ObsesjaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Strona tytułowa


Dla:

Elaine, Jeanette, JoAnne, Kat, Laury, Mary,

Mary Kay, Nicole, Pat, Sarah.

UJAWNIENIE

Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno.

(1 Kor 12,13)

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział pierwszy

29 sierpnia 1998 roku

Nie wiedziała, co ją obudziło, i niezależnie od tego, ile razy przeżywała na nowo tę noc, niezależnie od tego, gdzie gonił ją ten koszmar, nigdy się nie dowiedziała.

Latem powietrze stało się wilgotne i lepkie, śmierdzące potem i pachnące mokrą zielenią. Wprawdzie szumiący na komodzie wiatrak je mieszał, ale i tak miała wrażenie, że śpi w kłębach pary, unoszących się znad garnka.

Była jednak przyzwyczajona do leżenia na wilgotnej od lata pościeli, z oknami otwartymi szeroko na nieustający śpiew cykad – i nikłej nadziei na to, że choćby niewielki wiatr poruszy tę duchotę.

To nie upał ją obudził ani delikatny grzmot burzy, zbierającej się w oddali. Ocknęła się natychmiast, jakby ktoś porządnie nią potrząsnął albo krzyknął jej imię prosto do ucha.

Usiadła na łóżku i patrzyła w ciemność, jednak nie słyszała nic oprócz szumu wentylatora, wysokiego tonu cykad i leniwego, powtarzającego się pohukiwania sowy. Dochodziły do niej wszystkie tak dobrze znane dźwięki lata na wsi oraz własny głos – nic, co mogłoby spowodować ten dziwny ścisk w gardle.

Teraz, przebudzona, poczuła ten upał, otaczający ją niczym namoczona w gorącej wodzie gaza, otulająca każdy centymetr jej ciała. Zapragnęła, żeby był już ranek, tak by mogła wymknąć się, gdy wszyscy jeszcze śpią, i schłodzić się w strumieniu.

Najpierw praca, potem przyjemności, takie zasady panowały w jej domu. Było jednak tak gorąco, że miała wrażenie, iż będzie musiała rozsunąć powietrze niczym zasłonę tylko po to, żeby zrobić krok. Poza tym była sobota (albo będzie rano), a w soboty mama czasami nagina zasady – jeśli tatuś jest w dobrym humorze.

Wtedy usłyszała ten grzmot. Zachwycona wygramoliła się z łóżka i podbiegła do okna. Uwielbiała burze, sposób, w jaki kołysały i bujały drzewami, złowieszcze niebo, przecinające i rozświetlające je błyskawice.

A może ta burza przyniesie ze sobą deszcz, wiatr i chłodniejsze powietrze. Być może.

Uklękła na podłodze, oparła się rękami o parapet i utkwiła wzrok w skrawku księżyca, zasnutego mgłą i chmurami.

Być może.

Takie miała marzenie – za dwa dni kończyła dwanaście lat i wciąż wierzyła w to, że marzenia się spełniają. Pragnę wielkiej burzy, pomyślała, z błyskawicami jak widły i grzmotami jak strzały z armaty.

I dużo, dużo deszczu.

Zamknęła oczy, przechyliła głowę i spróbowała powąchać powietrze. A potem, ubrana w koszulkę z Sabriną, nastoletnią czarownicą, położyła głowę na rękach i zaczęła przyglądać się chmurom.

Znowu zapragnęła, żeby już było rano, a ponieważ mogła sobie życzyć, czego tylko chciała, zapragnęła, żeby był to już poranek w dzień jej urodzin. Bardzo chciała mieć nowy rower, podała też sporo wskazówek.

Wysoka i niezgrabna dziewczynka, której – chociaż sprawdzała co rano – nie urosły jeszcze piersi, klęczała i pragnęła poranka. Od tego gorąca zaczęły jej się lepić włosy na karku. Poirytowana zagarnęła je i przełożyła przez ramię. Chciała je obciąć naprawdę krótko, tak jak skrzat z książki z bajkami, którą otrzymała od dziadków, zanim jeszcze zabroniono im się spotykać.

Ale tatuś powiedział, że dziewczynki mają mieć długie włosy, a chłopcy krótkie. Tak więc jej braciszek jeździł do miasta do fryzjera Vick’s Barbershop, a ona mogła tylko wiązać swoje jasne włosy w kucyk.

Ale Mason był jej zdaniem rozpuszczonym głuptasem, i to tylko dlatego, że urodził się chłopcem. Dostał na urodziny kosz do gry w koszykówkę i oryginalną piłkę Wilson. Mógł również grać w baseballa w Małej Lidze – zdaniem tatusia występować w niej mogli tylko chłopcy (Mason nigdy nie dał jej o tym zapomnieć) – a ponieważ był młodszy o dwadzieścia trzy miesiące (o czym z kolei ona nie dawała mu zapomnieć), miał mniej obowiązków.

To nie w porządku, ale skarżenie się na to sprawiało tylko, że dostawała jeszcze więcej obowiązków do spełnienia i nie mogła oglądać telewizji.

Poza tym i tak nie będzie to mieć żadnego znaczenia, jeśli dostanie rower.

Dojrzała błysk – nisko na niebie zamigotała błyskawica. Przyjdzie, pomyślała. Burza na pewno przyjdzie i przyniesie ze sobą chłód i deszcz. A jeśli będzie padać, i padać, i padać, to nie będzie musiała pielić ogródka.

Myśl ta tak bardzo ją ucieszyła, że prawie przegapiła kolejny błysk.

Jednak tym razem nie była to błyskawica, lecz snop światła z latarki.

Od razu pomyślała, że ktoś tutaj węszy, może nawet chce się włamać. Już chciała zerwać się na równe nogi, pobiec po ojca.

Ale potem zobaczyła, że to właśnie on. Szybkim i pewnym krokiem szedł w kierunku drzew, przyświecając sobie latarką.

Może chciał ochłodzić się w strumieniu? Jeśli ona też pójdzie, to czy on się rozzłości? Jeśli będzie w dobrym humorze, to zacznie się śmiać.

Bez namysłu złapała japonki, wsadziła do kieszeni małą ­latarkę i cicho jak myszka wykradła się z pokoju.

Wiedziała, które stopnie skrzypią – wszyscy wiedzieli – i z przyzwyczajenia ich unikała. Tatuś nie lubił, gdy ona albo Mason wymykali się w nocy z pokojów, żeby się napić.

Japonki założyła dopiero po dotarciu do tylnego wyjścia, po chwili otworzyła drzwi tylko na tyle, by móc przecisnąć się przez szparę – gdyby otworzyła je szerzej, na pewno by zaskrzypiały.

Przez chwilę myślała, że straciła z oczu snop światła, jednak po chwili znowu się pojawił, więc puściła się za nim biegiem. Będzie trzymać się na uboczu, dopóki nie wyczuje nastroju ojca.

On jednak skręcił w drugą stronę, nie w kierunku płytkiego strumienia, i wszedł głębiej w las, graniczący z ich kawałkiem ziemi.

Dokąd on szedł? Napędzały ją ciekawość i niemal lekkomyślna ekscytacja na myśl o tym, że będzie mogła zakraść się do lasu w nocy. Grzmoty i błyski na niebie dodawały magii całej tej sytuacji.

Nie odczuwała strachu, chociaż jeszcze nigdy nie weszła tak głęboko w las – było to zakazane. Gdyby mama ją na tym przyłapała, wygarbowałaby jej skórę – nie mogła więc dać się przyłapać.

Ojciec szedł szybko i pewnym krokiem, musiał mieć jakiś cel. Słyszała, jak na wąskiej dróżce pod jego butami chrzęszczą i trzaskają stare suche liście, cały czas trzymała się z daleka. Nie mógł jej usłyszeć.

Gdy coś nagle zapiszczało, podskoczyła przestraszona. ­Musiała zakryć sobie usta dłonią, żeby nie zacząć chichotać. To tylko stara sowa, która urządziła sobie teraz polowanie.

Chmury zakryły księżyc. Kopnęła gołym palcem w kamień i prawie się potknęła, teraz zakryła sobie usta, żeby nie syknąć z bólu.

Ojciec zatrzymał się, a jej serce zaczęło walić jak szalone. Znieruchomiała niczym posąg, ledwie oddychając. Po raz pierwszy zaczęła się zastanawiać, co zrobi, jeśli on się odwróci i ruszy w jej stronę. Nie będzie mogła biec, bo wtedy z pewnością ją usłyszy. Może zejdzie ze ścieżki i ukryje się w krzakach. Z nadzieją, że nie śpią tam żadne węże.

Gdy ruszył z miejsca, ona cały czas stała i powtarzała sobie, że ma zawrócić, zanim wpakuje się w prawdziwe tarapaty. Ale światło latarki było jak magnes, który ją przyciągał.

Nagle podskoczył i się zatrząsł. Usłyszała stuknięcie i skrzypnięcie, jakby ktoś otworzył drzwi.

A potem światło zniknęło.

Stała na środku gęstego ciemnego lasu, oddychając płytko. Mimo gorącego ciężkiego powietrza czuła, że ma dreszcze. Zrobiła krok do tyłu, potem drugi, po chwili ogarnęła ją chęć ucieczki.

Ponownie ścisnęło jej się gardło, tak mocno, że z trudem przełykała ślinę. Ciemność zdawała się ją oplatać – poczuła duszności.

Biegnij do domu, biegnij. Wróć do łóżka, zamknij oczy. Głos w jej głowie stał się wysoki i piskliwy tak jak u cykad.

– Tchórz – szepnęła, dla otuchy obejmując się w talii rękami. – Nie bądź tchórzem.

Zaczęła się skradać, teraz już kierując się tylko instynktem. Chmury ponownie się przesunęły, w słabym świetle księżyca zobaczyła zarys rozpadającego się budynku.

Wygląda jak stara chatka, pomyślała, która niemal doszczętnie spłonęła, tak że zostały tylko same fundamenty i stary kominek. Strach zamienił się w fascynację kształtami, odcieniami szarości, sposobem, w jaki światło księżyca igrało ze spalonymi cegłami i sczerniałym drewnem.

Znowu zapragnęła, żeby było już rano – wtedy mogłaby tutaj pomyszkować. Jeśli uda jej się wykraść z domu za dnia, to będzie jej miejsce. Mogłaby przynieść tutaj swoje książki i czytać, nie musiałaby znosić złośliwego brata. I mogłaby siedzieć i rysować albo po prostu siedzieć i marzyć.

Ktoś tutaj kiedyś mieszkał, więc może były tam duchy. ­Poczuła dreszcz emocji. Bardzo chciałaby spotkać ducha.

Ale gdzie zniknął tata?

Przypomniała sobie to stuknięcie i skrzypnięcie. Może to było coś w rodzaju przejścia do innego wymiaru, otworzył drzwi i przez nie przeszedł.

 

Miał swoje tajemnice – wiedziała już, że mają je wszyscy dorośli. Tajemnice, które skrywali przed innymi i które sprawiały, że ich wzrok stawał się twardy, gdy zadałaś niewłaściwe pytanie. A może był odkrywcą, który przeszedł przez magiczne drzwi do innego świata?

Nie spodobałyby mu się jej myśli, ponieważ w Biblii nie było nic o innych światach, duchach i nastoletnich czarownicach. Ale może nie chciał, żeby tak myślała, bo to była prawda?

Zaryzykowała i zrobiła kilka kolejnych kroków, nasłuchując wszelkich dźwięków. Usłyszała tylko zbliżającą się burzę.

Tym razem, gdy kopnęła w kamień, z jej ust wydobył się urywany okrzyk bólu. Zaczęła skakać na jednej nodze i robiła tak, dopóki ból nie minął. Głupi kamień, pomyślała, i spojrzała w dół.

W bladym świetle księżyca zobaczyła, że to nie kamień ale drzwi. Drzwi w ziemi! Takie, które mogły skrzypieć przy otwieraniu. Może nawet były magiczne.

Opadła na kolana, przejechała dłonią po drewnianych drzwiach – i wbiła jej się drzazga.

Magiczne drzwi nie mają drzazg. To pewnie stara ziemianka albo schron przeciwburzowy. Mimo wszystko – pomyślała, ssąc bolący palec – były to drzwi w ziemi, w ciemnym lesie, przy starym spalonym domku.

A na dół zszedł jej ojciec.

Rower! Może ukrył tam jej rower i właśnie go składa! Ryzykując wbicie się kolejnej drzazgi, przyłożyła ucho do starego drewna i zmrużyła oczy, żeby jak najlepiej słyszeć.

Wydawało jej się, że słyszy jego ruchy. I coś jakby postękiwanie. Wyobraziła sobie, jak składa jej rower – taki nowiutki, błyszczący i czerwony – jego wielkie dłonie wybierają odpowiednie narzędzie, pogwizduje sobie przez zęby tak jak zawsze, gdy coś robi.

Był tam na dole i przygotowywał coś specjalnie dla niej. Obiecała sobie, że przez calutki miesiąc nie będzie narzekać na nadmiar obowiązków (oczywiście zawsze narzekała w głowie).

Jak długo składa się rower? Musi szybko wracać do domu, żeby się nie zorientował, że za nim poszła. Ale naprawdę, naprawdę, naprawdę chciała zobaczyć to coś. Tylko zerknąć.

Oderwała się od drzwi, podpełzła do spalonego domku i przykucnęła za starym kominem. Na pewno nie zajmie mu to zbyt dużo czasu – był dobry w majsterkowaniu. Gdyby chciał, mógłby mieć własny zakład i naprawiać różne rzeczy, ale żeby zabezpieczyć byt rodzinie, pracował w Morgantown, w firmie dostarczającej do domów telewizję kablową.

Cały czas powtarzał, że musi utrzymywać rodzinę.

Dostrzegła błyskawicę – pierwsze jej rozgałęzienie – a grzmot, który po niej nastąpił, był już bardzo potężny. Powinna iść do domu, taka była prawda, ale przecież nie mogła tam teraz wrócić. Mógł wyjść ze swej kryjówki w każdej chwili, a wtedy z pewnością by ją złapał.

Gdyby tak się stało, to nici z nowiutkiego czerwonego ­roweru na urodziny.

Jeśli nadejdzie burza, to Naomi po prostu zmoknie, nic więcej. Przynajmniej trochę ochłonie.

Powiedziała sobie, że to będzie trwać jeszcze tylko pięć minut, a gdy minęło dziesięć – że będzie jeszcze tylko kolejnych pięć. A potem zachciało jej się siku. Próbowała wytrzymać, zignorować to, wstrzymać, ale wreszcie się poddała i zaczęła pełznąć z powrotem, w kierunku drzew.

Wywróciła oczami, ściągnęła spodenki i kucnęła, rozstawiając szeroko stopy, żeby się nie posikać. A potem kilka razy potrząsnęła pupą, żeby strząsnąć ostatnie krople moczu. Gdy zaczęła zakładać spodenki, rozległo się znajome skrzypnięcie.

Zamarła z szortami wokół kostek i gołym tyłkiem kilkanaście centymetrów nad ziemią. Zacisnęła usta, żeby wstrzymać oddech.

Ujrzała go w blasku latarki, wydawał jej się dziki – w świetle błyskawic jego krótko ostrzyżone włosy były niemal białe, oczy bardzo ciemne, a usta skrzywione w agresywnym, szerokim uśmiechu szaleńca.

Miała wrażenie, że ojciec zaraz odwróci głowę i zawyje jak wilk. Jej serce zaczęło walić jak szalone i po raz pierwszy w życiu poczuła strach, jakiego jeszcze nie znała.

Gdy zaczął się pocierać tam, na dole, poczuła, jak płoną jej policzki. Potem zatrzasnął drzwi i rozległo się krótkie urywane echo. Zasunął rygiel – słysząc ostry skrzypiący dźwięk, dziewczynka zadrżała. Cały czas znajdowała się w niewygodnej pozycji, aż wreszcie jej nogi zaczęły się trząść. W tym czasie ojciec przysypał drzwi liśćmi.

Postał tam jeszcze przez chwilę – teraz słychać było już nawet płonące na niebie błyskawice – i świecił latarką na drzwi. Światło odbijało się na jego łagodnej już twarzy – ale dziewczynka dostrzegała tylko ostre krawędzie. Krótko ścięte jasne włosy wyglądały jak naga czaszka, a oczy przypominały puste jamy.

Rozejrzał się i przez jedną przerażającą chwilę miała wrażenie, że patrzył wprost na nią. Doskonale wiedziała, że ten człowiek by ją teraz skrzywdził, wykorzystałby przeciwko niej swoje dłonie i pięści, te same, którymi starał się zapewniać rodzinie dobrobyt, niezaznany przez niego w dzieciństwie.

Jęknęła bezradnie i pomyślała: tatusiu, proszę. Proszę.

Ale on się odwrócił i odszedł w stronę domu, stawiając długie, pewne kroki.

Nie śmiała się poruszyć, dopóki nie ucichły wszystkie odgłosy poza śpiewem nocy i pierwszymi podmuchami wiatru. Burza nadchodziła, a ojca nie było.

Podciągnęła spodenki i wyprostowała się, strzepując igły z nóg.

Księżyc już nie świecił, a radość z przeżywanej przygody zamieniła się w ogromny lęk.

Jednakże oczy dziewczynki przyzwyczaiły się do ciemności na tyle, by mogła wrócić do zasypanych liśćmi drzwi. Dojrzała je tylko dlatego, że wiedziała o ich istnieniu.

Słyszała teraz własny oddech, mieszający się z szumiącym wiatrem. Powietrze wreszcie stało się chłodne, ale ona potrzebowała ciepła. Zimno przenikało ją aż do kości, tak jak zimą, a jej dłoń drżała, gdy pochyliła się, by odgarnąć grubą warstwę liści.

Popatrzyła na zasuwę, grubą i zardzewiałą, tkwiącą w starych drewnianych drzwiach. Dotknęła jej palcami, ale teraz już nie chciała jej odsunąć. Pragnęła znaleźć się w swoim łóżku, tam, gdzie było bezpiecznie. Byleby zapomnieć o widoku dzikiego ojca.

Jednak jej palce szarpnęły za zasuwę, a gdy nie udało jej się przesunąć jej jedną ręką, zaczęła pracować oburącz. Gdy wreszcie przesunęła rygiel, zacisnęła zęby.

Tam był jej rower, wciąż sobie powtarzała, chociaż czuła na piersi ogromny ciężar. Błyszczący czerwony rower, jej prezent urodzinowy. To właśnie znajdzie w środku.

Powoli uniosła drzwi i spojrzała w ciemność.

Z trudem przełknęła ślinę, wyjęła z kieszeni małą latarkę i, przyświecając sobie wąskim promieniem światła, zaczęła schodzić po drabinie.

Nagle poczuła paniczny strach przed tym, że w otworze pojawi się twarz ojca. I popatrzy na nią tym dzikim, strasznym wzrokiem. I zatrzasną się drzwi, zamykając ją w środku. Już miała zacząć wchodzić na górę, gdy usłyszała pisk.

Zamarła na drabinie.

Na dole było jakieś zwierzę. Dlaczego tatuś miałby trzymać na dole jakieś... Szczeniaczek? Czy to był jej urodzinowy prezent? Piesek, którego zawsze chciała mieć, ale na którego rodzice się nie godzili. Nawet Masonowi nie udało się ich ubłagać.

Gdy zeszła na brudną podłogę, w jej oczach stały łzy. Będzie musiała modlić się o wybaczenie za straszliwe myśli – które były takimi samymi grzechami jak czyny – na temat ojca.

Zaczęła rozglądać się po wnętrzu piwnicy, jej serce było pełne zdumienia i radości – ostatniej, jaką miała odczuwać przez długi, długi czas. Tam, gdzie spodziewała się zobaczyć szczeniaczka w klatce, zobaczyła młodą kobietę.

Jej oczy były szeroko otwarte i błyszczące od łez, które spływały po policzkach. Wydawała z siebie straszliwe dźwięki. Miała usta zaklejone taśmą, podrapaną i posiniaczoną twarz oraz szyję.

Była naga, jednak mimo to próbowała się zakryć.

Ale nie mogła. Jej ręce były związane liną – rozjątrzone rany na nadgarstkach krwawiły – i przywiązane do metalowego drążka za starym materacem, na którym leżała. Jej nogi również były związane w kostkach i szeroko rozłożone.

Cały czas wydawała z siebie te przerażające dźwięki, które waliły w uszy, drażniły brzuch.

Jak we śnie Naomi ruszyła do przodu. W jej uszach rozlegał się teraz ryk, jakby zbyt długo była pod wodą i nie mogła wypłynąć na powierzchnię. Miała tak sucho w ustach, że wypowiadane słowa drapały ją w gardle.

– Nie krzycz. Nie wolno ci krzyczeć, dobrze? On może cię usłyszeć i wrócić. Dobrze?

Kobieta pokiwała głową, patrzyła błagalnie na Naomi.

Dziewczynka podważyła paznokciami krawędź taśmy.

– Musisz być cicho – powiedziała szeptem. Jej palce drżały. – Proszę, bądź cicho.

I oderwała taśmę.

Rozległ się obrzydliwy odgłos, po taśmie został czerwony głęboki ślad, ale kobieta nie krzyknęła.

– Proszę. – Jej głos przypominał skrzypienie zardzewiałych zawiasów. – Proszę, pomóż mi. Proszę, nie zostawiaj mnie tu.

– Musisz się stąd wydostać. Musisz uciekać. – Naomi spojrzała w kierunku drzwi do piwnicy. A jeśli on wróci? O Boże, co, jeśli ten szalony, wyglądający jak jej ojciec człowiek wróci?

Próbowała odwiązać linę, ale ta była zbyt mocno związana. Potarła palce ze zdenerwowaniem, a potem odwróciła się i oświetliła wnętrze piwnicy.

Dojrzała butelkę alkoholu – ojciec zabronił trzymać go w domu – i jeszcze więcej zwiniętej liny, czekającej na swoją kolej. Stary koc, lampion. Czasopisma z nagimi kobietami na okładkach, aparat fotograficzny i nie, och, nie, nie, nie, przyczepione do ścian zdjęcia kobiet. Takich jak ta, nagich, związanych, zakrwawionych i przerażonych.

I kobiet, patrzących martwym wzrokiem.

Stare krzesło, puszki i słoiki z jedzeniem na półce przybitej do ściany. Stertę szmat – nie, ubrań, podartych ubrań – poplamionych zaschniętą już krwią.

Czuła zapach krwi.

Były tam też noże. Wiele noży.

Na chwilę przestała myśleć, starała się nie dopuszczać do siebie tego wszystkiego, złapała jeden z nich i zaczęła przecinać sznur.

– Musisz być cicho, cicho.

Przecięła skórę, ale kobieta nie krzyknęła.

– Pośpiesz się, proszę, pośpiesz się. Proszę, proszę. – Jęknęła tylko, kiedy Naomi uwolniła jej ręce, które zaczęły się bardzo trząść, gdy spróbowała je opuścić. – Boli. Boże, Boże, jaki ból.

– Nie myśl o tym, po prostu o tym nie myśl. Jak myślisz, boli jeszcze bardziej. – Tak, tak, myślenie boli. Nie będzie myśleć o krwi, zdjęciach, stercie podartych i strasznych ubrań.

Zaczęła odcinać linę na jednej z kostek. – Jak się nazywasz?

– Ja... Ashley. Jestem Ashley. Kim on jest? I gdzie on jest?

Nie mogła tego powiedzieć. Nie chciała tego powiedzieć. Nie będzie o tym myśleć. – Jest w domu. Przyszła burza. Słyszysz?

Ona też jest teraz w domu, powtarzała sobie, przecinając sznur. W domu, w łóżku, a to wszystko to zły sen. Nie było żadnej starej piwniczki, śmierdzącej piżmem, moczem i czymś gorszym, nie było kobiety ani dzikiego mężczyzny. Obudzi się w swoim łóżku, a po burzy powietrze stanie się chłodniejsze.

Gdy się obudzi, wszystko będzie czyste i zimne.

– Musisz wstać i stąd wyjść. Musisz uciekać.

Uciekać, uciekać, w ciemność, jak najdalej stąd. Wtedy ­będzie mogła udawać, że to się nigdy nie wydarzyło.

Po pobitej twarzy Ashley spływał pot, spróbowała wstać, ale nie mogła ustać na nogach. Upadła na ziemię i zaczęła dyszeć.

– Nie mogę chodzić, moje... moje nogi... Przepraszam, przepraszam... Musisz mi pomóc. Proszę, pomóż mi się stąd wydostać.

– Twoje nogi usnęły, to wszystko. – Naomi wzięła koc i zarzuciła go na ramiona kobiety. – Musisz spróbować wstać.

Razem udało im się postawić Ashley na nogi.

– Oprzyj się na mnie. Wepchnę cię po drabinie, ale musisz próbować się wspiąć. Musisz spróbować.

– Dam radę. Dam radę. – Podczas mozolnej, wymagającej ogromnego wysiłku wspinaczki na Ashley padał deszcz. Dwa razy niemal ześlizgnęła się na dół. Próbując utrzymać ciężar swego ciała i wepchnąć go na górę, Ashley odczuwała ogromny ból mięśni. Wreszcie jednak wydała z siebie ostatni szloch i sapnięcie i wydostała się na zewnątrz. Padła na ziemię, ciężko dysząc.

– Musisz uciekać.

– Nie wiem, gdzie jestem. Przepraszam. Nie wiem, jak długo tam byłam. Dzień, może dwa... Nie jadłam i nie piłam, odkąd on... Jestem ranna.

Po jej twarzy płynęły łzy, ale nie szlochała, po prostu patrzyła na dziewczynkę.

 

– On... on mnie gwałcił, dusił, ciął i bił. Moja kostka. Coś z nią jest nie tak. Nie mogę na niej stanąć. Możesz mnie stąd wyprowadzić? Na policję?

Deszcz walił o liście, błyskawica rozświetliła niebo tak, jakby to już był ranek.

Ale Naomi się nie obudziła.

– Poczekaj chwileczkę.

– Nie wracaj tam!

– Po prostu poczekaj.

Zeszła na dół, w to straszne miejsce, i wzięła nóż. Niektóre plamy z krwi na nim nie były świeże, nie pochodziły od nacięć. Nie, były już stare i suche, na pewno pochodziły od czegoś więcej.

Napawało ją to obrzydzeniem, ale zaczęła przeszukiwać ubrania, aż znalazła podartą koszulkę i podarte spodnie.

Zabrała je ze sobą na górę. Na ich widok Ashley pokiwała głową.

– W porządku. Mądra z ciebie dziewczyna.

– Nie widziałam butów, ale łatwiej ci będzie chodzić w spodniach i koszulce. Są podarte, ale...

– Nieważne. – Ashley zacisnęła zęby, gdy Naomi pomagała jej wciągnąć spodnie, gdy ostrożnie podniosła jej ręce, żeby ­założyć jej bluzkę.

Dziewczynka przerwała na chwilę, gdy zobaczyła, że pod wpływem ruchu otworzyły się cienkie nacięcia na klatce piersiowej kobiety, zaczęła się sączyć z nich krew.

– Musisz się o mnie oprzeć. – Ponieważ Ashley drżała, Naomi ponownie owinęła jej ramiona kocem.

Po prostu rób. Nie myśl, tylko rób.

– Musisz iść, nawet jeśli będzie cię to boleć. Poszukamy grubego patyka, ale musimy iść. Nie wiem, która jest godzina, ale rano zaczną mnie szukać. Musimy dojść do drogi. Od tego miejsca będzie już tylko jakieś półtora kilometra. Musisz iść.

– Jeśli będzie trzeba, będę się czołgać.

Stanęła na czworakach, a potem podniosła się z pomocą dziewczynki. Jej ruchy były powolne, a po ciężkim oddechu kobiety Naomi wnioskowała, że i bardzo bolesne. Znalazła grubą gałąź i to pomogło, ale tylko trochę, ponieważ podczas burzy ścieżka stała się błotnista.

Minęły strumień – który po deszczu zamienił się w rwący potok – i cały czas szły.

– Przepraszam. Przepraszam, nie spytałam cię o imię.

– Naomi.

– Ładnie. Naomi, muszę się na chwilę zatrzymać.

– Dobrze, ale tylko na chwilę.

Ashley oparła się o drzewo i ciężko oddychała, podpierając się złamaną gałęzią. Po jej twarzy spływały deszcz i pot.

– Czy to pies? Słyszę szczekanie psa.

– To pewnie King. Gospodarstwo Hardych jest w tamtą stronę.

– Możemy tam pójść? Zadzwonimy stamtąd na policję, wezwiemy pomoc.

– To za blisko. – Pan Hardy i jej ojciec byli diakonami w kościele. Przed wykonaniem telefonu na policję, zadzwoniłby do jej ojca.

– Za blisko? Mam wrażenie, że przeszłyśmy wiele kilo­metrów.

– Nie przeszłyśmy nawet jednego.

– Dobrze. – Ashley zamknęła na chwilę oczy i przygryzła wargę. – W porządku. Znasz tego mężczyznę? Tego, który mnie porwał i skrzywdził?

– Tak.

– Znasz jego nazwisko i wiesz, gdzie go znaleźć?

– Tak. Teraz musimy już iść. Musimy cały czas iść.

– Powiedz mi, jak się nazywa. – Drżąc z bólu, Ashley odepchnęła się od drzewa i zaczęła utykać. – Jeśli mi powiesz, będzie mi łatwiej iść.

– Nazywa się Thomas Bowes. Thomas David Bowes.

– Thomas David Bowes. Ile masz lat?

– Jedenaście. W poniedziałek skończę dwanaście.

– Wszystkiego najlepszego. Jesteś bardzo mądra, silna i odważna. Naomi, ocaliłaś mi życie. Ocaliłaś komuś życie jeszcze przed dwunastym rokiem życia. Nigdy o tym nie zapominaj.

– Nie zapomnę. Nie. Burza mija.

Cały czas szły lasem. Przez to wszystko trwało dłużej, niż gdyby wyszły na drogę. Ale Naomi znała już uczucie strachu, więc szły lasem, aż doszły do małego miasteczka Pine Meadows.

Chodziła tu do szkoły i do kościoła, a matka robiła zakupy w tutejszym markecie. Naomi nigdy nie była w biurze szeryfa, ale wiedziała, gdzie się ono znajduje.

Gdy na wschodzie niebo zaczęło jaśnieć i pierwsze promienie oświetliły kałuże, minęły kościół i przeszły przez wąski most nad wąskim strumieniem. Japonki zostawiały na ulicy mokre ślady, Ashley kuśtykała, waląc gałęzią w ziemię i dysząc z każdym krokiem.

– Co to za miasteczko?

– Pine Meadows.

– Gdzie? Byłam w Morgantown. Chodziłam na WVU[1].

– To jakieś dwadzieścia kilometrów stąd.

– Uprawiałam sport. Biegałam. I to na długie dystanse, wierz lub nie. I trenowałam jak co rano. Zaparkował przy drodze i podniósł maskę samochodu, żeby to wyglądało na awarię. Trochę zwolniłam i mnie złapał. Uderzył mnie czymś. I obudziłam się w tym miejscu. Znowu będę musiała się zatrzymać.

Nie, nie, nie, nie zatrzymywać się. Nie myśleć. Robić.

– Już jesteśmy prawie na miejscu. Widzisz, tam na końcu ulicy, ten biały dom – widzisz znak z przodu?

– Departament Szeryfa w Pine Meadows. Och, dzięki Bogu. Dzięki Bogu. – I wtedy Ashley zaczęła szlochać, spazmy wstrząsały nimi obiema, ponieważ Naomi mocno trzymała ją w pasie, utrudniały dalszą drogę, bo dziewczynka musiała dźwigać jeszcze większy ciężar.

– Jesteśmy bezpieczne. Bezpieczne.

Gdy Ashley przewróciła się na wąskim ganku, Naomi jeszcze mocniej owinęła ją kocem, a potem zaczęła walić do drzwi.

– Czy ktoś tam będzie? Chyba nie. Jest za wcześnie.

– Nie mam pojęcia. – Ale zapukała raz jeszcze.

Gdy drzwi się otworzyły, Naomi miała wrażenie, że zna tę młodą twarz i potargane włosy.

– Co się stało? – zaczął, a potem przeniósł wzrok z niej na Ashley. – Dobry Boże.

Otworzył drzwi na oścież, wyskoczył na zewnątrz i uklęknął przy kobiecie.

– Wniosę cię do środka.

– Pomóc. Proszę nam pomóc.

– Nic ci nie będzie. Wszystko będzie dobrze.

Zdaniem Naomi był chudy, ale mimo to podniósł Ashley, jakby nic nie ważyła – tylko trochę się zaczerwienił, gdy koc spadł, odsłaniając wystającą przez dziurę w koszulce lewą pierś kobiety.

– Skarbie – powiedział do Naomi – przytrzymaj mi drzwi. Miałyście wypadek?

– Nie – odrzekła dziewczynka. Przytrzymała drzwi i przez ułamek sekundy zastanawiała się, czy powinna uciec, po prostu uciec, czy wejść do środka.

Uczyniła to drugie.

– Posadzę cię tam. Dobrze? – Jego wzrok padł na siniaki na szyi Ashley i w jego oczach pojawiło się zrozumienie. – Skarbie, widzisz tamten automat z wodą? Może przynieś... jak ci na imię?

– Ashley. Ashley McLean.

– Może przynieś Ashley wody, dobrze?

Odwrócił się i dojrzał nóż, który Naomi przyczepiła sobie do boku. Tym samym swobodnym tonem powiedział:

– Oddaj mi to, dobrze? O właśnie.

Wziął nóż ze słabej dłoni dziewczynki i położył go poza jej zasięgiem, wysoko na półce.

– Muszę podzwonić, między innymi do lekarza, który cię przebada. Będziemy jednak musieli zrobić kilka zdjęć. Rozumiesz, co do ciebie mówię?

– Tak.

– Zadzwonię do szeryfa i będą zadawać ci pytania. Zgadzasz się na to?

– Tak.

– W porządku. Napij się wody. Grzeczna dziewczynka – powiedział do Naomi i delikatnie pogłaskał jej mokre włosy, gdy przyniosła Ashley tekturowy kubeczek.

Podniósł słuchawkę z biurka i wybrał numer telefonu.

– Szeryfie, z tej strony Wayne. Tak, wiem, która godzina. Mam tutaj ranną kobietę. Nie, sir, to nie wypadek. Została napadnięta, będzie potrzebować kompletu badań. – Odwrócił się i zaczął mówić ciszej, ale Naomi usłyszała słowa: „trzeba zrobić badanie pod kątem gwałtu”.

– Przyprowadził ją dzieciak. To chyba córka Toma i Sue Bowesów.

Ashley opuściła kubek i utkwiła wzrok w Naomi.

– Bowes.

– Tak. Nazywam się Naomi Bowes. A teraz pij.

– Ty też, skarbie. – Nagle Ashley odstawiła kubek i przyciąg­nęła do siebie Naomi. – Ty też.

Wreszcie coś w Naomi pękło, położyła głowę na ramieniu kobiety i zaczęła szlochać.

Ashley spojrzała na Wayne’a ponad jej głową.

– To jej ojciec mi to zrobił. Thomas David Bowes. I to Naomi mnie ocaliła.

Wayne wypuścił powietrze z płuc. – Szeryfie, lepiej niech pan tu szybko przyjedzie.