Rozkwit magii

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nie czuł momentu, w któ­rym wizja zaczęła go ogar­niać, ale pod­dał się jej. Jego dłoń wybie­rała ołówki, poru­szała się spraw­nie po kartce, rysu­jąc, cie­niu­jąc i odda­jąc szcze­góły tego, co poja­wiało się w umy­śle.

On nie tylko widział te obrazy. Sły­szał je, wąchał, czuł.

Kiedy się ock­nął, miał wra­że­nie skur­czu pal­ców, bolała go cała ręka. Zorien­to­wał się, że zużył jedną z cen­nych kre­dek do ogryzka, więc naostrzył sobie drugą.

Rysu­nek – a wie­dział, że ni­gdy nie zro­bił niczego podob­nego – leżał przed nim gotowy. Potężne wieże wzno­siły się ku niebu, wokół pełno było gru­zów, dymu i krą­żą­cych wron. Ulice zasta­wione pojaz­dami, pokie­re­szo­wane ciała, nie­które roze­rwane na kawałki, leżały na chod­ni­kach lub wysta­wały z drzwi i okien z powy­bi­ja­nymi szy­bami.

Nary­so­wał psa żywią­cego się szcząt­kami czło­wieka. Zwie­rzę war­czało, odsła­nia­jąc kły, i miało pysk mokry od krwi. Szy­bo­wało nad nimi coś więk­szego i ciem­niej­szego nawet od wron, a zyg­zaki bły­ska­wic raz po raz roz­dzie­rały niebo.

Stał tam i Dun­can, z wycią­gnię­tym mie­czem, spla­mio­nym krwią. Ona stała obok. Fal­lon Swift, z mie­czem w dłoni, tak samo spla­mio­nym.

Byli razem w środku masa­kry, w dymie i burzy. I patrzyli na sie­bie.

– Nowy Jork – wyszep­tał. Wie­dział o tym tylko dzięki wizji. Miał zale­d­wie jeden dzień, kiedy jego mama ucie­kła z mia­sta z trójką nowo­rod­ków.

Wróci tam i będzie wal­czyć. I sta­nie tam z Fal­lon.

Odło­żył szkic. Nagle poczuł się wycień­czony, padł na łóżko. Śnił o niej, ale rano nie pamię­tał już tre­ści tych snów.

* * *

Fal­lon zało­żyła sztab na niż­szym pozio­mie rodzin­nego domu, z racji jego roz­mia­rów i poło­że­nia. Do czasu zro­bie­nia lub zna­le­zie­nia cze­goś lep­szego posta­no­wiła wyko­rzy­stać odzy­skaną sklejkę, która po poło­że­niu na kozłach peł­niła funk­cję stołu. Z pomocą Ethana przy­cią­gnęła zbie­ra­ninę dodat­ko­wych krze­seł.

Ponie­waż szkoła była zamknięta na czas lata, poży­czyła z niej tablicę i wymie­niła inne towary na kredę zro­bioną ze zmiaż­dżo­nych sko­ru­pek jajek i mąki.

Na tablicy wypi­sała trzy cele. Pod Arling­ton wymie­niła oddziały bojowe, które wybrali ona, jej ojciec i Will, z pewną pomocą Colina. Poni­żej zapi­sała woj­ska pomoc­ni­cze – oddziały ratow­ni­cze, medyczne, trans­por­towe.

Dalej zapi­sała liczeb­ność i zasoby, jakimi dys­po­no­wał prze­ciw­nik, liczbę uwię­zio­nych magicz­nych oraz liczbę nie­wol­ni­ków – pozy­skane dzięki wywia­dowi i sza­cun­kom.

Na stole przy­pięła mapę bazy i za pomocą poży­czo­nych od Poego i Kim figu­rek sza­cho­wych – czerń dla wroga, biel dla jej sił – ozna­czyła pozy­cje oddzia­łów.

Kiedy Simon zszedł na dół z dwoma kub­kami kawy, uważ­nie obej­rzał jej pracę.

– Zaj­mu­jesz się tym od dłuż­szego czasu, a dopiero świta – powie­dział. – Pomógł­bym ci.

– To pozwo­liło mi się sku­pić. Tak samo jak kawa, dzięki.

– Dobra robota.

– Mia­łam dobrych nauczy­cieli. Dosta­łam figury sza­chowe od Kim, ale nie star­czy ich na trzy miej­sca. Mam rów­nież te figurki od Billa z Prze­żyt­ków. Nic ode mnie za nie nie chciał.

Poka­zała Simo­nowi pudełko pla­sti­ko­wych żoł­nie­rzy­ków i dzi­kich zwie­rząt.

– Uzna­łam, że my jeste­śmy żoł­nie­rzami, a oni zwie­rzę­tami. Nie jest to zbyt ele­ganc­kie, ale…

– Ale działa. Zde­ner­wo­wana?

– Sądzi­łam, że będę zde­ner­wo­wana, ale raczej nie mogę się docze­kać, aż zaczniemy. Wkrótce tu będą. Mal­lick, Tho­mas, Troy, Mae Pic­kett, Boris, Char­lie od nas z wio­ski koło farmy, a do tego zało­ży­ciele Nowej Nadziei. Pierw­szy raz wszy­scy znajdą się jed­no­cze­śnie w tym samym miej­scu.

– A więk­szość z nich jest mniej lub bar­dziej przy­zwy­cza­jona do tego, że rzą­dzi.

– Dokład­nie.

– Wybra­li­śmy dobrych ludzi na przy­wód­ców, Fal­lon. Nade­szła pora, żebyś wyko­rzy­stała ich mocne strony, zrów­no­wa­żyła ewen­tu­alne sła­bo­ści i posu­nęła wszyst­kich do przodu.

* * *

Will i Arlys poja­wili się pierwsi, potem kolejno przy­by­wali inni. Pomy­ślała, że poczeka, aż poja­wią się lide­rzy wszyst­kich baz, i zacznie od ich przed­sta­wie­nia. Od podzię­ko­wa­nia im. Nie­któ­rzy po raz pierw­szy będą wal­czyli razem lub wyślą swo­ich ludzi, żeby wal­czyli pod dowódz­twem kogoś innego.

Podzię­ko­wa­nia były istotne.

Wyszła na zewnątrz, żeby zebrać się w sobie i przy­go­to­wać na dzia­ła­nia dyplo­ma­tyczne. Jej ojciec był w tym o wiele lep­szy.

Przez otwarte okno dobie­gały ją dźwięki roz­mów. Try­mi­gnęły pierw­sze osoby spoza Nowej Nadziei.

Tho­mas, Minh oraz Sabine i Vick – dwie wiedźmy, które popro­siła o dołą­cze­nie się do elfiej kolo­nii. I jesz­cze ktoś.

Gdy ostat­nim razem widziała Micka, stał na skraju lasu ota­cza­ją­cego domek Mal­licka, z dło­nią pod­nie­sioną w geście poże­gna­nia, a ona wra­cała do domu.

Był jej pierw­szym przy­ja­cie­lem poza domem, pierw­szym elfem, z któ­rym nawią­zała więź. I pierw­szym chło­pa­kiem, z któ­rym wymie­niła poca­łu­nek.

Uśmie­chał się teraz do niej sze­roko, a jego oczy barwy liści pło­nęły rado­ścią. Zło­ta­wo­rude włosy miał sple­cione po bokach w trzy cien­kie war­ko­czyki. Rysy twa­rzy się wyostrzyły, co potę­go­wała krótka trój­kątna broda.

Ale tak naprawdę wcale się nie zmie­nił.

– Mick! – Sko­czyła, żeby go objąć. Okrę­cił się w miej­scu ze śmie­chem.

Zorien­to­wała się, że jest sil­niej­szy i lepiej zbu­do­wany. Był już żoł­nie­rzem, ale wciąż nosił sple­cioną bran­so­letkę z amu­le­tami, którą zro­biła dla niego na poże­gna­nie.

– Fal­lon Swift. – Odsu­nął ją, żeby jej się lepiej przyj­rzeć. – Dobrze wyglą­dasz.

– Ty też – powie­działa i pocią­gnęła go za bródkę. – Tho­mas, Minh. – Uści­snęła ich, podała ręce pozo­sta­łym. – Jak się czu­je­cie? Jak pozo­stali?

– Jeste­śmy zdrowi – rzekł jej Tho­mas. – I przy­go­to­wani.

– Zabiorę was do środka. Chcę, żeby­ście poznali moich rodzi­ców i pozo­sta­łych. – Chwy­ciła Micka za rękę. – Mamy dużo do nad­ro­bie­nia.

Wkrótce poja­wili się pozo­stali, więc sta­rała się każ­dego oso­bi­ście przy­wi­tać i zapo­znać z innymi. A przy oka­zji oce­nić reak­cje, nastroje.

Try­mi­gnął Mal­lick. Pode­szła do niego.

– Mal­licku Cza­ro­dzieju – przy­wi­tała się.

– Fal­lon Swift.

Poca­ło­wała go w poli­czek i zro­biła krok do tyłu.

– Jesteś sam – stwier­dziła.

– Ow­szem. Mam mapę bazy w Utah i jej oto­cze­nia.

– No dobrze. – Odwró­ciła się, zabrała mapę do stołu, gdzie ją przy­pięła koło wła­snej i tej, którą przy­wiózł Tho­mas.

Spoj­rzała na zebra­nych. Elfy, duszki, wiedźmy, zmien­no­kształtni, rol­nicy, nauczy­ciele, matki, ojco­wie, syno­wie i córki.

Wszy­scy byli żoł­nie­rzami.

– Zaczy­namy. Tutaj pra­cu­jemy wspól­nie nad sko­or­dy­no­wa­niem trzech rów­no­cze­snych ata­ków na wro­gie bazy. Przej­miemy je, uwol­nimy więź­niów, zabez­pie­czymy i wzmoc­nimy bazy oraz znaj­du­jące się w nich środki trwałe. Wyślemy wia­do­mość do Jere­miaha White’a i jego zwo­len­ni­ków, że zakoń­czymy ich rządy stra­chu i bru­tal­no­ści. A wia­do­mość ta dotrze do wszyst­kich, któ­rzy zagra­żają świa­tłu i życiu innych ludzi. Zebra­li­śmy się tutaj, magiczni i nie­ma­giczni, w jed­nym celu. Ode­pchnąć ciem­ność.

Zro­biła pauzę.

– Tho­mas – pod­jęła. – Czy mógł­byś prze­ka­zać wyniki swo­jej misji zwia­dow­czej?

Słu­chała szcze­gó­łów, patrzyła, jak wska­zy­wał obszary na mapie, poda­wał sza­cun­kową liczeb­ność wroga i więź­niów.

Kiwa­jąc głową, wpi­sy­wała te infor­ma­cje na tablicę.

– Ile oddzia­łów bojo­wych i posił­ko­wych będzie­cie potrze­bo­wać, żeby zająć tę bazę?

Ku jej zdzi­wie­niu Tho­mas spoj­rzał na Micka, który prze­jął temat.

– Wystar­czy nam sześć­dzie­siąt osób. Sie­dem­dzie­siąt byłoby lep­sze, bo baza jest roz­le­gła. Widzisz, zaczę­li­by­śmy… – Pod­szedł do mapy i pod­niósł jedną z figu­rek przed­sta­wia­ją­cych żoł­nie­rzy, po czym uśmiech­nął się tym swoim cha­rak­te­ry­stycz­nym uśmie­chem. – Fajowe. Mają war­tow­ni­ków tutaj, tu i tu.

Nie sko­men­to­wała tego, że użył żoł­nie­rzy­ków jako wro­gów. Widocz­nie wolał, kiedy repre­zen­to­wał go lew lub tygrys. Jego stra­te­gia była zro­zu­miała, kiedy prze­su­wał figurki.

– Mają cztery łodzie, w tym dwie żaglowe. Możemy im odciąć drogę ucieczki wodą, gdy­by­śmy mieli, powiedzmy, trzech do pię­ciu try­to­nów.

– Zaj­miemy się tym – powie­działa Fal­lon.

– To ich ode­tnie od wschodu – cią­gnął. – Więź­niów trzy­mają tutaj. To zasad­ni­czo umoc­niony dom na plaży. Jeden war­tow­nik. Nie­wol­nicy znaj­dują się na tym pozio­mie bazy.

– To był kie­dyś hotel.

– Ma dużo pokoi – zgo­dził się. – Naj­waż­niejsi Wojow­nicy Czy­sto­ści zaj­mują naj­wyż­sze pię­tro.

– Z powodu wido­ków – wtrą­cił Poe. – No i sta­tusu.

– Pew­nie tak.

Mick omó­wił cały kom­pleks, punkt po punk­cie.

– Skąd biorą prąd? – spy­tała Fal­lon.

– Mają trzy gene­ra­tory – odpo­wie­działa Sabine – napę­dzane aku­mu­la­to­rami i magią.

– Są Mroczni Nie­sa­mo­wici?

– Nie. – Kobieta miała zło­ci­stą skórę i ciemne oczy, a włosy, ciemne jak skrzy­dła kruka, się­gały jej do pasa. – Moż­liwe, że tor­tu­ro­wali wiedźmy, żeby je napę­dziły albo że kie­dyś mieli Mrocz­nego.

– Ode­tniemy prąd – powie­działa Fal­lon. – Może­cie to zro­bić?

– Mogę cof­nąć magię. Potrze­buję do tego dru­giej wiedźmy. Ale Minh mówi, że jeżeli aku­mu­la­tory są nała­do­wane, to i tak będą dzia­łać. Nie wiem, jak je wyłą­czyć.

 

– Znaj­dziemy ci do współ­pracy kogoś, kto to potrafi. – Fal­lon zro­biła notatkę. – Przy braku prądu, już po wstęp­nym ataku, po tym jak zdążą wysłać sygnał alar­mowy, przy­wódcy będą musieli zejść do bitwy scho­dami.

Kiedy Mick skoń­czył rapor­to­wać i opi­sy­wać plan, do tablicy pode­szła Fal­lon.

– Sie­dem­dzie­się­cio­oso­bowy oddział, w tym czte­rech try­to­nów plus dwa­na­ście osób do wspar­cia medycz­nego i trans­portu ratun­ko­wego. Ile osób macie goto­wych na misję?

– Pięć­dzie­siąt – odpo­wie­dział jej Tho­mas. – Tę dodat­kową dwu­nastkę mamy, ale tylko pięć­dzie­siąt jest wystar­cza­jąco zapra­wio­nych do tego rodzaju misji.

– Potrzeba dwu­dzie­stu. Mal­lick?

Słu­chała jego raportu bez komen­ta­rza. Nie pozwo­liła sobie na zasta­na­wia­nie się dłu­żej niż przez chwilę, dla­czego Dun­can się nie zja­wił.

Kiedy Mal­lick skoń­czył, odwró­ciła się do tablicy.

– Potrze­bu­jesz pięć­dzie­się­ciu. Ilu macie?

– Pięć­dzie­się­ciu.

– A ósemka na wspar­ciu?

– Też jest.

– Dobrze. – Ode­tchnęła głę­boko. – Arling­ton.

Teraz poczuła te wąt­pli­wo­ści, tę zmianę nastroju dobie­ga­jącą ją z kilku miejsc.

– Muszę powie­dzieć – odchrząk­nął Mały John, wiel­ko­lud, któ­rego zre­kru­to­wała w dużej mie­rze dzięki kop­nia­kowi w jądra – atak na te dwie bazy ma sens. Podwójny cios. A utrzy­ma­nie ich daje nam więk­sze moż­li­wo­ści dal­szego dzia­ła­nia. Ale Arling­ton… – Pokrę­cił głową. – Prawdę mówiąc, nie widzę tego. Nikt nie zdo­łał im nawet zaszko­dzić. A z tego, co sły­sza­łem, rząd pró­bo­wał.

– Nie jeste­śmy rzą­dem – powie­działa, igno­ru­jąc kilka pomru­ków wyra­ża­ją­cych popar­cie dla słów Małego Johna. – Poza uwol­nie­niem więź­niów cho­dzi rów­nież o to, że Arling­ton jest celem. Może ta strata nie zła­mie krę­go­słupa Wojow­ni­kom, ale ode­tnie im rękę.

– A jeśli zgi­niemy i prze­gramy? Stra­cimy obie ręce. I nogi.

Spo­dzie­wała się sprze­ciwu i miała tro­chę nadzieję, że jej ojciec podej­mie dys­ku­sję. Ale mil­czał i tylko się jej przy­glą­dał.

No dobra, pomy­ślała.

– Tak długo jak Arling­ton pozo­staje w ich rękach, oni mają prze­wagę. Stra­te­giczna pozy­cja, sam roz­miar tej bazy i jej zasoby, jej poli­gon. Musimy ją mieć. I będziemy ją mieli.

– Cóż. – Mae Pic­kett poru­szyła się na krze­śle i odgar­nęła z twa­rzy dłu­gie siwe włosy. – Rozu­miem, dla­czego chcesz ją zdo­być, ale wydaje mi się, że pory­wasz się na coś wiel­kiego, a dopiero nie­dawno zaczę­łaś. A wiele z nas jesz­cze póź­niej. Może przez jakiś czas powin­ni­śmy dzia­łać na mniej­szą skalę.

– Patrzę na liczby – dodał Mały John. – Te, które wpi­sa­łaś pod Arling­ton, są spore. A co dopiero te pogło­ski, że mają tam cho­lerne wyrzut­nie rakiet i że pra­cują z nimi Nie­sa­mo­wici, któ­rzy usmażą czło­wieka spoj­rze­niem. A niektó­rzy latają dookoła jak nie­to­pe­rze. Nie wzbra­niam się przed walką, prze­ciw­nie, ale mamy pełne ręce roboty. Może poob­ser­wujmy ich, spędźmy kilka mie­sięcy na szko­le­niu ludzi, poznajmy lepiej teren. Wróćmy do tematu za jakiś czas.

– Zaata­ku­jemy wszyst­kie trzy jutro w nocy.

– Jutro? – Jej słowa spra­wiły, że Mały John zerwał się z miej­sca, a przez salę prze­to­czyły się szepty i pomruki. – Słu­chaj no, dziew­czynko…

– Oto świa­tło. – Dobyła mie­cza, który zapło­nął. – Oto burza. – Powie­trze w pomiesz­cze­niu zatrzę­sło się po jej sło­wach. – Niczego nie musi­cie, wybór jest wasz. Walka lub ucieczka, odwaga lub ostroż­ność. Sądzi­cie, że to począ­tek? Począ­tek był dawno temu, gdy ludzie odwró­cili się od magii. Kiedy utra­cona wiara zamie­niła się w nie­na­wiść i strach. Kiedy ciem­ność ogar­nęła świat.

– Okej, okej. – Mały John wska­zał wiru­jące powie­trze. – Tylko je wypuść.

Powstrzy­mała go spoj­rze­niem sza­rych oczu przy­po­mi­na­ją­cych barwą dym.

– Tarcz jest sie­dem, a jedna jest otwarta. To, co się przez nią prze­do­stało, zabiło wasze matki, wasze dzieci, a wy na­dal wąt­pi­cie. Oni kar­mią się waszym stra­chem, a wy na­dal kwe­stio­nu­je­cie odwagę. Spójrz­cie i zobacz­cie, co nadej­dzie, jeżeli otwo­rzy się kolejna tar­cza.

Wyrzu­ciła w górę rękę. Tam, gdzie była tablica, poja­wiło się okno, a za nim sza­leń­stwo.

Ludzie zabi­jali się na polach, na któ­rych leżały zmar­niałe plony. Dzieci ze szkli­stymi oczyma i roz­dę­tymi z głodu brzu­chami tuliły się do sie­bie. Niebo roz­dzie­rały bły­ska­wice, czer­wone i czarne.

A wrony, zawsze te wrony, skrze­czały trium­fal­nie, gdy świat pło­nął i krwa­wił.

– Ude­rzę świa­tłem w ciem­ność i będę to robić, póki jego krew nie splami czer­nią ziemi. Spalę tę krew i spro­wa­dzę burzę, która roz­goni dym.

Zro­biła pauzę.

– Zadamy ten cios raz, dwa razy, trzy razy – na pustyni, nad morzem i nie­opo­dal okrzy­ków wojen­nych roz­le­ga­ją­cych się w mar­twym mie­ście. Zanim wsta­nie świt, zatrze­po­cze sztan­dar Jedy­nej.

Kiedy poczuła, że moc opada, wsu­nęła do pochwy miecz.

– No dobra. – Eddie potarł dłoń Fred. – Arling­ton.

Na co Mick ski­nął pota­ku­jąco głową i powie­dział to samo:

– Arling­ton.

Colin sta­nął obok sio­stry.

– Arling­ton.

Kiedy inni poszli w ich ślady, Mały John potarł szczękę.

– Już raz mnie zno­kau­to­wa­łaś. Chyba zro­bi­łaś to ponow­nie. Niech będzie: Arling­ton.

Cel

CEL

O koniecz­no­ści twarda1

– Wil­liam Sha­ke­spe­are

1 Prze­ło­żył Leon Urlich. [wróć]

Roz­dział szó­sty

ROZ­DZIAŁ SZÓ­STY

Po omó­wie­niu planu Fal­lon prze­szła do stanu liczeb­nego.

– Mamy dzie­sięć osób od Mae i dzie­sięć od Troy w oddzia­łach Tho­masa – powie­działa. – Boris, Char­lie zasilą Nową Nadzieję. Będziemy potrze­bo­wali ochot­ni­ków skłon­nych się prze­nieść, zabez­pie­czyć i utrzy­mać te bazy, po czym rekru­to­wać tam­tej­szych ludzi i ich szko­lić.

– Mamy pięt­na­ście osób, które zgo­dziły się jechać do Karo­liny Połu­dnio­wej – rzekł Tho­mas.

– Na począ­tek będzie­cie potrze­bo­wać dwa razy tyle ludzi i przy­naj­mniej jed­nego czło­wieka z wie­dzą tech­niczną oraz dwóch medy­ków – odparła Fal­lon.

– Ray poje­dzie – oznaj­miła Rachel. – Będzie nam go tu bra­ko­wało, ale był u mnie i mówił, że chciałby poje­chać. Uro­dził się nie­da­leko tej bazy.

– Możemy wysłać uzdro­wi­cielkę – rze­kła Troy i złą­czyła dło­nie. – Dzięki temu będą mieli i wiedźmę. Mae, ty masz Benny’ego.

– Ano. To w zasa­dzie jesz­cze dzie­ciak, ale zna się na kom­pu­te­rach i tak dalej. Poje­dzie.

– Kogo byś mia­no­wał na dowódcę, Tho­ma­sie? – zwró­ciła się do męż­czy­zny Fal­lon.

– Micka.

Już chciała zaopo­no­wać. Jakaś część jej uwa­żała, że Mick wciąż jest tym samym chło­pa­kiem, który się wygłu­pia, robi salta, ska­cząc z drzew, i ściga się po lesie. Ale kiedy na niego spoj­rzała, pomy­ślała, że jest już kimś innym. Zupeł­nie innym.

– Dobrze. Mal­licku?

– Czter­dzie­ści osób. Mamy tyle, razem z medy­kami i tech­ni­kami. Będziemy potrze­bo­wali mate­ria­łów budow­la­nych. Wiele domów jest w opła­ka­nym sta­nie.

– Zaj­miemy się tym. Kogo mia­nu­jesz dowódcą?

– Dun­cana. Sza­cu­jemy, że na około pół roku.

Domy­ślała się tego. Ale usły­szała jęk roz­pa­czy Katie.

– To wydaje się daleko. – Fal­lon pode­szła do niej i wzięła ją za jedną dłoń, a Han­nah za drugą. – Ale może poja­wić się u cie­bie tak samo szybko jak teraz. Tonia zabie­rze cię do niego, żebyś zoba­czyła, gdzie jest. Was obie – dodała, patrząc na Han­nah.

– Czy on jest gotów i chętny? – spy­tała Katie Mal­licka.

– Jedno i dru­gie. Możesz być dumna z syna.

– Jestem. Chcia­ła­bym… chcia­ły­by­śmy zoba­czyć, gdzie jest, gdy będzie taka moż­li­wość.

– Zadbamy o to. Do Arling­ton będziemy potrze­bo­wali mini­mum dwu­stu osób – cią­gnęła Fal­lon. – Chcia­ła­bym, żeby tra­fili tam ludzie z każ­dej bazy. Nawet nie­do­świad­czeni rekruci, bo będziemy tam mieli poli­gon. Na począ­tek czte­rech medy­ków, w tym przy­naj­mniej jedna wiedźma z doświad­cze­niem i umie­jęt­no­ściami uzdro­wi­ciela. Trzy osoby tech­niczne.

Kiedy upo­rali się z licz­bami, odwró­ciła się. Wie­działa, że nie­któ­rzy na­dal mają wąt­pli­wo­ści, ale będą wal­czyć.

– Trze­cia nad ranem w Karo­li­nie Połu­dnio­wej i Arling­ton. Pierw­sza w nocy w Utah. Wyko­rzy­stamy ciem­ność, żeby poko­nać ciem­ność. To, czego potrze­bu­je­cie, czyli żoł­nie­rze, broń, wspar­cie, zosta­nie do was wysłane przed zmro­kiem. Dzię­kuję za to, co zro­bi­li­ście, co robi­cie i co zrobi­cie.

Lana, która dotąd mil­czała, wstała.

– Zapra­szamy na górę. Mamy dla was poczę­stu­nek, zanim wró­ci­cie do domów.

No oczy­wi­ście, pomy­ślała Fal­lon, ale dotknęła ramie­nia Mal­licka.

– Poroz­ma­wiamy chwilę?

Kiedy wyszedł na zewnątrz, popa­trzył po oko­licy. Uśmiech­nął się na widok uli.

Słu­chał brzę­cze­nia psz­czół, wąchał zie­leń, czuł sło­dycz kwia­tów, ziół, zapa­chy jedze­nia doj­rze­wa­ją­cego w ziemi i nad nią, na gałę­ziach.

Patrzył z roz­ba­wie­niem, jak w karm­niku wielki dzię­cioł z czer­woną cza­peczką sza­leń­czo dzio­bie coś przy­po­mi­na­ją­cego ciastko.

– Łój – powie­działa mu Fal­lon. – Tata zbu­do­wał karm­nik. Mama robi łój. Ptaki za nim sza­leją.

– To nie jest twoja farma, ale i tak jest to silne miej­sce. I dobrze ci tu poszło. – Gestem wska­zał koszary. – Chciał­bym zoba­czyć twój poli­gon, zanim wyjadę.

– Zabiorę cię i każ­dego, kto zechce się rozej­rzeć. Mamy sil­nych, uzdol­nio­nych żoł­nie­rzy. Jeste­śmy gotowi na Arling­ton.

– Nie mam wąt­pli­wo­ści.

– Ale wie­dzia­łeś, że Mały John je ma.

– Tak, nie on pierw­szy, nie ostatni. – Odwró­cił się do niej. – Jeżeli nie potra­fisz roz­wiać wąt­pli­wo­ści ani prze­ko­nać tych, któ­rzy je mają, żeby mimo to poszli za twoją komendą, to jak możesz im prze­wo­dzić?

– A zro­bi­łam to? Roz­wia­łam albo prze­ko­na­łam? Na tyle, żeby ci, któ­rzy wąt­pią, na­dal przy mnie trwali, nawet gdy pocho­wamy naszych zmar­łych? Bo po Arling­ton będziemy ich cho­wać. A potem przyjdą jesz­cze trud­niej­sze bitwy.

– Wojna to straty, dziew­czyno. – Chwy­cił ją za ramię, kiedy zaczęła krę­cić głową. – Nie­pro­wa­dze­nie tej wojny ozna­cza stratę wszyst­kiego. Jeżeli o tym zapo­mnimy, to już prze­gra­li­śmy. Jeżeli stra­cisz wiarę w sie­bie, nikt inny jej nie dochowa. Wiesz o tym.

– Wie­dzia­łam o tym, mając trzy­na­ście, czter­na­ście lat, kiedy mnie szko­li­łeś, kiedy uję­łam w dłoń po raz pierw­szy miecz i tar­czę, ale wtedy było to niczym obra­zek w książce czy słowa na stro­nicy. Uży­wa­nie mie­cza oraz mocy, żeby prze­le­wać krew i odbie­rać życie – a to wła­śnie czy­nię – to nie bła­hostka, Mal­licku.

– Wojna ni­gdy nie powinna być bła­hostką.

– W tej woj­nie użyję mie­cza i mocy. Będę wio­dła ludzi do walki, nie­któ­rych na śmierć. I ni­gdy, przeni­gdy nie uznam nawet jed­nej śmierci z mojej ręki czy z mojego roz­kazu za tak­tykę. Jeżeli nie będzie mi cią­żyło każde stra­cone życie, to czym będą nasze zwy­cię­stwa? Czym się na koniec sta­niemy?

Uścisk dłoni na jej ramie­niu zelżał.

– Dobrze się nauczy­łaś. Przyj­mij ten cię­żar i walcz dalej.

– Dla­czego Dun­can nie przy­je­chał? – Nie zamie­rzała zadać tego pyta­nia, ale samo się jej wymknęło. – Mama za nim tęskni. I Han­nah. Tonia przy­naj­mniej od czasu do czasu go widuje.

– Czuł, że lepiej się przy­służy, jeżeli zosta­nie i popra­cuje z ludźmi, któ­rych wybra­li­śmy do misji.

– Tak jak czuł, że lepiej się przy­służy, zosta­jąc w Utah przez pół roku?

– Tak.

– Zga­dzasz się z tym?

– Tak. Ci, któ­rzy pod nim służą, darzą go zaufa­niem i sza­cun­kiem. A to, czego nauczył się w Nowej Nadziei, wyko­rzy­sta w Utah. Zachód jest ogromny i w dużej mie­rze pusty. Znaj­dziesz spo­soby, żeby to wyko­rzy­stać. On znaj­dzie je dla cie­bie.

– Zatem zoba­czymy, co zdziała w pół roku. Idź, zjedz. Wystar­cza­jąco długo trzy­mam cię z dala od kuchni mojej mamy. Przed powro­tem zabiorę cię do koszar.

– Ty nie idziesz?

– Dam im w spo­koju cie­szyć się gościn­no­ścią bez Jedy­nej wiszą­cej im nad głową.

Poszła do uli. Posta­wili je tutaj i koło koszar. Wystar­czało, bo Fred usta­wiła jesz­cze cztery na far­mie obok, a inni mieli wła­sne.

 

Pomy­ślała o tym, jak ojciec uczył ją budo­wać ule, jak dzięki temu, co w niej pul­suje, nauczyła się przy­wo­ły­wać kró­lową i rój.

Nauczyła Mal­licka, jak zało­żyć pasiekę, wezwała dla niego rój, wyja­śniła, jak go doglą­dać i jak zbie­rać miód, wosk i pro­po­lis.

W nowych bazach będą potrze­bo­wali uli. Czy Dun­can wie, jak je budo­wać, jak wezwać kró­lową, jak się opie­ko­wać rojem i zbie­rać miód?

Wycią­gnęła rękę. Dzie­siątki psz­czół przy­le­ciało i obsia­dło jej dłoń i nad­gar­stek.

– Zawsze mnie to prze­ra­żało – powie­dział Mick zza jej ple­ców.

– Potrze­bu­jemy ich bar­dziej niż one nas. – Ode­słała owady. – Naprawdę cie­szę się, że cię widzę, Mick. Kiedy byłam u was kilka razy, żeby poroz­ma­wiać z Tho­ma­sem, ty aku­rat polo­wa­łeś, byłeś na zwia­dach albo tro­pi­łeś zwie­rza.

– Źle tra­fia­łaś. Ale też się cie­szę, że cię widzę. Cie­bie i to wszystko. Mia­łem nadzieję, że zoba­czę całą spo­łecz­ność, mia­sto i tak dalej, ale cóż, następ­nym razem.

– Następ­nym razem.

– Zawsze mówi­łaś, że twoja mama świet­nie gotuje. Ale nie sądzi­łem, że aż tak. – Pokle­pał się po brzu­chu i wycią­gnął w jej stronę ciastko. – Przy­nio­słem ci coś.

– Dzięki.

– Podoba mi się twój tata i bra­cia. Masz jesz­cze jed­nego, prawda?

– Ethan, naj­młod­szy. Wysła­li­śmy go z dziećmi Fred do mia­sta na czas spo­tka­nia. Są jesz­cze za mło­dzi, żeby wal­czyć. – Pomy­ślała, że już nie­długo. – Ćwi­czą, a dziś poma­gają we wspól­nym ogro­dzie.

Dło­nią, w któ­rej trzy­mała ciastko, wska­zała na koszary i ruszyła w ich kie­runku.

– Jak Twila i Jojo, Bag­ger i… eee, no… wszy­scy?

– Dajemy radę. Zaj­mu­jemy się domem, ogro­dami i tak dalej. Duszki i zmien­no­kształtni też. Teraz jest nas wię­cej i poja­wili się zwy­kli.

– Zwy­kli?

– No wiesz, jak twój tata i Colin.

– Nie­ma­giczni.

– Wła­śnie. Hej, tam jest Taibhse.

Sowa sie­działa na gałęzi i posłała Mic­kowi kamienne spoj­rze­nie.

– Na­dal jest wku­rzony, że pró­bo­wa­łem zestrze­lić jabłko. A to było lata temu.

Fal­lon też przy­po­mniała sobie polankę dusz­ków z uro­czym zie­lo­nym świa­tłem, sadzawkę, wielką białą sowę i jej złote jabłko. I swoje prze­ra­że­nie, kiedy pomy­ślała, że młody elf celuje z łuku do ptaka. Pod­sko­czyła wtedy, po raz pierw­szy moce pozwo­liły jej zna­leźć się tak wysoko. Kiedy odbiła strzałę i prze­lała wła­sną krew, zwie­rzę zwią­zało się z nią na zawsze.

I w taki oto dziwny spo­sób zaczęła się jej przy­jaźń z Mic­kiem.

– A gdzie Faol Ban i Laoch? – spy­tał.

– Są tutaj. Będą ze mną w Arling­ton. – Odwró­ciła się do niego. – Zdo­bę­dziemy Arling­ton.

– Wiem. Wie­rzy­łem w to, zanim się tu poja­wi­li­śmy. Teraz wie­rzę w to jesz­cze bar­dziej.

Te pro­ste słowa dodały jej otu­chy.

– A ty chcesz jechać do Karo­liny? Zosta­wić elfi obóz, budo­wać bazę?

– Ni­gdy nie widzia­łem oce­anu. Sabine zabiera nas wyżej w góry, niżej w doliny, ale ocean? Praw­dziwy ocean…!? Sabine i mój ojciec mają się ku sobie.

– Ja… co? Jak to?

– No wiesz, są razem. Nie mam z tym pro­blemu. Jest przy niej szczę­śliwy. A ona jest mądra, taka spo­kojna, jak on. Naj­wy­raź­niej to działa.

– Cie­szę się.

– No, w każ­dym razie, tak daleko jak tutaj to mnie jesz­cze nie try­mi­gnęła, i już to była nie­zła jazda. Chciał­bym zoba­czyć ocean. Dużo się nauczy­łem – powie­dział, odwra­ca­jąc się od tre­nu­ją­cych na poli­go­nie. – My też się tak uczymy. Minh daje nam nie­złą szkołę. Budu­jemy. Jak mówi­łem, jest nas teraz wię­cej. Minh decy­do­wał pierw­szy, ale on i Ore­lana nie chcą, żeby dzieci musiały się prze­pro­wa­dzić. Jesz­cze nie. Ja byłem dru­gim wybo­rem, ale…

– Nie dla mnie. – Poło­żyła dłoń na jego ramie­niu. – Nawet kiedy byli­śmy dziećmi, inni cię słu­chali. Kiedy twój obóz zacho­ro­wał, ty, cho­ciaż też byłeś chory, zdo­ła­łeś dotrzeć do nas, żeby wezwać pomoc.

– Nie byłem pewien, jak zare­agu­jesz na wia­do­mość, że to ja mam dowo­dzić bazą.

– Zatem powiem ci, że wiem, że ta baza i jej ludzie będą w dobrych rękach.

– To wiele dla mnie zna­czy. Bra­ko­wało mi cie­bie, Fal­lon. – Poło­żył rękę na jej dłoni i zoba­czyła w jego oczach to, co jej powie­dział jego dotyk.

Na­dal biła w nim ta siła, to, co czuł do niej jako chło­piec, co poczuł z tym pierw­szym poca­łun­kiem. Żało­wała, że nie może tego odwza­jem­nić, czuć tego samego, pra­gnąć go tak, jak on jej pra­gnął.

Ale ponie­waż nie mogła, obró­ciła dłoń i uści­snęła jego rękę. Po przy­ja­ciel­sku.

– A mnie cie­bie.

I cho­ciaż wie­działa, że to go zra­niło, obró­ciła się ku domowi i wra­ca­jąc, roz­ma­wiała, po przy­ja­ciel­sku, o ich dzie­cię­cych przy­go­dach.

Po tym, jak goście ode­szli, jak opro­wa­dziła Mal­licka po kosza­rach, usia­dła z rodzi­cami i zja­dła zimną sałatkę maka­ro­nową, którą mama przed nią posta­wiła.

– Myślę, że wszystko poszło dobrze – zwró­ciła się do córki.

Fal­lon przyj­rzała się mamie pomię­dzy kęsami sałatki.

– Nie mówi­łaś wiele.

– Nie mia­łam nic do doda­nia. Wie­dzia­łaś, co i jak powie­dzieć. Wie­dzia­łaś, co im poka­zać, kiedy trzeba to było zro­bić. – Kiedy roz­ma­wiały, sie­dząc przy stole na zewnątrz w let­nim upale, Lana łuskała gro­szek do obiadu. – Widzia­łam to, co im poka­za­łaś, i jesz­cze gor­sze rze­czy, we wła­snych wizjach.

– Ni­gdy mi o tym nie mówi­łaś.

– Chcę, żebyś wie­działa, że rozu­miem, jaka jest stawka. Nie stanę do walki, tak jak ty…

– Toczysz ją każ­dego dnia.

– Nie tak jak ty, od dawna nie. Ale wiem, jak bro­nić sie­bie i innych. Dla­tego wybie­ram się do Arling­ton. Cze­kaj – powie­działa, zanim Fal­lon zdo­łała się sprze­ci­wić. – Twój tata i ja już parę razy o tym dys­ku­to­wa­li­śmy i wygra­łam.

– Powie­dział­bym, że to nokaut tech­niczny – ode­zwał się Simon.

– Wygrana to wygrana. Rachel, Han­nah i ja roz­sta­wimy polowe punkty medyczne. Wiemy, jak wal­czyć, jeżeli zaj­dzie taka potrzeba, ale po obu stro­nach będzie dużo ofiar. Potrze­bu­je­cie nas.

Nie mogła tego znieść, po pro­stu nie mogła – jej matka łuskała groch, który miała ugo­to­wać na parze na obiad, i mówiła jed­no­cze­śnie o pój­ściu na wojnę.

– Zabie­ram ci męża i dwóch synów. Już wysy­łam do walki dwójkę Katie. Jonah i Rachel mają troje dzieci, jesz­cze małych. Jedno z nich powinno zostać w Nowej Nadziei.

– Jeste­śmy potrzebni. Jonah i Rachel przy­go­to­wali się na wypa­dek, gdyby coś im się stało. Podob­nie Poe i Kim zadbali o swoje dzieci. Trzeba było sporo argu­men­tów, żeby prze­ko­nać Fred i Arlys, żeby tu zostały, i mię­dzy innymi to wła­śnie dzieci prze­chy­liły szalę.

Zamil­kła, ale po chwili ponow­nie zaczęła mówić.

– Byli­śmy pierw­szą falą. Nie wyłą­czy­cie nas z tego.

– Han­nah nie jest wojow­niczką.

– Jest lekarką. Medycy idą na wojnę, ponie­waż żoł­nie­rze idą na wojnę. Moja moc nie dorów­nuje two­jej, Fal­lon, ale też nie jest mała. Zaufaj jej i mnie.

– Nie prze­ko­nasz jej – ostrzegł Simon. – Poroz­ma­wiajmy o tym, o czym mówi­łaś pod­czas spo­tka­nia. Na przy­kład nie powie­dzia­łaś, komu chcesz powie­rzyć dowódz­two nad Arling­ton.

– Potrze­bu­jemy tam zespołu dowód­ców z racji roz­mia­rów i poło­że­nia tej bazy. Moim pierw­szym wybo­rem był­byś ty. – Wzięła dłoń matki, kiedy zoba­czyła jej pobie­lałe kostki. – Ale jesteś potrzebny tutaj. Więc spy­ta­łam Mal­licka, czyby nie poje­chał, i skoro Dun­can zostaje w Utah, kogo wyzna­czyłby na dowódcę tam­tej­szej bazy. Zasko­czył mnie, wymie­nia­jąc Małego Johna. Więc… zamie­rzam mu w tej kwe­stii zaufać. Mal­lick poje­dzie do Arling­ton, razem z Aaro­nem i Bryar, o ile się zgo­dzą. Będziemy potrze­bo­wali instruk­to­rów, nauczy­cieli. Jest taka elfka, Jojo, chyba nie ma i nie było nikogo lep­szego w szpe­ra­niu i zwia­dach. Tho­mas ją spyta. A ja… chcę zapy­tać Colina.

Usły­szała wes­tchnie­nie matki – była to rezy­gna­cja, nie zasko­cze­nie – kiedy Simon się­gnął po dłoń Lany.

– Spo­dzie­wa­li­śmy się tego.

– Chcę powie­dzieć, że jest zbyt młody, żeby dowo­dzić – zaczęła Lana – ale nie jest. Więc ponow­nie wyślę jedno z dzieci do Mal­licka.

– Wszystko, czego oboje go nauczy­li­ście, wszystko, czego nauczył się, od kiedy przy­je­chał tutaj, zabie­rze ze sobą. Jeżeli popro­si­cie, żebym wybrała kogoś innego, zro­bię to.