Początek

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Rachel, kiedy skończysz, czy mogę potrzymać dzieci?

– Oczywiście. – I iskra, która w ciągu tych okropnych dni zgasła, rozbłysła na nowo.

UCIECZKA

Jak umknąć może człek przed tym, co zapisane;

Jakże ma przeznaczeniu swemu zbiec?

Ferdousi

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Podczas gdy Katie po raz pierwszy karmiła córkę, Arlys Reid postanowiła nagrać relację z ulicy. Od wielu dni jej materiały opierały się na informacjach od Chucka i na tym, co zdołała znaleźć w internecie mimo niestabilnego połączenia – a do tego dorzucała kilka obserwacji z szybkiego marszu do i ze studia.

Sprawdzając baterie w dyktafonie, przypomniała sobie, że zawsze chciała być reporterką. Pora więc wyjść na ulicę i relacjonować.

Nie uzgodniła tego z producentem ani z reżyserem. Cokolwiek się zdarzy, ta decyzja będzie należała do niej – a część tej decyzji, zdawała sobie z tego sprawę, ciążyła jej z powodu zatajenia najgorszych informacji, które przekazał jej rano Chuck. Pomoc nie nadejdzie.

Gdy wkładała kurtkę, Fred spojrzała na nią znad biurka.

– Dokąd idziesz?

– Na miasto. Zbierać materiały. Będziesz mnie kryła, Fred? Powiedz, że poszłam się zdrzemnąć albo coś takiego. Chcę mieć materiał o zwykłych ludziach. O ile zdołam znaleźć kogoś, kto nie zechce mnie okraść, zgwałcić lub zabić.

– Nie zamierzam cię kryć. – Fred wstała. – Pójdę z tobą.

– W żadnym wypadku.

Mała Fred, całe metr pięćdziesiąt pięć, tylko się uśmiechnęła.

– Właśnie chodzi o to, żeby nie było wypadku. Spędzam tam mnóstwo czasu. Ktoś musi zdobywać roladki śmietankowe i chipsy. A dwie osoby to zawsze lepiej niż jedna – dodała, zarzucając na siebie jasnoniebieską kurtkę w różowe gwiazdki. – Jest targ, no, właściwie nora, na rogu Szóstej i Pięćdziesiątej Pierwszej. Wprawdzie zabita dechami, ale niektórzy z nas wiedzą, że można odciągnąć kilka desek i wcisnąć się do środka.

Naciągnęła na czuprynę rudych loków długą, różową czapkę z pomponem.

– Nadal jest tam jedzenie, więc możemy zdobyć trochę zapasów. Nikt nie bierze więcej, niż potrzebuje. Tak uzgodniliśmy.

– To znaczy kto?

– Hm, no… takie… sąsiedztwo. Ci, którzy zostali. Nie bierzesz więcej, niż potrzebujesz, więc każdy korzysta.

– Fred. – Arlys przełożyła torbę przez ramię i przyjrzała się małemu rudzielcowi o radosnej, piegowatej twarzy. – To jest temat. Ty jesteś najlepszym tematem.

– Nie możesz tego wyemitować, Arlys. – Oczy barwy delikatnej, przytłumionej zieleni raptem posmutniały. – Niektórzy ludzie, gdyby się dowiedzieli, że jest tam jedzenie, natychmiast by je rozdrapali.

– Żadnego adresu, nawet okolicy. – Arlys narysowała palcem krzyż na sercu. – Tylko opowieść. O ludziach, którzy współpracują, pomagają sobie. To jest coś pozytywnego. Każdy tego teraz potrzebuje. Możesz podać parę szczegółów. Żadnych nazwisk i miejsc, tylko jak doszliście do porozumienia, jak to działa.

– Opowiem ci po drodze.

– Dobra, ale trzymamy się razem. – Arlys pomyślała o pistolecie w torbie.

– Jasne. I nie martw się. Potrafię ocenić, czy ktoś jest przyjaźnie nastawiony, czy jest dupkiem. Niektóre dupki nie chcą nikogo zabić. Po prostu są dupkami, bo zawsze nimi byli.

– Trudno się z tym nie zgodzić.

Skierowały się w stronę klatki schodowej.

– Wiesz, Jim nie będzie zadowolony, że się tak narażasz.

Arlys wzruszyła ramionami.

– Będzie zadowolony, jeżeli zrobię dzięki temu materiał. Tam są przecież prawdziwi ludzie, którzy usiłują przetrwać kolejny dzień. Jak to robią? Co ich spotkało? Ludzie chcą słuchać o innych ludziach, którzy przetrwali. To pomaga przetrwać im samym.

– Jak na przykład nie biorąc ze składu żywności więcej, niż potrzebują.

– Jak na przykład to. – Gdy schodziły do wyjścia, Arlys przedstawiła ogólny plan. – Pójdziemy na Szóstą i będziemy uważać na ludzi na ulicach. Jeżeli zbierze się grupka, to trzymamy się od niej z daleka. Grupki mogą zmienić się w motłoch.

– Na ogół dzieje się to w nocy – stwierdziła Fred. – Ale w ciągu dnia też się zdarza.

– Nie wychodziłam nocą od trzech tygodni, jeżeli nie liczyć marszruty do domu po wieczornych wiadomościach. A kiedyś uwielbiałam nocne spacery.

– Wystarczy wiedzieć, gdzie można chodzić, i chodzić tylko po bezpiecznych strefach.

– Bezpiecznych strefach?

– Tam, gdzie jest więcej dobrych niż złych. Niektórzy źli tak naprawdę nie są źli. Są po prostu przerażeni i zdesperowani. Ale niektórzy są tak źli, że trzeba się ich bać, i od tych trzeba trzymać się z daleka, wiedzieć, jak się przed nimi schować.

Arlys po raz wtóry pomyślała, że być może poszukiwany zwykły człowiek właśnie przed nią stoi.

– Skąd wiesz o bezpiecznych strefach?

– Rozmawiasz z ludźmi, a oni rozmawiają z innymi ludźmi – odrzekła Fred. – Niczego nie mówiłam, bo jeżeli to wyemitujemy, to być może ci źli te strefy znajdą. Pomyślałam, że jeżeli zostaniemy zmuszeni zejść z anteny, to opowiem o nich wszystkim, żeby spróbowali się do którejś dostać.

– Zadziwiasz mnie, Fred.

– Czasami ci ludzie potrafią pomóc, jeżeli ktoś chce wydostać się z miasta. Ale wielu nadal nie chce się tu poddać, nawet jeśli będą musieli walczyć.

Arlys otworzyła drzwi wyjściowe.

– Nie zamierzasz założyć maski?

– Wiesz dobrze, że one nic nie dają, prawda? – Arlys spojrzała na Fred. – Wiesz tak samo jak i ja, że jeżeli ktoś ma zachorować, to zachoruje.

– Niektórzy ludzie dzięki nim czują się bezpieczniej. Myślałam, że ty też tak masz.

– Już nie.

Wyszły z budynku i Arlys zamknęła drzwi na klucz.

– Nie będziemy się rozdzielały, ale na wszelki wypadek masz klucz?

– Nie martw się – uspokoiła ją Fred.

Arlys skinęła głową i ruszyły ulicą; powietrze niosło odór spalenizny, krwi i moczu.

– Fred, z iloma, twoim zdaniem, osobami się widziałaś lub rozmawiałaś w tych bezpiecznych strefach? Nie puszczę tego na antenę. Tylko między nami.

– Trudno dokładnie stwierdzić. Wiem, że próbują liczyć, ale to się ciągle zmienia. Jedni przychodzą, drudzy odchodzą. Ludzie nadal chorują. Nadal umierają. My – oni, wszystko jedno – próbujemy zabierać ciała na tereny zielone, do parków, najlepiej o świcie. Wciąż jest wystarczająco zimno, wiesz.

– Wiem.

– Ale kiedy temperatury wzrosną, gnijące ciała będą straszne. A ci, którzy zmarli wewnątrz…

Dochodził do niej ten odór w budynku, w którym mieszkała.

Odór rozkładających się ciał.

– Nie da się tak naprawdę urządzić pogrzebów wszystkim. Ciał jest tak wiele – dodała Fred. – Ktoś mówi kilka słów i… Trzeba ich palić. Są szczury, wiesz, i psy, i koty, i… Nie ma na to rady, trzeba ich palić. To czysta metoda i niepozbawiona szacunku, jak mi się wydaje.

– Byłaś na tych… pogrzebach?

Fred skinęła głową.

– To strasznie smutne, Arlys. Ale trzeba to robić. Trzeba się starać to robić, ale – do diabła – jest ich tak wiele. Znacznie więcej niż mówią.

– Wiem.

Fred spojrzała na Arlys z ukosa spod czapki z pomponem.

– Wiesz? Skąd?

– Mam źródło, ale… To jak z niemówieniem na antenie o bezpiecznych strefach. Gdybym wyemitowała wszystko, czego się od niego dowiaduję, to by mnie powstrzymali. I mogliby do niego dotrzeć.

– Nie powiedziałabyś. Nie ujawniłabyś źródła.

– Ja nie, ale namierzyliby go przez mój komputer. Nie mogę ryzykować. Mam protokół od niego na wypadek, gdybym kiedykolwiek powiedziała na antenie to, co zdradził mi w zaufaniu. Mam zniszczyć komputer, na którym pracuję, moje notatki, wszystko. I wyjechać.

– Dokąd?

– Nie mogę ci powiedzieć.

– Ponieważ powiedział ci w zaufaniu.

– Zgadza się. Ale jeżeli…

– Ciii! Słyszysz to? – Fred nie skończyła jeszcze mówić, a już chwyciła Arlys za ramię i pociągnęła na róg Szóstej. – Tutaj.

Gdy Fred wciągnęła ją przez rozbite okno wystawowe sklepu, w którym niegdyś sprzedawano buty, Arlys usłyszała odgłos silnika.

– To chyba motocykl. Najeźdźcy?

– Lubią motocykle. Łatwo manewrować wokół wraków. – Fred przyłożyła palec do ust i odciągnęła Arlys od rozbitego szkła w głąb sklepu.

Arlys zaczęła coś mówić, ale Fred gwałtownie pokręciła głową.

Usłyszały dźwięk rozbijanego szkła, dziki śmiech. A potem ryk silnika zaczął się oddalać, cichnąć.

Fred podniosła rękę, dając znak, że jeszcze nie koniec, i odczekała kilka sekund.

– Niektórzy z nich mają słuch jak nietoperze. A czasami jeżdżą grupami. Nie można ryzykować.

Arlys wypuściła powietrze z płuc i rozejrzała się. Po obu stronach ciągnęły się puste półki. Jeżeli w sklepie znajdowały się jakieś kontuary, to ktoś je zabrał.

Na podłodze walało się kilka butów, parę torebek, jakieś skarpetki.

– Jestem zaskoczona, że cokolwiek zostawili.

– Ci źli biorą, co chcą, a resztę niszczą. Sikają na przedmioty, a nawet robią kupę. Nie potrzebują tych rzeczy, ale nie chcą, żeby ktoś inny je wziął. Niszczenie to ich główne zajęcie.

Fred wyprowadziła Arlys na zewnątrz, podeszła do rogu i rozejrzała się na wszystkie strony, po czym dała do zrozumienia, żeby przebiec na drugą stronę ulicy.

– Piją albo ćpają – ciągnęła – podpalają, strzelają. Jeżdżą, wypatrując kogoś, kto nie ukryje się wystarczająco szybko albo nie zdąży przed nimi uciec. Robią im krzywdę. Albo zabijają. I teraz zaczynają polować.

– Polować na ludzi?

– Przeszukują budynki, w których mieszkają ludzie. Albo mieszkali. Do wielu miejsc nie wchodzą z powodu zmarłych. Ale to nie potrwa długo. Robią to samo, demolują, zabierają, co chcą, i szukają ludzi, którym mogliby wyrządzić krzywdę. Najeźdźcy.

 

Zatrzymała się przy pustym samochodzie.

– Wczoraj go tu jeszcze nie było. Widzisz, próbowali przejechać, ale ulica jest prawie całkiem zablokowana. Nie zabrali swoich rzeczy. Zobacz, nabrali ich za dużo i nie zdołali unieść, bo pewnie musieli uciekać. Targ jest tu niedaleko.

– Czy to bezpieczna strefa?

– Wystarczająco bezpieczna, jeżeli ktoś nie jest głupi. – To mówiąc, uśmiechnęła się.

Zatrzymała się przed frontem sklepu zabitym deskami. Arlys zmarszczyła się na widok symboli namalowanych na deskach.

– A co one oznaczają?

– Och… można powiedzieć, że to na szczęście. Ktoś jest w środku. Ale to dobrze – powiedziała szybko. – To nie Najeźdźcy ani źli.

– Skąd wiesz?

Ale Fred już poluzowała dwie deski.

– Taki dar – odparła. – To działa jak hasło – wyjaśniła zdumionej Arlys i weszła do środka.

Deski zasunęły się za nimi i zrobiło się całkiem ciemno. A potem błysnęło jakieś światło.

– Kto jest z tobą, Fred?

– Cześć, T.J. To Arlys. Pracujemy razem. W porządku. Ona jest z tych dobrych.

– Ściągasz ją do strefy?

– Na pewno nie teraz. Arlys chce zrobić z kimś wywiad, a ja uznałam, że skoro wyszłyśmy ze stacji, to wezmę kilka puszek zupy. Jak tam Noah?

Ponieważ w odpowiedzi usłyszały ciszę, Fred postąpiła krok do przodu.

– T.J., wiesz, że nie sprowadziłabym tu nikogo, kto wyrządziłby krzywdę.

– Może ją wyrządzić niechcący.

– Czy mogłabym prosić o nieświecenie mi w oczy? – powiedziała chłodno Arlys. – Wtedy sama będę mogła odpowiadać. – Latarka powoli się obniżyła.

– Nie wiem, jak długo będziemy nadawać program. Jest nas tylko garstka tych, którzy jeszcze pracują, którzy są w stanie i chcą. Komunikacja ma znaczenie, informacja ma znaczenie, nawet ogólna. Nie wiem, ile osób ma jeszcze dostęp do naszego programu, ale każdy, kto ma, może przekazać tę informację komuś innemu. Przypuszczam – i miejmy nadzieję, że to pesymistyczna prognoza – że zostało nam kilka dni, może tydzień, nim skończy się prąd. Chcę do tego czasu robić, co do mnie należy. A potem znajdę jakiś inny sposób, żeby wykonywać swoją pracę.

– A o co chodzi z tym wywiadem?

– Chcę zrobić reportaż. Chcę, żeby ludzie usłyszeli osobistą relację, ale nie ode mnie, tylko od kogoś, kto to przeżył. Chcę puścić ten materiał. Ponieważ to ma znaczenie. Właściwie tylko to ma teraz znaczenie.

– Chcesz opowiedzieć jakąś historię?

– Chcę, żebyś ty opowiedział swoją – sprostowała Arlys. – Chcę, żebyś mówił do i za tych wszystkich, którzy są w mieście. Co myślisz, co czujesz, co zrobiłeś. Może jedna osoba to usłyszy i to pomoże jej się trzymać.

– Porozmawiaj z nią, T.J. To dobry pomysł.

– Żadnych nazwisk – dodała Arlys. – Zmienimy ci imię. Żadnego miejsca. Nie powiem, gdzie rozmawialiśmy. Mam ze sobą dyktafon. Jeżeli powiesz, że coś jest nieoficjalne, to go wyłączę.

– Zamierzasz to puścić dziś wieczorem?

– Zamierzam to puścić, jak tylko wrócę, poprosić, żeby emitowano to co godzinę, aż do wieczora. Jutro, jeśli zdołam, planuję porozmawiać z kimś innym, zarejestrować jego lub jej historię i zrobić to samo. To nie koniec, nie pozwolimy, żeby to był koniec. Najeźdźcy nas nie rozszarpią. Przetrwamy. Chcę, żebyś mi powiedział, co robiłeś, co robisz.

– Chcesz usłyszeć moją historię? Dobrze, opowiem ci.

– Mogę wyjąć dyktafon? I latarkę?

– Bierz.

Sięgnęła do torby, wymacała latarkę i wyjęła dyktafon z kieszeni, zanim włączyła źródło światła i skierowała je w stronę T.J.

Jej oczom ukazał się duży facet, barczysty ciemnoskóry mężczyzna o zaciętych, błyszczących oczach. Kilkudniowe włosy na jego głowie wskazywały, że jeszcze do niedawna regularnie się golił.

– Nazywaj mnie Ben.

– W porządku, Ben. Włączam dyktafon. Tu Arlys Reid. Rozmawiam z Benem. Poprosiłam go, żeby opowiedział mi, nam wszystkim, swoją historię. Pandemia zmieniła wszystko w życiu każdego z nas. Jak ty sobie radzisz, Ben?

– Wstajesz rano i robisz to, co musisz. Wstajesz, przez ułamek sekundy wydaje ci się, że wszystko jest jak dawniej. Ale od razu wiesz, że tak nie jest. Nigdy nie będzie, mimo to wstajesz i działasz. Trzy tygodnie i dwa dni temu straciłem mojego męża. Najlepszego człowieka, jakiego kiedykolwiek znałem. Policjant, odznaczony. Kiedy sprawy przybrały zły obrót, codziennie wychodził do pracy, starał się pomagać innym. Służyć i chronić. Zapłacił za to życiem.

– Został zabity podczas pełnienia obowiązków służbowych?

– Owszem. Ale nie przez kulę czy nóż. To byłoby może łatwiejsze do zniesienia. Został zarażony, zachorował. Tyle że szpitale były już wtedy przepełnione… Nie poszedł. Oświadczył, że to nie ma sensu. Chciał umrzeć w domu, w naszym domu. Martwił się, że mnie zarazi, ale ja nie zachorowałem.

Przez dłuższą chwilę milczał, jakby musiał zebrać myśli.

– Robiłem dla niego wszystko, co mogłem, przez dwa okropne dni. Dwa dni, tyle wystarczyło, kiedy już zdaliśmy sobie sprawę, że nie możemy dłużej udawać, że to nie tylko wyczerpanie wynikające z pracy na dwie zmiany, ale wirus apokalipsa. Nie będę mówił o tych dwóch dniach. Powiem tylko, że umarł tak, jak chciał. W domu. A ja zabrałem go… tam, gdzie go pochowałem.

– Tak mi przykro, Ben.

– Wszyscy myślą, że to, co ich spotkało, jest najgorszą rzeczą, jaka mogła się im przytrafić. A to, ta cholerna plaga, każdemu kogoś odebrało. Wszystkich nas spotkało najgorsze, co mogło się zdarzyć.

– Ale przetrwałeś to. Cały czas z tym żyjesz.

– Chciałem umrzeć. Zachorować i umrzeć, ale się nie zaraziłem. Myślałem, że mogę wziąć pistolet, jego broń służbową, i w ten sposób odejść. Myślałem o tym, kiedy ludzie buntowali się na ulicach, kiedy zachowywali się jak zwierzęta. I myślałem o tym, co mi powiedział: jak bardzo byłby rozczarowany, gdybym nie cenił sobie życia i nie pomagał innym. I nadal się wahałem.

Zamilkł na blisko pół minuty, jednak Arlys nic nie powiedziała, dała mu czas, dała mu znaleźć słowa.

– Tam, gdzie mieszkam – podjął – w moim budynku, ludzie umierali albo uciekali, albo przyłączali się do tych zwierząt na ulicach. I pomyślałem, że nie ostanie się już nic poza ciemnością. Ale usłyszałem w głowie głos męża, który powiedział: Nie rób tego. Nie poddawaj się.

– I nie zrobiłeś tego.

– Prawie zrobiłem. Któregoś dnia wyszedłem, zacząłem wychodzić. Może znajdę trochę jedzenia, może po prostu będę szedł. I na schodach natknąłem się na pewnego chłopaka. Mieszkał w tym samym budynku. Nie znałem jego imienia, nie będę go tu podawał.

– Nazwijmy go John.

– Dobrze. John siedział na schodach i płakał. Jego rodzice i brat – wszyscy zmarli. Nie mógł zostać w mieszkaniu. Można sobie wyobrazić dlaczego.

– Tak.

– Z początku sądził, że chcę go skrzywdzić. Nie uciekał. Zamierzał wstać i walczyć, ten przerażony chłopaczek w żałobie. Był gotów walczyć, a ja tylko się rozczulałem nad sobą. Więc usiadłem na schodach i zaczęliśmy rozmawiać. Najpierw zabrałem ciało jego mamy, mieliśmy ją pochować tam, gdzie pogrzebałem swojego męża. Kiedy wychodziliśmy, ktoś się pojawił. Nie chcę podawać jego imienia – dodał, ale Arlys dostrzegła, że zerknął na Fred. – Spytała, czy może mam pomysł. Znała innych, którzy mogli nam pomóc. Więc poprosiliśmy o pomoc i urządziliśmy pogrzeb jego rodzinie.

A John zamieszkał ze mną. Wstajemy rano i jemy śniadanie. Trochę czytamy, odrabiamy matematykę i inne przedmioty. To ważne, żeby chłopak nadal się uczył. Pokazuję mu, jak walczyć, w razie gdyby to było konieczne. Gramy w gry, ponieważ zabawa jest równie ważna, co nauka. Wstajemy i robimy to, co trzeba zrobić, i tak dajemy radę. Kiedy będzie gotów – minęło dopiero kilka tygodni – zamierzam go zabrać z miasta. Wyjechać i znaleźć jakieś czyste miejsce. I tam też będziemy wstawać rano i robić to, co trzeba robić. Zbudujemy życie, bo przecież śmierć nie może być wszystkim, co zostało.

Urwał i spojrzał na Arlys tak, jakby zaglądał jej w duszę.

– To nie koniec – powiedział, powtarzając jej słowa: – Nie pozwolimy, żeby to był koniec.

– Dziękuję ci, Ben. Mam nadzieję, że twoja historia dotrze do tych, którzy jej potrzebują. Ja jej potrzebowałam. Mówiła Arlys Reid, wdzięczna, że istnieją ludzie, którzy robią to, co trzeba robić.

Wyłączyła dyktafon.

– Nie czekaj, aż on będzie gotów. Zabierz stąd Johna najszybciej, jak się da.

– Nazywa się Noah. – T.J. przebiegł wzrokiem od jednej kobiety do drugiej, zanim utkwił w niej spojrzenie. – Wiesz coś, o czym nie mówisz.

– Wiem, że będzie tu gorzej. Wiem, że gdyby los jakiegoś dziecka zależał ode mnie, to zabrałabym je stąd. Fred mówiła, że są ludzie, którzy mogą ci w tym pomóc. Spakuj się i poproś ich o pomoc. – Umilkła, po czym zwróciła się do Fred: – Powinnaś iść z nimi.

– Zostanę z tobą. Wiesz, z kim się skontaktować, T.J. Poważnie, jeżeli Arlys mówi, że powinieneś wyjechać, to zrób tak. Dla Noah.

– Porozmawiam z nim. On wie, że prędzej czy później to nastąpi. Będzie mi cię brakowało, Fred.

Podszedł i przytulił ją, górując nad nią niczym skała.

– Ja też będę tęskniła za tobą i Noah. Ale wiesz, jeżeli jest nam to pisane, to jeszcze się spotkamy.

– Chciałbym, żeby było nam pisane. – Wyciągnął rękę do Arlys.

– Sądziłem, że opowiedzenie swojej historii obudzi we mnie gniew. Tak się nie stało. Trzymaj się.

– Taki mam zamiar. Powodzenia, T.J.

Podniósł torbę, w którą zbierał zapasy, rozejrzał się wokół siebie i wśliznął do dziury między deskami.

– To będzie dobry materiał. Mocny. Myślę, że był tutaj, ponieważ musiał opowiedzieć swoją historię i usłyszeć od ciebie, że ma zabrać Noah i uciekać.

– Mieliśmy szczęście.

– Nie szczęście. To nie przypadek. Muszę ci coś powiedzieć – nieoficjalnie.

– Dobrze. Weźmy zupę i powiesz mi w drodze do stacji. Chcę to zmontować.

– Lepiej będzie, jak ci to pokażę, i to tu, gdzie jest bezpiecznie. Tylko nie panikuj, okej?

– Dlaczego miałabym…?

Arlys urwała. Szczęka jej opadła, kiedy Fred poruszyła palcami i zatańczyły wokół niej migotliwe ogniki.

– Jak ty to…?

– Chciałam, żebyś lepiej widziała. – Wyciągnęła ręce na boki.

Na oczach zaskoczonej Arlys z pleców Fred wyrosły opalizujące skrzydła, migocząc tuż pod jej kurtką. A dziewczyna uniosła się nad podłogą, krążąc w powietrzu i machając skrzydłami.

– Co to takiego? Co to jest? – zdumiała się Arlys.

– Z początku trochę spanikowałam – tak się po prostu stało któregoś dnia. A potem stwierdziłam, że to jest absolutnie niesamowite. Okazuje się, że jestem duszkiem!

– Co? Duszkiem? To jakieś szaleństwo. Przestań tak machać!

Płynnym ruchem Fred sfrunęła na ziemię, ale skrzydła nie zniknęły.

– To bardzo fajne, wiesz. Nie możesz o tym nikomu opowiadać, Arlys. To znaczy o mnie. Nazywają nas Niesamowitymi – wciąż nie wiem, czy mi się to określenie podoba, czy nie, ale przyzwyczajam się do niego. No wiem, sądząc po tym, jak robisz relacje, myślisz sobie „Tak, akurat”. Ale patrz. – Fred znowu uniosła się w powietrze. – Właśnie tak!

– To niemożliwe.

– Śmierć ponad miliarda ludzi w miesiąc też nie powinna być możliwa. A jest. A to? Ja? Inni tacy jak ja? To nie tylko możliwe, to równie rzeczywiste, jak cała reszta. Może to jakiś rodzaj równowagi? Nie wiem. Nie potrafię tego rozgryźć, po prostu to akceptuję.

– Inni? Jak ty?

– Duszki, elfy, wiedźmy, syreny, czarodzieje, a to tylko ci, których poznałam.

Jakby zachwycił ją jakiś pomysł, Fred pofrunęła kilkanaście centymetrów wyżej.

– Musimy być ostrożni. Wśród magicznych też są dobrzy i źli. Więc są źli, którzy chcą nas skrzywdzić, oraz zwyczajni ludzie, którzy tego nie rozumieją, a którzy też chcieliby nas niszczyć.

Sfrunęła i dotknęła ramienia Arlys.

– Pokazałam ci to i mówię o tym, bo coś mi podpowiada, że powinnam to zrobić. Zawsze ufałam temu wewnętrznemu głosowi, nawet gdy nie zdawałam sobie sprawy z jego istnienia.

– Może zasnęłam przy biurku i to wszystko tylko mi się śni.

Fred zaśmiała się i dała jej lekkiego kuksańca w ramię.

– Wiesz, że nie.

– Ja… naprawdę musimy o tym porozmawiać.

– Jasne. Musimy teraz wrócić i przygotować ten materiał. Może wrócimy do tego po wieczornych wiadomościach, jak skończymy pracę. Możemy napić się wina i pogadać o tym. Mam trochę zachomikowanego wina.

 

– Obawiam się, że to będzie wymagało bardzo dużej ilości wina.

– Okej, ale teraz zupa. Musisz poprawić makijaż i ułożyć włosy, zanim wejdziesz na antenę.

– Słusznie.

– Panikujesz?

– Trochę tak.

Fred uśmiechnęła się.

– Ale zrobisz to, co będzie trzeba. Nie zdradzisz mnie, tak samo jak nie zdradzisz swojego źródła czy T.J. i Noah. Kierujesz się etyką.

* * *

Kiedy wróciły do stacji, Jim określił to inaczej. Nazwał ich zachowanie lekkomyślnością i wygłosił obu ostre kazanie. Kazanie, które do głębi zirytowałoby Arlys, gdyby nie widziała malującego się na jego twarzy niepokoju i nie usłyszała w tym gniewie obawy o ich bezpieczeństwo.

Nie mógł wszakże skrytykować rozmowy. Wysłuchał jej dwa razy, po czym usiadł.

– Jest wyjątkowy – wymamrotał. – Pozwoliłaś mu nadawać kierunek, pozwoliłaś mówić z serca. Cała masa reporterów przygwoździłaby go mnóstwem pytań, próbowała pokierować rozmową. Ty nie.

– To była jego historia, nie moja, Jim.

Obrócił się na krześle i wyjrzał przez okno rzadko używanego biura. Zawołał je tutaj, na dywanik, ponieważ był wkurzony i przestraszony.

– Bo to nigdy nie jest twoja historia. Zanim wszystko diabli wzięli, całe mnóstwo dziennikarzy o tym zapomniało. Sam się zapomniałem, mogłem przeoczyć tę cechę u ciebie. – Odwrócił się do nich. – Dajmy to na antenę. Potrzebujesz zapowiedzi.

– Już mam ją w głowie. Chciałabym emitować to co godzinę, aż do wieczornych wiadomości.

– Dobrze. Ale na drugi raz nie rób niczego takiego bez uzgodnienia tego wpierw ze mną. I nie zabieraj ze sobą tej smarkuli. Przepraszam, Fred, ale trudno nazwać cię Wonder Woman.

– Raczej Dzwoneczkiem – mruknęła Arlys i Fred musiała się roześmiać.

– Dokładnie. A teraz bierzmy się do roboty.

Arlys podyktowała zapowiedź, podczas gdy Fred poprawiła jej makijaż i wygładziła włosy. Czekała przy stanowisku prezentera na zielone światło, na sygnał.

– Tu Arlys Reid. Mam dla państwa, żywię nadzieję, nie jednorazowy punkt programu. Każdego dnia, mimo tragedii i rozpaczy, ludzie żyją dalej. Każda z tych osób żyje w żałobie, w niepewności. Każdy ma historię do opowiedzenia, o życiu, jakie prowadził i jakie prowadzi teraz. Oto historia Bena.

Kamera została wyłączona, uruchomiono nagranie.

Wysłuchała tych słów ponownie i także tym razem bardzo ją uderzyły. Pomyślała o dużym mężczyźnie oraz młodym chłopcu; łudziła się nadzieją, że znaleźli drogę do jakiegoś bezpiecznego miejsca.

– Odtworzymy historię Bena za godzinę – powiedziała na zakończenie – żeby nam wszystkim przypominała o nadziei i ludzkości. Mówiła Arlys Reid, zobaczymy się za godzinę.

Fred zaklaskała. Z westchnieniem zadowolenia Arlys wstała i gestem dała Fred do zrozumienia, żeby poszła z nią do newsroomu. – Zamierzam namówić Jima, żeby pozwolił nam jutro pójść z ręczną kamerą.

– Super!

– Nie pokażemy twarzy nikogo, kto nie będzie tego chciał, ale możemy nagrać trochę materiałów dodatkowych. Jeżeli jest ktoś, kogo znasz, kto chciałby ze mną porozmawiać, daj im znać, że jest taka możliwość. A to wino, Fred? Spotkajmy się u mnie po pracy. Możesz zanocować. Myślę, że czeka nas długa rozmowa.

– Piżama party! Suuuper.

Arlys nie potrafiła zrozumieć, jak można być tak radosnym, biorąc pod uwagę stan ludzkości. Ale potem pomyślała: no tak, duszek. Czyż duszków nie rozpierała zawsze radość? Jak kobieta, którą znała prawie rok, mogła być czymś, co przecież nie powinno istnieć?

Od zastanawiania się nad tym zaczęło się jej kręcić w głowie.

Musi zająć się pracą, sprawdzić, co zdoła znaleźć do wieczornych wiadomości.

Nie znalazła wiele, ale wiedziała, że kiedy będzie mówić o tym, że w Wisconsin widziano kobietę, która sprawiła, że na śniegu rozkwitły kwiaty, w jej głosie nie może dać się wyczuć drwiny.

Postanowiła do wieczornego programu zmienić żakiet, zdjąć kolczyki i uczesać włosy w kok. Nie ma sensu zanudzać ludzi ciągle tym samym wyglądem.

Ponieważ wypiła już swój przydział kawy – napomniała się, że należy brać tylko tyle, ile potrzeba – zdecydowała się na wodę.

Zajęła miejsce przy stanowisku prezentera, sprawdziła, czy ma ułożone notatki, i rozluźniła ramiona. Przyda się jej to wino.

Przybrała profesjonalną minę, dostała sygnał. Gdy zaczęła pierwszą część, dobiegło ją jakieś zamieszanie za kamerą. W słuchawce rozległ się głos Jima.

– Bob Barrett właśnie wszedł do studia. Chyba jest pijany. Schodzę na dół, spróbuję go odciągnąć.

Czytała dalej, ale kątem oka dostrzegła jakiś ruch.

Teraz usłyszała głos Carol:

– Jim nie zdąży na czas. Mogę zrobić cięcie.

– Arlys Reid! – zabełkotał głębokim barytonem Bob, kiedy szedł ku niej, a raczej się zataczał.

– Wszystko w porządku, Carol. To biurko Boba.

– Cholerna racja. – Wszedł na podwyższenie i opadł na miejsce koło niej.

Śmierdział… dżinem i stęchłym potem. Jego pobrużdżona zmarszczkami twarz połyskiwała od potu i w studyjnym oświetleniu wydawała się chorobliwie blada. Nabiegłe krwią oczy patrzyły na nią z urazą.

– Dwanaście lat siedziałem w tym miejscu.

– Niewzruszenie. Chcesz skończyć wieczorne wiadomości?

– Aaaa, pierdolić wieczorne wiadomości. Świat zmienił się w piekło i wszyscy o tym wiedzą. Historia Bena? – Prychnął z obrzydzeniem. – Nie bierz mnie za serce, nowa. Ja im dam historię.

Arlys zamarła, kiedy wyciągnął broń i zamachał nią w stronę Jima, który biegł do stanowiska.

– Nie podchodź, Jimbo. Niech nikt do mnie nie podchodzi. I, Carol, słonko, jeżeli zdejmiesz mnie z anteny, będę o tym wiedział. Zrób to, a wpakuję kulkę w łeb tej ślicznotce.

Arlys próbowała przełknąć ślinę, ale w gardle jej całkiem zaschło.

– To twoje biurko, Bob – wychrypiała.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?