Rozkwit magii

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Jest więk­sza, niż sądzi­łem – rzekł Will, po czym wstał i pod­szedł bli­żej mapy.

– Ponad czter­na­ście hek­ta­rów oto­czo­nych murem i osło­nami magicz­nymi. Zazna­czy­łam poste­runki straż­ni­ków, ale mają też war­tow­ni­ków patro­lu­ją­cych teren przez całą dobę. Dodat­kowe zabez­pie­cze­nia dają im osłony z czar­nej magii. Widzia­łam, jak padło kilka jeleni, kiedy zna­la­zły się metr od muru. Jak będziemy gotowi, prze­sta­niemy się przej­mo­wać zosta­wia­niem śla­dów czy uru­cha­mia­niem alar­mów i po pro­stu je znisz­czymy.

– Damy radę? – ode­zwała się Kim, kobieta, któ­rej odwagę i umysł Fal­lon bar­dzo sza­no­wała. Mówiąc to, wstała i pode­szła do mapy. – Nie ma sensu tra­cić ludzi, zanim przej­dziemy przez mur.

– Zdej­miemy osłony. Nie wszyst­kie budynki będą umoc­nione czy osło­nięte. To wymaga za wiele mocy i zaso­bów. Ale możemy być pewni, że wię­zie­nia, bo są dwa, zbro­jow­nia i inne klu­czowe budynki mają i osłony, i for­ty­fi­ka­cje.

Po czym omó­wiła poszcze­gólne czę­ści makiety i popro­siła Chucka o uzu­peł­nie­nie tego obrazu infor­ma­cjami, które uzy­skał.

– Zatem sądzimy, że zawsze mają w bazie od czte­ry­stu do pię­ciu­set żoł­nie­rzy. I naj­praw­do­po­dob­niej jesz­cze pięć­dzie­się­ciu Najeźdź­ców, któ­rzy dzięki soju­szowi korzy­stają z bazy pomię­dzy wypa­dami.

Kiw­nęła głową w stronę Poego.

– Zmie­niają się, orga­ni­zują tam szko­le­nia, utwo­rzyli dru­żyny pro­wa­dzące wypady i zgar­nia­jące Nie­sa­mo­wi­tych. Na ile możemy stwier­dzić, Najeźdźcy nie zaj­mują się zabez­pie­cze­niami, nie mają dyżu­rów war­tow­ni­czych ani nie pra­cują w bazie.

– Trzy­mają tro­chę zwie­rząt – wtrą­cił Chuck. – Mają dzięki temu świeże jajka i mleko, doda­tek do łupów z wypraw. Mają też uprawy. Dbają o nie nie­wol­nicy. Jest tam sporo ludzi do wykar­mie­nia, ubra­nia i tak dalej. Najeźdźcy zwożą zapasy i korzy­stają z bazy.

– Z kal­ku­la­cji wynika, że trzy­mają co naj­mniej setkę nie­wol­ni­ków – pod­jęła temat Fal­lon. – Wygląda na to, że ich rów­nież zmie­niają. Kiedy potrze­bują wię­cej ludzi w innej loka­li­za­cji, to ich trans­por­tują. Liczby więź­niów nie jeste­śmy w sta­nie osza­co­wać. Wpraw­dzie na­dal orga­ni­zują coty­go­dniowe egze­ku­cje według tej swo­jej popier­do­lo­nej tra­dy­cji… – Zła­pała się na wul­ga­ry­zmie i spoj­rzała na matkę. – Prze­pra­szam.

– Bio­rąc pod uwagę to, o czym mówisz, trudno mi zła­jać cię za słow­nic­two.

– Publiczne egze­ku­cje odby­wają się w każdą nie­dzielę, ale wedle naszych infor­ma­cji ogra­ni­czają się do jed­nego więź­nia. Ta baza sta­nowi coś w rodzaju ośrodka deten­cyj­nego dla każ­dego poj­ma­nego pomię­dzy naj­praw­do­po­dob­niej Wir­gi­nią, Karo­liną Pół­nocną, Wir­gi­nią Zachod­nią i być może wschod­nim Ten­nes­see.

– Widzi­cie, zwożą ich do sie­bie – wyja­śnił Chuck – a jeśli któ­raś z innych baz ma nie­do­bory na nie­dzielny pik­nik, to im dosy­łają ska­zań­ców.

– Do tego docho­dzi każdy: cywile, magiczni, kogo ścią­gają z wypa­dów do D.C. To, co ucho­dzi za rząd, na­dal panuje nad mia­stem. James Har­grove wciąż jest pre­zy­den­tem.

– Dupek – rzu­cił Chuck i pod­kre­ślił obe­lgę wysta­wie­niem środ­ko­wego palca. – I nie będę za to prze­pra­szał.

– To nie jest demo­kra­cja – cią­gnęła Fal­lon. – Zasad­ni­czo jest auto­kratą i rzą­dzi dzięki woj­sku.

– Nie możemy zdo­być zbyt wielu infor­ma­cji z Bia­łego Domu – dodał bez­rad­nie Chuck. – Ale poja­wiają się plotki. Są egze­ku­cje, tyle że nie publiczne.

– Pozory cywi­li­za­cji – wtrą­ciła Arlys. – Ale to jasne, że wrzu­cił kon­sty­tu­cję do kosza, a jego celem jest pozby­cie się magicz­nych za wszelką cenę.

– Eks­pe­ry­menty, ośrodki deten­cyjne – cią­gnął Chuck. – Skarbce pełne po sufit, ale to tylko plotka, więc nie wia­domo. Na pewno opływa w dostatki i takie życie mu się podoba.

– Prze­wo­dzi wła­dzom w mar­twym mie­ście – uzu­peł­niła Fal­lon. Była tam i czuła tę atmos­ferę. – Ruch oporu na­dal wal­czy, odnosi jakieś zwy­cię­stwa. A Mroczni Nie­sa­mo­wici polują na jed­nych i dru­gich.

– White chce zdo­być Waszyng­ton – zauwa­żył Simon. – Ist­nieje mnó­stwo miejsc podob­nych do tego, które zajęli w Arling­ton, ale odda­lo­nych od areny dzia­łań wojen­nych, a te prze­cież toczą się już dwa­dzie­ścia lat. Wybrał stra­te­gicz­nie, sprzy­mie­rzył się z Najeźdź­cami, by nie musieć się nimi przej­mo­wać. Zawarł też sojusz z Mrocz­nymi Nie­sa­mo­wi­tymi, aby korzy­stać z ich mocy i by zosta­wili go w spo­koju.

– Zga­dzam się. – Fal­lon kiw­nęła lekko głową. – To zna­czy White myli się, bo tamci rzucą się na niego, kiedy dojdą do wnio­sku, że nie jest im do niczego potrzebny, ale zga­dzam się z tym, co mówisz. White chce zdo­być mia­sto.

– Sym­bol, sie­dziba wła­dzy – kon­ty­nu­ował Simon. – Gdyby udało mu się je zdo­być i doko­nać publicz­nej egze­ku­cji Har­grove’a, jakichś gene­ra­łów, byłaby to mocna dekla­ra­cja.

– Har­grove to raczej komen­dant naczelny niż pre­zy­dent – zwró­cił się do ojca Tra­vis. – To brzmi bar­dziej woj­skowo.

– Był w armii – wtrą­ciła Fal­lon. – Słu­żył w woj­sku pod­czas pan­de­mii apo­ka­lipsy i dowo­dził siłami, które prze­szu­ki­wały Nowy Jork, Chi­cago i Bal­ti­more.

Wie­działa o nim wię­cej, dużo wię­cej, ale na razie zosta­wiła ten temat.

– Oni chcą mia­sta, Har­grove’a i klu­czo­wych urzęd­ni­ków. Ale rów­nie mocno pra­gną tych magicz­nych – zarówno ze świa­tła, jak z ciem­no­ści – któ­rzy są tam prze­trzy­my­wani. Chcą poznać loka­li­za­cję innych ośrod­ków deten­cyj­nych. Jak­kol­wiek mocno White’owi zależy na Waszyng­to­nie, jego sym­bo­lice, struk­tu­rach i tym, co zostało z zaso­bów mia­sta, jego głów­nym celem jest uni­ce­stwie­nie nas.

– Cóż, umrze zawie­dziony – rzekł Simon.

Uśmiech­nęła się do ojca.

– Ow­szem. Bo nie pod­bije Waszyng­tonu. My to zro­bimy.

– Hola! – zawo­łał Jonah i pod­niósł piwo, które wcze­śniej odsta­wił. – Nawet jeżeli zdo­łamy nawią­zać kon­takt z tam­tej­szym ruchem oporu, będzie nas sto razy mniej. Leczy­li­śmy w przy­chodni ucie­ki­nie­rów ze sto­licy. Tam dzień w dzień trwa rzeź.

– Dziś jest nas mniej. Ale będzie nas wię­cej, gdy ruszymy na mia­sto, żeby je prze­jąć. Zaczniemy od tego. – Odwró­ciła się do pierw­szej mapy. – Od Utah i Karo­liny Pół­noc­nej. I od Arling­ton.

* * *

Fal­lon pocze­kała, aż zapa­dły cał­ko­wite ciem­no­ści, i dopiero wtedy ode­szła z domu z Tonią i Flyn­nem. U boku elfa szedł Lupa.

– Chcia­łem go zosta­wić z Joem i Eddiem, ale… – zaczął, kła­dąc dłoń na łbie wilka. – Nie chciał się na to zgo­dzić.

– Jest mile widziany – odparła Fal­lon.

Flynn miał strzelbę prze­wie­szoną przez ramię i nóż przy pasku. Tonia zabrała łuk i koł­czan oraz nóż, a Fal­lon swój miecz i tar­czę. Kiedy unio­sła rękę, z ciem­no­ści sfru­nęła biała sowa i wylą­do­wała jej na ramie­niu.

– Okej. Któż lepiej się nadaje na zwia­dowcę niż sowa? – ode­zwała się Tonia. – Wie­cie co, nie­źle ich zszo­ko­wa­li­śmy.

– Żałuję, że musie­li­śmy omó­wić to tak szybko, ale nie mamy wię­cej czasu. Flynn, ty byłeś z nimi od początku.

– I byłem młod­szy niż kto­kol­wiek z was, gdy zaczy­na­li­śmy. Pora­dzą sobie. To trudne, jeste­ście ich dziećmi, ale wytrzy­mają.

Fal­lon pomy­ślała, że ni­gdy nie miał part­nerki, cho­ciaż mie­wał kochanki. Zasta­no­wiła się dla­czego.

Nikt mnie nie zwa­lił z nóg, odpo­wie­dział w jej myślach i uśmiech­nął się pół­gęb­kiem, kiedy się wzdry­gnęła.

Prze­pra­szam.

– Zaczy­najmy – powie­działa na głos. – Celuję w miej­sce odda­lone od bazy o pra­wie kilo­metr. Sza­cun­kowo, ponie­waż nie mogłam ryzy­ko­wać wej­ścia w krysz­tał i zosta­wie­nia śladu, żeby usta­lić dokład­niej­szą loka­li­za­cję.

– A dziś nie zosta­wimy śladu? – spy­tała Tonia.

– Rzucę zaklę­cie masku­jące. – Wyjęła woreczki z amu­le­tami z kie­szeni. – Trzy­maj­cie je przy sobie – powie­działa i poło­żyła dło­nie na ich ramio­nach, po czym zaczęła w sku­pie­niu recy­to­wać: – Przed przy­ja­ciela i wroga okiem okryci jeste­śmy nie­wi­dzial­no­ści obło­kiem. Cho­ciaż pło­nie świa­tło w nas, na­dal trwa ciem­nej nocy czas. Patrzą, lecz widze­nia brak. Wedle woli mej niech będzie tak.

– Będziemy nie­wi­dzialni? – zacie­ka­wiła się Tonia i wsu­nąw­szy wore­czek do kie­szeni, pokle­pała się po niej. – Ale eks­tra.

– Nie, nie nie­wi­dzialni, ale i tak będzie odlo­towo. Bar­dziej jak cie­nie, kształty. Zaklę­cia prze­szu­ku­jące powinny się nad nami prze­śli­zgnąć.

– Powinny?

– Ist­nieją zaklę­cia prze­ciw­dzia­ła­jące zaklę­ciom masku­ją­cym. Musimy zary­zy­ko­wać. W razie jakich­kol­wiek kło­po­tów try­mi­gamy z powro­tem. Nie możemy ryzy­ko­wać powo­dze­nia całej misji. Gotowi?

Zna­leźli się na dro­dze, przy któ­rej stały puste domy. Część spa­lono do cna, co było mar­no­wa­niem zaso­bów i schro­nie­nia. Ktoś bar­dziej przed­się­bior­czy i prak­tyczny roze­brał pozo­stałe do fun­da­men­tów, ale kilka jesz­cze stało, z roz­bi­tymi oknami, ze zdję­tymi lub sze­roko otwar­tymi drzwiami.

Kiedy lustro­wała miej­sce, które przed jej uro­dze­niem było dziel­nicą, poczuła coś.

– Zosta­wili tu zmar­łych – oznaj­miła.

– Gdzie? – Tonia, trzy­ma­jąc dłoń na ręko­je­ści noża, rów­nież uważ­nie przy­glą­dała się oto­cze­niu.

– W domach. W nie­któ­rych na­dal są szczątki osób, które zmarły z powodu apo­ka­lipsy. Kie­dyś bawiły się tu dzieci. Przy­ja­ciele spo­ty­kali się na tara­sach, tak jak my dziś w Nowej Nadziei. Teraz są tu szczury.

Patrzyła jak jeden z nich prze­myka przez zachwasz­czony traw­nik.

– Nie­cały kilo­metr – powie­dział Flynn. – Te oca­lałe domy będzie łatwo napra­wić. Kiedy zdo­bę­dziemy bazę, możemy tu zro­bić pla­cówkę, punkt kon­tro­lny.

 

Droga dopro­wa­dziła ich do miej­sca, które kie­dyś było małym par­kiem. Teraz drzewa rosły gęściej, a miej­sce trawy zajęła bujna roślin­ność.

– Pew­nie są tu węże – stwier­dziła Tonia.

– Pew­nie tak.

Zoba­czyli jele­nia, czer­wo­nego lisa i śpią­cego oposa, po czym prze­szli przez wąski stru­mień zatkany śmie­ciami.

Fal­lon i Flynn zamarli z prze­chy­lo­nymi gło­wami.

– Hej, elfie uszy – wymam­ro­tała Tonia. – Co sły­szy­cie?

– Sil­nik – powie­dział Flynn i zer­k­nąw­szy na Fal­lon, ski­nął głową.

Lupa został przy niej, a elf znik­nął w ciem­no­ści.

– Rozej­rzy się. Baza powinna być kil­ka­set metrów na wschód, a dźwięk sil­nika docho­dzi z pro­wa­dzą­cej do niej drogi.

Ruszyły obie przed sie­bie, trzy­ma­jąc się cieni, pod­czas gdy świa­tła alarmu z kom­pleksu roz­pra­szały ciem­ność.

Wró­cił Flynn.

– Jeden samo­chód towa­rowy wpusz­czony główną bramą – obwie­ścił. – Sta­no­wi­ska straż­ni­ków zga­dzają się z tym, co zazna­czy­łaś na mapie. Mur ma ze cztery i pół metra. Stąd niczego nie zoba­czymy, a za jakieś sześć metrów znaj­dziemy się na otwar­tym tere­nie. Mogę zro­bić roz­po­zna­nie, spraw­dzić, czy nie ma jakiejś nie­rów­no­ści terenu, z któ­rej coś dostrze­żemy.

– Musimy się zna­leźć wyżej, ale nie na ziemi – odparła Fal­lon. – Roz­dzie­limy się. Flynn, ty spraw­dzisz stronę wschod­nią, Tonia zachod­nią. Spo­tka­cie się od pół­nocy. Musimy poznać teren, jakieś dodat­kowe miej­sca dla war­tow­ni­ków lub zabez­pie­cze­nia, poten­cjalne słabe punkty. Wie­cie, co robić. Tonia was try­mi­gnie z powro­tem tutaj.

– A ty? – spy­tała dziew­czyna.

– Wybiorę się w górę.

– Potra­fisz latać?

– Taibhse potrafi, a ja będę patrzeć jego oczyma.

– Chcesz się z nim zespo­lić – zaczął Flynn, a Tonia pokrę­ciła głową.

– W takim razie Flynn i ja powin­ni­śmy z tobą zostać – powie­działa. – Będziesz bez­bronna, ciało tu, duch tam. Wspo­mi­na­łaś, że jesz­cze pra­cu­jesz nad praw­dzi­wym sca­le­niem.

– Sowi bóg jest ze mną nie bez powodu. A Faol Ban będzie mnie pil­no­wał.

– Lupa też zosta­nie – nale­gał Flynn.

– No dobrze. – Fal­lon pod­nio­sła rękę i Taibhse cicho sfru­nął z gałęzi, na któ­rej sie­dział. – Ruszaj­cie. Spo­tkamy się tutaj. To, z czym dziś wró­cimy, zade­cy­duje o róż­nicy mię­dzy suk­ce­sem a porażką.

– Możesz się z nami komu­ni­ko­wać przez myśli – powie­działa Tonia. – W razie kło­po­tów daj znać.

– Wy tak samo.

Fal­lon odcze­kała, a kiedy została sama z sową, spoj­rzała w jej oczy.

– Należę do cie­bie, ty nale­żysz do mnie. Jesteś mądro­ścią i cier­pli­wo­ścią. Jesteś myśli­wym. Moje serce bije jed­nym ryt­mem z twoim ser­cem, moja krew pły­nie z twoją. Bądź moimi oczyma.

I ujrzała sie­bie, cień w ciem­no­ści.

– Bądź moimi uszami.

Usły­szała sze­le­sty nocy. Oddech myszy, idą­cego po liściu pająka, prze­my­ka­ją­cego w tra­wie lisa.

– Mądry Taibhse, mój duch łączy się z twoim. Bądź teraz moimi skrzy­dłami.

Po czym unio­sła się w nim, przez niego i na sze­roko roz­po­star­tych skrzy­dłach poszy­bo­wała hen, wysoko nad drzewa. Owio­nęło ją opły­wa­jące zewsząd powie­trze, z dołu dobie­gły zapa­chy myszy, pająka i lisa.

Przez moment czuła eks­cy­ta­cję – zachły­snęła się tą wol­no­ścią lotu, cie­szyła ze wzroku, który pozwa­lał jej dostrzec wie­wiórkę na drze­wie. Rado­wała szcze­rze tą jed­no­ścią, dzięki któ­rej mogła swo­bod­nie szy­bo­wać.

Naraz uczuła smród paliwa, odór ciem­nej magii, zapach czło­wieka.

Dostrze­gła elfa na wscho­dzie, wiedźmę na zacho­dzie, poru­sza­jące się w ciem­no­ści cie­nie.

Wciąż krą­żyła nad domami, nad siatką łączą­cych je ulic. Spo­strze­gła ogród oto­czony pło­tem i zagrodę dla trzody chlew­nej. Nieco dalej zauwa­żyła straż­ni­ków przed budyn­kami. W gło­wie Fal­lon zary­so­wała się mapa.

Czte­rech męż­czyzn roz­ła­do­wało cię­ża­rówkę, którą widział Flynn – prze­wo­ziła więź­niów. Poczuła zapach świe­żej krwi, patrzyła, jak ludzie są cią­gnieni do strze­żo­nego budynku. Ktoś prze­je­chał cię­ża­rówką przez kom­pleks. Minął kolejny strze­żony obszar, a potem kolejną bramę.

Poli­czyła pojazdy oraz zbior­niki na paliwo.

Grupa Najeźdź­ców – czte­rech, pię­ciu, sze­ściu, sied­miu – sie­działa na zewnątrz, na tyłach wiel­kiego domu ze spa­dzi­stym dachem. Dwóch z nich paliło coś, co zatru­wało powie­trze. Inni pili… whi­sky?

Przez uszy Taibhse posły­szała ich głosy, szorst­kie i pijac­kie. Zdała sobie sprawę, że świę­tują nalot. Dwie osoby zabite, troje nie­wol­ni­ków, któ­rych prze­han­dlują Wojow­ni­kom Czy­sto­ści.

Kolejny cią­gnął kobietę na smy­czy. Fal­lon zoba­czyła piętno nie­wol­nicy na jej nad­garstku i sińce na nagim ciele. Jedna z kobiet wstała, pode­szła i pię­ścią ude­rzyła nie­wol­nicę w brzuch. Ta zgię­łaby się w pół, gdyby smycz się nie napięła i nie pocią­gnęła jej do tyłu.

– Flir­tu­jesz z moim męż­czy­zną, suko – wyce­dziła.

To wywo­łało recho­tliwy śmiech i wezwa­nia do bójki.

Kobieta znowu ude­rzyła pię­ścią nie­wol­nicę.

– Nie uszkodź jej za bar­dzo, Sadie – ostrzegł jeden z męż­czyzn, wydmu­chu­jąc dym. – Rano musimy ją oddać.

– Nie odry­wała od cie­bie oczu – rze­kła Sadie i wycią­gnęła nóż. – Może powin­nam wyciąć jej te śli­pia.

– Wyna­ję­li­śmy ją tylko na noc – odrzekł tam­ten. – Nie ma sensu jej kupo­wać. Daj no tu tę swoją piękną dupę. Kto wygrał pierw­szeń­stwo? – Jeden z pozo­sta­łych wstał i potarł kro­cze. – No to zabie­raj ją do środka i bierz to, za co pła­cimy – dokoń­czył męż­czy­zna.

Sadie obró­ciła nóż przed oczyma nie­wol­nicy, po czym splu­nęła i ode­szła.

Fal­lon zapło­nęła z wście­kło­ści. Mogłaby pomóc tej nie­wol­nicy. Ale poma­ga­jąc jej, ryzy­ko­wała życiem pozo­sta­łych, któ­rych mogą oca­lić. Zroz­pa­czona pole­ciała dalej.

Poprzy­się­gła sobie, że ich zapa­mięta, Sadie i innych. I całą sobą żywiła nadzieję, że pozo­staną w bazie, kiedy popro­wa­dzi atak.

Dostrze­gła męż­czy­znę w czerni wycho­dzą­cego z budynku i poczuła bijącą od niego moc, ciemną i brzydką. Choć wie­działa, że on nie może poczuć jej magii, to kiedy się zawa­hał i zwró­cił wzrok ku niebo, Taibhse odfru­nęła.

Roz­dzie­liła się z nim i zna­la­zła się koło wilka, nie­opo­dal stali Flynn i Tonia.

– Długo cię nie było – zaczęła Tonia.

– Było dużo do obej­rze­nia. Nie tutaj – powie­działa szybko Fal­lon. – Mają przy­naj­mniej jed­nego Mrocz­nego Nie­sa­mo­wi­tego i nie wiem, czy cze­goś nie wyczuł. Jeżeli tak, to będzie szu­kał. Wra­camy.

Chwy­ciła dłoń Flynna, powie­działa Taibhse, żeby usiadł jej na ramie­niu, i razem z Tonią try­mi­gnęła ich do domu.

Roz­dział piąty

ROZ­DZIAŁ PIĄTY

Duncan ni­gdy nie widział niczego podob­nego do Utah.

Try­mi­gał już na zachód, kiedy wraz z Tonią i Fal­lon wyszu­ki­wali gło­wice bojowe, żeby je prze­kształ­cić w coś nie­szko­dli­wego i znisz­czyć. Ale wów­czas prze­by­wali głę­boko wewnątrz baz i kom­plek­sów woj­sko­wych.

Nie widział wtedy dziw­nego, bez­kre­snego terenu, poszar­pa­nych gór­skich wznie­sień, fascy­nu­ją­cych skał przy­po­mi­na­ją­cych rzeźby ani głę­bo­kich kanio­nów z wiją­cymi się w nich rze­kami. Nie czuł zapie­ra­ją­cego dech gorąca ani nie widział przedziw­nego piękna usia­nego gwiaz­dami pustyn­nego nieba.

Przy­byli tam z Mal­lic­kiem, żeby zro­bić roz­po­zna­nie wro­giej bazy. Ale wró­cił nie tylko z pla­nami bitwy i logi­styką. Towa­rzy­szył mu także zachwyt.

Prze­dziwne czy nie, to piękno go zachwy­cało, tak jak sama prze­strzeń. Chciał wró­cić tam za dnia, zoba­czyć, jakie kolory słońce wydo­bywa ze spie­czo­nej ziemi, z wyso­kich i pozwi­ja­nych skał, z ostrych szczy­tów.

Coś kazało ludziom zosta­wić zie­leń wschodu i podró­żo­wać tak daleko, w tak nie­sprzy­ja­ją­cych warun­kach, do tych brą­zo­wych i zło­ci­stych odcieni Zachodu, gdzie budo­wali nędzne pustynne mia­steczka, takie jak to, które teraz zaanek­to­wali Wojow­nicy Czy­sto­ści.

Wraz z Mal­lic­kiem przy­glą­dał się celowi – sku­pi­sko budyn­ków, połowa w opła­ka­nym sta­nie. Cię­ża­rówki, moto­cy­kle, padok z sze­ścioma końmi, jedną mleczną krową i gro­madką kur.

I jeden straż­nik śpiący na war­cie.

Kiedy powoli okrą­żali cel, nie roz­ma­wiali wiele. Dźwięk niósł się daleko w pustyn­nym powie­trzu. Dun­can sły­szał roz­brzmie­wa­jące echem wycie kojota, wilka oraz znu­dzoną roz­mowę trójki męż­czyzn sie­dzą­cych przy stole pik­ni­ko­wym i gra­ją­cych w karty.

Poczuł w powie­trzu magię, przy­tłu­mioną, nie­równą – docho­dziła z budynku za kar­cia­rzami. Pomy­ślał, że to więź­nio­wie. Odu­rzeni nar­ko­ty­kami lub ranni albo jedno i dru­gie.

Przez zachwyt prze­biła się wście­kłość.

– Mogli­by­śmy ich zdjąć teraz, sami – wyszep­tał do Mal­licka. – To idioci.

Cza­ro­dziej potak­nął.

– Bez wąt­pie­nia, ale to nie nasza akcja, nie dziś.

– No wiem, ale czło­wieku, trudno odejść. Przyj­rzę się dokład­niej, spraw­dzę tył budynku, w któ­rym trzy­mają magicz­nych.

– Tylko cicho i szybko.

Dun­can mógł try­mi­gnąć, ale nie uzy­skałby tylu szcze­gó­łów doty­czą­cych ukształ­to­wa­nia terenu. Poru­szał się szybko po spie­czo­nej ziemi, trzy­mał poza zasię­giem dzia­ła­ją­cych dzięki aku­mu­la­to­rom świa­teł sys­temu alar­mo­wego.

Gdy zna­lazł się bli­żej, zorien­to­wał się, że budy­nek rów­nież przed apo­ka­lipsą był wię­zie­niem. Nie miał tyl­nych drzwi, a jego okna były zakra­to­wane..

Zaj­rzał ostroż­nie do środka, zoba­czył trzy małe cele i zamknięte na klucz drzwi oddzie­la­jące je od reszty budynku. Nali­czył dwa­dzie­ścia sześć osób, w tym dzieci, wszyst­kie bez­władne i otę­piałe. Zoba­czył świeże piętna na czo­łach, świeże i stare sińce oraz zaschniętą krew. Gołe stopy – poka­le­czone, po Bóg jeden wie jak dłu­gim mar­szu. Włosy wystrzy­żone tak krótko i bru­tal­nie, że na skó­rze głowy widać było świeże rany. Dostrzegł dwa brudne sło­iki na pod­ło­dze przed jedną z cel i dobie­ga­jące z nich słabe świa­tło.

Usły­szał zgrzyt zam­ków w wewnętrz­nych drzwiach i szybko się schy­lił.

– Mówi­łem, że wszy­scy nie­przy­tomni – roz­legł się czyjś szept.

– Mamy roz­kazy, żeby spraw­dzać ich co cztery godziny, to spraw­dzamy co cztery godziny. A teraz rusz się i zaj­rzyj do nie­wol­ni­ków. I tym razem trzy­maj fiuta w spodniach.

– Po co komu nie­wol­nicy, jak nie można się tro­chę zaba­wić?

– Sze­fo­stwo wybrało mnie na dowódcę, a nie­wol­nicy są do pracy, nie roz­rywki. Chcesz coś prze­le­cieć, to prze­leć jedną z tych suk tutaj, zanim je powie­simy. A teraz idź i do cho­lery skon­tro­luj barak nie­wol­ni­ków.

– Dobra, dobra.

Dun­can usły­szał, jak jeden z nich opusz­cza wię­zie­nie, a drugi wcho­dzi głę­biej do środka.

– Śnij­cie o pie­kle – wymam­ro­tał. – Bo wkrótce tam wró­ci­cie. Wyślemy was, dia­bel­skie syny i córy, z powro­tem do pie­kła. Odzy­skamy swój świat. – Stał w mil­cze­niu przez chwilę.

– Jutro zaczniemy budo­wać szu­bie­nicę, tu, obok. – Usły­szał jesz­cze.

Męż­czy­zna pod­szedł do okna, pod któ­rym kucał Dun­can, i wyj­rzał.

– O tu, żeby­ście ją codzien­nie widzieli i wie­dzieli, co was czeka – powie­dział. – Zmie­ciemy was z ziemi, jeden stry­czek za dru­gim.

Po czym wyszedł i zamknął za sobą drzwi na klucz.

Kiedy skoń­czyli misję i try­mi­gnęli do domku, Dun­can wyjął z lodówki piwo i nalał wina Mal­lic­kowi.

– Wszystko spi­szę i nary­suję mapę – rzekł do Mal­licka. – Jeżeli nie dostaną posił­ków, to damy im radę w góra pięć­dzie­siąt osób.

– Zga­dzam się – odparł cza­ro­dziej. – Ode­tniemy im dostęp do broni. Jak na razie są kiep­sko zor­ga­ni­zo­wani i jesz­cze nie ufor­ty­fi­ko­wani.

– Sądzą, że są poza rada­rem… tak się mówi, prawda? – Dun­can potarł w zakło­po­ta­niu nos. – Nie mają poję­cia, że wiemy o ich ist­nie­niu. Sądzą, że mają mnó­stwo czasu na zabez­pie­cze­nia. Zasad­ni­czo zro­bili sobie wolne po tym, jak tu dotarli.

Upił długi łyk.

– Dwa­dzie­stu sze­ściu więź­niów, znar­ko­ty­zo­wa­nych, więk­szość ranna. Nie wiem, jak poważ­nie. Co naj­mniej jeden Wojow­nik Czy­sto­ści jest praw­dzi­wie żar­li­wym wyznawcą.

Mal­lick, spo­kojny jak tafla jeziora, sączył wino.

 

– Jesteś roz­złosz­czony, a złość prze­sła­nia ocenę sytu­acji – stwier­dził.

– Trzy­mali duszki w pie­przo­nych sło­jach na pod­ło­dze – iry­to­wał się Dun­can. – Dzie­ciak w celi miał nie wię­cej niż trzy–cztery lata. Oczy­wi­ście, że jestem zły. Mogli­śmy to dziś skoń­czyć.

Mach­nął ręką, zanim Mal­lick zdo­łał odpo­wie­dzieć.

– Rozu­miem, dla­czego tego nie zro­bi­li­śmy. Rozu­miem, dla­czego nie mogli­śmy. To cho­ler­nie dobry plan i możemy dzięki niemu zdo­być Arling­ton. Co nie ozna­cza, że było mi łatwo odejść od tego, co tam widzia­łem.

Jego myśli były tak zwi­chrzone jak zarost na bro­dzie. Dun­can opadł na krze­sło.

– Jutro zamie­rzają zacząć sta­wiać szu­bie­nicę. Mogą ją wyko­rzy­stać, zanim ich zaata­ku­jemy.

– Myśl stra­te­gicz­nie – pora­dził Mal­lick.

– Będę. Nie ma prawa mówią­cego, że nie mogę sobie naj­pierw pona­rze­kać. Wiem, że nie oca­limy wszyst­kich. Szybko się tego nauczy­łem. – Jed­nak zawsze go to drę­czyło.

Mal­lick sie­dział i popi­jał wino.

– Daj znać, jak skoń­czysz narze­kać, żeby­śmy mogli zabrać się do pracy potrzeb­nej do oca­le­nia tych, któ­rych możemy oca­lić.

Dun­can przyj­rzał się cza­ro­dzie­jowi, jego bro­dzie z siwymi pasmami, ciem­nym oczom. Nic nie było go w sta­nie wypro­wa­dzić z rów­no­wagi.

– Twar­dziel z cie­bie, Mal­licku. To ci muszę oddać. Z moich wyli­czeń wynika, że mają pięć­dzie­się­ciu dwóch ludzi.

– Twoje wyli­cze­nia są nie­pra­wi­dłowe. Pięć­dzie­się­ciu czte­rech.

Dun­can może i by się kłó­cił, ale wie­dział, że Mal­lick niczego nie prze­oczy. Ni­gdy.

– No dobra. Pięć­dzie­się­ciu czte­rech – rzekł chło­pak. – Więk­szość z nich nosi broń u boku albo strzelby. Każdy, któ­rego widzia­łem, miał nóż. Nie widzia­łem żad­nych mie­czy.

– Mają trzy w budynku uży­wa­nym do prze­cho­wy­wa­nia broni.

Oczy Ducana zwę­ziły się.

– Skąd to wiesz?

– Patrzy­łem. Kiedy ty zaglą­da­łeś do więź­niów, wsze­dłem do środka. Prze­li­czy­łem broń, którą maga­zy­nują.

– Mówi­łeś, że nie wcho­dzimy do wewnątrz.

– Powie­dzia­łem, żebyś ty nie wcho­dził – popra­wił go nie­wzru­szony Mal­lick. – Poja­wiła się oka­zja, więc ją wyko­rzy­sta­łem. I teraz wiemy, że mają trzy mie­cze, dodat­kowe dzie­sięć strzelb, dwa­na­ście pisto­le­tów i amu­ni­cję. Nie na tyle, żeby star­czyło do nała­do­wa­nia całej broni pal­nej.

Dun­can zdu­sił w sobie urazę.

– Mają mało amu­ni­cji – zauwa­żył. – Dobrze wie­dzieć.

– Moż­liwe, że mają broń i amu­ni­cję w innych loka­li­za­cjach.

– Ja bym tak zro­bił – zgo­dził się Dun­can. – Miał­bym przy­naj­mniej jedną broń poza tą, którą noszę, w miej­scu, gdzie śpię. Może trzy­mał­bym jedną czy dwie w któ­rymś z pojaz­dów. Rzecz w tym, że oni nie są zbyt dobrze uzbro­jeni i, tak jak powie­dzia­łeś, nie są jesz­cze przy­zwo­icie zor­ga­ni­zo­wani.

– A jak byś zaata­ko­wał bazę?

– To zależy. Koor­dy­nu­jemy się z dwoma pozo­sta­łymi ata­kami. Ona ude­rzy na Arling­ton po zmroku, ale w Utah może być jesz­cze jasno. To ma zna­cze­nie.

– Weź­mie to pod uwagę, usta­la­jąc porę. Załóżmy, że zaczniemy po zmroku.

Dun­can musiał się zgo­dzić. Fal­lon weź­mie to pod uwagę. Ona też rzadko kiedy się myliła.

– Okej. Zatem zdej­mu­jemy tego wstręt­nego war­tow­nika lub war­tow­ni­ków, jeżeli posta­wią ich wię­cej. Szybko i cicho, więc muszą to być łucz­nicy albo elfy z ostrzami. Pod­cho­dzimy od wschodu i zachodu, zaczy­namy od wię­zie­nia, baraku nie­wol­ni­ków i zbro­jowni. Trzeba będzie zapew­nić bez­pie­czeń­stwo więź­niom i wydo­stać ich stam­tąd. Zabez­pie­czyć broń i pojazdy. W razie potrzeby zneu­tra­li­zo­wać siły wroga.

– Wolisz mieć mar­twego wroga czy uwol­nić więź­niów?

– To pod­chwy­tliwe pyta­nie?

Ponie­waż Mal­lick tylko uniósł brwi i mil­czał, Dun­can się nabur­mu­szył.

– No dobra. Nie mają Mrocz­nych Nie­sa­mo­wi­tych, chyba że któ­ryś ucho­dzi za cywila. Możemy ich zatem poko­nać mocą, zneu­tra­li­zo­wać i w ten spo­sób ogra­ni­czyć liczbę zabi­tych. Zdjąć war­tow­nika czy war­tow­ni­ków, uży­wa­jąc mocy. Uniesz­ko­dli­wić strza­łem ener­gii, zwią­zać i wejść. Fal­lon chce dać im czas, żeby wysłali sygnał SOS, na tym polega spryt tego planu. Pozwo­limy im to zro­bić, a potem ode­tniemy łącz­ność.

Upił kolejny łyk piwa.

– Ale nie zary­zy­kuję życiem naszych ludzi, żeby obni­żyć liczbę zabi­tych – pod­jął po chwili. – Jeżeli będzie trzeba, to ich wyeli­mi­nu­jemy.

– No to jeste­śmy zgodni – rzekł cza­ro­dziej. – Nary­suj mapę. Przy­go­tu­jemy stra­te­gię, wybie­rzemy ludzi. Rano zabie­rzemy mapę i plan do Fal­lon.

Teraz nagle Dun­can zaczął pil­nie przy­glą­dać się piwu.

– Nie potrze­buje nas obu. Ty jedź na spo­tka­nie – wymam­ro­tał. – Ja tu zostanę i będę pra­co­wał z wybra­nymi żoł­nie­rzami.

– Może to i mądre.

Mal­lick zbyt był dostojny, żeby się uśmiech­nąć zna­cząco, ale Dun­can usły­szał to w jego gło­sie.

– Nadej­dzie czas, star­cze, ale nie teraz – żach­nął się. – Będę za nią wal­czył, bez obaw. Będę wal­czył dla świa­tła do ostat­niego tchu. Ale niech mnie dia­bli, jeżeli zwiążę się z jakąś kobietą, bo tak posta­no­wili bogo­wie. Ja wybie­ram kto, kiedy i gdzie.

– Wszystko jest wybo­rem, mój chłop­cze.

– Czyżby? – Dun­can pod­niósł się i zaczął ner­wowo cho­dzić po pomiesz­cze­niu. – Kto mi wkłada do głowy te sny o niej, te uczu­cia do niej?

– Jak to jest, że nie znasz odpo­wie­dzi?

Chło­pak gesty­ku­lo­wał, nie wypusz­cza­jąc z dłoni piwa.

– Chcesz mi powie­dzieć, że ja sam. To bzdura. Mama mówi, że robi­łem się pod­eks­cy­to­wany i szczę­śliwy, kiedy w pobliżu była cię­żarna Lana. I cho­lera, ja to jakby pamię­tam.

– Roz­po­zna­wa­łeś ją. Świa­tło zmie­rza do świa­tła, krew do krwi. Reszta, jeżeli jakaś reszta ma być, jest dla cie­bie, dla niej.

– Taa? A co, jeżeli zde­cy­duję, że hej, wiesz co, bar­dziej mnie kręci ta blon­dynka albo tamta ruda niż Jedyna. To co? Stra­cimy tę więź? Bo ta więź ma zna­cze­nie, jest klu­czem do skoń­cze­nia tego, co się dzieje. Wiem o tym. Ona o tym wie. I jestem pewien, że wku­rza ją to tak samo jak mnie.

– Zatem jest rów­nie głu­pia i krót­ko­wzroczna co ty.

Mal­lick pomy­ślał, że mają jesz­cze wiele do naucze­nia się. Cią­gle jesz­cze wiele.

– Twoja więź to wasza krew, wasze świa­tło, wasi przod­ko­wie – cią­gnął. – To nie seks was łączy. Chyba że uwa­żasz, że Tonia i Fal­lon rów­nież są sobie prze­zna­czone w ten spo­sób? Albo wasza trójka…

– Hej! – Auten­tycz­nie zbul­wer­so­wany Dun­can wycią­gnął przed sie­bie rękę w geście pro­te­stu. – To moja sio­stra.

– Twoja bliź­niaczka. Nie ma bliż­szej ci istoty. Jej świa­tło łączy się z twoim, tak jak jej krew. Nic nie może tego osła­bić. Twoje świa­tło, świa­tło Fal­lon. Jej krew, twoja krew. Ta więź jest nie­ro­ze­rwalna. Będziesz spał z tym, kogo wybie­rzesz, tak samo jak i ona.

Dun­can ponow­nie usiadł.

– To nie jest z góry usta­no­wione? Bo myśl, że może być, wku­rza mnie tak, że nie wiem.

– Bogo­wie nie zobo­wią­zują cię do niczego, Dun­ca­nie.

– A ty nie jesteś zobo­wią­zany?

– Zło­ży­łem przy­sięgę. Sam o tym posta­no­wi­łem. Więc zobo­wią­za­nie jest moje. Ni­gdy go nie zła­mię.

Dun­can wpa­try­wał się w piwo, zanim dopił je do końca. Jedno wie­dział o Mal­licku na pewno – ten czło­wiek ni­gdy nie kła­mał.

– No dobra. Więc kiedy po nią wrócę, a wrócę, to zro­bię tak dla­tego, że to ja tego chcę.

– Pamię­taj, chłop­cze, że ona rów­nież ma wybór. A teraz ochłoń i nary­suj mapy.

I obaj wzięli się do pracy. Dun­can nary­so­wał mapy, a potem razem z Mal­lic­kiem przy­go­to­wali plan ataku. Usta­lili czas, kie­runki, liczeb­ność. Wybrali żoł­nie­rzy, zarówno magicz­nych jak i niemagicz­nych, a potem jak naj­do­kład­niej usta­lili strefę bez­pie­czeń­stwa, do któ­rej prze­niosą więź­niów i ran­nych, oraz sys­tem prze­trans­por­to­wa­nia ich na wschód, pod­czas gdy w Utah miał pozo­stać jakiś kon­tyn­gent. Założą swoją pierw­szą bazę na Zacho­dzie.

Długo po tym, jak Mal­lick poszedł spać, Dun­can nie mógł zasnąć. Usiadł przy biurku i zaczął szki­co­wać teren, który ujrzał. To pustynne niebo, te fan­ta­zyjne dla niego ostańce o pła­skich wierz­choł­kach, te malow­ni­cze pła­sko­wzgó­rza.