Dziedzictwo dobraTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Część pierw­sza Roz­dział 1 Roz­dział 2 Roz­dział 3 Roz­dział 4 Roz­dział 5 Roz­dział 6 Roz­dział 7 Roz­dział 8 Roz­dział 9 Roz­dział 10

2  Część druga Roz­dział 11 Roz­dział 12 Roz­dział 13 Roz­dział 14 Roz­dział 15 Roz­dział 16 Roz­dział 17 Roz­dział 18 Roz­dział 19 Roz­dział 20

3  Część trze­cia Roz­dział 21 Roz­dział 22 Roz­dział 23 Roz­dział 24 Roz­dział 25 Roz­dział 26 Roz­dział 27 Roz­dział 28 Roz­dział 29 Roz­dział 30

Tytuł ory­gi­nału: LEGACY

Wydawca: Urszula Ruzik-Kuliń­ska Redak­tor pro­wa­dzący: Iwona Den­kie­wicz Redak­cja: Ewdo­kia Cydejko Korekta: Miro­sława Kostrzyń­ska

Copy­ri­ght © 2021 by Nora Roberts

All rights rese­rved.

Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Jan Kabat, 2021

ISBN 978-83-659-2801-6

War­szawa 2021

Wydaw­nic­two Świat Książki

02-103 War­szawa, ul. Han­kie­wi­cza 2

Księ­gar­nia inter­ne­towa: swiatk­siazki.pl

Dys­try­bu­cja:

Dres­sler Dublin Sp. z o.o.

05-850 Oża­rów Mazo­wiecki ul. Poznań­ska 91

e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl]

tel. +48 22 733 50 31/32

www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Moim dzie­ciom i ich dzie­ciom.

I tym, które się jesz­cze poja­wią.

Część pierw­sza

Ambi­cje

Moc czy­nie­nia dobra jest praw­dzi­wym i upraw­nio­nym celem ludz­kich aspi­ra­cji.

Sir Fran­cis Bacon

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Roz­dział 1

GEO­R­GE­TOWN

Kiedy Adriana Rizzo po raz pierw­szy spo­tkała swo­jego ojca, chciał ją zabić.

Gdy była sied­mio­latką, jej świat skła­dał się głów­nie z ruchu. Przez więk­szość czasu miesz­kała z matką – i Mimi, która trosz­czyła się o nie obie – w Nowym Jorku. Cza­sem jed­nak bawiła kilka tygo­dni w Los Ange­les albo w Chi­cago czy Miami.

Latem odwie­dzała swo­ich dziad­ków w Mary­land, jechała do nich na co naj­mniej dwa tygo­dnie. Było to według niej naj­przy­jem­niej­sze, ponie­waż mieli psy, duże podwórko, na któ­rym mogła się bawić, i oponę, na któ­rej mogła się huś­tać.

Kiedy miesz­kały na Man­hat­ta­nie, cho­dziła do szkoły i to było w porządku. Brała lek­cje tańca i gim­na­styki, co uwa­żała za coś o wiele lep­szego niż szkoła.

W trak­cie podróży zwią­za­nych z pracą matki Mimi udzie­lała jej lek­cji w domu; uwa­żano, że wykształ­ce­nie jest ważne. Mimi włą­czała do niego naukę o miej­scach, w któ­rych bywały. Ponie­waż zatrzy­mały się na cały mie­siąc w Waszyng­to­nie, ozna­czało to oglą­da­nie pomni­ków i zabyt­ków, wycieczkę do Bia­łego Domu i Insty­tutu Smi­th­sona, wiel­kiego kom­pleksu muze­alno-badaw­czego.

Cza­sem musiała pra­co­wać z mamą – i to też bar­dzo lubiła. Ile­kroć wystę­po­wała w jed­nym z mat­czy­nych nagrań wideo, zmu­szona była opa­no­wać pewne umie­jęt­no­ści, takie jak car­dio dance albo joga.

Lubiła tę naukę; lubiła tań­czyć.

W wieku pię­ciu lat nagrała z mamą kasetę wideo dla dzieci i rodzin. Z ćwi­cze­niami jogi, ponie­waż, bądź co bądź, była dziec­kiem w Yoga Baby, mat­czy­nej fir­mie.

Odczuła dumę i pod­nie­ce­nie, kiedy matka jej powie­działa, że nagrają następną kasetę. Może – jak będzie miała dzie­sięć lat – dla grupy wła­śnie w tym wieku.

Mama wszystko wie­działa o gru­pach wie­ko­wych, demo­gra­fii i innych podob­nych rze­czach. Adriana sły­szała, jak roz­ma­wia o tym ze swoim mene­dże­rem i pro­du­cen­tami.

Mama wie­działa też mnó­stwo o fit­ness, o więzi mię­dzy umy­słem i cia­łem, o medy­ta­cji i tego rodzaju spra­wach.

Nie wie­działa tylko, jak goto­wać – w prze­ci­wień­stwie do dziadka i babci, któ­rzy byli wła­ści­cie­lami restau­ra­cji. Nie lubiła się tylko bawić jak Mimi – była naprawdę zajęta swoją karierą.

Odby­wała wiele spo­tkań i prób, także sesji, wystę­po­wała też publicz­nie i udzie­lała wywia­dów.

Nawet w wieku sied­miu lat Adriana poj­mo­wała, że Lina Rizzo nie­wiele wie o tym, jak być mamą.

Mimo wszystko nie miała nic prze­ciwko temu, by dziew­czynka bawiła się jej kosme­ty­kami do maki­jażu – dopóki potem odkła­dała wszystko na swoje miej­sce. I ni­gdy się nie gnie­wała, jeśli ćwi­czyły, a mała popeł­niała jakieś błędy.

Pod­czas tej podróży naj­lep­sze ze wszyst­kiego było to, że zamiast pole­cieć z powro­tem do Nowego Jorku, gdzie mama miała dokoń­czyć wideo, prze­pro­wa­dzić wywiady i odbyć spo­tka­nia, zamie­rzały poje­chać w odwie­dziny do dziad­ków na długi week­end.

Pla­no­wała wyne­go­cjo­wać cały tydzień, chwi­lowo jed­nak sie­działa na pod­ło­dze w drzwiach i przy­glą­dała się, jak matka opra­co­wuje nową serię ćwi­czeń.

Lina wybrała ten wła­śnie dom na cały mie­siąc, bo miał salę gim­na­styczną z lustrza­nymi ścia­nami, rów­nie waż­nymi dla niej jak liczba sypialni.

Robiła przy­siady i wypady, pod­no­siła kolana, dosko­na­liła sekwen­cję: przy­siad, deska, pompka, wyskok – Adriana znała wszyst­kie te fachowe okre­śle­nia. A Lina prze­ma­wiała do lustra – swo­ich widzów – prze­ka­zu­jąc instruk­cje i wypo­wia­da­jąc słowa zachęty.

Od czasu do czasu wyry­wał się jej jakiś brzydki wyraz i zaczy­nała ćwi­cze­nie od nowa.

Adriana uwa­żała, że matka jest piękna, jak spo­cona księż­niczka, mimo że nie miała maki­jażu; nor­malne – nie było tu prze­cież kamer ani ludzi. Odzna­czała się zie­lo­nymi oczami, jak bab­cia, i skórą, która wyglą­dała tak, jakby się kąpała w pro­mie­niach słońca – choć tego nie robiła. Jej włosy – spięte teraz z tyłu głowy frotką – przy­po­mi­nały kasz­tany, któ­rych torebkę, pach­ną­cych i cie­płych, można było kupić pod­czas świąt Bożego Naro­dze­nia.

Była wysoka – choć nie tak jak dzia­dek – i dziew­czynka miała nadzieję, że ona też będzie taka wysoka, kiedy doro­śnie.

Nosiła obci­słe maleń­kie szorty i spor­towy biu­sto­nosz, ni­gdy jed­nak nie wło­ży­łaby niczego, co odsła­nia­łoby tak wiele w trak­cie nagry­wa­nia kasety czy poka­zów, ponie­waż, jak twier­dziła, byłoby to bez klasy.

Adriana, wycho­wy­wana wedle zasady „w zdro­wym ciele zdrowy duch”, wie­działa, że jej mama jest sprawna, mocna i nie­sa­mo­wita.

Mru­cząc coś pod nosem, Lina prze­rwała ćwi­cze­nia, by spo­rzą­dzić kilka nota­tek potrzeb­nych do sce­na­riu­sza sesji. Ten skła­dał się z trzech czę­ści – tańca car­dio, tre­ningu siło­wego i jogi – każda trwała pół godziny, plus dodat­kowa pięt­na­sto­mi­nu­towa, poświę­cona całemu ciału.

Lina chwy­ciła ręcz­nik, żeby otrzeć twarz, i dostrze­gła córkę.

– Cho­lera, Adriano! Ależ mnie wystra­szy­łaś. Nie wie­dzia­łam, że tu sie­dzisz. Gdzie Mimi?

– W kuchni. Na kola­cję będzie kur­czak z ryżem i szpa­ra­gami.

– Wspa­niale. Może byś jej pomo­gła? Muszę wziąć prysz­nic.

– Dla­czego jesteś zła?

– Nie jestem zła.

– Byłaś zła, kiedy roz­ma­wia­łaś przez tele­fon z Har­rym. Krzy­cza­łaś, że nikomu nic nie mówi­łaś, zwłasz­cza jakie­muś cho­ler­nemu dzien­ni­ka­rzowi z tablo­idu.

 

Lina wyrwała frotkę z wło­sów w spo­sób, w jaki to zwy­kle robiła, ile­kroć bolała ją głowa.

– Nie powin­naś słu­chać pry­wat­nych roz­mów.

– Nie słu­cha­łam, tylko sły­sza­łam. Jesteś zła na Harry’ego?

Adriana lubiła mat­czy­nego agenta od reklamy. Prze­my­cał jej małe torebki m&m’sów albo skit­tle­sów i opo­wia­dał śmieszne żar­ciki.

– Nie, nie jestem zła na Harry’ego. Idź pomóc Mimi. Powiedz jej, że zejdę za pół godziny.

Tak, była zła, pomy­ślała Adriana, kiedy matka się odda­liła. Może nie na Harry’ego, ale na kogoś, gdyż popeł­niła w cza­sie ćwi­czeń mnó­stwo błę­dów i wypo­wie­działa sporo brzyd­kich słów.

A jej matka rzadko kiedy popeł­niała błędy.

A może zwy­czaj­nie bolała ją głowa? Mimi mówiła, że ludzi cza­sami boli głowa, gdy się za bar­dzo mar­twią.

Adriana wstała z pod­łogi. Ponie­waż jed­nak poma­ga­nie przy kola­cji było nudne, weszła do sali gim­na­stycz­nej. Sta­nęła przed lustrami, dziew­czynka wysoka jak na swój wiek, z krę­co­nymi wło­sami – czar­nymi, jakie kie­dyś miał dzia­dek – wymy­ka­ją­cymi się spod opa­ski. Jej oczy miały w sobie zbyt dużo złota, żeby ucho­dzić za praw­dzi­wie zie­lone, jak oczy matki, miała wszakże nadzieję, że z cza­sem się zmie­nią.

Ubrana w różowe szorty i pod­ko­szu­lek w kwiatki, przy­brała odpo­wied­nią pozę, po czym, włą­czyw­szy w gło­wie muzykę, zawi­ro­wała w tańcu.

Uwiel­biała lek­cje tańca i gim­na­styki, kiedy były w Nowym Jorku, teraz jed­nak wyobra­żała sobie, że nie uczest­ni­czy w nich, tylko je pro­wa­dzi.

Wiro­wała, wyma­chi­wała nogami, wyko­nała prze­rzut, a potem szpa­gat. Cross-step, salsa, skok! Impro­wi­zo­wała na żywo.

Bawiła się tak przez dwa­dzie­ścia minut. Ostat­nie nie­winne dwa­dzie­ścia minut jej życia.

A potem ktoś naci­snął dzwo­nek przy drzwiach wej­ścio­wych. Naci­snął i trzy­mał.

Był to wście­kły dźwięk, któ­rego ni­gdy nie zapo­mniała.

Nie wolno jej było otwie­rać drzwi samej, ale to nie zna­czyło, że nie może zoba­czyć, kto to taki. Poszła więc do salonu, a potem ruszyła w stronę kory­ta­rza. Z kuchni zdą­żyła już wkro­czyć Mimi.

Otarła dło­nie o jasno­czer­woną ścierkę, spie­sząc do drzwi.

– Na litość boską! Pali się?

Prze­wró­ciła wymow­nie oczami, patrząc na Adrianę, i wsu­nęła ścierkę za pasek dżin­sów.

– Chwila! – krzyk­nęła Mimi, drobna, lecz obda­rzona sil­nym gło­sem kobieta.

Adriana wie­działa, że Mimi jest w tym samym wieku, co mama, ponie­waż razem stu­dio­wały.

– Jaki masz pro­blem, czło­wieku? – wark­nęła, po czym prze­krę­ciła zamek i otwo­rzyła drzwi.

Z miej­sca, w któ­rym stała, Adriana mogła dostrzec, że iry­ta­cja malu­jąca się na twa­rzy Mimi – jak wtedy, gdy jej pod­opieczna nie posprzą­tała swo­jego pokoju – ustę­puje miej­sca prze­ra­że­niu.

A potem wszystko poto­czyło się w ułamku sekundy, o wiele za szybko.

Mimi pró­bo­wała jesz­cze ponow­nie zamknąć drzwi, ale męż­czy­zna popchnął je mocno i przy oka­zji popchnął też Mimi. Był duży, o wiele więk­szy od niej. Miał małą bródkę upstrzoną siwi­zną, i jesz­cze wię­cej jej miał we wło­sach; wyglą­dał tak, jakby miał sre­brzy­ste skrzy­dła na zło­cie, ale twarz mu pło­nęła czer­wie­nią jak po wyczer­pu­ją­cym biegu. Szok, jakiego Adriana doznała na widok owego męż­czy­zny odpy­cha­ją­cego Mimi, dosłow­nie przy­gwoź­dził ją do miej­sca.

– Gdzie ona, kurwa, jest?! – wrza­snął.

– Nie ma jej tutaj. Nie możesz tak tu wpa­dać. Wynoś się, Jon, bo wezwę poli­cję.

– Kłam­liwa suka. – Chwy­cił Mimi za ramię i potrzą­snął nią. – Gdzie ona jest? Myśli, że może chla­pać ozo­rem? I ruj­no­wać mi życie?

– Zabie­raj ręce. Jesteś pijany.

Kiedy pró­bo­wała mu się wyrwać, ude­rzył ją. Odgłos tego ciosu odbił się w gło­wie Adriany niczym wystrzał; rzu­ciła się bez zasta­no­wie­nia przed sie­bie.

– Nie bij jej! Zostaw ją w spo­koju!

– Adriano, idź na górę. Natych­miast! – krzyk­nęła Mimi.

Dziew­czynka jed­nak, czu­jąc przy­pływ gniewu, zwi­nęła dło­nie w pię­ści.

– Musi stąd wyjść! – oznaj­miła.

– Dla cze­goś takiego? – wark­nął męż­czy­zna, patrząc na Adrianę. – Dla cze­goś takiego znisz­czyła moje cho­lerne życie? W ogóle nie jest do mnie podobna. Pusz­czała się na lewo i prawo, a teraz pró­buje mi wci­snąć tego bękarta. Pie­przyć to. Pie­przyć ją.

– Adriano, na górę! – Mimi obró­ciła się do niej gwał­tow­nie, lecz mała nie dostrze­gła gniewu, jaki sama odczuła. Dostrze­gła za to strach. – Natych­miast.

– Ta suka jest na górze, zga­dza się? Kłam­czu­cha. Oto, co robię z kłam­czu­chami.

Tym razem nie trzep­nął Mimi, tylko użył pię­ści, raz, dwa, waląc kobietę w twarz.

Kiedy się osu­nęła na pod­łogę, Adrianę ogar­nął strach. Pomoc. Musiała wezwać pomocy.

Chwy­cił ją jed­nak na scho­dach i szarp­nął jej głowę, cią­gnąc za kucyk krę­co­nych wło­sów.

Krzyk­nęła, woła­jąc matkę.

– Tak, zawo­łaj ją. – Wymie­rzył jej poli­czek, który zapło­nął ją ogniem. – Chcemy z nią poga­dać.

Kiedy zaczął ją wlec po scho­dach na górę, z sypialni wybie­gła Lina w szla­froku, włosy wciąż miała mokre po prysz­nicu.

– Adriana Rizzo, co się…

Zatrzy­mała się i znie­ru­cho­miała, gdy jej wzrok napo­tkał spoj­rze­nie męż­czy­zny.

– Puść ją, Jon. Puść ją, żeby­śmy mogli spo­koj­nie poroz­ma­wiać.

– Dość się już naga­da­łaś. Znisz­czy­łaś mi życie, ty głu­pia wie­śniaczko.

– Nie roz­ma­wia­łam o tobie ani z dzien­ni­ka­rzami, ani z nikim innym. Ta histo­ria nie wyszła ode mnie.

– Kła­miesz! – Znowu szarp­nął Adrianę za włosy, mocno, na­dal miała wra­że­nie, że głowa jej pło­nie.

Lina postą­piła ostroż­nie dwa kroki do przodu.

– Puść ją, a zała­twimy to. Mogę wszystko napra­wić.

– Za późno, kurwa. Wła­dze uni­wer­sy­tetu zawie­siły mnie dzi­siaj. Moja żona czuje się upo­ko­rzona. Moje dzieci, a ni­gdy nie uwie­rzę, że ta mała suka jest moją córką, pła­czą. Wró­ci­łaś tutaj, z powro­tem do mojego mia­sta, żeby to zro­bić.

– Nie, Jon. Przy­je­cha­łam tu, żeby pra­co­wać. I nie roz­ma­wia­łam z tym dzien­ni­ka­rzem. Minęło ponad sie­dem lat, po co mia­ła­bym to robić aku­rat teraz? Po co? Krzyw­dzisz moją córkę. Prze­stań.

– Ude­rzył Mimi. – Adriana wyczu­wała woń mat­czy­nego mydła i szam­ponu – sub­telną sło­dycz kwiatu poma­rań­czy. I odór męż­czy­zny, nie wie­dząc, że to mie­sza­nina potu i bour­bona. – Ude­rzył ją w twarz, a ona upa­dła.

– Coś ty… – Lina ode­rwała od niego wzrok, by wyj­rzeć poza poręcz, która bie­gła wzdłuż pię­tra. Zoba­czyła Mimi, która miała zakrwa­wioną twarz i wpeł­zała za sofę. Znów skie­ro­wała spoj­rze­nie na Jona. – Musisz dać temu spo­kój, Jon, zanim komuś sta­nie się krzywda.

– To ja zosta­łem skrzyw­dzony, pie­przona dziwko!

Jego głos roz­pa­lił się do czer­wo­no­ści, tak jak jego twarz, przy­po­mi­nał ogień obej­mu­jący czaszkę Adriany.

– Przy­kro mi, że tak się stało, ale…

– Moja rodzina doznała krzywdy! Chcesz zoba­czyć, jak ktoś cierpi? Zacznijmy od two­jego bękarta.

Rzu­cił nią. Adriana przez chwilę poczuła, że leci w powie­trzu, chwilę krótką, lecz prze­ra­ża­jącą, nim ude­rzyła o kra­wędź szczy­to­wego stop­nia scho­dów. Ogień, który dotąd pło­nął w jej gło­wie, wybuchł teraz w nad­garstku i dłoni, po czym powę­dro­wał ku ramie­niu. Wresz­cie jej głowa wal­nęła o drewno, ona zaś sama widziała tylko matkę, ku któ­rej rzu­cił się tam­ten męż­czy­zna.

Ude­rzył ją, ale matka oddała cios i kop­nęła. I wkrótce roz­brzmiały kosz­marne odgłosy, tak kosz­marne, że Adriana chciała zakryć sobie uszy, nie mogła się jed­nak poru­szyć, mogła tylko leżeć jak długa na scho­dach i trząść się ze stra­chu.

Nawet gdy matka krzyk­nęła na nią, by ucie­kała, nie zdo­łała drgnąć.

Zaci­skał dło­nie na szyi matki, mio­ta­jąc nią na prawo i lewo, wresz­cie ude­rzyła go w twarz, tak jak on ude­rzył Mimi.

Teraz krew była i na mamie, i na tym męż­czyź­nie.

Trzy­mali się nawza­jem, jakby byli objęci, ale robili to z siłą i zawzię­to­ścią. Potem matka nadep­nęła mu na stopę i unio­sła gwał­tow­nym ruchem kolano. Gdy męż­czy­zna zato­czył się do tyłu, pchnęła go.

Ude­rzył o balu­stradę. A póź­niej pole­ciał w dół.

Adriana widziała, jak spada, wyma­chu­jąc rękami. Widziała, jak ude­rza cia­łem o stół, na któ­rym matka sta­wiała kwiaty i świeczki. Usły­szała te straszne dźwięki. Zoba­czyła krew ciek­nącą z jego głowy, uszu i nosa.

Zoba­czyła…

Wtedy matka ją pod­nio­sła, obró­ciła i przy­ci­snęła jej twarz do swo­jej piersi.

– Nie patrz, Adriano. Już wszystko dobrze.

– Boli…

– Wiem. – Lina ujęła ostroż­nie jej nad­gar­stek. – Zajmę się tym. Mimi. Och, Mimi.

– Poli­cja już jedzie. – Ze spuch­nię­tym okiem, do połowy zamknię­tym i już czer­nie­ją­cym, Mimi ruszyła chwiej­nym kro­kiem po scho­dach, a potem usia­dła i objęła je obie, matkę i córkę. – Nad­cho­dzi pomoc.

A w końcu Mimi nad głową Adriany wymó­wiła bez­gło­śnie dwa słowa:

– Nie żyje.

*

Adriana już na zawsze miała zapa­mię­tać ten ból i spo­kojne nie­bie­skie oczy ratow­nika medycz­nego, który unie­ru­cha­miał zła­ma­nie podo­kost­nowe w jej nad­garstku. Mówił też spo­koj­nym gło­sem, kiedy świe­cił jej w oczy małą latarką i pytał, ile pal­ców wska­zuje.

Miała też na zawsze zapa­mię­tać poli­cjan­tów, tych, któ­rzy zja­wili się pierwsi, gdy umil­kły syreny. Tych w gra­na­to­wych mun­du­rach.

Jed­nak nie­mal wszystko, nawet kiedy się działo, wyda­wało się odle­głe i nie­ostre.

Zebrali się w salo­nie na pię­trze z wido­kiem na tylne podwó­rze i mały staw z kar­piami koi. Poli­cjanci w mun­du­rach roz­ma­wiali głów­nie z mamą, bo Mimi zabrano do szpi­tala.

Matka powie­działa im, że męż­czy­zna nazy­wał się Jona­than Ben­nett i że wykła­dał lite­ra­turę angiel­ską na Uni­wer­sy­te­cie Geo­r­ge­town. Albo tak też było, kiedy go jesz­cze znała.

Opo­wie­działa, co się stało, albo tylko zaczęła mówić.

Potem do pokoju weszło dwoje ludzi, męż­czy­zna i kobieta. Męż­czy­zna był naprawdę wysoki i nosił brą­zowy kra­wat. Jego skóra wpa­dała w odcień głęb­szego brązu, a zęby odzna­czały się nie­ska­zi­telną bielą. Kobieta nosiła krótko obcięte włosy i miała piegi na całej twa­rzy.

Poka­zali odznaki, tak jak to się robi w seria­lach tele­wi­zyj­nych.

– Pani Rizzo, jestem detek­tyw Riley, a to mój part­ner, detek­tyw Can­non. – Kobieta znów przy­pięła odznakę do paska spodni. – Wiemy, że to trudne, ale musimy pani i córce zadać kilka pytań. – Uśmiech­nęła się do Adriany. – Masz na imię Adriana, prawda?

Kiedy dziew­czynka ski­nęła głową, Riley prze­nio­sła wzrok na Linę.

– Nie ma pani nic prze­ciwko temu, żeby córka poka­zała mi swój pokój i poroz­ma­wiała tam ze mną, a pani w tym cza­sie pomówi z detek­ty­wem Can­no­nem?

– Tak będzie szyb­ciej? Zabrali moją przy­ja­ciółkę, to zna­czy opie­kunkę córki, do szpi­tala. Zła­many nos, wstrzą­śnie­nie mózgu. A Adriana doznała zła­ma­nia podo­kost­no­wego lewego nad­garstka, tak twier­dził ratow­nik. Ude­rzyła się też w głowę.

– Pani też wygląda na nie­źle potur­bo­waną – zauwa­żył Can­non, a Lina wzru­szyła ramio­nami i skrzy­wiła się z bólu wywo­ła­nego tym ruchem.

– Poobi­jane żebra same się wyle­czą, tak jak twarz. Tak naprawdę to na niej się sku­pił.

– Możemy zabrać panią do szpi­tala i tam poroz­ma­wiać, jak już panią zbada lekarz.

– Wola­ła­bym poje­chać, jak… jak już skoń­czy­cie na dole.

– Rozu­miem. – Riley popa­trzyła na Adrianę. – Możemy poroz­ma­wiać w twoim pokoju?

– Chyba tak. – Wstała, przy­ci­ska­jąc mocno do piersi rękę na tem­blaku. – Nie pozwolę wam zabrać mamy do wię­zie­nia.

– Nie bądź nie­mą­dra, Adriano.

Nie zwra­ca­jąc uwagi na matkę, dziew­czynka spoj­rzała w oczy detek­tyw Riley. Były zie­lone, ale jaśniej­sze niż oczy mamy.

– Nie pozwolę wam – powtó­rzyła.

– Jasne. Chcemy tylko poroz­ma­wiać, okej? Twój pokój jest tu, na górze?

– Dru­gie drzwi po pra­wej stro­nie – wyja­śniła Lina. – Idź z detek­tyw Riley, Adriano. Potem spraw­dzimy, co się dzieje z Mimi. Wszystko będzie dobrze.

 

Adriana ruszyła przo­dem, a Riley znowu przy­wo­łała uśmiech, kiedy weszły do pokoju urzą­dzo­nego w bar­wach mięk­kiego różu i wio­sen­nej zie­leni. Na łóżku leżał duży plu­szowy pies.

– Ład­nie tu. I bar­dzo schlud­nie.

– Musia­łam posprzą­tać dziś rano, ina­czej nie poszła­bym zoba­czyć, jak kwitną cze­re­śnie, i nie byłoby deseru lodo­wego. – Skrzy­wiła się, zupeł­nie jak matka. – Niech pani nie mówi o tym dese­rze. Tak naprawdę to miał być mro­żony jogurt.

– Buzia na kłódkę. Mama tego bar­dzo pil­nuje, co jesz?

– Cza­sem. Na ogół. – W oczach dziew­czynki bły­snęły łzy. – Czy Mimi umrze, jak ten męż­czy­zna?

– Jest ranna, ale to nic groź­nego. I wiem, że ma dobrą opiekę. Może usią­dziemy z tym jego­mo­ściem?

Riley usa­do­wiła się na brzegu łóżka i pokle­pała wiel­kiego psa.

– Jak się wabi?

– Bar­kley. Harry dał mi go na Boże Naro­dze­nie. Nie możemy mieć praw­dzi­wego psa, bo miesz­kamy w Nowym Jorku i dużo podró­żu­jemy.

– Wygląda na wspa­nia­łego czwo­ro­noga. Możesz powie­dzieć mnie i Bar­kley­owi, co się wyda­rzyło?

Słowa zaczęły się z niej wyle­wać niczym stru­mień wody przez szcze­linę w tamie.

– Męż­czy­zna sta­nął pod drzwiami. Cią­gle naci­skał dzwo­nek, więc poszłam zoba­czyć, kto to. Ponie­waż nie wolno mi samej otwie­rać drzwi, zacze­ka­łam na Mimi. Wyszła z kuchni i otwo­rzyła drzwi. A potem pró­bo­wała znowu je zamknąć, bar­dzo szybko, ale on pchnął je, a potem pchnął i ją. Pra­wie prze­wró­cił.

– Znasz go?

– Nie, ale Mimi go znała, bo nazy­wała go Jonem i kazała mu odejść. Wpadł we wście­kłość, wrzesz­czał i mówił brzyd­kie wyrazy. Nie wolno mi takich mówić.

– W porządku. – Riley gła­skała Bar­kleya jak praw­dzi­wego psa. – Wiem, o co cho­dzi.

– Chciał zoba­czyć mamę, ale Mimi powie­działa, że jej nie ma, choć była. Sie­działa na górze i brała prysz­nic. Ten facet cały czas wrzesz­czał i ude­rzył ją w twarz. Zbił ją po pro­stu. Nie wolno nikogo bić. Bicie jest złe.

– Tak, to było złe.

– Krzyk­nę­łam na niego, żeby ją zosta­wił w spo­koju, bo wykrę­cał jej ręce i to ją bolało. Wtedy na mnie popa­trzył. Nie zauwa­żył mnie wcze­śniej, ale wów­czas utkwił we mnie wzrok, i ja się wystra­szy­łam, gdy się tak na mnie gapił. Ale Mimi bolało, więc się na niego roz­gnie­wa­łam. Powie­działa mi, żebym poszła na górę, to zna­czy powie­działa do mnie, ale wiem, że ją bolało. A potem on ją… ude­rzył… pię­ścią… – Adriana poka­zała to zdrową ręką, a po jej policz­kach zaczęły pły­nąć łzy. – Try­snęła krew, Mimi upa­dła, a ja pobie­głam. Chcia­łam pobiec do mamy, ale mnie zła­pał. Chwy­cił mnie mocno za włosy, i pocią­gnął po scho­dach, a ja wciąż woła­łam mamę.

– Chcesz chwilę odpo­cząć, kocha­nie? Możemy pocze­kać. Potem dokoń­czysz.

– Nie, nie. Mama wybie­gła i go zoba­czyła. I cały czas go pro­siła, żeby mnie puścił, ale on nie chciał. Powta­rzał tylko, że znisz­czyła mu życie, i mówił mnó­stwo brzyd­kich wyra­zów. Naprawdę brzyd­kich. Mówiła, że nic nikomu nie powie­działa i że to zała­twi, tylko żeby mnie puścił. A mnie bolało. Wyzy­wał mnie, naprawdę brzydko, i… rzu­cił mną.

– Rzu­cił tobą!?

– Na schody. Rzu­cił mnie na schody, ude­rzy­łam się w nad­gar­stek, poczu­łam, jakby się zapa­lił, i ude­rzy­łam się też w głowę, ale nie spa­dłam daleko ze scho­dów. Chyba ze dwa stop­nie. Mama krzy­czała i sko­czyła na niego, i zaczęła się z nim bić. Ude­rzył ją w twarz i zła­pał, o tak… – Poka­zała gest dusze­nia. – Nie mogłam się poru­szyć, a on ude­rzył ją w twarz, ale mama mu oddała, bar­dzo mocno, i kop­nęła go, i wciąż się bili, a potem… spadł przez balu­stradę. Mama go ode­pchnęła, żeby mi pomóc. Na twa­rzy miała krew i pchnęła go, a on prze­le­ciał przez balu­stradę. Ale to była jego wina.

– Okej.

– Mimi wczoł­gała się po scho­dach, kiedy mama mnie trzy­mała, i powie­działa, że nad­cho­dzi pomoc. Wszy­scy mieli na sobie krew. Nikt ni­gdy wcze­śniej mnie nie ude­rzył, nim on to zro­bił. To okropne, że był moim ojcem.

– Skąd wiesz, że był?

– Z tego, co krzy­czał i jak mnie wyzy­wał. Nie jestem głu­pia. Uczy w col­lege’u, do któ­rego mama cho­dziła; powie­działa mi, że wła­śnie tam poznała mojego ojca. – Adriana wypro­sto­wała się. – I już. Bił wszyst­kich i brzydko pach­niał, i pró­bo­wał mnie zrzu­cić ze scho­dów. Spadł, bo był wredny.

Riley objęła ramiona dziew­czynki i pomy­ślała: „Ponie­kąd słusz­nie”.

*

Zatrzy­mali Mimi w szpi­talu do rana. Lina kupiła w skle­piku kwiaty – tyle przy­naj­mniej mogła uczy­nić – do pokoju przy­ja­ciółki. Adriana pierw­szy raz w życiu miała prze­świe­tle­nie rent­ge­nem i pierw­szy w życiu gips po zej­ściu opu­chli­zny.

Zamiast zre­ali­zo­wać kuli­narne plany Mimi na wie­czór, Lina zamó­wiła pizzę.

Dzie­ciak na to zasłu­żył, bez dwóch zdań. Tak jak ona zasłu­żyła na duży kie­li­szek wina.

Nalała sobie i kiedy Adriana jadła, zła­mała żela­zną zasadę i nalała drugi.

Miała do wyko­na­nia mnó­stwo tele­fo­nów, wszyst­kie jed­nak musiały pocze­kać. W ogóle wszystko musiało pocze­kać, póki się nie poczuje pew­niej.

Zja­dły na tyl­nym podwó­rzu, z jego cie­ni­stymi drze­wami i pło­tem zapew­nia­ją­cym pry­wat­ność. Czy też Adriana jadła, bo Lina tylko sku­bała poje­dyn­czy kawa­łe­czek pizzy mię­dzy jed­nym łykiem wina a dru­gim.

Może było tro­chę za chłodno jak na posi­łek na świe­żym powie­trzu i tro­chę za późno, by Adriana posi­lała się pizzą, ale ten dzień uspra­wie­dli­wiał wła­ści­wie wszystko.

Miała nadzieję, że córka zaśnie, ale musiała przy­znać, że brak jej bie­gło­ści w wie­czor­nym rytu­ale. Mimi się tym na co dzień zaj­mo­wała.

Pomy­ślała o kąpieli z bąbel­kami, pod warun­kiem że nie zmo­czyłby się tym­cza­sowy gips. Myśląc o opa­trunku i o tym, że mogło być znacz­nie gorzej, znów zapra­gnęła się napić wina. Oparła się jed­nak poku­sie. Samo­dy­scy­plina – oto jej spe­cjal­ność.

– Jak to się stało, że ten facet był moim ojcem?

Lina pod­nio­sła wzrok i napo­tkała spoj­rze­nie zło­to­zie­lo­nych oczu, które przy­pa­try­wały jej się uważ­nie.

– Byłam kie­dyś młoda i głu­pia. Przy­kro mi. Chcia­ła­bym powie­dzieć, że tego żałuję, ale wtedy nie byłoby tu cie­bie, prawda? Nie można zmie­nić tego, co już się stało, a jedy­nie to, co jest teraz i ma się zda­rzyć.

– Był mil­szy, jak byłaś młoda i głu­pia?

Lina par­sk­nęła śmie­chem i poczuła, że jej żebra pro­te­stują bole­śnie. Zasta­na­wiała się, ile można powie­dzieć sied­mio­latce.

– Tak mi się wtedy zda­wało.

– Ude­rzył cię wcze­śniej?

– Raz. Tylko raz, potem nie chcia­łam go już wię­cej widzieć. Jeśli męż­czy­zna ude­rzy cię raz, to praw­do­po­dob­nie zrobi to znowu i znowu.

– Mówi­łaś kie­dyś, że kocha­łaś mojego tatę, ale że nic z tego nie wyszło i że nas nie chciał, więc się już potem nie liczył.

– Myśla­łam, że go kocham. Powin­nam była tak ci powie­dzieć. Mia­łam tylko dwa­dzie­ścia lat, Adriano. Był star­szy ode mnie, przy­stojny, cza­ru­jący i inte­li­gentny. Młody pro­fe­sor. Zako­cha­łam się w kimś, kogo sobie wyobra­ża­łam. Do tej pory się w ogóle nie liczył.

– Dla­czego był dzi­siaj taki wście­kły?

– Bo ktoś, jakiś dzien­ni­karz, dowie­dział się o nas i napi­sał o tym arty­kuł. Nie wiem jak, nie mam poję­cia, kto mu o tym powie­dział. Ja tego nie zro­bi­łam.

– Nie zro­bi­łaś, bo się już nie liczył.

– Wła­śnie.

Ile nale­żało powie­dzieć? – zasta­na­wiała się Lina. W tych oko­licz­no­ściach może wszystko.

– Był żonaty, Adriano. Miał żonę i dwoje dzieci. Nie wie­dzia­łam o tym. To zna­czy okła­my­wał mnie, mówił, że jest w trak­cie roz­wodu. Wie­rzy­łam mu.

Naprawdę? – prze­mknęło jej przez głowę. Nie mogła sobie przy­po­mnieć.

– Może po pro­stu chcia­łam mu wie­rzyć. Miał swoje nie­wiel­kie miesz­ka­nie nie­opo­dal uczelni, więc wie­rzy­łam, że wła­ści­wie jest sam. Potem się dowie­dzia­łam, że nie tylko mnie okła­my­wał. Gdy odkry­łam prawdę, zakoń­czy­łam to wszystko. Nie prze­jął się spe­cjal­nie.

Nie do końca prawda, pomy­ślała. Wrzesz­czał, gro­ził, popy­chał.

– A potem zda­łam sobie sprawę, że jestem w ciąży. Wresz­cie póź­niej, o wiele póź­niej, niż powin­nam była to sobie uświa­do­mić, poczu­łam, że muszę powie­dzieć mu prawdę. Wtedy mnie ude­rzył. I nie był pijany tak jak dzi­siaj.

Pił wcze­śniej, pomy­ślała, ale pijany nie był. Nie tak jak tego dnia.

– Powie­dzia­łam mu, że nic od niego nie chcę ani nie potrze­buję, że się nie poniżę, mówiąc komu­kol­wiek, że jest bio­lo­gicz­nym ojcem. A potem ode­szłam.

Pomi­nęła groźby, żąda­nia, by usu­nęła ciążę, i wszel­kie kosz­mar­no­ści. Nie było sensu o tym wspo­mi­nać.

– Ukoń­czy­łam semestr, zro­bi­łam dyplom i wró­ci­łam do domu. Pomo­gli mi bab­cia i dzia­dek. Wiesz, co było dalej. Zaczę­łam pro­wa­dzić zaję­cia z jogi i fit­ness i nagry­wać kasety, kiedy byłam z tobą w ciąży – dla kobiet spo­dzie­wa­ją­cych się dziecka, a potem dla mło­dych mam i nie­mow­ląt.

– Yoga Baby.

– Zga­dza się.

– Ale zawsze był wredny. Czy to ozna­cza, że i ja będę wredna?

Boże, szło jej dość kiep­sko. Za wszelką cenę sta­rała się przy­po­mnieć sobie, co w takiej sytu­acji powie­dzia­łaby jej matka.

– Czu­jesz się wredna?

– Cza­sem się wście­kam.

– Opo­wiedz mi o tym. – Lina jed­nak, nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, uśmiech­nęła się. – Wred­ność jest wybo­rem, jak sądzę, a nie musisz się decy­do­wać na taki wybór. I miał rację, mówiąc, że nie jesteś do niego podobna. Jest w tobie zbyt dużo Riz­zów.

Ujęła zdrową rękę córki. Może przy­po­mi­nało to za bar­dzo roz­mowę dwojga doro­słych ludzi, ale robiła, co w jej mocy.

– On się nie liczy, Adriano, dopóki nie pozwo­limy, by się liczył. A więc nie pozwo­limy.

– Będziesz musiała pójść do wię­zie­nia?

Lina unio­sła kie­li­szek.

– Nie dopu­ścisz do tego, pamię­tasz? – Dostrze­gła w oczach córki prze­lotny strach i ści­snęła jej dłoń. – Tylko żar­tuję. Nie, Adriano, nie pójdę. Poli­cja widziała, co się stało. Powie­dzia­łaś detek­ty­wom prawdę, tak?

– Powie­dzia­łam. Słowo.

– Ja też. Podob­nie jak Mimi. Możesz się o to nie mar­twić. To, co się sta­nie, będzie kon­se­kwen­cją tej histo­rii. I będzie ich jesz­cze wię­cej. Pomó­wię wkrótce z Har­rym, pomoże mi się z tym upo­rać.

– Na­dal możemy odwie­dzić bab­cię i dziadka?