Rozkwit magii

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Ja…

Widział, jak jej złość zmie­nia się w kon­ster­na­cję, która mie­sza się z zado­wo­le­niem, a na koniec dołą­czają wstrząs i wstyd.

– Nie byłam sobą.

– Bzdura. Zawsze jesteś sobą, wizje czy nie. – Był tak pod­nie­cony, tak cho­ler­nie jej pra­gnął, że z tru­dem powstrzy­my­wał drże­nie. – Wizjami się nie wytłu­ma­czysz.

– Prze­pra­szam. – Powie­działa to chłodno, ale powie­działa. – Nie wiem dla­czego…

– Kolejna bzdura. Oboje wiemy dla­czego. Prę­dzej czy póź­niej to dokoń­czymy i prze­ko­namy się, czy to zała­twia sprawę, czy nie. Tym­cza­sem…

– Nie jestem jakąś bała­mutką.

– Kim?…

Zdała sobie sprawę, że na­dal pło­nie. Z pożą­da­nia – nie była tak uparta, żeby się do tego nie przy­znać – i z zaże­no­wa­nia.

– Tak Colin nazywa dziew­czyny, które flir­tują z chło­pa­kami, a potem ich wysta­wiają. Nie jestem taka.

– Nie, nie jesteś taka. – Już spo­koj­niej­szy, spoj­rzał na nią ponow­nie. – Czu­jemy to, co czu­jemy. I ty, i ja. Jed­nym z powo­dów, dla któ­rych odsze­dłem, było to, że nie jestem gotów, żeby to czuć. Wydaje mi się, że z tobą jest tak samo.

– Byłoby łatwiej, gdy­byś się wście­kał.

– Byłoby łatwiej, gdy­byś mi się pozwo­liła wziąć. Szkoda dla nas obojga. – Odchy­lił głowę i przyj­rzał się krą­żą­cym wro­nom. – Byli­śmy już tutaj, i ty, i ja.

– Tak. I będziemy tu ponow­nie. Co zro­bimy wtedy, co zro­bimy pomię­dzy teraz a wtedy i co potem? To wszystko jest tak ważne. Nie mogę myśleć o… sek­sie.

– Każdy myśli o sek­sie – rzekł z roz­tar­gnie­niem. – Powie­dzia­łem ci, że wrócę do Nowej Nadziei, i to zro­bię. Powie­dzia­łem, że przy­jadę po cie­bie, i tak zro­bię.

Dobył mie­cza, roz­pa­lił go i cisnął ogniem we wrony. Odwró­cił się do niej, gdy ugo­dzone roz­ja­rzyły się ogniem i spa­dły.

– Ty też o mnie myśl.

Obu­dziła się w swoim łóżku, a przez okna wpa­dało mięk­kie wie­czorne świa­tło. Wes­tchnęła i wstała, żeby się ubrać i zna­leźć rodzinę.

Dun­can w mgnie­niu oka prze­niósł się do swo­jej kwa­tery, z tak samo nie­przy­jem­nym szarp­nię­ciem, z jakim z niej znik­nął.

– Kurwa mać!

Opadł na pry­czę, sta­ra­jąc się zła­pać oddech. Pomy­ślał, że to nie było try­mi­ga­nie. Ono spra­wiało, że krew pły­nęła ener­gicz­niej, a ta podróż w obie strony przy­po­mi­nała raczej wystrze­le­nie z działa.

Musiał się napić piwa i może pójść na porządny, długi spa­cer. Musiał znowu objąć Fal­lon. Nie – chciał ją objąć, a to było coś zupeł­nie innego niż koniecz­ność.

Przy­po­mniał sobie, że trzy­mał ręce z dala od niej przez bli­sko dwa cho­lerne lata. Wstał i zaczął cho­dzić po sypialni w domku, który dzie­lił z Mal­lic­kiem. Trzy­małby je przy sobie dłu­żej, gdyby nie to, że zaczęła się do niego przy­sta­wiać.

To nie jej wina – a przy­naj­mniej nie do końca. Nie był na tyle głupi, żeby tak myśleć. Coś ich porwało – naj­le­piej na razie się tym nie zaj­mo­wać.

Ile razy był w tym miej­scu w snach, w wizjach? Kamienny krąg, pola, lasy. Ni­gdy nie zna­lazł się w domu, który przed apo­ka­lipsą Mac­Le­odo­wie zaj­mo­wali od poko­leń, ale znał go.

Tonia go znała – powie­działa mu o tym.

A Fal­lon?

Powi­nien był ją o to spy­tać. Jeżeli znowu znaj­dzie się na tym polu, pój­dzie do domu, poszuka duchów. Poszuka rodziny, która od poko­leń upra­wiała tę zie­mię, żyła i umie­rała w tym domu.

Znał ich imiona, bo mama mu o tych ludziach opo­wia­dała. Znał ich imiona, ich histo­rie. Ale to nie było to samo.

Odpiął miecz. Dziwne, miał go przy kamie­niach, cho­ciaż zdjął pas, żeby wziąć prysz­nic po dłu­gim dniu tre­nin­gów. I był ubrany w ulu­bioną skó­rzaną kurtkę, zna­le­zioną pod­czas misji zwia­dow­czej w Ken­tucky, na którą try­mi­gnął z kil­koma oddzia­łami.

Pomy­ślał, że był przy­go­to­wany do walki i na nie­po­godę. A potem sko­ja­rzył, że Fal­lon też. Swe­ter i kami­zelka z brą­zo­wej skóry, weł­niane spodnie. Z całą pew­no­ścią nie spała w ubra­niach prze­zna­czo­nych na chłody.

Inte­re­su­jące. Magia była dlań źró­dłem nie­wy­czer­pa­nej cie­ka­wo­ści. Nauka, sztuka, cud – a wszystko spo­wite mocą.

Zer­k­nął na stertę ksią­żek – w więk­szo­ści poży­czo­nych od Mal­licka. Ten czło­wiek kazał mu nie­ustan­nie stu­dio­wać. Czy­tać i się uczyć, patrzeć i widzieć, tre­no­wać i robić.

Jego wła­sny Yoda.

Jezu, ależ tęsk­nił za wie­czo­rami, kiedy całą rodziną oglą­dali filmy na DVD.

Cho­dził po pokoju i patrzył na przy­pięte do ścian szkice. Mama, sio­stry, przy­ja­ciele. Bill Ander­son przed Prze­żyt­kami. Drzewo pamięci. Wisiało na nim nazwi­sko jego ojca i nazwi­sko czło­wieka, który przez krótki czas peł­nił tę funk­cję. Męż­czy­zny, któ­rego jego mama przez ten krótki czas kochała.

To Austin dał mu zestaw arty­styczny – przed­miot jesz­cze cen­niej­szy niż ta skó­rzana kurtka. Dun­can już dawno zużył kredki, węgle drzewne i pastele. Ale znaj­do­wał nowe.

Któ­re­goś razu Mal­lick go zasko­czył. Dun­can spo­dzie­wał się, że tak wyma­ga­jący nauczy­ciel wyśmieje jego zami­ło­wa­nie do szki­co­wa­nia i skry­ty­kuje mar­no­wa­nie papieru oraz zaso­bów. Zamiast tego Mal­lick zna­lazł alche­mika, który potra­fił stwo­rzyć nowe przy­bory.

Powie­dział, że sztuka to dar.

Oczy­wi­ście ważne było też, że Dun­can potra­fił ryso­wać mapy – i to bar­dzo szcze­gó­łowe. Albo odtwa­rzał na papie­rze bazę wroga, co poma­gało w pla­no­wa­niu misji.

Mimo to Dun­can nie poka­zał mu szki­ców Fal­lon. Nawet tego, który przed­sta­wiał ją, jak w Studni Świa­tła wydo­bywa miecz i tar­czę z ognia.

Pra­wie otwo­rzył szu­fladę, w któ­rej trzy­mał jej szkice, ale zaraz się cof­nął. Doszedł do wnio­sku, że to tylko pro­sze­nie się o kło­poty. Prze­cią­gnął pal­cami po grzy­wie czar­nych wło­sów, uznał, że się ucze­sał, i poszedł do salonu, w któ­rym Mal­lick sie­dział przy ogniu.

Wie­dział, że cza­ro­dziej wybrał ten domek, w grun­cie rze­czy let­ni­skowy, z powodu kominka, drzew oraz kawałka ziemi, na któ­rej upra­wiał ogró­dek i trzy­mał psz­czoły. A na pod­da­szu miał warsz­tat.

Dun­can, który uwa­żał się za cał­kiem dobrze obe­zna­nego z magią – do dia­bła, w końcu w Nowej Nadziei uczył młod­szych Nie­sa­mo­wi­tych – nauczył się na tym pod­da­szu cho­ler­nie wielu rze­czy.

Samo miej­sce nie było za szcze­gólne – zimą musieli rzu­cać czar, żeby nie zamar­z­nąć – ale cał­kiem dobrze sobie radzili. Może i żaden z nich nie potra­fił goto­wać, ale gło­dem nie przy­mie­rali.

– Idę na piwo – oznaj­mił.

– Napij się wina – powie­dział Mal­lick – i opo­wiedz mi o Fal­lon.

Dun­can sta­nął jak wryty.

– Ty nas tam wysła­łeś? No, żesz, do cięż­kiej…

– Nie, ale widzia­łem was oboje w ogniu.

– Nie wysła­łeś nas tam?

– Nie. – Mal­lick nachy­lił się i nalał drugi kie­lich wina, smacz­nego, cierp­kiego wina z jabłek, które Dun­can pomógł mu zro­bić zeszłej jesieni.

Chło­pak opadł ciężko na drugi koniec wysłu­żo­nej kanapy. Wolałby piwo, ale trudno, jak go nie było, wino też się nada­wało.

Upił łyk i zmie­rzył Mal­licka wzro­kiem.

Ten czło­wiek nie kła­mał, to trzeba mu było przy­znać. Teraz sie­dział spo­koj­nie – czę­sto oka­zy­wał cier­pli­wość kota przed mysią dziurą. Siwi­zna prze­pla­tała jego ciemne włosy – dłuż­sze niż u Dun­cana. Białe pasemko w bro­dzie, o dziwo, doda­wało mu szyku. Dbał o kon­dy­cję jak dobry żoł­nierz.

Dun­can podej­rze­wał, że Mal­lick wygląda cał­kiem nie­źle jak na faceta, który żyje od kilku stu­leci.

– Zamie­rza­łem wybrać się na piwo i nagle bach, zna­leź­li­śmy się razem. Powie­działa, że się kim­nęła. Zasłu­żyła sobie na odpo­czy­nek, z tego, co wiem od Toni.

– Tak.

– Kiedy tam byli­śmy, Fal­lon miała wizję.

Mal­lick poki­wał głową.

– Opo­wiedz mi o tym. Widzia­łem was, ale nie sły­sza­łem.

Zamiast napić się piwa i pójść na spa­cer, Dun­can pił wino przy ogniu i opo­wia­dał o wizjach.

– Jej krew, moja, pew­nie też Toni, bo jeste­śmy bliź­nię­tami. To nie dziwi. Nie wia­domo tylko, jak i kiedy. Te wizje to zwy­kle par­szywa sprawa. Przez te enig­ma­tyczne bred­nie jest wię­cej pytań niż odpo­wie­dzi.

– Odpo­wie­dzi są podane – popra­wił go Mal­lick. – Jesteś z Tuatha de Danann, tak jak Fal­lon. Tak jak twój dzia­dek. Jego krew, nie­winna, ode­grała rolę w otwar­ciu tar­czy. Twoja krew i krew Jedy­nej ją zamknie.

Dun­can wychy­lił wino.

– Jak i kiedy? – powtó­rzył.

– Miej tro­chę odwagi i wiary. Wiesz już co, a to cię dopro­wa­dzi do jak. A gdy się tego dowiesz, gdy wszystko, co musi zostać zro­bione, zosta­nie zro­bione, będziesz wie­dział kiedy.

Dun­can pomy­ślał, że to tylko kolejne enig­ma­tyczne bred­nie.

– Zary­zy­ko­wa­łem życiem i zro­bię to ponow­nie. Ona też. Tak samo ludzie z Nowej Nadziei, ludzie tutaj i w każ­dej bazie, którą zało­ży­li­śmy. Tak samo ludzie, któ­rzy wal­czą, a do któ­rych jesz­cze nie dotar­li­śmy.

– Bogo­wie są zachłanni, chłop­cze – powie­dział łagod­nie Mal­lick.

– Jak­bym o tym nie wie­dział. Nie pytam, dla­czego nie­któ­rzy zabi­jają, tor­tu­rują i nie­wolą innych, bo i po co. Po pro­stu to robią.

– Strach, igno­ran­cja, żądza wła­dzy.

– To tylko słowa. – Dun­can odrzu­cił je mach­nię­ciem, jakby ście­rał war­stewkę kurzu. – To natura, nie­któ­rzy już po pro­stu tacy są. Stu­dio­wa­łem histo­rię. Ludzie robili to samo od zawsze. Zanim magia przy­ga­sła i potem. Może zwłasz­cza potem. Świat zmie­rza do pie­kła, a oni na­dal to robią.

– Życie jest dłu­gie.

– Twoje na pewno. – Dun­can uśmiech­nął się zło­śli­wie.

 

Roz­ba­wiony Mal­lick pokrę­cił prze­cząco głową.

– Życie wszyst­kiego, świa­tów, bogów, magii i ludzi. Ale ponie­waż moje było dłu­gie, to mogę ci powie­dzieć, że ist­niały czasy har­mo­nii oraz rów­no­wagi i że zawsze były moż­liwe. To wiara i odwaga daje im poten­cjał.

– Wiara w bogów i ich enig­ma­tyczne bred­nie?

– W świa­tło, chłop­cze. W to, co ono ze sobą nie­sie i co ofe­ruje. Jesteś gotów wal­czyć i zgi­nąć za swoje prze­ko­na­nia, za swoje ide­ały, po to, by bro­nić nie­win­nych i cie­mię­żo­nych. Ale po bitwie, po roz­le­wie krwi, po woj­nach, czy będziesz dla nich żył? Świa­tło dla życia.

Solas don Saol. – Dun­can pomy­ślał o sło­wach wyry­tych na drew­nia­nej bran­so­le­cie Fal­lon.

– Jedyna z cza­sem zro­zu­miała, że walka to nie wszystko. – Mal­lick pochy­lił się i dolał sobie wina. – Nie opo­wie­dzia­łeś mi całego spo­tka­nia.

– Nie­istotne. – Ziry­to­wany Dun­can uznał, że też się jesz­cze napije. – Poza tym sam widzia­łeś.

Mal­lick nic nie mówił, tylko popi­jał wino. Cho­lerna cier­pli­wość polu­ją­cego na mysz kota.

– Przy­sta­wiała się do mnie. Trzy­ma­łem ręce przy sobie, dopóki ona nie zaczęła pierw­sza. I zabra­łem je, jak tylko powie­działa nie. Tyle że wła­ści­wie nie powie­działa. Ni­gdy tego nie mówi. I nie będę z tobą o tym roz­ma­wiał. To dziwne.

– Jesteś młody i zdrowy, tak samo jak ona. Już samo to skut­kuje przy­cią­ga­niem. Ale pomię­dzy wami jest coś wię­cej niż pra­gnie­nie fizycz­nego uwol­nie­nia napię­cia i oboje o tym wie­cie.

– Fizycz­nego uwol­nie­nia napię­cia. – Dun­can potarł twarz dłońmi i przez moment ją nimi zasła­niał. – Jezu.

– Uwa­żasz, że nie pozwa­la­jąc sobie na roz­ko­sze cie­le­sne, nie rozu­miem pożą­da­nia?

– Nie chcę… – Dun­can ode­rwał ręce od twa­rzy i popa­trzył na cza­ro­dzieja zie­lo­nymi oczyma, w któ­rych mie­szały się fascy­na­cja i prze­ra­że­nie. – Ni­gdy? Żad­nego seksu, ani razu? Nie, no nie mów mi. To dopiero jest dziwne.

– Ciało – kon­ty­nu­ował swo­bod­nie Mal­lick – umysł, duch. Są tacy, któ­rzy znaj­dują part­nera pod każ­dym wzglę­dem.

– Nie szu­kam part­nerki.

Mal­lick potak­nął i upił wino.

– Kiedy nie szu­kasz, to nie widzisz.

Dun­can pomy­ślał, że już dość, i wstał. Wystar­czy.

– Pójdę się przejść – rzekł.

Mal­lick wciąż sie­dział roz­party na kana­pie, kiedy Dun­can wyszedł. Pomy­ślał, że chło­pak będzie długo roz­pa­mię­ty­wał tę roz­mowę. Spraw­dzi rów­nież war­tow­ni­ków, zabez­pie­cze­nia i zrobi nie­za­po­wie­dzianą kon­trolę u nowych rekru­tów.

Był uro­dzo­nym żoł­nie­rzem, nie było co do tego wąt­pli­wo­ści, uro­dzo­nym przy­wódcą, cho­ciaż na­dal musiał się wiele nauczyć.

Roz­cho­dzi fru­stra­cję i roz­ża­le­nie, pomy­ślał, tak samo jak – kie­dyś w końcu – połą­czy odwagę, któ­rej mu nie bra­ko­wało, z wiarą, któ­rej cią­gle jesz­cze nie ufał. Sta­nie się tym, kim musi się stać.

Od tego zależą losy świata.

Roz­dział trzeci

ROZ­DZIAŁ TRZECI

Fallon poświę­cała sporo czasu na ana­li­zo­wa­nie map i obra­zów w krysz­tale. Gdy potrze­bo­wała dodat­ko­wych infor­ma­cji, wcho­dziła w niego. Z przy­zwy­cza­je­nia też tre­no­wała w ciem­no­ściach przed świ­tem, zanim jej rodzina wstała, w roli prze­ciw­ni­ków obsa­dza­jąc wycza­ro­wane duchy.

Poma­gała mie­szać bal­samy, elik­siry i toniki, ponie­waż były konieczne, a zdol­ność ich two­rze­nia wyma­gała regu­lar­nego dosko­na­le­nia. Cho­dziła na polo­wa­nia, zwiady i poszu­ki­wa­nia roz­ma­itych przed­mio­tów, jako że te umie­jęt­no­ści rów­nież wyma­gały sta­łej prak­tyki.

Od rodzi­ców nauczyła się, że nie można prze­wo­dzić spo­łecz­no­ści, nie będąc jej czę­ścią. Od Mal­licka – że szko­le­nie, nauka i poszu­ki­wa­nia ni­gdy się nie koń­czą.

Był sło­neczny dzień. Fal­lon szła do koszar, a powie­trze roz­brzmie­wało brzę­kiem stali ude­rza­nej o stal, głu­chy łoskot amu­ni­cji ćwi­czeb­nej (bojowa była zbyt cenna) i świst lecą­cych strzał.

Obser­wo­wała, jak obecni i poten­cjalni żoł­nie­rze toczą szko­le­niowe walki, a Colin z jed­na­ko­wym zapa­łem wykrzy­kuje roz­kazy i obe­lgi.

– Chrza­nić to, Riaz, nie żyjesz! – zawo­łał. – Wyj­mij te cho­lerne kamie­nie z butów, te stopy mają tań­czyć. Petrie, rusz tyłek. Dosta­łeś zadyszki?

Fal­lon usły­szała w gło­sie brata takie nie­do­wie­rza­nie, że zachi­cho­tała, kiedy chwy­cił miecz Petriego i za pomocą zacza­ro­wa­nego ostrza pod­ciął mu gar­dło.

– No to spró­buj oddy­chać bez tcha­wicy. A teraz pięć­dzie­siątka.

Petrie, co naj­mniej dwa razy star­szy od Colina, posłusz­nie prze­to­czył się na brzuch. Może w duchu się skrzy­wił, ale zaczął odli­czać pompki.

Piętno na jego nad­garstku poły­ski­wało od potu. Fal­lon pomy­ślała, że będzie tre­no­wał i przyj­mo­wał roz­kazy od nasto­latka, ponie­waż dobrze wie, na czym polega bycie nie­wol­ni­kiem Wojow­ni­ków Czy­sto­ści.

Sekta stwo­rzona przez fana­tycz­nego Jere­miaha White’a oso­bom dys­po­nu­ją­cym umie­jęt­no­ściami magicz­nymi wypa­lała pen­ta­gram na czole. Tor­tu­ro­wała je, a potem doko­ny­wała egze­ku­cji. Ludzi takich jak Petrie, pozba­wio­nych zdol­no­ści magicz­nych, wyznawcy White’a zna­ko­wali jako nie­wol­ni­ków i wyko­rzy­sty­wali jak chcieli w imię swo­jego bez­li­to­snego boga.

Więc Petrie będzie tre­no­wał, zrobi pięć­dzie­siąt pom­pek, po czym się­gnie po miecz tre­nin­gowy i sta­nie do walki.

Nie­któ­rzy nie chcieli tego robić. Część osób ura­to­wa­nych z nie­woli lub oca­lo­nych przed zbli­ża­jącą się śmier­cią nie chciała się­gać po miecz ani łuk. Taki był ich wybór. Ist­niały wszak inne spo­soby obrony: sadze­nie roślin, budo­wa­nie domostw, doglą­da­nie bydła, ucze­nie, szy­cie, tka­nie, goto­wa­nie, lecze­nie cho­rych oraz ran­nych czy opie­ko­wa­nie się dziećmi.

Ist­niało wiele spo­so­bów walki.

Petrie wybrał miecz i kiedy zro­bił te pięć­dzie­siąt pom­pek – choć pod­czas ostat­nich pię­ciu drżały mu ramiona – dostrze­gła w nim poten­cjal­nego żoł­nie­rza.

Pomy­ślała ponow­nie, że będzie tre­no­wał dalej, a potem zer­k­nęła w kie­runku, z któ­rego dobie­gały okrzyki.

Tra­vis wła­śnie wypro­wa­dzał z lasu kolejny oddział, który potem prze­go­nił przez pole i przez ostatni mor­der­czy odci­nek toru prze­szkód. Na czele bie­gła dziew­czyna, na oko szes­na­sto­let­nia. Jej blada cera była zaru­mie­niona od wysiłku. Miała deli­katne rysy twa­rzy. W jej egzo­tycz­nych oczach malo­wała się zacie­kła deter­mi­na­cja. Bie­gła, wysoko pod­no­sząc nogi mię­dzy sta­rymi opo­nami. Miała rude pasmo – niczym znak oporu – kon­tra­stu­jące z czar­nymi wło­sami zwią­za­nymi w długi koń­ski ogon. Koły­sał się, kiedy wsko­czyła na sznur­kową ścianę wspi­nacz­kową.

Wspi­nała się po niej niczym jasz­czurka po skale. Pot zna­czył pla­mami jej koszulkę i spły­wał po ciele, ale zdo­łała prze­rzu­cić jego cię­żar przez szczyt, prze­biec po wąskiej ram­pie i prze­sko­czyć na następną ścianę. Zna­la­zła pod­par­cie dla rąk, prze­szła na drugą stronę i na dół, po czym rzu­ciła się do mety.

Obser­wa­tor podał jej czas. Dwa­dzie­ścia trzy minuty, czter­dzie­ści jeden sekund.

Fal­lon, na któ­rej zro­biło to wra­że­nie, pode­szła i podała dziew­czy­nie manierkę, pod­czas gdy kilka następ­nych osób dopiero poko­ny­wało ostat­nią ścianę.

– Dzięki – rze­kła tamta.

– Mari­chu, prawda? – zagad­nęła Fal­lon.

– Tak.

– Cho­ler­nie dobry czas.

Mari­chu otarła pot z twa­rzy.

– Rekord na­dal należy do cie­bie. Dwa­dzie­ścia dwa, dwa­na­ście. Pobiję go.

– Tak sądzisz?

– Pobiję go. – Oddała manierkę. – Chcę jechać na następną misję.

– Jak długo tu jesteś? Jakieś trzy tygo­dnie, prawda?

– Pięć. Jestem gotowa.

– To zależy od instruk­to­rów, ale do mini­mum zostały ci trzy tygo­dnie.

– Jestem gotowa – powtó­rzyła Mari­chu i ode­szła, żeby się poroz­cią­gać.

Fal­lon pocze­kała na Tra­visa. Kiedy ostatni rekrut prze­biegł tor prze­szkód, chło­pak naka­zał oddzia­łowi wzię­cie prysz­nica przed następ­nymi zaję­ciami. Miała to być tak­tyka pro­wa­dzona w sali szkol­nej przez ich ojca.

– Mari­chu – powie­działa.

Tra­vis poki­wał głową i przy­ssał się do manierki. Był tycz­ko­waty i miał roz­ja­śnione przez słońce włosy, które ostat­nio spla­tał po lewej stro­nie w trzy war­ko­czyki. Zer­k­nął na Mari­chu, która kie­ro­wała się do koszar z pozo­sta­łymi.

– Silna, bystra i cho­ler­nie szybka – odparł. – Nie­mal tak szybka jak elf. No, taki powolny elf.

– Ale nim nie jest, prawda? Duszek?

– Tak. To ona ucie­kła Wojow­ni­kom Czy­sto­ści, zanim zago­nili ją do jed­nego ze swo­ich ośrod­ków, ale naj­pierw zdą­żyli ją zgwał­cić, pobić i znisz­czyć jedno z jej skrzy­deł.

– Tak, pamię­tam.

– Była w kiep­skim sta­nie, kiedy się na nią natknę­li­śmy, Flynn, Eddie, Starr i ja. Powie­działa, że szła tutaj. Miała gorączkę z powodu zaka­że­nia, była pół­żywa z głodu i cią­gle obo­lała. A mimo to wystru­gała dzidę z gałęzi i nie­źle by nas podzia­bała, gdyby tylko mogła, zanim zdo­ła­li­śmy ją prze­ko­nać, że jeste­śmy ci dobrzy.

– Nie było mnie, kiedy ją tutaj spro­wa­dzi­li­ście. Uzdro­wi­ciele pró­bo­wali wyle­czyć jej skrzy­dło. Mama pró­bo­wała.

– Nie dała rady. Było zbyt znisz­czone i zbyt wiele czasu upły­nęło pomię­dzy tym, jak zostało poła­mane a zna­le­zie­niem jej przez nas. To było dla niej trudne, ale muszę przy­znać, że to zrów­no­wa­żyła. Dobrze radzi sobie z łukiem. Nie świet­nie, ale ma zadatki. Z mie­czem jest póki co gorzej, ale… jest szybka, wytrzy­mała i zwinna, nikt w gru­pie nie ma z nią szans.

– Myśli, uczu­cia?

Wes­tchnął ciężko. Został tak wycho­wany, żeby nie szpe­rać w pry­wat­nych myślach innych ludzi. Nie żeby tego co jakiś czas nie robił. Teraz, po tym jak Nowa Nadzieja została zin­fil­tro­wana i zaata­ko­wana przez Petrę, nale­żało to do jego obo­wiąz­ków.

– Muszę przy­znać, że potrafi blo­ko­wać próby wej­ścia do jej głowy. Ale wyczu­wam, że jest wku­rzona. Bar­dziej zde­ter­mi­no­wana, ale i wku­rzona. Chce wal­czyć. Lubi się uczyć jazdy kon­nej, chcia­łaby się nauczyć pro­wa­dzić samo­chód. Nor­malne rze­czy, Fal­lon. Nie ma tam niczego ukry­tego, czuję to. No i domy­śliła się, że wpa­dła w oko Coli­nowi.

– Co?

– On się z tym nie zdra­dza, bo dziew­czyna jest dość młoda, no i należy do rekru­tów. Ale podoba mu się. Nie szpe­ra­łem w jego gło­wie, widzę to. No i o.

– No i o… – powtó­rzyła zamy­ślona Fal­lon. – Ile osób jest goto­wych do akcji?

– Powin­naś spy­tać tatę.

– Tak zro­bię. I Poego, Tonię i Colina oraz pozo­sta­łych instruk­to­rów. A teraz cie­bie.

Zało­żył kciuki za przed­nie kie­sze­nie i zaczął się meto­dycz­nie zasta­na­wiać. Zawsze sta­rał się wszystko dobrze prze­my­śleć i wła­śnie dla­tego spy­tała go pierw­szego.

– Cztery, może pięć – odrzekł wresz­cie. – Anson, Jin­gle, Quint, Lori­mar i może Yip. Nie­ma­giczny, elfka, wiedźma, nie­ma­giczny i zmien­no­kształtny. W tej kolej­no­ści.

– Okej, dzięki. Do zoba­cze­nia.

Prze­szła do miej­sca, w któ­rym u Toni zmie­niała się aku­rat grupa.

Sio­stra bliź­niaczka Dun­cana – nie spo­sób było patrzeć na nią i go nie widzieć, cho­ciaż dziew­czyna miała deli­kat­niej­sze rysy twa­rzy i oczy koloru let­niego nieba zamiast leśnej zie­leni. Wil­goć w powie­trzu spra­wiła, że włosy się jej krę­ciły moc­niej, jakby chciały się wydo­stać z przy­trzy­mu­ją­cej je opa­ski.

Tonia nacią­gnęła strzałę i ją wypu­ściła. Tra­fiła sło­mianą syl­wetkę pro­sto w serce.

– Jak ci idzie? – zagad­nęła Fal­lon.

Tonia nacią­gnęła kolejną strzałę.

– Nie­źle – odparła. – W gru­pie, która wła­śnie skoń­czyła, mam jedną czy dwie osoby, które może nawet się nie postrzelą w stopę.

– Pra­cu­jesz z Mari­chu?

– Jasne. Ma poten­cjał i roz­wa­żam, czy nie prze­nieść jej do kusz­ni­ków. Jest silna i chyba lepiej by jej było strze­lać z kuszy niż z łuku. Na razie opada jej lewe ramię, praw­do­po­dob­nie z powodu uszko­dzo­nego lewego skrzy­dła. Pra­cu­jemy nad tym.

Wystrze­liła trze­cią strzałę. Ta druga tra­fiła mane­kin mię­dzy oczy, a trze­cia prze­biła kro­cze.

– Nie będzie miał małych sło­mia­nych ludzi­ków – powie­działa Tonia i się uśmiech­nęła. – Dziś w ogro­dach jest muzyka. Może się tam spo­tkamy? – I zanim Fal­lon zdo­łała odpo­wie­dzieć, Tonia poło­żyła jej dłoń na ramie­niu. – Odzy­ska­li­śmy je, Fal­lon. Nie pozwo­limy na to, żeby Petra i jej jędzo­wata matka ode­brały nam ogrody. Sama tak powie­działaś.

 

– Tak.

Pomy­ślała o Petrze, swo­jej kuzynce, córce brata jej bio­lo­gicz­nego ojca – i mor­der­czyni. Krew z jej krwi.

Ode­pchnęła od sie­bie te myśli.

– Tak powie­dzia­łam – powtó­rzyła. – Nie pozwo­limy na to.

– Ale rzadko tam przy­cho­dzisz. No i jest chło­pak, któ­remu się przy­glą­dam. Powie­dzia­ła­byś mi, co o nim myślisz.

Fal­lon zazdro­ściła Toni, że z taką natu­ral­no­ścią „przy­gląda się” chło­pa­kom. Jeżeli i ona wpa­dła mu w oko, dziew­czyna przej­dzie do następ­nego etapu.

– Jaki chło­pak?

– Anson, rekrut, dotarł tutaj z Ten­nes­see. Uro­czy akcent, zabój­cze mię­śnie brzu­cha i jak na razie nie oka­zał się dup­kiem.

– Tra­vis powie­dział, że nada­wałby się już do akcji.

– Zgo­dzi­ła­bym się. Więc przyjdź dziś wie­czo­rem i sama się prze­ko­naj. Spędź wie­czór ze mną i z Han­nah.

– Następ­nym razem – odpo­wie­działa szcze­rze. – Dziś nie mogę.

– Coś szy­ku­jesz?

– Tak. Na­dal pra­cuję nad szcze­gó­łami i muszę poroz­ma­wiać z tatą, z Wil­lem, z kil­koma innymi oso­bami, w tym z tobą. Na począ­tek, ile twoim zda­niem osób jest goto­wych do misji?

– Tak z mar­szu? Sporo z nich jest jesz­cze zie­lona. – Tonia poka­zała gestem, żeby poszły wyjąć strzały. – Powie­dzia­ła­bym, że może Anson z tym swoim zabój­czym brzu­chem. Ma za sobą nie­mal dwa mie­siące tre­ningu. Nie­ma­giczny, nie­ustra­szony, ale nie­głupi. Jest jesz­cze Quint, który poja­wił się mniej wię­cej w tym samym cza­sie. Cza­ro­dziej, nie­sa­mo­wi­cie dobry szer­mierz. Na­dal uczy się wyko­rzy­sty­wać swoje zdol­no­ści magiczne, ale już je nie­źle kon­tro­luje.

– Tylko tych dwóch?

– Myślę. – Tonia otarła pot z czoła. – Jest jesz­cze Sylvia… nie… – Potrzą­snęła głową. – Jesz­cze nie. Cho­lera, Han­son Lori­mar. Pozer i strasz­nie mnie wku­rza, ale jest solidny. Nie­ma­giczny – dodała. – Do tego Jin­gle, bar­dzo szybka elfka. Lubi się wygłu­piać, ale poważ­nieje, kiedy trzeba.

– A Yip?

– Zmien­no­kształtny. Poten­cjal­nie tak. Co to za misja?

Fal­lon już miała się uchy­lić od odpo­wie­dzi, ale roz­ma­wiała prze­cież z Tonią.

– Enklawa Wojow­ni­ków Czy­sto­ści. Arling­ton.

Tonia wyba­łu­szyła oczy.

– Arling­ton? Jest olbrzy­mie, no i przy­mila się do Waszyng­tonu.

– Ow­szem.

– Podobno zawią­zali soju­sze z Mrocz­nymi Nie­sa­mo­wi­tymi i z Najeźdź­cami. I zro­bili z tego miej­sca praw­dziwą twier­dzę.

– To też się zga­dza.

Tak jak Tra­vis, Tonia nie śpie­szyła się z opi­nią. Tłu­sta sójka przy­sia­dła na sło­mia­nym celu i zaczęła go sku­bać.

– Fal­lon, jestem z tobą, ale jest nas za mało, żeby prze­jąć to miej­sce.

– Pra­cuję nad tym. Zacho­waj to dla sie­bie, pro­szę, dopóki nie poroz­ma­wiam z tatą, Wil­lem i kil­koma innymi.

– Nie ma pro­blemu. Gdy­by­śmy zajęli Arling­ton…

– To dosta­liby solid­nego łup­nia – skoń­czyła Fal­lon. – O to wła­śnie cho­dzi.

Ponie­waż jej ojciec, Colin i Poe mieli przez cały dzień zaję­cia, wró­ciła pie­szo do domu.

Ku bez­brzeż­nemu zdu­mie­niu zastała mamę, Fred, Arlys i Katie w base­nie.

– Przy­ła­pa­łaś nas – zaśmiała się Lana. – Musisz do nas dołą­czyć.

– Co się dzieje?

– Spo­tka­nie komi­tetu – zachi­cho­tała Katie, bur­mi­strzyni i jedna z zało­ży­cie­lek mia­sta, po któ­rej Tonia odzie­dzi­czyła ciemne krę­cone włosy, a Dun­can zie­lone oczy.

– Ktoś tu chyba pił wino – zauwa­żyła Fal­lon.

– O tak, ow­szem! – Fred, cał­kiem naga, wyfru­nęła z wody na skrzy­dłach, pod­le­ciała do góry, potrzą­snęła rudymi lokami i dała z powro­tem nurka.

– Och, kocha­nie, chodź, ty też zrób sobie prze­rwę. Naj­młod­sza dwójka Fred śpi. – Lana wska­zała na koc w cie­niu, na któ­rym leżała dwójka dzieci Eddiego i Fred. – Reszta dzieci robi to, co dzieci robią w upalny letni dzień.

– A my mamy tu pry­watną imprezkę – dokoń­czyła Arlys.

Kro­ni­karka, siła robo­cza i zało­ży­cielka Nowej Nadziei nie była naga. Z błogą miną leżała w wodzie na ple­cach w pod­ko­szulku i majt­kach.

– Nie pamię­tam, kiedy ostatni raz pły­wa­łam w base­nie tak po pro­stu – dodała.

Fal­lon przy­szło do głowy, że ni­gdy nie widziała tej czwórki tak zre­lak­so­wa­nej. Zasta­na­wiała się, czy nie robią sobie takich pry­wat­nych impre­zek co jakiś czas pod jej nie­obec­ność.

Bóg jeden wie­dział, jak bar­dzo sobie na nie zasłu­żyły.

– No chodź! – Fred zama­chała dłońmi i wycza­ro­wała w base­nie małe fon­tanny. – Roz­ma­wiamy o męż­czy­znach. I o sek­sie. Bar­dzo go lubię. Cała wtedy migocę.

– Nie upra­wia­łam seksu od… kto wie? – ode­zwała się Katie. – Męż­czyźni, z któ­rym cho­dzę do łóżka, umie­rają. – Przy­ło­żyła dłoń do ust, a kiedy roz­legł się śmiech, Fred pod­pły­nęła, żeby ją objąć. – Och, to nie jest śmieszne. Tak po pro­stu jest. Nie jestem smutna – uspo­ko­iła przy­ja­ciółkę. – Kocha­łam ich obu. Wiesz jak to jest, Lano.

– Wiem.

– Myśla­łam, czyby nie prze­spać się z Jes­sem Bar­lo­wem.

Arlys zanur­ko­wała pod powierzch­nię, a po chwili wypły­nęła, wyplu­wa­jąc wodę.

– Jess Bar­low!

– Zasta­na­wiam się. Ale, o Jezu, nie chcia­ła­bym, żeby umarł. – Katie znowu się zaśmiała i odgar­nęła z twa­rzy mokre włosy. – Ale ponie­waż to tylko małe pożą­da­nie, a nie miłość, to może…

– To dobry żoł­nierz – wtrą­ciła Fal­lon, jak się jej zda­wało, z nadzieją.

Katie mru­gnęła do niej.

– Słonko, patrzy­łam raczej na to, że ma nie­zły tyłek.

– Och. No tak. – Poczuła roz­ba­wie­nie matki, gdy Lana zama­chała w wodzie nogami, i uśmiech­nęła się. – Powie­dzia­ła­bym, że Mark McKin­non ma lep­szy, a też nie ma żony ani part­nerki.

Arlys zaśmiała się ser­decz­nie, kiedy Katie pokrę­ciła głową.

– Rze­czy­wi­ście ma lep­szy tyłek – powie­działa bur­mi­strzyni – ale jest co naj­mniej dzie­sięć lat młod­szy ode mnie.

– A jakie to ma zna­cze­nie?

– Mądre dziecko. Mark McKin­non. – Lana wska­zała pal­cem na Katie. – Do dzieła.

– Nie mogła­bym… eee, chyba.

– Posta­raj się go nie zabić – dodała Fal­lon i po chwili szoku wszyst­kie cztery kobiety wybu­chły grom­kim śmie­chem.

– Jesteś teraz, ofi­cjal­nie, upraw­niona do udziału w naszych pry­wat­nych imprez­kach. – Arlys chlap­nęła wodą w kie­runku Fal­lon. – Wska­kuj do basenu, dziew­czyno.

Cze­kało ją tyle zadań: musiała jechać do mia­sta, musiała poroz­ma­wiać z Wil­lem, musiała spraw­dzić, co z ura­to­wa­nymi. Musiała… Aaa, co tam.

Odpięła miecz i ścią­gnęła buty. Po krót­kim namy­śle roze­brała się do naga, tak jak jej mama i Fred. A potem sko­czyła, zro­biła dla zabawy podwójne salto i zanur­ko­wała pod wodę.

Póź­niej, gdy jechała konno do mia­sta, roz­my­ślała nad tym, jak wiele przy­jem­no­ści dało jej te pół godziny wygłu­pów z grupą kobiet. Był to krąg jej matki – bez Rachel, która nie mogła wyjść z przy­chodni, i bez Kim, która pro­wa­dziła zaję­cia zie­lar­stwa.

Znała moc swo­jej matki, zda­wała sobie sprawę z jej siły. Pole­gała na niej. Ileż siły i woli musiała mieć Lana Bin­gham, żeby z dziec­kiem w łonie i roz­pa­czą w sercu opu­ścić Nową Nadzieję i ten krąg? Zosta­wić swoje miej­sce i swo­ich ludzi, żeby oca­lić dziecko i wszystko, co zosta­wiła za sobą?

Pomy­ślała, że wię­cej niż jaka­kol­wiek znana jej osoba.

Pomy­ślała też o pozo­sta­łych kobie­tach – znała ich histo­rie.

Katie, która stra­ciła męża, rodzi­ców, całą rodzinę z wyjąt­kiem bliź­niąt w łonie. Prze­trwa­nie wyma­gało od niej siły, a musiała mieć jej w sobie bar­dzo dużo, podob­nie jak współ­czu­cia, żeby przy­gar­nąć kolej­nego nowo­rodka, któ­rego matka zmarła.

Dzięki pomocy i przy­jaźni Jonaha i Rachel Katie zdo­łała wydo­stać się z Nowego Jorku z trójką nowo­rod­ków.

Arlys Reid, nie­ustra­szona repor­terka, patrzyła jak apo­ka­lipsa dzie­siąt­kuje jej współ­pra­cow­ni­ków, jak upada jej mia­sto, a świat się wali w gruzy. Ale wraz z kil­koma dziel­nymi isto­tami, mię­dzy innymi z Fred, nada­wała wia­do­mo­ści tak długo, jak się tylko dało.

Dzięki infor­ma­cjom od Chucka, hakera i mistrza infor­ma­tyki, Arlys ujaw­niała prawdę i kłam­stwa. Fal­lon zasta­na­wiała się, ile ist­nień zostało oca­lo­nych dzięki prze­ka­zy­wa­niu prawdy.