśli się obudzi, zanim zabierzemy ją do środka, prawdopodobnie zemdleje z przerażenia – powiedział.

– Chcemy, żeby się bała, no nie? Wtedy będzie współpracować. Mała, bogata rozpieszczona dziwka.

– To powinno zadziałać. Nie jesteś Timem Currym, ale zadziała. – Przerzucił sobie Cate przez ramię. – Na górze wszystko gotowe?

– Tak. Okna są zablokowane. Ale nadal ma fantastyczny widok na góry – dodał Denby, idąc za wspólnikiem przez kosztownie rustykalną sień do otwartej przestrzeni wypoczynkowej. – Nie żeby miała się nim cieszyć, skoro cały czas ma być odurzona albo prawie.

Denby podskoczył nerwowo, gdy przypięta do paska jego wspólnika komórka zagrała meksykańską melodię Jarabe Tapatío – Tańca Kapelusza.

– Cholera, Grant!

Grant Sparks tylko się roześmiał.

– Użyłeś mojego nazwiska, idioto. – Wniósł Cate po schodach na piętro otwarte na parter z katedralnym sufitem. – To esemes od mojego cukiereczka. Musisz wyluzować, stary.

Zaniósł Cate do sypialni, którą wybrali, bo jej okna wychodziły na tyły domu i miała własną łazienkę. Rzucił dziewczynkę na wielkie łóżko pozbawione przez Denby’ego wszystkiego poza pościelą – tanią, którą kupili i potem zabiorą ze sobą. Łazienka była po to, żeby nie musieli wyciągać małej z pokoju, unikali też sprzątania po niej, na co żaden z nich nie miał ochoty. Jeśli nabrudzi, wypiorą pościel. Kiedy załatwią sprawę, prześcielą pięknie łóżko, przywracając mu poprzedni wygląd, i usuną gwoździe wbite dla zablokowania okien.