W ukryciuTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Światło nie jest takie jak trzeba, a grzebanie się z tym jeszcze je zepsuło. Uwielbiam twoje pejzaże morskie. Twoje portrety są wręcz niesamowite, za każdym razem, a pejzaży nie malujesz często. Jednak kiedy to robisz, są nastrojowe i magiczne.

– Po pierwsze, nie jesteś mną i powinnaś mieć świadomość własnej, wyjątkowej tożsamości. Po drugie, maluję pejzaże, nie tylko morskie, i martwe natury, kiedy chcę się uspokoić albo kiedy mam na to ochotę. Najczęściej wolałabym po prostu siedzieć tu i patrzeć na wodę. Portrety? Ludzie są nieskończenie fascynujący, podobnie jak malowanie ich. Malowanie to moja pasja. Jednak nie twoja.

– Najwyraźniej.

– Masz dziewiętnaście lat. I mnóstwo czasu, żeby odnaleźć własną pasję.

– Próbowałam seksu.

CiCi roześmiała się gardłowo, wzniosła toast i wypiła.

– Ja też. To zajebiście radosne hobby.

Rozbawiona Simone nabrała chipsem trochę salsy.

– Robię sobie w tym przerwę.

– Ja też. Jesteś artystką – i nie sprzeczaj się z babką. Jesteś artystką, która ma talent i wizję. Malarstwo to dla ciebie dobra dziedzina, ale nie jest twoją pasją i nie będzie głównym środkiem wyrazu. Eksperymentuj.

– Jak? Tata ciągle próbuje skłonić mnie do pójścia na prawo, a mama myśli, że powinnam znaleźć sobie miłego, solidnego chłopaka.

– Oni są tradycjonalistami, kochanie. Nic na to nie poradzą. Ja nie jestem, ale też nic na to nie poradzę. Dlatego powiem ci, że byłabyś głupia, robiąc którąkolwiek z tych rzeczy. Eksperymentuj – powtórzyła – ze wszystkim. Jeśli chodzi o sztukę, dam ci to, czego nikt nie chce: radę. Pamiętasz sierpień, który tu spędziłaś po tym strasznym wydarzeniu?

Simone spojrzała na pas plaży, otaczające ją skały, a dalej bezkresną wodę.

– Myślę, że to ocaliło mi zmysły, więc tak, pamiętam.

– Ty i Mi spędzałyście mnóstwo czasu na plaży w owym tygodniu, kiedy tu była. Budowałyście zamki z piasku. Mi były pedantyczne, ładne i tradycyjne – takie jak ona. A twoje fascynujące, pełne twórczej inwencji i fantazyjne.

Simone wzięła kolejnego drinka.

– Zatem powinnam budować zamki z piasku?

– Twórz. Na początek wypróbuj glinę, zobacz, dokąd cię zaprowadzi. W zeszłym roku zdobyłaś podstawy.

– Skąd wiesz?

CiCi tylko się uśmiechnęła i upiła łyk.

– Wiem mnóstwo rzeczy. I wiedząc, że będziemy prowadzić tę rozmowę, zamówiłam materiały. Są w moim studiu. Możemy się nimi dzielić, pracować na zmianę. Spróbuj. Jeśli okaże się, że to nie glina, znajdziesz coś innego. Wykorzystaj to lato, żeby zacząć, zobacz, czy odkryjesz, co jest twoją pasją.

ROZDZIAŁ 7

Skreśliwszy Robertę Flisk ze swojej listy, Patricia stwierdziła, że ma dość college’u. Poza tym, że zajęcia śmiertelnie ją nudziły, uczęszczanie na nie i przygotowywanie się do nich zabierało jej czas i rozpraszało, kiedy już posmakowała pierwszego zabójstwa.

Wróciła do Rockpoint, do dziadków – sprytnie ich omamiwszy. Byli zachwyceni, że mają pod swoim dachem słodką, troskliwą i usłużną wnuczkę. Zadbała o to, ponieważ mowy nie było, żeby zamieszkała w wynajętej ruderze z bezużyteczną, stale narzekającą matką.

W odpowiedzi na pytania dziadków o jej wykształcenie i przyszłość Patricia zapisała się na kursy on-line w miejscowym college’u. Służyły jej też za przykrywkę dla poszukiwania informacji o tworzeniu fałszywych tożsamości i kart kredytowych.

Miała plany.

Miała również do dyspozycji własne skrzydło w majestatycznym starym domu, bmw roadstera i wystarczające umiejętności, żeby podbierać pieniądze z rachunków dziadków. Dzięki dodatkowym funduszom zaczęła gromadzić broń i znaczne zapasy gotówki.

Śmiała się z dowcipów starych ludzi, załatwiała sprawunki, woziła babkę do salonów kosmetycznych i stała się niezbędna. Ogólnikowe rozmowy o poszukiwaniu pracy i inwestowaniu w karierę ustały, rozwiały się jak mgła.

Niczego nie zauważyli.

W tym samym czasie Patricia kupowała i dostarczała jedzenie matce, składała jej obowiązkowe wizyty, załatwiała usuwanie śniegu sprzed chodnika i podjazdu jej nędznego domu.

I nie wychylała się.

Robiła tak przez dwa lata, czekając, żeby zabić matkę. Uważała to za nagrodę za swoją cierpliwość i ciężką pracę, jaką było odgrywanie roli oddanej córki i wnuczki.

Wszyscy wiedzieli, że Marcia Hobart była kobietą słabą i znękaną. Kobietą, która nigdy nie pozbyła się poczucia winy z powodu czynu swojego syna ani żalu z powodu jego śmierci.

Nawet kiedy zwróciła się do Boga, wybrała Jego najbardziej mściwy i karzący obraz. Jej pokuta – jako członkini organizacji Córki Ewy – wymagała wiecznego cierpienia i żalu.

Jedynym światełkiem rozjaśniającym mrok jej życia była córka (Patricia o to zadbała). Jak gdyby urodziła dziecko pełne dobroci i współczucia, dziecko o bystrym umyśle i spokojnym zachowaniu, które – częściowo – wynagrodziło jej urodzenie potwora.

Mimo to kochała tego potwora.

Przez pięć lat od masakry w centrum handlowym DownEast Patricia wykorzystywała tę miłość jako cichą broń.

Pilnowała, żeby artykuły na temat strzelaniny, obrzydliwe listy piętnujące Marcię jako odpowiedzialną za masakrę oraz śmiertelne pogróżki trafiały do rąk matki. Niektóre wysyłała sama, inne przyklejała do frontowych drzwi albo wsuwała pod nie. Tego wieczoru, kiedy wyjeżdżała, żeby studiować na Columbii, przez okno w pokoju wypoczynkowym wrzuciła kamień zawinięty w papier z wyjątkowo zjadliwą opinią, po czym wpadła do domu i z krzykiem skuliła się za kanapą.

Anonimowa wskazówka sprawiła, że McMullen zaczęła uprzykrzać życie Marcii – w domu, w pracy. Marcia straciła drugą posadę. Mimo że prawnicy chcieli ją zatrzymać, przeprowadziła się dalej – do kolejnego nędznego domu – izolując się od ludzi.

Brała pigułki na sen, coraz więcej pigułek, żeby pokonać nieustanny, narastający niepokój. Patricia podzieliła się z dziadkami swoimi obawami. Matka czasami mieszała tabletki albo brała podwójną dawkę, bo zapomniała, że jedną już wzięła.

Dziadkowie, którzy odcięli się od Marcii za to, że rozwiodła się z ich synem dupkiem, okazywali Patricii serdeczne współczucie.

Umieściła w domu matki ukryte kamery, żeby móc ją obserwować. Wiedziała, kiedy zadzwonić z telefonu na kartę, który kupiła, jak wyrwać zamroczoną matkę ze snu wspomaganego xanaxem i szeptać imię brata.

Podczas odwiedzin podawała jej dodatkową pigułkę albo dwie, ucierając je na proszek i dosypując do zupy ugotowanej przez oddaną córkę, a potem włączała rodzinne nagrania wideo z czasów, kiedy JJ był malutki.

Ze łzami w oczach opowiadała dziadkom o tym, jak znalazła matkę odrętwiałą na kanapie i włączony film. Jeszcze w college’u – jako główną dziedzinę studiowała psychologię – pytała swoich wykładowców o radę. Zaaranżowała przypadkowe przedawkowanie, zrozpaczona zatelefonowała pod numer alarmowy i w ambulansie trzymała matkę za bezwładną rękę.

Stworzyła wrażenie zatroskanej, kochającej córki, której matka, pogrążona w poczuciu winy, nadużywała środków uspokajających. Nawet kiedy chodziła na spotkania grup wsparcia dla dzieci osób uzależnionych, Patricia znajdywała nowe sposoby manipulowania matką, aby ta uwierzyła, że traci zmysły.

W przeddzień urodzin brata wślizgnęła się wieczorem do domu i upiekła jego ulubiony tort czekoladowy. Z rozmysłem rozrzuciła składniki na kuchennym blacie, miskę i rondel w zlewie, aranżując scenę. Potem zgasiła stały płomyk w piekarniku3.

Obudziwszy oszołomioną tabletkami matkę, zaprowadziła ją do kuchni wypełnionej zapachem czekolady i pieczonego ciasta.

– Jest ciemno. – Marcia chwiejnie przestępowała z nogi na nogę. – Która godzina?

– Czas na tort! Upiekłaś taki ładny.

– Naprawdę? Nie pamiętam.

– Czekoladowy, JJ najbardziej go lubi. Chce, żebyś zapaliła świeczki, mamo.

Marcia omiotła wzrokiem kuchnię.

– Czy on tu jest?

– Już idzie. Włącz telewizor. Tu jest pilot.

Marcia posłusznie wzięła do ręki pilota i z pomocą Patricii, która ustawiła jej palce, wcisnęła guzik „play”. Na ekranie pojawił się uśmiechnięty, szczerbaty JJ, chichoczący, kiedy matka zapalała urodzinowe świeczki.

– Zapal świeczki, mamo. Dla JJ’a.

– Był moim słodkim chłopczykiem. – Łzy, wzruszenie i poczucie winy pojawiły się w oczach Marcii. Wzięła długą gazową zapalniczkę i zapaliła świeczki. – Nie chciał być zły. Tak bardzo mu przykro. Spójrz, spójrz, jaki jest szczęśliwy. Dlaczego przestał być szczęśliwy?

– Musisz wziąć tabletki. JJ chce, żebyś je wzięła. Są tutaj. Musisz je wziąć.

– Wzięłam. Czyżbym nie wzięła? Jestem bardzo zmęczona. Gdzie się podział JJ? Na zewnątrz jest ciemno. Mali chłopcy nie powinni wychodzić z domu, kiedy jest ciemno.

– Zaraz przyjdzie. Musisz wziąć tabletki na urodziny JJ’a. Sądzę, że powinnaś wziąć po jednej za każdą świeczkę.

– Sześć świeczek, sześć tabletek. Mój synek ma sześć lat. – Patrząc w telewizor oczami wilgotnymi od łez, Marcia połknęła jedną po drugiej sześć tabletek, popijając je winem, które Patricia postawiła obok.

– Dobrze, bardzo dobrze. JJ potrzebuje więcej światła. Musi mieć więcej światła, żeby znaleźć drogę do domu. Myślę, że się zgubił!

– Nie. Nie. Gdzie jest mój synek? JJ!

– Musisz zapalić zasłony. Jeśli spryskasz je trochę płynem do zapalniczki, dadzą bardzo jasne światło. JJ je zobaczy i przyjdzie do domu.

Marcia wzięła puszkę z płynem. Patricia przez chwilę zastanawiała się, czy zobaczyła rodzaj świadomości w oczach matki. Może rodzaj ulgi. Marcia chlusnęła na zasłony płynem do zapalniczek i podpaliła je.

– Widzisz, jak jest jasno! Musisz włączyć piekarnik, mamo.

 

– Upiekłam tort?

– Jak zawsze. – Biorąc Marcię za ramię, Patricia podprowadziła ją do kuchenki. – Włącz piekarnik – powtórzyła i położyła dłoń matki na pokrętle.

– Jestem taka śpiąca. Chcę spać.

– Włącz piekarnik, potem możesz się zdrzemnąć.

– Wtedy JJ przyjdzie?

– Och, wkrótce go zobaczysz. Włącz piekarnik. Tak, dobrze. Czemu po prostu nie położysz się tutaj na kanapie?

Kiedy matka opadła bezwładnie na siedzisko, Patricia użyła drugiej zapalniczki – którą przyniosła ze sobą – aby podpalić zmoczone już zasłony w pokoju wypoczynkowym.

Idąc do drzwi, patrzyła na rozluźnione rysy matki.

– Zaśpiewaj JJ’owi Happy Birthday, mamo.

Z zamkniętymi oczami, bełkocąc, Marcia próbowała śpiewać.

Zanim opary gazu zdążyły zrobić swoje, kiedy dotarły do zasłon i wybuchły, Patricia była już w swoim łóżku w domu dziadków.

Spała spokojnie jak dziecko.

W telefonie leżącym na nocnej szafce Reeda odezwał się alert. Reed obrócił się na łóżku, chwycił aparat i zerknął na wyświetlacz.

– O cholera.

– Sprawa policyjna? – Eloise Matherson poruszyła się obok niego.

– Tak. – Niezupełnie, pomyślał, ale odkąd poszedł w ślady Essie i śledził wydarzenia związane z masakrą w centrum handlowym DownEast, nie chciał zignorować ani jednego sygnału.

– Przepraszam.

– Tak bywa. – Znów się poruszyła. – Chcesz, żebym sobie poszła?

– Nie, śpij dalej. Później napiszę ci esemes. – Klepnął ją lekko w pupę i wstał z łóżka.

Ich przyjacielski status – z dodatkowymi korzyściami od czasu do czasu – odpowiadał obojgu. Nie było to nic poważnego, ponieważ aspekt przyjacielski pozostawał priorytetem.

Reed po ciemku chwycił ubranie i wziąwszy szybki prysznic, pomyślał o Marcii Hobart. Miał jej dossier i będzie musiał odświeżyć swoją wiedzę, ale pamiętał, że była rozwiedziona, kiedy jej syn otworzył ogień w multikinie w centrum handlowym DownEast. Hobart mieszkał z ojcem, a jego młodsza siostra z matką.

Zajmowała się sprzątaniem, przypomniał sobie, wkładając dżinsy. Wiedział, że od czasu strzelaniny dwa razy się przeprowadziła.

Alert w jego komórce informował, że strażacy gaszą ogromny pożar w jej obecnym miejscu zamieszkania – taki, który zagrażał sąsiednim budynkom. Wewnątrz domu Hobart znaleźli zwłoki.

Reed sięgnął po swoją prywatną broń, chwycił kluczyki do samochodu i butelkę Mountain Dew z lodówki. Upił trochę duszkiem, zbiegając po schodach dwa piętra na zachwaszczony parking i do samochodu.

Samochód, ten sam dodge neon, który dostał od rodziców po ukończeniu liceum, był zupełnym rzęchem. Tak jak budynek, w którym mieszkał, stanowił kompletną ruderę.

Zdecydował, że się tym zadowoli i weźmie przykład z Essie, oszczędzając na zaliczkę na kupno domu.

Jak się okazało, rudera, w której mieszkał, znajdowała się o pięć minut drogi od domu Marcii Hobart.

Po niecałych dwóch minutach usłyszał syreny.

Kiedy dostrzegł samochody patrolowe, zjechał na pobocze, żeby zaparkować. Rozpoznał jednego z policjantów, który ustawiał blokadę, i podszedł do niego.

– Hej, Bushner.

– Quartermaine! Mieszkasz w sąsiedztwie?

– Niedaleko. Co wiecie?

– Gówno wiemy.

– Dobrze, że to przyznajesz. Co jeszcze?

– Słyszałem, że dziewięćset jedenaście zgłosiło eksplozję i pożar. Dom tam dalej jest spalony do szczętu, a w środku znaleźli grzankę. Strażacy nadal burzą zgliszcza. Budynek po wschodniej stronie się zajął, ale wszyscy zdążyli go opuścić.

– Nie masz nic przeciwko temu, żebym tam podszedł?

– Nie ma sprawy.

Reed widział sylwetki strażaków w ochronnych kombinezonach na tle trzaskającego ognia. Strumień wody łukiem przelatywał przez zasłonę dymu i deszcz popiołu. Ludzie stali, obejmując dzieci albo siebie nawzajem. Niektórzy szlochali.

Słyszał szczekanie rozkazów i trzeszczące radia.

Zobaczył, że Bushner miał rację. Dom, w którym mieszkała znękana Marcia Hobart, zmienił się w zgliszcza. Reed patrzył, jak się zapadają, wystrzeliwując płomienie i podobne do świetlików iskry w wypełnioną dławiącym dymem ciemność. Więcej strażackich węży atakowało płomienie po zachodniej ścianie budynku stojącego po wschodniej stronie, a inne polewały ten po zachodniej, żeby powstrzymać rozprzestrzenianie się ognia.

Trawnik przed tymi trzema domami i wąskie przejścia między nimi stały się czarnym grzęzawiskiem utworzonym z mokrego popiołu i błota.

Reed rozejrzał się wśród tłumu i dostrzegł parę młodych ludzi. Kobieta trzymała w ramionach maleńkie dziecko. U ich stóp siedział żółty labrador. Po twarzy kobiety płynęły łzy, kiedy patrzyli na dom po wschodniej stronie.

Podszedł do nich.

– Czy to wasz dom?

Mężczyzna, dwudziestokilkuletni, jak ocenił Reed, z potarganymi we śnie, gęstymi jasnymi włosami, kiwnął głową i objął kobietę.

– Pali się. Nasz dom się pali.

– Ugaszą go. A wy zdążyliście wyjść. Ty i twoja rodzina wyszliście.

– Wprowadziliśmy się zaledwie dwa tygodnie temu. Nawet nie skończyliśmy się rozpakowywać.

Reed patrzył, jak woda zalewa płomienie.

– Będzie trochę zniszczeń, ale nic, czego nie dałoby się naprawić.

Kobieta stłumiła szloch i wtuliła twarz w ramię męża.

– To dom do remontu, Rob. Kupiliśmy dom do remontu.

– Wszystko będzie dobrze, Chloe. Naprawimy wszystko.

– Czy moglibyście powiedzieć mi, co się stało? Co wiecie? Przepraszam. – Reed wyjął odznakę. – Nie jestem ciekawski.

Chloe wytarła łzy.

– Boże. Custer, nasz pies, zaczął ujadać i obudził małą. Byłam wściekła, bo ledwie ją uśpiliśmy. Nie śpi w nocy i około drugiej ją nakarmiłam. Było tuż po trzeciej, kiedy Custer zaczął szczekać, a dziecko się rozpłakało.

– Wstałem, to była moja kolej – wyjaśnił Rob. – Wstałem i krzyknąłem na psa. Wrzeszczałem na niego. – Pochylił się teraz, żeby pogłaskać labradora, który oparł się o jego nogi. – Ale nie chciał zamilknąć. Zerknąłem przez okno. W pierwszej chwili nie zdałem sobie sprawy, co to było – to światło – a potem spojrzałem jeszcze raz i zobaczyłem sąsiedni dom. Zobaczyłem ogień. Widziałem płomienie w oknach.

– Rob krzyknął, żebym wstała i wzięła dziecko. Chwyciłam Audrę i kiedy wybiegaliśmy z sypialni, Rob złapał za telefon, żeby zadzwonić pod dziewięćset jedenaście.

– Coś eksplodowało. – Płomienie odbijały się w jego oczach i Rob przycisnął palcami powieki. – Rozległ się huk. Roztrzaskały się szyby w naszej sypialni.

– Szkło. Gdyby Custer nie… Szkło poleciało. Audra spała w łóżeczku pod oknem przy naszym łóżku. Gdyby Custer nie szczekał, gdyby nas nie obudził, szkło…

– To dobry pies.

– Wybiegliśmy – ciągnęła Chloe. – Nawet się nie zatrzymaliśmy, żeby coś zabrać, tylko wybiegliśmy, kiedy Rob dzwonił pod dziewięćset jedenaście.

– Bardzo słusznie postąpiliście. Wasza rodzina się uratowała. Tylko to się liczy. Pożar został ugaszony – powiedział Reed.

– Boże. Nasz dom się nie spalił. Rob, nie spalił się!

– Naprawicie wszystko i jestem pewien, że zrobicie z niego coś wyjątkowego. Słuchajcie, gdybyście czegoś potrzebowali – zapasów, ubrań, rąk do pomocy, żeby to uporządkować… – Wyjął z kieszeni wizytówkę. – Moja matka stale coś organizuje, więc zna mnóstwo ludzi. Mogę was skontaktować.

– Dziękujemy. – Chloe wytarła kolejną łzę, a Rob wsunął wizytówkę do kieszeni. – Wiesz, kiedy pozwolą nam wejść znów do środka? Wejść i się rozejrzeć?

– To będzie zależało od strażaków, a oni zechcą się upewnić, że nie ma niebezpieczeństwa. Pozwólcie, że zobaczę, czy uda mi się czegoś dowiedzieć, może przyprowadzę kogoś, żeby z wami porozmawiał.

Poszedł do jednej z pomp i zauważył pokrytego potem i sadzą Michaela Fostera.

– Michael! – powitał go.

– Reed! Co tu robisz?

– Chodzi o mamę JJ’a Hobarta – to był jej dom.

Oczy Michaela błysnęły z uwagą w ubrudzonej sadzą twarzy.

– Jesteś pewien?

– Taką dostałem informację.

– Kurwa. – Michael wciągnął powietrze w płuca. – Kurwa mać. – Wypuścił je ze świstem. – Hobart, znowu – mruknął.

– Wiem, stary. Słuchaj, masz chwilę?

– Nie teraz, ale będę miał za kilka minut.

– Poczekam na ciebie. A tymczasem widzisz tę parę z psem i dzieckiem? To ich dom właśnie uratowaliście. Czy ktoś mógłby z nimi porozmawiać?

– Tak, przyślę tam kogoś. Matka Hobarta? Mieszkała sama?

– O ile wiem, tak.

– Niewiele z niej zostało.

Reed pomyślał, że nie zaszkodzi pogadać z ludźmi, którzy wciąż gromadzili się przed domem, na ulicy, na swoich trawnikach i gankach. Jego pierwszym wrażeniem było, że Marcia Hobart nie tyle stroniła, co wręcz odizolowała się od innych. Wydawało mu się również, że sąsiedzi nie wiedzieli o jej związku z organizatorem masakry w centrum handlowym DownEast.

– Ej, ty tam!

Reed odwrócił się i ujrzał starą kobietę w skrzypiącym fotelu bujanym na skrzypiącym ganku.

– Słucham, proszę pani.

– Jesteś reporterem czy kimś takim?

– Nie, proszę pani, jestem funkcjonariuszem policji.

– Nie wyglądasz za bardzo na policjanta. Chodź no tutaj.

Jej twarz, złocistobrązowa i pomarszczona pod śnieżnobiałymi włosami, przypominała rodzynkę. Okulary spoczywały na czubku nosa, kiedy mierzyła go wzrokiem od stóp do głów.

– Przystojny chłopiec, muszę przyznać. Co za policjant?

– Funkcjonariusz Reed Quartermaine, proszę pani.

– Nie o to pytałam.

– Staram się być dobrym policjantem.

– Cóż, niektórzy tacy są, niektórzy nie. Może ty będziesz. Usiądź tu, bo skurcz mnie chwycił w szyi od zadzierania głowy, żeby na ciebie patrzeć.

Reed usiadł na równie skrzypiącym krześle obok niej.

– Skoro jesteś z policji, powinieneś wiedzieć, kim była kobieta, która dziś umarła w tym domu. – Podsunęła wyżej okulary i badawczo spojrzała na gruzy tlące się po drugiej stronie ulicy. – Może nie jesteś głupim policjantem, skoro trzymasz gębę na kłódkę i czekasz, żeby zobaczyć, czy wiem to, co wiem. Ta biedna kobieta miała syna, który zszedł na złą drogę, zabił ludzi. W centrum handlowym DownEast.

– Czy mogę zapytać, skąd pani to wie?

– Uważnie słucham i patrzę, stąd wiem. Mam wycinki z czasu, kiedy to się wydarzyło, a w niektórych jest jej zdjęcie. Mimo że zestarzała się od tamtej pory, zorientowałam się, kim jest.

– Rozmawiała pani o tym z nią czy kimkolwiek innym?

– A po co? – Kręcąc głową ze smutkiem, spojrzała znów na Reeda. – Próbowała po prostu żyć, jakoś sobie radzić. Sama mam syna, który zszedł na złą drogę. O ile mi wiadomo, nikogo nie zabił, a i tak jest zepsuty. Mam drugiego syna i córkę, którzy codziennie dają mi powody do dumy. Zrobiłam wszystko, co mogłam, żeby ich dobrze wychować, ale syn zszedł na złą drogę. A ona była smutną, znękaną kobietą.

– Żyła pani w przyjaźni z nią?

– Ona z nikim się nie przyjaźniła. Zaszyła się tutaj, chodziła do pracy, wracała i zamykała się w domu.

– Ktoś ją odwiedzał? – dopytywał Reed.

– Jedyną osobą, jaką kiedykolwiek widziałam wchodzącą tam, była jej córka. Przychodziła od czasu do czasu i zostawała przez chwilę. Co parę tygodni przywoziła jej zapasy. Widziałam, że przyniosła jej kwiaty na Dzień Matki. Spełniała swój obowiązek.

Patricia Hobart, przypomniał sobie Reed. Młodsza siostra JJ’a.

– Rozmawiała pani kiedykolwiek z córką?

– Tak, raz czy dwa. Uprzejma, ale małomówna. Pytała mnie, czy znalazłby się tu jakiś młody chłopak, który chciałby skosić trawę, odgarnąć śnieg, takie rzeczy. Powiedziałam jej o Jenny Molar, która mieszka dwa domy dalej. To dobra dziewczyna, pomaga mi, kiedy tego potrzebuję. I jest bardziej odpowiedzialna od większości chłopców. Jenny mi powiedziała, że ta córka zapłaciła jej tyle, ile zażądała, i zaznaczyła, żeby nie przeszkadzać jej matce. Jakby ta nie czuła się najlepiej i się tego wstydziła. Czyli córka spełniała obowiązek wobec matki, nie więcej, nie mniej.

Reed uchwycił coś w jej tonie.

– Nie więcej?

– Tak to widzę, ale ja mam wysokie wymagania. – Uśmiechnęła się, a potem znów spojrzała na drugą stronę ulicy. – Szkoda tego domu. Nic nadzwyczajnego, ale mógł być lepszy. Właściciel nie jest wart splunięcia, więc nie miał nic przeciwko temu, żeby wynająć go komuś, kto nie będzie uprzykrzał mu życia i domagał się napraw. Sądzę, że weźmie pieniądze z ubezpieczenia i sprzeda tę parcelę.

 

Podczas gdy Reed się nad tym zastanawiał, kobieta znów uważnie mu się przyjrzała.

– Mój wnuk jest policjantem. Funkcjonariusz Curtis A. Sloop.

– Poważnie? No proszę… Znam Sloopy’ego.

Ponownie poprawiła okulary na nosie.

– Czyżby?

– Tak, proszę pani. Wstąpiliśmy razem do Akademii i w tym samym roku rozpoczęliśmy służbę. Jest dobrym policjantem.

– Stara się być. Jeśli zdarzy ci się rozmawiać z nim wcześniej niż ja, powiedz mu, że spotkałeś jego babcię. – Podała Reedowi rękę, małą i delikatną jak u lalki. – Nazywam się Leticia Johnson.

– Na pewno to zrobię i bardzo mi miło panią poznać, pani Johnson.

– Idź i zostań dobrym policjantem, Reedzie Quartermaine, młody przystojniaku. I może kiedyś wpadniesz mnie odwiedzić.

– Tak, proszę pani.

Zostawił ją bujającą się w fotelu i poszedł szukać Michaela. Znalazł go zatopionego w rozmowie z Essie.

– To twoja sprawa? – zapytał.

– Teraz tak. – Z rękami opartymi na biodrach przypatrywała się rumowisku. – Przyjechał już inspektor, który bada możliwość podpalenia, więc zobaczymy. Oficjalna identyfikacja ciała trochę potrwa.

– Słyszałem, że właściciel nie dbał o naprawy i konserwację domu.

Essie rzuciła mu spojrzenie z ukosa.

– Tak słyszałeś?

– Od pani Leticii Johnson. Jej wnuk pracuje w policji. Znam go, jest godny zaufania. Ona siedzi na ganku po drugiej stronie ulicy. Powinnaś z nią porozmawiać. Chloe i Roba z sąsiedniego domu pies obudził szczekaniem około trzeciej nad ranem. Rob wstał, a szczekanie obudziło dziecko śpiące obok ich łóżka. Zobaczył ogień, kazał żonie wstać i kiedy wybiegali z domu, chwycił telefon, żeby zgłosić pożar. Zaraz potem nastąpił wybuch i wybił im szyby w oknie w sypialni.

Essie uniosła brwi.

– Byłeś bardzo zajęty, panie oficerze.

– No cóż, tak czy inaczej, byłem na miejscu. Hobart mieszkała sama, nie utrzymywała kontaktów towarzyskich, nie odwiedzał jej nikt poza córką. Ta wpadała od czasu do czasu, co parę tygodni przywoziła zakupy. Wynajęła dziewczynę z sąsiedztwa do koszenia trawy i odgarniania śniegu w zimie.

– Starasz się o odznakę detektywa, funkcjonariuszu Quartermaine?

Reed uśmiechnął się.

– Za rok – odparł i odwrócił się do Michaela. – Podejrzewasz podpalenie?

– Trudno powiedzieć. Wygląda na to, że były dwa źródła zapłonu – kuchnia i pokój wypoczynkowy. Ja stawiałbym na zasłony. To nie była nieszczelna instalacja gazowa, raczej gaz ulatniający się z kuchenki. Do eksplozji doszło w niemal zamkniętej przestrzeni, co pomoże śledczym ustalić przyczynę pożaru.

– Mój partner rozmawia z sąsiadami. Chyba podejdę i pogadam z panią Johnson. Funkcjonariuszu Quartermaine?

– Pani detektyw McVee.

– Poproszę, żeby przydzielono pana do tego śledztwa.

– Jasny gwint.

– Zacznij od przepytywania ludzi w sąsiedztwie. Porób notatki.

Przeszła na drugą stronę ulicy, pozostawiając Reeda, na którego twarzy malował się szeroki uśmiech.

Simone złamała się pod łagodnym, lecz nieustępliwym naciskiem rodziny. Chociaż ojciec już pogodził się z nierealnością marzenia, że starsza córka pójdzie w jego ślady i zostanie prawnikiem, zmiana taktyki okazała się skuteczna.

Zdecydowała, że skupi się na studiowaniu zarządzania biznesem. Rodzice powiedzieli, że miała już okres luzu, a teraz musi przyłożyć się do pracy. Dyplom z zarządzania biznesem pozwoliłby jej skoncentrować się na celu, otworzyłby przed nią wiele drzwi i zapewnił przyszłość.

Próbowała. W kolejnym semestrze zmuszała się do nauki tak, że nawet odpowiedzialna Mi nalegała, żeby sobie odpuściła, robiła trochę przerw. Rok zakończyła z ocenami, które wbiły rodziców w zachwyt i przez lato pracowała jako asystentka asystenta kierownika działu księgowego firmy ojca.

Pod koniec czerwca wróciła na terapię.

W sierpniu, nękana migrenami, mając prawie pięć kilogramów niedowagi i całą szafę garsonek, których nienawidziła, pomyślała o dziewczynie, którą kiedyś była, tej, która wezwała pomoc, a potem ukryła się w toalecie.

Tej, która bała się, że umrze, zanim zaczęła żyć.

I zdała sobie sprawę, że były inne sposoby, żeby umrzeć.

Postanowiła żyć.

Przed powrotem do Nowego Jorku usiadła z rodzicami i Natalie.

– Nie mogę uwierzyć, że obie nasze córki wyjeżdżają na uniwersytety – zaczęła Tulip. – Co my zrobimy, Ward, z naszym pustym gniazdem? Natalie idzie na Harvard, a Simone na Columbię.

– Nie wracam na Columbię.

– Jesteśmy tak… Co?

Simone trzymała ręce zaciśnięte na kolanach. Chciały drżeć.

– Wracam do Nowego Jorku, ale nie na uniwersytet.

– Oczywiście, że wracasz. Trzeci rok ukończyłaś znakomicie.

– Nienawidziłam każdej jego minuty. Nienawidziłam pracy w kancelarii tego lata. Nie mogę dłużej robić tego, czego nienawidzę, i być tym, kim nie jestem.

– Słyszę to po raz pierwszy. – Ward wstał i przeszedł przez pokój, żeby zrobić sobie drinka. – Byłaś znakomicie oceniana. Tak jak Natalie na swoim stażu. W naszej rodzinie nie rzucamy studiów i szanujemy to, że ktoś daje nam możliwości. Rozczarowujesz mnie.

To zabolało. Oczywiście, że zabolało, i taki był jego zamiar. Jednak Simone się na to przygotowała.

– Wiem. I wiem, że być może zawsze będę cię rozczarowywać. Ale dałam ci rok z mojego życia. Zrobiłam wszystko, czego chciałeś, i więcej zrobić nie mogę.

– Dlaczego musisz wszystko psuć?

Simone obróciła się twarzą do Natalie, żeby wyładować się trochę na niej za ból zadany przez ojca.

– Co niby ci psuję? Robisz to, co chcesz, w czym jesteś dobra. Idź i rób to, bądź w tym dobra. Bądź tą doskonałą białą owcą przy czarnej, którą ja jestem.

– Twoja siostra ma dość dojrzałości, żeby rozumieć, że musi mieć fundament, cele przed sobą, i że ma rodziców, którzy zapewniają jej ten fundament, wsparcie i cele.

– Pasują do twoich celów – odpowiedziała matce Simone. – Ale moje nie.

– Od kiedy masz jakieś cele? – mruknęła Natalie.

– Pracuję nad tym. Wracam do Nowego Jorku. Mam zamiar zapisać się na zajęcia ze sztuki…

– Och, na miłość boską! – Tulip wzniosła ręce. – Wiedziałam, że to robota CiCi.

– Nawet z nią o tym nie rozmawiałam. Podczas gdy próbowałam was zadowolić, ją rozczarowałam. Ale w tym właśnie rzecz. Nigdy nie rzuciła mi tego w twarz, ani razu. Na tym polega różnica. Nigdy nie próbowała wtłoczyć mnie w ramy, do których nie pasuję, bo tego właśnie chciała. Mam zamiar chodzić na zajęcia ze sztuki, przekonać się, czy jestem w tym dobra. Zamierzam się przekonać, czy mogę być lepsza niż dobra.

– A z czego planujesz się utrzymywać? – zapytał Ward. – Nie możesz zrezygnować z wykształcenia i oczekiwać, że będziemy za to płacić.

– Nie oczekuję. Znajdę pracę.

– W jakiejś zapyziałej kawiarni? – rzuciła Natalie.

– Jeśli będzie trzeba.

– To oczywiste, że tego nie przemyślałaś.

– Mamo, od tygodni o niczym innym nie myślałam. Spójrz na mnie. Proszę, przyjrzyj mi się. Nie mogę spać. Nie mogę jeść. Mam garderobę pełną ubrań, które wybrałaś i kupiłaś. Moje życie towarzyskie tego lata obracało się wokół odpowiedniego syna przyjaciela, którego starannie dla mnie wybrałaś. Ubrania nie pasują, a syn przyjaciela śmiertelnie mnie nudzi. Jednak je nosiłam i umawiałam się z nim, i leżałam bezsennie w nocy z pękającą z bólu głową. Od czerwca chodziłam do doktora Mattisa, trzy razy w tygodniu, i płaciłam za te wizyty ze swoich oszczędności, żebyście o tym nie wiedzieli.

– Zrób sobie wolny semestr – zadecydowała Tulip, a w jej oczach zabłysły łzy. – Odpoczniesz, wyjedziemy gdzieś. Będziemy…

– Tulip – przerwał jej łagodnie Ward, wracając na miejsce już bez drinka. – Simone, dlaczego nam nie powiedziałaś, że zaczęłaś znów chodzić do doktora Mattisa?

– Ponieważ wiedziałam, że częściowym powodem, dla którego musiałam to zrobić, byliście wy, a to nie jest wasza wina. Po prostu taka jest rzeczywistość. To ja nie spełniałam waszych nadziei. To ja w swojej głowie zamknęłam się w tamtej toalecie i bałam się otworzyć drzwi. Muszę otworzyć te drzwi. Wybaczcie – powiedziała, wstając – ale musicie mi na to pozwolić. Jestem pełnoletnia i dokonałam wyboru. Wyjeżdżam dziś wieczorem.

– Trzeba to omówić – odparła stanowczo Tulip.

– Tu nie ma nic więcej do powiedzenia, więc dziś wyjeżdżam. Walizki mam w samochodzie – dodała, ale nie powiedziała im, że najpierw zamierza popłynąć na wyspę. Musiała poczuć pod sobą ten pomost, zanim wkroczy w nieznane. – Natalie jutro wyjeżdża i powinniście spędzić z nią dzisiejszy wieczór. Kocham was, ale nie mogę tu zostać.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?