W ukryciu

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

CZĘŚĆ PIERWSZA

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2

ROZDZIAŁ 3

ROZDZIAŁ 4

ROZDZIAŁ 5

ROZDZIAŁ 6

ROZDZIAŁ 7

ROZDZIAŁ 8

ROZDZIAŁ 9

ROZDZIAŁ 10

CZĘŚĆ DRUGA

ROZDZIAŁ 11

ROZDZIAŁ 12

ROZDZIAŁ 13

ROZDZIAŁ 14

ROZDZIAŁ 15

ROZDZIAŁ 16

ROZDZIAŁ 17

ROZDZIAŁ 18

ROZDZIAŁ 19

ROZDZIAŁ 20

CZĘŚĆ TRZECIA

ROZDZIAŁ 21

ROZDZIAŁ 22

ROZDZIAŁ 23

ROZDZIAŁ 24

ROZDZIAŁ 25

ROZDZIAŁ 26

ROZDZIAŁ 27

ROZDZIAŁ 28

ROZDZIAŁ 29

ROZDZIAŁ 30

Tytuł oryginału: Shelter in Place

Copyright © 2018 by Nora Roberts

Copyright for the Polish Edition © 2019 Edipresse Kolekcje Sp. z o.o.

Copyright for the translation © 2019 Danuta Śmierzchalska

Edipresse Kolekcje Sp. z o.o.

ul. Wiejska 19

00-480 Warszawa

Dyrektor Zarządzająca Segmentem Książek: Iga Rembiszewska

Senior Project Manager: Natalia Gowin

Produkcja: Klaudia Lis

Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk, Beata Gontarska

Digital i projekty specjalne: Katarzyna Domańska

Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51),

Beata Trochonowicz (tel. 22 584 25 73), Andrzej Kosiński (tel. 22 584 24 43)

Redakcja: Wiesława Borkowska

Korekta: Anna Parcheta, Anna Godlewska

Projekt okładki: James Sinclair

Biuro Obsługi Klienta

www.hitsalonik.pl

mail: bok@edipresse.pl

tel.: 22 278 15 55

(pon.–pt. w godz. 8.00–17.00)

facebook.com/edipresseksiazki

facebook.com/pg/edipresseksiazki/shop

instagram.com/edipresseksiazki

ISBN 978-83-8164-216-3

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Pamięci mojej babki o ogniście rudych włosach

CZĘŚĆ PIERWSZA

CZĘŚĆ PIERWSZA

UTRACONA NIEWINNOŚĆ

Żadne zdobycze okupione winą nie wynagrodzą utraty owego wewnętrznego spokoju, który jest nieodłącznym towarzyszem niewinności i cnoty; ani też nie mogą zrównoważyć w najmniejszym nawet stopniu zła, niepokoju i trwogi, które poczucie winy zaszczepia w naszej piersi1.

Henry Fielding

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

ROZDZIAŁ 1

W piątek 22 lipca 2005 roku Simone Knox kupiła dużą pomarańczową fantę, popcorn i żelki Swedish Fish. Ten wybór, tradycyjny zestaw na wieczór w kinie, zmienił jej życie i prawdopodobnie je uratował. Mimo to nigdy więcej nie sięgnęła po fantę.

Tymczasem teraz chciała jedynie usiąść w kinowej sali z dwiema najbliższymi przyjaciółkami i pogrążyć się w ciemności. Ponieważ jej życie – obecnie oraz absolutnie do końca lata, a może na zawsze – było bezgranicznie beznadziejne. Chłopak, którego kochała, jedyny, z którym chodziła przez siedem miesięcy, dwa tygodnie i cztery dni, wyobrażając sobie, że razem spędzą zbliżający się ostatni rok szkoły – dłoń w dłoni, serce przy sercu – rzucił ją.

Esemesem.

Nie tracę więcej czasu, bo muszę być z kimś, kto jest gotowy być ze mną całkowicie, a to nie jesteś ty, więc z nami koniec. Cześć.

Przekonana, że nie mógł napisać tego serio, próbowała do niego zadzwonić, ale nie odbierał. Upokarzając się, wysłała mu trzy esemesy. Potem weszła na jego stronę w MySpace. Upokorzenie to zbyt słabe słowo na opisanie jej cierpienia.

Wymieniłem stary WYBRAKOWANY model na seksowny nowy.

Precz z Simone!

Czas na Tiffany!

Pozbyłem się FRAJERKI i lato oraz ostatni rok spędzę z najseksowniejszą w klasie dziewczyną z rocznika 2006.

Jego post, uzupełniony zdjęciami, zdążył już wywołać komentarze. Simone była wystarczająco bystra, aby się domyślić, że każe kumplom napisać o niej coś złośliwego i podłego, ale to nie zmniejszało jej bólu ani zażenowania.

Rozpaczała przez wiele dni. Pocieszała się słowami otuchy i słusznym gniewem dwóch najbliższych przyjaciółek. Wściekała się na docinki młodszej siostry i wlokła do swojej wakacyjnej pracy oraz na cotygodniowe lekcje w klubie tenisowym, na które nalegała matka.

Czytając esemes od babci, pociągnęła nosem. CiCi mogła medytować z dalajlamą w Tybecie, szaleć ze Stonesami w Londynie albo malować obrazy w swojej pracowni na Tranquility Island, ale w jakiś sposób zawsze potrafiła wszystkiego się dowiedzieć.

Teraz to bardzo boli, a więc ściskam cię mocno, mój skarbie. Poczekaj jednak parę tygodni, a zrozumiesz, że to tylko kolejny dupek. Skop im tyłki. Namaste.

Simone nie uważała, że Trent to dupek (chociaż Tish i Mi zgadzały się z CiCi). Może i ją rzucił, i to w bardzo wredny sposób, ponieważ tego z nim nie robiła. Po prostu nie była gotowa. Nawiasem mówiąc, Tish zrobiła to ze swoim byłym chłopakiem po balu na zakończenie roku szkolnego, a potem jeszcze dwa razy, a ten i tak ją rzucił.

Najgorsze było to, że wciąż kochała Trenta i w swoim zdesperowanym szesnastoletnim sercu wiedziała, że nie pokocha nikogo innego. Już nigdy. Mimo że porwała strony pamiętnika, na których wypisała swoje przyszłe nazwiska: pani Trentowa Woolworth, Simone Knox-Woolworth, S.K. Woolworth – podarła je na strzępy, a potem spaliła, razem ze wszystkimi jego zdjęciami, w palenisku na tarasie podczas ceremonii girl-power z przyjaciółkami – nadal go kochała.

Chociaż część niej chciała umrzeć, musiała dalej żyć, jak zauważyła Mi, dlatego pozwoliła dziewczynom zaciągnąć się do kina.

Tak czy inaczej, zmęczyło ją siedzenie w domu w posępnym nastroju i nie miała najmniejszej ochoty snuć się po centrum handlowym z matką i młodszą siostrą, więc kino wygrało.

Mi też wygrała, bo teraz przyszła jej kolej, żeby wybrać film, więc Simone była skazana na jakieś dzieło science fiction pod tytułem Wyspa, które Mi szalenie chciała zobaczyć. Tish było wszystko jedno. Jako przyszła aktorka uważała, że oglądanie filmów i przedstawień teatralnych jest dla niej zarówno obowiązkiem, jak i przygotowaniem do rozpoczęcia kariery. Poza tym Ewan McGregor był w pierwszej piątce jej ulubionych filmowych chłopaków.

– Usiądźmy. Chcę zająć dobre miejsca. – Mi, drobna, sprężysta, z ciemnymi, wyrazistymi oczami i gęstą grzywą czarnych włosów, wzięła popcorn – bez dodatku masła – napój i ulubione m&m’sy z orzeszkami ziemnymi.

W maju Mi skończyła siedemnaście lat. Rzadko umawiała się na randki, przedkładając naukę nad chłopców, i uniknęła zaliczenia do kujonów wyłącznie ze względu na swoją gimnastyczną sprawność i mocną pozycję w drużynie cheerleaderek. Niestety kapitanem drużyny była Tiffany Bryce, złodziejka cudzych chłopaków i zdzira.

 

– Muszę iść do toalety. – Tish podała przyjaciółkom swoje przekąski – podwójny popcorn maślany, colę i czekoladowo-miętowe Junior Mints. – Potem was znajdę.

– Nic nie kombinuj z twarzą i włosami – ostrzegła ją Mi. – I tak nikt ich nie zobaczy, kiedy zacznie się film.

I bez tego wygląda idealnie, pomyślała Simone, ostrożnie niosąc popcorn przyjaciółki do jednej z sal multikina w centrum handlowym DownEast. Tish miała długie, gładkie, jedwabiste kasztanowe włosy z profesjonalnie zrobionymi złotymi pasemkami, ponieważ jej matka nie utknęła gdzieś w latach pięćdziesiątych zeszłego wieku. Klasycznemu owalowi jej twarzy – Simone uwielbiała przyglądać się twarzom – zalotnego uroku dodawały dołeczki. Te dołeczki ciągle flirtowały, jako że Tish zawsze znajdowała powód do uśmiechu. Simone wyobrażała sobie, że ona też często by się uśmiechała, gdyby stała się wysoka i zgrabna, miała jasne niebieskie oczy i dołeczki.

Jakby tego było mało, rodzice Tish całkowicie wspierali jej ambicję zostania aktorką. Według Simone, przyjaciółka zgarnęła całą pulę. Wygląd, osobowość, inteligencję oraz rodziców, z którymi można się dogadać.

Mimo to Simone uwielbiała Tish.

Wszystkie trzy miały już plan – na razie trzymany w tajemnicy, ponieważ z rodzicami Simone kompletnie nie można się było dogadać – że po ukończeniu szkoły spędzą lato w Nowym Jorku.

Może nawet tam zamieszkają, bo z pewnością jest bardziej ekscytujący niż Rockpoint w stanie Maine.

Simone uważała, że piaszczyste wydmy na Saharze są bardziej ekscytujące niż Rockpoint w stanie Maine.

Ale Nowy Jork? Blask świateł, tłumy ludzi.

Wolność!

Mi studiowałaby medycynę na Columbii, Tish mogłaby uczyć się aktorstwa i chodzić na przesłuchania. A ona… mogłaby studiować cokolwiek.

Cokolwiek, byle nie prawo, jak pragnęli jej ograniczeni rodzice. Co było zrozumiałe, a przy tym takie obciachowe i banalne, skoro jej ojciec to osobistość wśród prawników.

Ward Knox przeżyje rozczarowanie, ale tak już musi być.

Może studiowałaby sztukę i została słynną artystką, jak CiCi. To by nieźle przeraziło rodziców. I tak jak CiCi brałaby sobie i porzucała kochanków wedle kaprysu (kiedy już będzie gotowa „to” robić).

Trent Woolworth dopiero by zobaczył!

– Wróć stamtąd – nakazała Mi, trącając ją łokciem.

– O co chodzi? Przecież jestem tutaj.

– Nie, jesteś w Strefie Dumania Simone. Wyjdź stamtąd i dołącz do świata.

Podobało jej się w SDS, ale…

– Muszę otworzyć drzwi mocą swojego umysłu, bo ręce mam zajęte. Okej, zrobione. Wróciłam.

– Umysł Simone Knox jest godny podziwu.

– Muszę używać go w dobrym celu, a nie po to, żeby myśleć, jak utopić tę zdzirę Tiffany w kałuży orgazmicznego śluzu.

– Nie musisz. Jej mózg to orgazmiczny śluz.

Simone pomyślała, że jej przyjaciółki zawsze wiedzą, co powiedzieć. Porzuciła SDS, dołączając do świata z Mi oraz Tish, gdy tylko ta wróciła, skończywszy zajmować się swoją już przedtem doskonałą twarzą i włosami.

To była piątkowa premiera filmu, więc sala kinowa okazała się już w połowie wypełniona. Mi zajęła trzy miejsca w centralnym rzędzie. Sama usiadła bliżej środka, aby Simone – wciąż ze złamanym sercem – mogła usiąść między nią a Tish, której długim nogom należał się fotel przy przejściu.

Mi odwróciła się na swoim miejscu. Obliczyła, że miały jeszcze sześć minut, zanim światła przygasną.

– Musisz iść jutro na imprezę do Allie – powiedziała.

SDS znów zaczęła wabić Simone.

– Nie jestem gotowa imprezować, poza tym wiesz, że będzie tam Trent z tą zdzirą Tiffany, mającą śluz zamiast mózgu.

– Właśnie o to chodzi, Sim. Jeśli nie pójdziesz, wszyscy pomyślą, że się ukrywasz, że nie przestałaś o nim myśleć.

– Przestałam i nie przestałam.

– W tym rzecz – podkreśliła Mi. – Nie dasz mu satysfakcji. Pójdziesz z nami – Tish idzie ze Scottem, ale on jest świetny – ubierzesz się w coś ekstra i pozwolisz, żeby Tish zrobiła ci makijaż, bo ona to potrafi. I będziesz zachowywać się w stylu: Kto? Niby on? No wiesz, dasz do zrozumienia, że już ci kompletnie przeszło. Złożysz oświadczenie.

Simone poczuła, jak SDS przyciąga ją ku sobie.

– Nie sądzę, żebym potrafiła stawić temu czoło. To Tish jest aktorką, nie ja.

– Zagrałaś Rizzo w wiosennym przedstawieniu Grease. Tish była rewelacyjną Sandy, ale ty jako Rizzo wypadłaś równie fantastycznie.

– Ponieważ brałam lekcje tańca i trochę potrafię śpiewać.

– Śpiewasz wspaniale i byłaś świetna. Stań się Rizzo na imprezie Allie. No wiesz, pewną siebie, seksowną, i dawaj do zrozumienia, że masz ich gdzieś.

– No nie wiem, Mi.

Jednak potrafiła to sobie jakoś wyobrazić. Jak i to, że Trent, widząc ją pewną siebie, seksowną i mającą ich gdzieś, znów ją zechce.

Nagle Tish im przerwała i pochyliwszy się, chwyciła Simone za rękę.

– Nie panikuj.

– Dlaczego miałabym… O nie. Błagam!

– Zdzira poprawia sobie błyszczyk na ustach, a ta kreatura czeka pod drzwiami damskiej łazienki jak grzeczny piesek.

– O cholera. – Mi zacisnęła palce na ramieniu Simone. – Może wybierają się na inny film.

– Nie, idą tutaj, bo takie już mam szczęście w życiu.

Mi ścisnęła ją mocniej.

– Nawet nie myśl o tym, żeby stąd uciekać. On cię zobaczy i wyjdziesz na ofiarę. Nie jesteś ofiarą. To jest twoja próba generalna przed imprezą u Allie.

– Pójdzie? – W policzkach Tish ukazały się dołeczki. – Namówiłaś ją?

– Pracujemy nad tym. Siedź spokojnie. – Mi odwróciła się lekko. – Masz rację, wchodzą. Zostań na miejscu – syknęła, kiedy ramię Simone zadrżało pod jej dłonią. – Masz ich nawet nie zauważać. Jesteśmy przy tobie.

– Jesteśmy przy tobie teraz i na zawsze – powtórzyła Tish, ściskając rękę Simone. – Jesteśmy… murem pogardy. Kapujesz?

Przeszli obok nich, blondynka z kaskadą loków i w obcisłych, przyciętych dżinsach oraz złoty chłopiec – wysoki, przystojny rozgrywający mistrzowskiej drużyny Wildcats.

Trent posłał Simone leniwy uśmiech, od którego kiedyś miękło jej serce, i z rozmysłem przeciągnął ręką po plecach Tiffany, pozostawiając dłoń na jej pupie.

Tiffany odwróciła głowę, kiedy szepnął jej coś do ucha, i spojrzała przez ramię. Jej doskonałe, świeżo pokryte błyszczykiem wargi wykrzywił lekceważący uśmieszek.

Ze złamanym sercem, w poczuciu, że jej życie bez Trenta straciło wszelką wartość, Simone wciąż miała zbyt wiele ze swojej babki, by przyjąć tego rodzaju zniewagę.

Odwzajemniła uśmieszek i pokazała środkowy palec.

Mi zachichotała.

– Tak trzymaj, Rizzo!

Chociaż złamane serce Simone mocno biło, zmusiła się do patrzenia, jak Trent i Tiffany siadają trzy rzędy przed nimi i natychmiast zaczynają się obściskiwać.

– Wszyscy mężczyźni chcą seksu – stwierdziła rozsądnie Tish. – Niby czemu mieliby nie chcieć? Ale kiedy tylko o to im chodzi, nie są tego warci.

– Jesteśmy lepsze od niej. – Mi oddała Tish jej Junior Mints i colę. – Bo ona ma tylko to.

– Masz rację – odparła Simone. Być może oczy trochę szczypały, ale w sercu płonął ogień, który zdawał się uzdrawiający. Podała Tish jej popcorn. – Pójdę na imprezę do Allie.

Tish się roześmiała – z premedytacją drwiąco i na tyle głośno, by Tiffany drgnęła. Tish posłała Simone szeroki uśmiech.

– Ta impreza będzie należała do nas – oznajmiła z przekonaniem.

Simone przytrzymała popcorn między udami, aby wolne ręce podać przyjaciółkom.

– Kocham was, dziewczyny.

Zanim skończyły się reklamy i trailery, przestała obserwować sylwetki trzy rzędy niżej. Prawie. Spodziewała się, że będzie rozmyślać przez cały film – właściwie miała taki zamiar – ale złapała się na tym, że ją wciągnął. Ewan McGregor był bajeczny, a silna i odważna Scarlett zrobiła na niej wrażenie.

Jednak po kwadransie uświadomiła sobie, że należało pójść z Tish do toalety – chociaż byłaby to katastrofa, gdyby zastały tam Tiffany z błyszczykiem – albo nie przesadzać z fantą.

Po dwudziestu minutach się poddała.

– Muszę iść się wysiusiać – szepnęła.

– Daj spokój! – odszepnęła Mi.

– Wrócę szybciutko.

– Chcesz, żebym poszła z tobą? – zapytała Tish.

Simone pokręciła głową, podając przyjaciółce do potrzymania resztki popcornu i fanty.

Przecisnęła się przed nią i szybko ruszyła w górę przejścia. Skręciła w prawo, w pośpiechu dopadła do toalety i otworzyła drzwi.

Pusto, nikt nie czeka. Z ulgą weszła do kabiny i opróżniając pęcherz, zaczęła się zastanawiać.

Wybrnęła z sytuacji. Może CiCi miała rację. Może już wkrótce zrozumie, że Trent to dupek.

Jednak był taki przystojny i miał ten uśmiech, i…

– Nieważne – mruknęła. – Dupki też bywają przystojni.

Mimo wszystko nie przestała o tym myśleć, myjąc ręce i przyglądając się sobie w lustrze nad umywalką.

Nie miała długich jasnych loków ani błękitnych oczu i fantastycznego ciała Tiffany. Wyglądała, o ile mogła stwierdzić, po prostu zwyczajnie.

Zwyczajne były jej brązowe włosy, których matka nie pozwoliła rozjaśnić. Miała poczekać, aż skończy osiemnaście lat, a wtedy będzie mogła zrobić z nimi, co tylko zechce. Żałowała, że dziś związała je w koński ogon, bo nagle poczuła, że przez to wygląda dziecinnie. Może je obetnie. Postawi w sztywne kolce. Może.

Miała zbyt szerokie usta, nawet jeśli Tish twierdziła, że są seksowne, jak u Julii Roberts.

Oczy brązowe, jednak nie tak głębokie i wyraziste jak u Mi. Po prostu brązowe, jak jej głupie włosy. Oczywiście Tish, jak to ona, twierdziła, że są bursztynowe, ale to tylko wyszukane określenie dla brązowego koloru.

Nieważne. Może i była zwyczajna, ale nie sztuczna jak Tiffany, która też miała brązowe włosy, ale je rozjaśniała.

– Nie jestem sztuczna – powiedziała do lustra. – A Trent Woolworth to dupek. Tiffany Bryce to wstrętna zdzira. Oboje mogą iść do diabła.

Kiwnąwszy stanowczo głową, uniosła ją wysoko i wymaszerowała z łazienki.

Pomyślała, że głośne strzały – petardy? – i krzyki to odgłosy filmu. Zła na siebie, że zwlekała z wyjściem i ominęła ją ważna scena, przyspieszyła kroku.

Kiedy zbliżała się do kinowej sali, drzwi otworzyły się gwałtownie. Mężczyzna z dzikim wzrokiem zatoczył się i upadł w przód.

Krew… czy to krew? Jego dłonie zacisnęły się na zielonej wykładzinie – która pokrywała się teraz czerwienią – po czym znieruchomiały.

Błyski. Przez drzwi uchylone na kilkanaście centymetrów i zablokowane nogami mężczyzny dostrzegła błyski. Huk wystrzałów, jeden po drugim, krzyki. Cienie i sylwetki ludzi, którzy padali, biegli, padali.

I postać, ciemną w mroku sali, idącą miarowym krokiem wzdłuż rzędów.

Zastygła z przerażenia, Simone patrzyła, jak postać odwraca się i strzela w plecy uciekającej kobiecie.

Nie mogła oddychać. Gdyby była w stanie zaczerpnąć powietrza, wypuściłaby je z krzykiem.

Część jej umysłu nie przyjmowała do wiadomości tego, na co patrzyła. To nie mogło dziać się naprawdę. Musiało być jak film. Po prostu udawanie. Odezwał się jednak instynkt, każąc jej uciekać z powrotem do łazienki i przykucnąć za drzwiami.

Dłonie odmawiały Simone posłuszeństwa, kiedy grzebała w torebce w poszukiwaniu komórki.

Ojciec nalegał, żeby numer dziewięćset jedenaście zapisała na pierwszym miejscu w pamięci telefonu.

Wzrok jej się zamglił, a oddech stał się szybki i urywany.

– Tu numer alarmowy. Jak mogę pomóc?

– On ich zabija. Zabija ich. Pomocy! Moje przyjaciółki. O Boże, Boże! On strzela do ludzi.

Reed Quartermaine nie cierpiał pracować w weekendy. Nie przepadał również za pracą w centrum handlowym, ale chciał jesienią wrócić na studia. A studia wiązały się z drobnym szczegółem zwanym czesnym. Po dodaniu do tego podręczników, kwatery i jedzenia okazywało się, że trzeba pracować w weekendy w centrum handlowym.

Jego rodzice pokrywali większość wydatków, ale nie dawali rady zapłacić za wszystko. Nie w sytuacji, gdy siostra Reeda rozpoczynała kolejny rok nauki, a brat już od trzech lat studiował na American University w Waszyngtonie.

 

Jasne, że za nic nie chciał kelnerować przez resztę życia. A zatem college. I zanim włoży biret i togę, być może zrozumie, co do diabła chce robić przez resztę życia.

Jednak latem pracował jako kelner i starał się dostrzegać jasną stronę swego położenia. Znajdująca się w centrum handlowym restauracja Mangia funkcjonowała z powodzeniem, a na napiwki nie narzekał. Być może kelnerowanie tu przez pięć wieczorów w tygodniu z podwójną zmianą w soboty pozbawiało go życia towarzyskiego, ale przynajmniej jadał dobrze.

Jeśli dzięki miseczkom makaronu, pizzom z licznymi dodatkami, porcjom słynnego tiramisu z Mangii jego długa, koścista sylwetka nie nabrała ciała, to nie dlatego, że się nie starał.

Ojciec Reeda liczył kiedyś na to, że drugie w kolejności dziecko pójdzie w jego ślady i zostanie gwiazdą futbolu, tak jak uczynił starszy syn, ale kompletny brak umiejętności na boisku i smukła postura chłopaka rozwiały te nadzieje. Jednak nogi, które bardzo mu się wydłużyły, zanim zdążył skończyć szesnaście lat, oraz chęć do biegania całymi dniami uczyniły z niego średniej wielkości gwiazdę uniwersyteckiej bieżni, co trochę zrekompensowało ojcu rozczarowanie.

Potem siostra Reeda zdjęła z niego presję, objawiając wybitny talent do gry w piłkę nożną.

Podawał teraz do stołu cztery przystawki – insalata mista dla matki, gnocchi dla taty, panierowane paluszki sera mozzarella dla chłopaka i smażone ravioli dla dziewczyny. Flirtował niewinnie z dziewczyną, która posyłała mu długie, nieśmiałe uśmiechy. Niewinnie, bo domyślił się, że miała najwyżej czternaście lat, więc nie była zauważalna dla studenta wkrótce drugiego już roku college’u.

Reed wiedział, jak flirtować niewinnie z młodszymi dziewczynami, starszymi kobietami i prawie wszystkimi pomiędzy. Liczyły się napiwki, a po czterech latach wakacyjnego kelnerowania roztaczanie uroku przed klientami doprowadził do perfekcji.

Objął spojrzeniem swój rewir – rodziny, kilka starszych par, tu i ówdzie randkowicze około trzydziestki. Prawdopodobnie przyszli na kolację, a potem wybiorą się do kina, co mu podsunęło myśl, by zapytać Chaza – zastępcę kierownika w sklepie GameStop – czy chciałby pójść na ostatni seans Wyspy, kiedy obaj skończą pracę.

Przeciągnął karty kredytowe przez czytnik, ucinając pogawędkę z trojgiem gości, którzy dali mu solidny, dwudziestoprocentowy napiwek, ruszył do kolejnego stolika, wpadł na moment do kuchni, gdzie panował obłęd, i tak dotrwał do swojej przerwy.

– Dory, robię sobie dziesięć minut wolnego.

Kierowniczka sali przebiegła wzrokiem jego rewir i przyzwalająco skinęła głową.

Kiedy przekroczył podwójne szklane drzwi, otoczył go zwykły dla piątkowych wieczorów zgiełk i zamęt. Reed pomyślał, czy nie wysłać Chazowi esemesa i swoje dziesięć minut spędzić w kuchni, ale miał ochotę wyjść na zewnątrz. Poza tym wiedział, że w piątki Angie pracuje w sklepiku Fun In The Sun, więc cztery czy pięć minut przerwy mógł przeznaczyć na trochę mniej niewinny flirt.

Angie miała chłopaka, z którym spotykała się nieregularnie, ale Reed słyszał, że ostatnio jest wolna. Mógł spróbować szczęścia i umówić się na randkę z kimś, kto miał równie opłakane godziny pracy.

Przemieszczał się szybko na długich nogach pomiędzy robiącymi zakupy ludźmi, grupkami nastoletnich dziewczyn i chłopaków, którzy im się przypatrywali, matkami pchającymi dziecięce wózki albo prowadzącymi maluchy, wśród bezustannej, otępiającej muzyki, którą już przestał słyszeć.

Reed miał gęstwę czarnych włosów, które zawdzięczał włoskiemu pochodzeniu matki. Dory nie wywierała presji, żeby się ostrzygł, a jego ojciec w końcu się poddał. Oczy Reeda, głęboko osadzone, jasnozielone przy oliwkowej cerze, rozjaśniły się na widok Angie w sklepiku. Zwolnił kroku, niedbale włożył ręce do kieszeni spodni i podszedł do niej.

– Hej, jak leci?

Posłała mu uśmiech, przewracając ładnymi brązowymi oczami.

– Dużo pracy. Wszyscy chodzą na plażę oprócz mnie.

– I mnie. – Oparł się o gablotę z wystawionymi okularami przeciwsłonecznymi, mając nadzieję, że wygląda przystojnie w służbowym stroju – białej koszuli, czarnej kamizelce i czarnych spodniach. – Zastanawiam się, czy nie pójść na Wyspę. Ostatni seans jest o dziesiątej czterdzieści pięć. To prawie tak jak wycieczka na plażę, nie sądzisz? Masz ochotę się przyłączyć?

– Och… nie wiem. – Angie bawiła się włosami w odcieniu słonecznego blondu, który współgrał ze złocistą opalenizną nabytą, jak podejrzewał, po zastosowaniu samoopalacza z sąsiedniej witryny. – Rzeczywiście chciałabym to zobaczyć.

Nadzieja gwałtownie wzrosła, a Chaz został wypchnięty z listy Reeda.

– Trzeba się trochę rozerwać, nie?

– Tak, ale… Powiedziałam Misty, że spotkamy się po zamknięciu sklepów.

Chaz znów wskoczył na listę.

– To super. Właśnie szedłem, żeby się dowiedzieć, czy Chaz chce się wybrać. Moglibyśmy pójść razem.

– Możliwe. – Znów posłała mu uśmiech. – Tak, możliwe. Zapytam ją.

– Świetnie. Idę zobaczyć się z Chazem. – Przesunął się, żeby zrobić miejsce kobiecie, która cierpliwie czekała, podczas gdy jej córka – na oko czternastoletnia – mierzyła pół miliona par okularów. – Tak czy inaczej możesz mi wysłać esemes.

– Gdybym mogła kupić dwie pary – zaczęła dziewczyna, sprawdzając, jak wygląda w niebieskich szkłach – miałabym jedną na zapas.

– Jedną, Natalie. To ta jest zapasowa.

– Napiszę ci esemes – mruknęła Angie, po czym przyjęła profesjonalny ton. – Te wspaniale na tobie wyglądają – zwróciła się do dziewczyny.

– Naprawdę?

– Absolutnie – odpowiedź Angie dobiegła Reeda, kiedy opuszczał sklepik. Ruszył szybko, bo musiał nadrobić czas.

GameStop był pełen zwykłych komputerowych maniaków oraz towarzyszących młodszym komputerowym maniakom rodziców o szklistym wzroku, którzy próbowali popędzać ich naprzód.

Na monitorach wyświetlano reklamy gier. Na ściennych ekranach rozmaitość tych ogólnie dostępnych, na laptopach mniej przyjazne, do użytku osób pełnoletnich albo pod nadzorem rodziców.

Reed dostrzegł Chaza, króla komputerowych maniaków, który objaśniał jakąś grę kobiecie wyglądającej na zdezorientowaną.

– Jeśli interesują go gry militarne, strategiczne i o tematyce „budowanie”, ta mu się spodoba. – Chaz podsunął na nosie okulary przypominające denka butelek coli. – Ukazała się przed paroma tygodniami.

– Wydaje się taka… brutalna. Czy jest odpowiednia?

– Powiedziała pani, że to na szesnaste urodziny. – Skinął szybko głową Reedowi. – I lubi serię Splinter Cell. Jeśli tamte są dla niego dobre, ta też będzie.

Kobieta westchnęła.

– Chłopcy chyba zawsze lubią grać w wojnę. Wezmę ją, dzięki.

– Zapłaci pani przy kasie. Dziękujemy za zakupy w GameStop. Nie mam czasu, stary – zwrócił się do Reeda, kiedy klientka odeszła. – Jestem zawalony pracą.

– Pół minuty. Ostatni seans, Wyspa.

– Jestem cały za. To o klonach, kochany.

– Super. Mam Angie na celowniku, ale ona chce zabrać Misty.

– Och, ja…

– Nie zawiedź mnie, stary. Ze wszystkich spotkań, na które ją dotąd namówiłem, to jest najbardziej zbliżone do randki.

– Tak, ale Misty jest trochę przerażająca. I… Będę musiał za nią zapłacić?

– To nie jest randka. Pracuję nad tym, żeby się w nią zmieniło. Dla siebie, nie dla ciebie. Masz mi towarzyszyć i pomóc ją poderwać, a Misty ma towarzyszyć Angie. Klony! – przypomniał Chazowi.

– Okej. Chyba. Jezu. Nie spodziewałem się…

– Świetnie – uciął Reed, zanim Chaz zdążył zmienić zdanie. – Zarezerwuję bilety. Spotkamy się na miejscu.

Reed wyszedł szybko ze sklepu. A więc to się działo! Wspólna nierandka mogła utorować drogę spotkaniu sam na sam, a to stworzyłoby możliwość, żeby się z Angie trochę podotykali.

Przydałaby mu się odrobina dotyku. Teraz jednak miał trzy minuty na powrót do Mangii, inaczej Dory da mu popalić.

Puścił się biegiem i nagle usłyszał coś, co brzmiało jak wybuchy petard albo serie strzałów gaźnika. Pomyślał o strzelankach z GameStop. Bardziej zaciekawiony niż zaniepokojony zerknął za siebie.

Wtedy zaczęły się krzyki. I huk.

Nie z tyłu, uświadomił sobie, ale z przodu. Ten huk wywoływały dziesiątki uciekających ludzi. Uskoczył w bok na widok kobiety, która pędziła w jego stronę, pchając przed sobą wózek z płaczącym dzieckiem.

Czy to, co miała na twarzy, to była krew?

– Co…

Kobieta biegła dalej z ustami otwartymi w niemym krzyku.

Za nią toczyła się lawina. Ludzie uciekali w popłochu, depcząc porzucone torby z zakupami, potykając się o nie oraz o tych, którzy upadli.

Jakiś mężczyzna poślizgnął się i zgubił okulary, które odbijały się na podłodze, aż zmiażdżyła je czyjaś stopa. Reed chwycił go za ramię.

– Co się dzieje?

– On ma broń. Zastrzelił… zastrzelił…

Mężczyzna podniósł się na nogi i pobiegł, kulejąc. Dwie nastolatki, łkając i krzycząc, wpadły do sklepu po lewej stronie.

Reed zdał sobie sprawę, że hałas – odgłos strzałów – dochodził nie tylko z przodu, ale i z tyłu. Pomyślał o Chazie znajdującym się trzydzieści sekund sprintem za nim i o przyjaciołach w restauracji, których miał w dwukrotnie większej odległości przed sobą.

– Ukryj się, stary – mruknął do Chaza. – Znajdź jakieś miejsce, żeby się ukryć.

A potem pobiegł w stronę restauracji.

Odgłosy wystrzałów nie ustawały, wydawało się, że teraz dochodzą zewsząd. Szkło pękało i roztrzaskiwało się, kobieta z zakrwawioną nogą jęcząc, skuliła się pod ławką. Reed słyszał coraz więcej krzyków, ale gorzej było, kiedy cichły nagle, niczym przecięta taśma.

Wtem zobaczył małego chłopca w czerwonych spodenkach i koszulce z Elmo, który jak pijany chwiejnym krokiem mijał salon Abercrombie & Fitch.

Okno wystawowe eksplodowało. Ludzie rozproszyli się, zanurkowali, szukając osłony, a chłopczyk upadł z płaczem, wołając matkę.

Po drugiej stronie centrum handlowego Reed dostrzegł uzbrojonego bandytę – chłopaka? – który śmiał się i strzelał, strzelał, strzelał. Ciało leżącego na podłodze mężczyzny szarpnęło się, kiedy przeszyły je pociski.

Reed w biegu pochwycił chłopczyka w koszulce z Elmo, przytrzymując go pod ramieniem jak piłkę futbolową, z którą nigdy nie potrafił sobie poradzić.

Odgłosy strzałów – nigdy, przenigdy nie zapomni tego dźwięku – docierały coraz bliżej. Z przodu i z tyłu. Zewsząd.

Nie da rady przedostać się do Mangii, nie z dzieciakiem. Skręcił i instynktownie zanurkował do sklepiku.

Angie, dziewczyna, z którą flirtował pięć minut wcześniej, całą wieczność wcześniej, leżała w kałuży krwi. Jej ładne brązowe oczy wpatrywały się w Reeda, podczas gdy zwisający mu spod ramienia chłopczyk zanosił się płaczem.