Rozkwit magii

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Wol­ność Pro­log Roz­dział pierw­szy Roz­dział drugi Roz­dział trzeci Roz­dział czwarty Roz­dział piąty

2  Cel Roz­dział szó­sty Roz­dział siódmy Roz­dział ósmy Roz­dział dzie­wiąty Roz­dział dzie­siąty

3  Bitwa i krew Roz­dział jede­na­sty Roz­dział dwu­na­sty Roz­dział trzy­na­sty Roz­dział czter­na­sty Roz­dział pięt­na­sty Roz­dział szes­na­sty

4  Wiara Roz­dział sie­dem­na­sty Roz­dział osiem­na­sty Roz­dział dzie­więt­na­sty Roz­dział dwu­dzie­sty Roz­dział dwu­dzie­sty pierw­szy

5  Świa­tło dla życia Roz­dział dwu­dzie­sty drugi Roz­dział dwu­dzie­sty trzeci Roz­dział dwu­dzie­sty czwarty Roz­dział dwu­dzie­sty piąty Roz­dział dwu­dzie­sty szó­sty Epi­log

Tytuł ory­gi­nału: Chro­nic­les of the One. The Rise of Magicks

Copy­ri­ght © 2019 by Nora Roberts

Copy­ri­ght for the Polish Edi­tion © 2020 Wydaw­nic­two Edi­presse Sp. z o.o.

Copy­ri­ght for the Trans­la­tion © 2020 Mag­da­lena Rabsz­tyn-Anioł

Wydaw­nic­two Edi­presse Sp. z o.o.

ul. Wiej­ska 19

00-480 War­szawa

Dyrek­tor Zarzą­dza­jąca Seg­men­tem Ksią­żek: Iga Rem­bi­szew­ska

Senior Pro­ject Mana­ger: Nata­lia Gowin

Pro­duk­cja: Klau­dia Lis

Mar­ke­ting i pro­mo­cja: Renata Bogiel-Miko­łaj­czyk

Digi­tal i pro­jekty spe­cjalne: Tatiana Drózdż

Dys­try­bu­cja i sprze­daż: Iza­bela Łazicka (tel. 22 584 23 51)

Redak­cja: Ewdo­kia Cydejko

Korekta: Anna Godlew­ska, Anna Par­cheta

Pro­jekt okładki: Dun­can Spil­ling – LBBG

Zdję­cia na okładce: Shut­ter­stock

Biuro Obsługi Klienta

e-mail: bok@edi­presse.pl

tel.: 22 278 15 55

(pon.–pt. w godz. 8.00–17.00)

face­book.com/edi­pres­sek­siazki

face­book.com/pg/edi­pres­sek­siazki/shop

insta­gram.com/edi­pres­sek­siazki

ISBN 978-83-8177-647-9

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Repro­du­ko­wa­nie, kodo­wa­nie w urzą­dze­niach prze­twa­rza­nia danych, odtwa­rza­nie w jakiej­kol­wiek for­mie oraz wyko­rzy­sty­wa­nie w wystą­pie­niach publicz­nych w cało­ści lub w czę­ści tylko za wyłącz­nym zezwo­le­niem wła­ści­ciela praw autor­skich.

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer firmy Eli­bri

Best­sel­le­rowa autorka „New York Timesa”

Nora Roberts

POLE­CAMY

Obse­sja

Kłamca

Przed zmierz­chem

Kro­niki tej jedy­nej. Począ­tek

Kro­niki tej jedy­nej. Z krwi i kości

W ukry­ciu

W poszu­ki­wa­niu prawdy

Kry­jówka

Dla Bruce’a, dla domu i rodziny,

jaką wspól­nie stwo­rzy­li­śmy.

Wol­ność

WOL­NOŚĆ

Wol­no­ści szu­kaj na szczy­tach gór,

U stóp jej gromy w ciszy mrą:

A nad nią drży gwiazd jasnych sznur:

Sły­szy, jak nurty ku sobie prą1

Alfred, Lord Ten­ny­son

1 Prze­ło­żyła Agnieszka Kasprzyk. [wróć]

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Pro­log

PRO­LOG

Na tar­czę, jedną z sied­miu wyku­tych w mro­kach dzie­jów, by bro­niły ciem­no­ści dostępu do świata, padła poje­dyn­cza kro­pla krwi.

I w ten oto spo­sób tar­cza osła­bła, a ciem­ność z paję­czą cier­pli­wo­ścią przy­cza­iła się w ocze­ki­wa­niu. Mijały dekady, rana zaś pod trawą i zie­mią zaczęła się roz­ra­stać.

Ostat­niego dnia tego sta­rego porządku świata pewien dobry czło­wiek w swej naiw­no­ści spra­wił, że tar­cza pękła. Siły ciem­no­ści wyna­gro­dziły go za to śmier­telną infek­cją, która rychło zaczęła prze­ska­ki­wać z męż­czy­zny na żonę, z rodzica na dziecko, z jed­nego nie­zna­jo­mego na innego. Choć umie­ra­jący świat pró­bo­wał się jakoś pozbie­rać, jego struk­tury – rządy, tech­no­lo­gie, prawa, trans­port, komu­ni­ka­cja – roz­pa­dały się w pył.

Świat skoń­czył się hukiem i sko­wy­tem, krwią i bólem, stra­chem i histe­rią. Kasjer wrę­cza­jący resztę klien­towi, matka kar­miąca dziecko, biz­nes­meni ści­ska­jący sobie dło­nie – zwy­czajne ludz­kie kon­takty spra­wiały, że śmierć roz­prze­strze­niała się po świe­cie niczym tru­jąca chmura.

Zgi­nęły miliardy.

Nazwano to apo­ka­lipsą – bo to wła­śnie przy­nio­sła owa zabój­czo szybka cho­roba, na którą nie było lekar­stwa, a która z jed­naką satys­fak­cją uśmier­cała łaj­da­ków, co nie­win­nych, mężów stanu, co anar­chi­stów, dobrze sytu­owa­nych, co tych bez gro­sza.

Pod­czas gdy miliardy umie­rały, ci, któ­rzy prze­trwali – ci odporni – wal­czyli o prze­ży­cie jesz­cze jed­nego dnia, o jedze­nie, utrzy­ma­nie schro­nie­nia, a wresz­cie o ucieczkę i unik­nię­cie nie­kon­tro­lo­wa­nej prze­mocy, jaka się roz­pę­tała. Bo niektó­rzy, nawet w tak tra­gicz­nej chwili, palili, plą­dro­wali, gwał­cili i zabi­jali li tylko dla czy­stej przy­jem­no­ści.

Przez tru­jącą chmurę, która spo­wiła świat, bły­snęło świa­tło. Ciem­ność zaczęła pul­so­wać. Moce, długo uśpione, teraz się prze­bu­dziły. Jedne roz­kwi­tły jasno­ścią, inne wybrały czerń. Lecz roz­kwi­tły.

Z nasta­niem magii zaczął się wzma­gać cichy szmer.

Nie­któ­rzy zaak­cep­to­wali te cuda, pod­czas gdy inni się ich bali. A byli tacy, co je znie­na­wi­dzili.

Odmienni – ci pozo­stali odbie­ga­jący od normy – zawsze budzili nie­na­wiść w nie­któ­rych ser­cach. Ci, któ­rych nazwano Nie­sa­mo­wi­tymi, sta­wili czoła lękowi i nie­na­wi­ści tych, któ­rzy na nich polo­wali. Rządy, roz­pacz­li­wie usi­łu­jące utrzy­mać się u wła­dzy, sta­rały się ich zgar­nąć i uwię­zić, a potem pro­wa­dziły na nich eks­pe­ry­menty.

Osoby dys­po­nu­jące magicz­nymi mocami ukry­wały się lub wal­czyły z tymi, któ­rzy nade wszystko uko­chali nie­to­le­ran­cję i powo­ły­wali się na bez­względ­nego, zacie­kłego boga, by tor­tu­ro­wać i zabi­jać.

Ukry­wały się lub wal­czyły z tymi, któ­rzy wybrali ciem­ność.

W noc, gdy sza­lała burza, dziecko, któ­rego świa­tło roz­bły­sło w chwili śmierci dobrego czło­wieka, wzięło pierw­szy oddech. Naro­dziło się z miło­ści i poświę­ce­nia, z nadziei i walki, z siły i roz­pa­czy.

Z tym pierw­szym krzy­kiem, łzami matki, sil­nymi dłońmi męż­czy­zny, który pomógł jej wydo­stać się na świat, wojow­niczka, przy­wód­czyni, ta Jedyna, uczy­niła pierw­szy krok ku swemu prze­zna­cze­niu.

Magia poczęła wybi­jać rytm.

W następ­nych latach roz­sza­lały się wojny – mię­dzy ludźmi, mię­dzy ciem­no­ścią i świa­tłem, mię­dzy tymi, któ­rzy sta­rali się prze­trwać i coś zbu­do­wać, a tymi, któ­rzy chcieli nisz­czyć i rzą­dzić na gru­zach.

Dziecko tym­cza­sem rosło, podob­nie jak jego moce. Ucząc się, błą­dząc i trium­fu­jąc, sta­wiało następne kroki. Aż pew­nego razu młoda dziew­czyna pełna wiary i cudu się­gnęła w ogień, skąd pod­jęła miecz i tar­czę. Stała się Jedyną.

Magia jęła przy­bie­rać na sile.

Roz­dział pierw­szy

ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY

Wokół mło­dej kobiety sza­lała burza. Lały się mio­tane wia­trem strugi ulew­nego desz­czu, biły z trza­skiem pio­runy, po nie­bie prze­ta­czały się ogłu­sza­jące grzmoty. Burza sza­lała także w niej, wie­działa jed­nak, że musi sta­wić tamę zale­wa­ją­cym ją poto­kom gniewu.

 

Dziś spro­wa­dzi śmierć – swoim mie­czem, swo­imi mocami, swo­imi roz­ka­zami. Odpo­wie za każdą prze­laną kro­plę krwi – taki był cię­żar dowódz­twa, pogo­dziła się z tym.

Fal­lon Swift nie miała jesz­cze nawet dwu­dzie­stu lat.

Dziew­czyna dotknęła pal­cami bran­so­lety, którą nosiła na nad­garstku. Sama ją wycza­ro­wała z drzewa, które znisz­czyła w przy­pły­wie zło­ści. Ku prze­stro­dze wyryła na niej słowa przy­po­mi­na­jące jej, żeby już ni­gdy nikogo ani niczego w gnie­wie nie nisz­czyć.

Solas don Saol.

Świa­tło dla życia.

Znów pomy­ślała, że dziś spro­wa­dzi śmierć, ale innym pomoże żyć.

Prze­bi­ja­jąc spoj­rze­niem burzę, przyj­rzała się zamknię­temu kom­plek­sowi woj­sko­wemu. Mal­lick, jej nauczy­ciel magii, zabrał ją do podob­nego ośrodka, kiedy skoń­czyła czter­na­ście lat. Jed­nak tamte budynki były opu­sto­szałe, uno­sił się w nich tylko smród czar­nej magii, walały się zwę­glone szczątki ludz­kie oraz pobrzmie­wały echa krzy­ków tor­tu­ro­wa­nych. Ten kom­pleks mie­ścił ponad sześć­set osób – dwie­ście osiem­dzie­siąt per­so­nelu i trzy­sta trzy­dzie­ścioro dwoje więź­niów. Według infor­ma­cji zebra­nych przez wywiad czter­dzie­ścioro sied­mioro z tych więź­niów nie ukoń­czyło jesz­cze dwu­na­stu lat.

Miała w gło­wie każdy cen­ty­metr tego kom­pleksu zabu­do­wań – każde pomiesz­cze­nie, każdy kory­tarz, kamerę i alarm. Spo­rzą­dziła nawet jego szcze­gó­łowe mapy, mie­sią­cami pla­no­wała tę misję. Miała to być naj­więk­sza misja ratun­kowa, jaką pod­jęła w ciągu trzech lat, które minęły, odkąd zaczęła zbie­rać armię i for­mo­wać ruch oporu, a potem, gdy wraz z rodziną zosta­wiła dom i wyje­chała do Nowej Nadziei.

Jeżeli temu nie podoła…

Poczuła na ramie­niu czy­jąś dłoń – jej dotyk zawsze ją uspo­ka­jał. Odwró­ciła głowę i spoj­rzała na swo­jego ojca.

– Damy radę – powie­dział Simon.

Ode­tchnęła głę­boko.

– Czar na kamery moni­to­ru­jące – wyszep­tała i prze­ka­zała elfom tę wia­do­mość w myślach, żeby dały znać poszcze­gól­nym gru­pom.

Teraz ludzie sie­dzący przed ekra­nami będą widzieli tylko drzewa, deszcz i bagni­sty teren.

– Roz­broić alarmy – szep­nęła.

Po czym wraz z innymi wiedź­mami wypo­wie­działa sta­ran­nie zaklę­cie.

Burza na­dal sza­lała.

Gdy powia­do­miono ją, że wszystko gotowe, zigno­ro­wała ści­śnię­cie serca i wydała roz­kaz:

– Łucz­nicy.

Wieże straż­ni­cze nale­żało uniesz­ko­dli­wić szybko i cicho. Fal­lon poczuła, jak Tonia, główna łucz­niczka, przy­ja­ciółka i krew z jej krwi, napina cię­ciwę i wypusz­cza strzałę. Sku­pio­nymi sza­rymi oczyma Fal­lon obser­wo­wała, jak strzały tra­fiają do celu, a z wież roz­miesz­czo­nych w czte­rech rogach wię­zie­nia spa­dają straż­nicy. Następ­nie ruszyła pod ogro­dze­nie, tam zaś sku­piła się na elek­tro­nicz­nie ste­ro­wa­nych bra­mach, które roz­bro­iła dzięki mocy.

Na jej znak żoł­nie­rze wtar­gnęli do środka, elfy zaczęły się wspi­nać po murach i ogro­dze­niach, zmien­no­kształtni prze­ska­ki­wali, poma­ga­jąc sobie zębami i pazu­rami, a duszki prze­my­kały górą dzięki skrzy­dłom.

Syn­chro­ni­za­cja, pomy­ślała, kiedy komu­ni­ko­wała się bez­gło­śnie z dowódcą elfów Flyn­nem oraz Tonią. Musieli wedrzeć się przez trzy bramy rów­no­cze­śnie, a przy­wódca każ­dej z dru­żyn skon­cen­tro­wać swe siły na naj­waż­niej­szych spra­wach. Trzeba było znisz­czyć łącz­ność, wyeli­mi­no­wać straż­ni­ków, zdo­być arse­nał, zabez­pie­czyć labo­ra­to­rium. I nade wszystko ochro­nić więź­niów.

Zer­k­nęła po raz ostatni na tatę, a widząc odwagę i deter­mi­na­cję malu­jące się na tej kocha­nej twa­rzy, któ­rej cał­ko­wi­cie ufała, wydała roz­kaz.

Dobyw­szy mie­cza, samą mocą spo­wo­do­wała eks­plo­zję zam­ków w głów­nych drzwiach, po czym wpa­dła do środka i roz­wa­liła kolejne.

Przez jej umysł prze­my­kały obrazy wspo­mnień z wię­zie­nia w Hat­te­ras, które widziała, gdy miała czter­na­ście lat. Było tyle podo­bieństw… Róż­nica tylko taka, że tutaj żoł­nie­rze żyli i się­gali po broń. Padły pierw­sze strzały, mocą jed­nak spra­wiła, że pisto­lety sta­nęły w ogniu, więc straż­nicy odrzu­cili je, krzy­cząc z bólu.

Wciąż ata­ku­jąc mie­czem i osła­nia­jąc się tar­czą, prze­dzie­rała się przez zastępy wroga. Pod­czas walki sły­szała krzyki, jęki i bła­ga­nia dobie­ga­jące zza sta­lo­wych drzwi. Czuła strach, prze­możną nadzieję, ból i dez­orien­ta­cję uwię­zio­nych.

Owład­nięta tymi emo­cjami powa­liła pędzą­cego do komu­ni­ka­tora żoł­nie­rza, a następ­nie cięła mie­czem urzą­dze­nie i pora­ziła mocą cały sys­tem. Posy­pały się iskry i po chwili moni­tory poka­zy­wały tylko czerń.

Na stop­niach meta­lo­wych scho­dów zadud­niły buciory. Kiedy strzały prze­cięły ze świ­stem powie­trze, bie­gną­cych spo­tkała śmierć. W tar­czę Fal­lon ude­rzył pocisk, lecz bły­ska­wicz­nie odbiła go z powro­tem do strze­la­ją­cego, rów­no­cze­śnie obra­ca­jąc się ku żela­znym drzwiom, które od środka wię­zie­nia ktoś zdo­łał zabez­pie­czyć.

Dmuch­nię­ciem mocy otwo­rzyła je na oścież, po czym zdjęła dwóch straż­ni­ków i wska­ku­jąc pomię­dzy skrę­cone pasma dymią­cego metalu, cięła mie­czem trze­ciego, aż w końcu pobie­gła ku pro­wa­dzą­cym w dół scho­dom.

Zewsząd dobie­gały okrzyki wojenne. Jej woj­ska roz­pro­szyły się, tłum­nie poja­wia­jąc się w kosza­rach, biu­rach, mesie, kuchni, szpi­talu.

Fal­lon jed­nak, wraz z towa­rzy­szą­cymi jej ludźmi, skie­ro­wała się do labo­ra­to­rium i znaj­du­ją­cej się w nim sali tor­tur. Zastali tam kolejne żela­zne drzwi. Na nowo przy­pu­ściła atak mocą, ale prze­rwała w pół odde­chu przed wybu­chem, gdyż wyczuła za nimi coś wię­cej, coś mrocz­nego.

Magia – czarna i zło­wroga.

Pod­nio­sła dłoń, by wstrzy­mać dru­żynę. Zmu­sza­jąc się do zacho­wa­nia cier­pli­wo­ści, skon­cen­tro­wała uwagę. Była teraz ucie­le­śnie­niem sku­pie­nia – wysoka dziew­czyna w zro­bio­nych przez elfy butach i skó­rza­nej kami­zelce, z krótko obcię­tymi czar­nymi wło­sami i oczyma zamglo­nymi od mocy.

– Cof­nij­cie się! – naka­zała, po czym zawie­siła tar­czę na ramie­niu, a miecz scho­wała do pochwy i przy­tknęła dło­nie do drzwi, ich obra­mo­wa­nia z gru­bego metalu i zam­ków.

– Pułapka – mruk­nęła. – Kiedy je roz­wa­limy, wybuchną. Cof­nij­cie się!

– Fal­lon.

– Cof­nij­cie się! – naka­zała ojcu. – Mogę je roz­broić, ale to za długo potrwa. – Się­gnęła po tar­czę i miecz. – Trzy, dwa…

Pchnęła moc, świa­tło prze­ciw ciem­no­ści.

Drzwi eks­plo­do­wały, try­ska­jąc ogniem i postrzę­pio­nymi pło­ną­cymi kawał­kami metalu. Odłamki zadud­niły o jej tar­czę, prze­le­ciały ze świ­stem obok i wbiły w ścianę za nią. Wsko­czyła w sam śro­dek.

Ujrzała męż­czy­znę. Leżał przy­kuty do stołu labo­ra­to­ryj­nego nagi, ze szkli­stymi oczyma, z twa­rzą bez wyrazu. Inny czło­wiek, w kitlu, zro­bił salto do tyłu, sko­czył na ręce i bły­ska­wicz­nie wspiął się na ścianę w głębi pomiesz­cze­nia.

Fal­lon posłała wiązkę mocy w sufit i po chwili ten w kitlu spadł bez­wład­nie. W tym cza­sie Simon wpierw zdo­łał zro­bić unik przed trze­cim męż­czy­zną, który zamach­nął się na niego skal­pe­lem, a następ­nie powa­lić go szyb­kim cio­sem pię­ści.

– Sprawdź­cie, czy ktoś tu jesz­cze jest – zadys­po­no­wała dziew­czyna. – Skon­fi­skuj­cie wszyst­kie akta. Dwie osoby zabez­pie­czają ten odci­nek, pozo­stali spraw­dzą resztę pię­tra.

Pode­szła do męż­czy­zny na stole.

– Możesz mówić?

Usły­szała jego myśli, gdy usi­ło­wał zło­żyć je w słowa.

Tor­tu­ro­wali mnie – brzmiało jego pierw­sze prze­sła­nie. – Nie mogę się ruszyć. Pomóż mi, pro­szę. Pomo­żesz?

– Jeste­śmy tu po to, żeby pomóc – odparła, przy­glą­da­jąc się badaw­czo jego twa­rzy, po czym wsu­nęła miecz do pochwy. Siłą woli wytłu­miła chaos toczą­cej się pię­tro wyżej walki i sku­piła się na kon­tak­cie mię­dzy umy­słami.

– Mamy tu kobietę! – zawo­łał Simon. – Odu­rzona i pora­niona, ale oddy­cha.

Krzyw­dzili nas, zada­wali ból. Pomóż.

– Tak. – Fal­lon poło­żyła dłoń na klam­rze, którą męż­czy­zna był przy­mo­co­wany do stołu. Metal puścił ze szczę­kiem. – Jak długo tu jesteś?

Nie wiem. Nie mam poję­cia. Pro­szę, pro­szę.

Obe­szła stół, żeby odpiąć klamrę przy­trzy­mu­jącą drugi nad­gar­stek.

– Wybra­łeś ciem­ność, kiedy się tu zna­la­złeś czy już wcze­śniej? – zapy­tała.

Zerwał się, a na jego twa­rzy malo­wała się zło­śliwa satys­fak­cja, kiedy cisnął w nią bły­ska­wicą. Fal­lon bez wysiłku odbiła pio­run tar­czą i prze­biła nim męż­czy­znę.

– Chyba ni­gdy się tego nie dowiemy – wymam­ro­tała.

– Jezu Chry­ste, Fal­lon. – Simon stał z nie­przy­tomną kobietą prze­wie­szoną przez ramię i z wycią­gnię­tym pisto­le­tem.

– Musia­łam się upew­nić. Możesz ją zabrać do leka­rza?

– Tak.

– Spraw­dzimy resztę.

Kiedy skoń­czyli, oka­zało się, że mają do prze­wie­zie­nia czter­dzie­stu wro­gów wzię­tych do nie­woli. Resztę musieli pocho­wać. Potem na teren weszli leka­rze, żeby opa­trzyć ran­nych, Fal­lon zaś roz­po­częła żmudny pro­ces wery­fi­ko­wa­nia więź­niów prze­trzy­my­wa­nych w celach.

Wie­działa, że nie­któ­rzy mogą się oka­zać tacy jak ten w labo­ra­to­rium. Inni mają potrza­skane umy­sły, a to mogło spro­wa­dzić nie­bez­pie­czeń­stwo na innych.

– Odpocz­nij – pole­cił Simon i wepchnął jej w dło­nie kubek z kawą.

– Jest kil­koro nie­sta­bil­nych – zauwa­żyła. Łap­czy­wie wypiła gorący napój, przy­glą­da­jąc się twa­rzy ojca. Jego orze­chowe oczy patrzyły bystro, gdy ście­rał z niej krew. Dawno temu, w innych cza­sach, był żoł­nie­rzem i teraz, znów nim się stał. – Muszą tra­fić do jed­nego z cen­trów lecze­nia – powie­działa. – Potem będzie można ich wypu­ścić. Dla­czego zawsze odno­szę wra­że­nie, że ich wię­zimy?

– Nie powin­naś tak myśleć, niczego takiego nie robimy. Nie­któ­rzy już ni­gdy nie dojdą w pełni do sie­bie, a mimo to puścimy ich wolno, o ile nie będą sta­no­wili poważ­nego zagro­że­nia. A teraz powiedz mi, skąd wie­dzia­łaś, że ten drań na stole w labo­ra­to­rium jest zły?

– Po pierw­sze, nie był tak potężny, jak mu się wyda­wało, nie wszystko ukrył. Ale na logikę bio­rąc, do myśle­nia dawały już te zaklę­cie w drzwiach i czary. Ten drugi magiczny w labo­ra­to­rium był elfem. Złym elfem – dodała z pół­u­śmie­chem. – Elfy są świetne w otwie­ra­niu zam­ków, ale nie potra­fią ich zacza­ro­wać. Wyczu­łam puls cza­ro­dzieja, gdy otwo­rzy­łam pierw­szą klamrę. Serce nie biłoby mu tak szybko, gdyby był pod wpły­wem środ­ków para­li­żu­ją­cych.

– Ale otwo­rzy­łaś drugą klamrę.

– Rów­nie dobrze mógł to zro­bić sam. – Wzru­szyła ramio­nami. – Mia­łam nadzieję, że uda mi się go prze­słu­chać, ale… no cóż. – Dopiła resztę kawy, bło­go­sła­wiąc w myślach swoją matkę i inne cza­row­nice, które stwo­rzyły Tro­piki, by upra­wiać w nich kawowce. – Wiesz, co się stało z kobietą, którą zrzu­cili ze stołu?

– To duszek. Już ni­gdy nie będzie latać, wycięto jej więk­szość lewego skrzy­dła, ale żyje. Twoja mama opie­kuje się nią w polo­wym ambu­la­to­rium.

– Dobrze. Ten duszek ma szczę­ście, że go nie zabili, a tylko zrzu­cili ze stołu. Jak tylko leka­rze obej­rzą ran­nych jeń­ców, chcę, żebyś ich prze­słu­chał. Wiem, że to dla cie­bie będzie trudne – dodała. – To żoł­nie­rze, a więk­szość z nich tylko słu­chała roz­ka­zów.

– To żoł­nie­rze – zgo­dził się – któ­rzy stali z boku, albo tor­tu­ro­wali więź­niów i prze­trzy­my­wali dzieci w celach. Nie, słonko, to nie będzie dla mnie trudne.

– Mogła­bym to zro­bić bez cie­bie, ponie­waż trzeba to zro­bić, tylko nie wiem jak.

Poca­ło­wał ją w czoło.

– Ni­gdy nie będziesz musiała się tego dowia­dy­wać – odparł.

Wdała się w roz­mowę z magicz­nymi dziećmi, które siłą zabrano nie­ma­gicz­nym rodzi­com, dwoje połą­czyła z rodzi­cem – z krwi lub z wyboru – prze­by­wa­ją­cym w oddziel­nej celi. Roz­ma­wiała też z ludźmi, któ­rzy sie­dzieli w zamknię­ciu od lat, i z tymi, któ­rych aresz­to­wano led­wie kilka dni wcze­śniej. Odha­czyła każ­dego w aktach pro­wa­dzo­nych sta­ran­nie przez dowódcę wię­zie­nia, który zgi­nął pod­czas ataku. Przej­rzała też prze­ra­ża­jące reje­stry eks­pe­ry­men­tów wyko­ny­wa­nych w labo­ra­to­rium.

 

Obaj Mroczni Nie­sa­mo­wici – cza­ro­dziej i elf – któ­rzy w nim pra­co­wali, ukry­wali swą praw­dziwą naturę, więc wywiad nie ujaw­nił nikogo magicz­nie uzdol­nio­nego wśród pra­cow­ni­ków wię­zie­nia.

Pomy­ślała, że wywiad wszyst­kiego nie zała­twia, gdy ozna­czyła cza­ro­dzieja jako nie­ży­ją­cego, a elfa jako jeńca wojen­nego.

Burza tym­cza­sem minęła i wsta­wał już świt, gdy robiła ostatni obchód po budynku. Tu i ówdzie ekipy sprzą­ta­jące ście­rały krew pla­miącą beto­nowe pod­łogi, ściany i schody. Grupa zaopa­trze­niowa zbie­rała wszystko, co było warte zabra­nia – racje żyw­no­ściowe, sprzęt, pojazdy, broń, ubra­nia, buty, środki medyczne. Wszystko miało zostać wcią­gnięte do reje­stru, a następ­nie roz­dzie­lone mię­dzy naj­bar­dziej potrze­bu­ją­cych lub wsta­wione do maga­zy­nów.

Oddział fune­ralny kopał groby. Zbyt wiele gro­bów, pomy­ślała Fal­lon, wyszedł­szy na zewnątrz na błot­ni­sty teren. Szczę­ściem dziś nie musieli wyko­py­wać żad­nego dołu dla nikogo ze swo­ich, a to ozna­czało udaną akcję.

Spo­mię­dzy drzew wychy­nął Flynn, któ­remu jak zawsze towa­rzy­szył wilk imie­niem Lupa.

– Sied­miu więź­niów potrze­buje dal­szego lecze­nia – powie­dział. – Twoja mama pomaga w ich trans­por­cie do Cedar­sville. To naj­bliż­sza kli­nika, która leczy tego typu obra­że­nia. Reszta jedzie do ośrodka w Hat­te­ras.

– Dobrze.

Pomy­ślała, że Flynn – szybki, bo w końcu był elfem, kom­pe­tentny i twardy jak skała, w którą potra­fił się wto­pić – zdą­żył poznać jej matkę i bio­lo­gicz­nego ojca jesz­cze jako nasto­la­tek. Teraz – już męż­czy­zna – nale­żał do grona dowód­ców.

– Potrze­bu­jemy tu zmia­no­wych oddzia­łów zabez­pie­cza­ją­cych – cią­gnęła. – Hat­te­ras jest bli­skie prze­peł­nie­nia, więc ten kom­pleks bar­dzo nam się przyda. No i ktoś może się tu zja­wić, żeby spraw­dzić, dla­czego nie ma łącz­no­ści. Albo po pro­stu przy­wieźć następną grupę więź­niów.

Wyre­cy­to­wała szybko kilka nazwisk osób dele­go­wa­nych do tego oddziału, w tym swo­jego brata Colina.

– Zajmę się tym – odparł Flynn. – Ale Colin został ranny pod­czas akcji, więc…

– Co? – Obró­ciła się bły­ska­wicz­nie do Flynna i chwy­ciła go mocno za ramię. – I teraz dopiero się o tym dowia­duję?

– Jesteś Jedyną, ale matka Jedy­nej potrafi być abso­lut­nie prze­ra­ża­jąca, więc kiedy każe mi mil­czeć, to mil­czę. Nic mu nie jest – dodał szybko. – Kula dra­snęła go w prawe ramię, ale nie utkwiła w ciele i rana się goi. Myślisz, że twoja mama zaj­mo­wa­łaby się ran­nymi wro­gami, gdyby jej syn miał jakieś obra­że­nia?

– Nie, ale…

– Nie chciała cię roz­pra­szać, podob­nie jak twój brat, któ­rego duma ucier­piała bar­dziej niż ciało. Twój tata już go wsa­dził do ambu­lansu wra­ca­ją­cego do Nowej Nadziei.

– Okej, w porządku. – Lecz w geście fru­stra­cji prze­cią­gnęła dłońmi po krótko obcię­tych wło­sach. – Niech to szlag.

– Uwol­ni­li­śmy trzy­sta trzy­dzie­ści dwie osoby i nikogo nie stra­ci­li­śmy. – Flynn, wysoki i szczu­pły elf o inten­syw­nie zie­lo­nych oczach, odwró­cił głowę i spoj­rzał na budy­nek. – Nikt wię­cej nie będzie tor­tu­ro­wany w tym pie­kle. Ciesz się zwy­cię­stwem, Fal­lon, i wra­caj do domu. My zabez­pie­czymy teren.

Kiw­nęła głową na znak zgody i zagłę­biła się w gęstwinę drzew, wcią­ga­jąc w noz­drza zapach ziemi i mokrych liści. Na tym bagien­nym tere­nie daw­nej Wir­gi­nii, nie­opo­dal gra­nicy z Karo­liną, aż roiło się od owa­dów, które fru­wały, brzę­cząc i bucząc, a sumak rósł tak gęsto, że nie spo­sób było go przejść.

Szła dopóty, dopóki nie zna­la­zła się na pola­nie zala­nej pro­mie­niami poran­nego słońca. Wezwała wtedy Laocha.

Wkrótce wylą­do­wał, olbrzymi i biały, ze srebr­nymi skrzy­dłami i z poły­sku­ją­cym rogiem.

Choć była wykoń­czona walką, wtu­liła na moment twarz w jego silną szyję i zamknęła oczy. Była wów­czas tylko dziew­czyną, pokrytą bolą­cymi sinia­kami, z pla­mami krwi zabi­tych na koszulce, spodniach i butach.

A potem dosia­dła wierz­chowca, sado­wiąc się wysoko w sio­dle ze zło­tej skóry. Ali­korn nie potrze­bo­wał wodzy ani wędzi­dła.

Baile – wymru­czała do niego.

Na ten sygnał stwór wzbił się w błę­kitne poranne niebo, by zabrać ją tam, gdzie chciała. Do domu.

Dotarł­szy do wiel­kiego domo­stwa sto­ją­cego mię­dzy kosza­rami Nowej Nadziei a farmą, na któ­rej Eddie i Fred cho­wali dzieci i doglą­dali upraw, zastała ojca na weran­dzie. Sie­dział, trzy­ma­jąc nogi na porę­czy, i popi­jał kawę z kubka.

Zauwa­żyła, że musiał nie­dawno wziąć prysz­nic, bo czu­pryna jego gęstych brą­zo­wych wło­sów była jesz­cze wil­gotna. Wstał, pod­szedł do niej i poło­żył dłoń na karku Laocha.

– Idź i zaj­rzyj do niego – powie­dział. – Śpi, ale poczu­jesz się lepiej, jak go zoba­czysz. Ja zajmę się Laochem, a potem zjemy śnia­da­nie, które czeka w pie­kar­niku.

– Wie­dzia­łeś, że został zra­niony.

– Wie­dzia­łem, że został zra­niony i nic mu nie grozi. – Simon zatrzy­mał się, kiedy usły­szał jej oskar­ży­ciel­ski ton. – Mama popro­siła, żeby nic ci nie mówić. Powie­działa, że nie i koniec kropka, a kiedy mówi „koniec kropka”…

– …to koniec kropka – dokoń­czyła. – Zaj­rzę do niego i też wezmę prysz­nic. A potem przyda mi się śnia­da­nie. Gdzie Tra­vis i Ethan?

– Tra­vis jest w kosza­rach, pra­cuje z nowymi rekru­tami. Ethan pomaga przy zwie­rzę­tach u Eddiego i Fred.

– W porządku.

Gdy się dowie­działa, gdzie są pozo­stali bra­cia, poszła zaj­rzeć do Colina.

Wszedł­szy do środka, skie­ro­wała się w stronę scho­dów. Budy­nek słu­żył im za dom, ale wąt­piła, by kie­dy­kol­wiek nim się stał. Ich domem zawsze będzie farma, na któ­rej się uro­dziła i wycho­wała. Jed­nak to miej­sce, podob­nie jak chatka w lesie, gdzie szko­lił ją Mal­lick, było uży­teczne i wła­ści­wie dobrze się spraw­dzało.

Poszła do pokoju Colina. Jej brat leżał na wznak na łóżku w sta­rych, nie­zbyt ele­ganc­kich bok­ser­kach i boha­ter­sko chra­pał. Zbli­żyła się ku niemu i deli­kat­nie – bar­dzo deli­kat­nie – dotknęła jego pra­wego ramie­nia. Było sztywne i obo­lałe, ale czy­sta rana już się zabliź­niała.

Fal­lon przy­po­mniała sobie, że jej mama ma prze­cież nad­zwy­czajne zdol­no­ści. Postała jesz­cze tro­chę, po czym dotknęła wło­sów brata – blond, ale ciem­niej­szych niż u ich mamy i sple­cio­nych jak sądził Colin, war­kocz wojow­nika – gruby i krótki.

Miał ciało wojow­nika – musku­larne i twarde – z wyta­tu­owa­nym na lewej ręce zwi­nię­tym wężem (wyta­tu­ował go sobie w wieku szes­na­stu lat, bez zgody rodzi­ców).

Roz­glą­dała się jesz­cze przez moment w jego zaba­ła­ga­nio­nym pokoju – na­dal zbie­rał dro­bia­zgi, które prze­ma­wiały do jego wyobraźni. Wszę­dzie walały się jakieś monety, kamyki, kawałki szkła i drutu, stare butelki. I naj­wy­raź­niej wciąż nie nauczył się skła­dać ani odwie­szać ubrań.

Z trójki jej braci tylko Colin nie miał magicz­nych mocy, za to oka­zał się uro­dzo­nym żoł­nie­rzem.

Nie nie­po­ko­jąc go dłu­żej, zeszła dwie kon­dy­gna­cje niżej do sie­bie.

W prze­ci­wień­stwie do Colina utrzy­my­wała w swoim pokoju nie­ska­zi­telny porzą­dek. Na ścia­nach wisiały mapy – ryso­wane ręcz­nie lub dru­ko­wane, stare i nowe. W skrzyni sto­ją­cej u stóp łóżka trzy­mała książki – powie­ści, bio­gra­fie, opra­co­wa­nia histo­ryczne, pod­ręcz­niki naukowe i magiczne. Na biurku mie­ściły się akta wojsk, cywi­lów, szko­leń, baz, wię­zień, zaso­bów żyw­no­ścio­wych, zapa­sów medycz­nych, manew­rów, zaklęć, har­mo­no­gramy obo­wiąz­ków i gra­fiki zmian.

Na sto­jaku obok łóżka stały biała świeca i krysz­ta­łowa kula – pre­zenty od czło­wieka, który ją szko­lił.

Ścią­gnęła ubra­nia i wrzu­ciła je do kosza na pra­nie. A potem z wes­tchnie­niem ulgi weszła pod prysz­nic, by zmyć z sie­bie pot, krew, brud i odór bitwy.

Ubrała się w dżinsy, poprze­cie­rane na kola­nach i led­wie się­ga­jące kostek jej dłu­gich nóg, oraz koszulkę, która ukła­dała się nieco wor­ko­wato na jej szczu­płej syl­wetce. Na koniec wcią­gnęła inną parę butów, bo te noszone pod­czas bitwy musiała wyczy­ścić.

Przy­pięła miecz, po czym poszła na górę zjeść śnia­da­nie z ojcem.

– Twoja mama wró­ciła – oznaj­mił, pod­cho­dząc do pie­kar­nika po tale­rze. – Jest w przy­chodni, ale już w mie­ście.

– Wybie­ram się tam po śnia­da­niu. – Zde­cy­do­wała się na sok, miała ochotę na coś zim­nego.

– Potrze­bu­jesz snu, kocha­nie. Jesteś na nogach od ponad doby.

Jajecz­nica i chru­piący bekon. Rzu­ciła się do jedze­nia, jakby przy­mie­rała gło­dem.

– Ty też – zauwa­żyła.

– Zła­pa­łem nieco snu w dro­dze powrot­nej – zaopo­no­wał. – I ucią­łem sobie drzemkę na weran­dzie, zanim tu przy­je­cha­łaś.

Zja­dła jesz­cze tro­chę jajecz­nicy.

– Nie mam żad­nego zadra­pa­nia – oznaj­miła. – Ani jed­nego. Żoł­nie­rze, któ­rych pro­wa­dzi­łam do walki, krwa­wili. Colin krwa­wił. A ja nie mam nawet zadra­pa­nia.

– Byłaś już ranna. – Simon poło­żył rękę na jej dłoni. – I jesz­cze będziesz.

– Muszę zaj­rzeć do ran­nych, a oni muszą zoba­czyć mnie. Tak samo ci ura­to­wani. A potem pośpię.

– Pójdę z tobą.

Popa­trzyła na sufit i pomy­ślała o śpią­cym żoł­nie­rzu.

– Powi­nie­neś zostać z Coli­nem – powie­działa.

– Ścią­gnę Ethana, żeby przy nim posie­dział. Mama twier­dzi, że Colin praw­do­po­dob­nie będzie spał do popo­łu­dnia.

– Okej. Powiedz mi, jakie masz wra­że­nia po roz­mo­wach z więź­niami.

Wes­tchnął.

– Mie­szane. Są wśród nich twar­dziele, któ­rzy nie­na­wi­dzą magicz­nych i się ich boją. W więk­szo­ści starsi. Jest mało praw­do­po­dobne, żeby udało nam się ich prze­ko­nać. Ale może dokształ­cimy tych młod­szych.

– Muszą zoba­czyć nagra­nia z labo­ra­to­rium. Muszą zoba­czyć ludzi, któ­rych odu­rzano, przy­pi­nano do stołu, tor­tu­ro­wano, i to jak pod­da­wano ich eks­pe­ry­men­tom tylko dla­tego, że są inni.

Cho­ciaż przy­po­mnie­nie tego, co zoba­czyła w wię­zie­niu, spra­wiło, że poczuła mdło­ści, nie prze­rwała jedze­nia. Potrze­bo­wała ener­gii do dzia­ła­nia.

– Niech to do nich prze­mówi – stwier­dziła.

Nie mógł nie usły­szeć gory­czy w jej gło­sie, więc znowu pogła­dził jej dłoń.

– Zga­dzam się. Powin­ni­śmy z tym pocze­kać kilka dni. Wielu spo­dziewa się tor­tur i egze­ku­cji. Poka­żemy im, że trak­tu­jemy więź­niów huma­ni­tar­nie, przy­zwo­icie.

– A potem poka­żemy, że oni tak nie robili – dokoń­czyła. – No dobrze. Ale nie­któ­rzy się nie zmie­nią, prawda?