PoczątekTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ CZWARTY

Podczas gdy Arlys czytała doniesienia, Lana słuchała jednej nieprzyjemnej wiadomości za drugą i wyglądała przez okno.

Uwielbiała sięgające od podłogi do sufitu okna loftu, uwielbiała przypatrywać się dzielnicy, w której zamieszkała. Ileż było takich ranków, gdy we dwoje z Maksem biegli na drugą stronę ulicy do malutkiej piekarni po świeże bajgle? Teraz zamiast wystawy pełnej kuszących ciastek i ciast witrynę zasłaniały płyty upstrzone obscenicznymi graffiti.

Powiodła spojrzeniem ku delikatesom na rogu, gdzie tak często żartowała z wesołą sprzedawczynią. Przypomniała sobie jej imię – Doris. Tak, tak. Nazywała się Doris i zawsze nosiła biały czepek na ciasno ściągniętych do tyłu, siwiejących lokach, a usta miała pomalowane jaskrawoczerwoną szminką.

Ledwie dzień wcześniej Lana wyglądała przez to samo okno i obserwowała, jak rodzinny niegdyś sklep pełen klientów skurczył się do kupki osmalonych cegieł, nadal dymiących drewnianych elementów i rozbitego szkła.

Na pewno zrobiono to wyłącznie dla złośliwej satysfakcji.

Zniszczono lub zamknięto tak wiele sklepów i restauracji, w których ona i Max ongiś bywali, a w których teraz tak dobrze czuli się szabrownicy. Wandale nie próżnowali.

Inne lofty i mieszkania stały puste lub zamknięte na głucho. Zastanawiała się, czy za tymi drzwiami znajdowali się żywi, czy martwi.

Tego ranka nikogo nie zauważyła na chodnikach. Nie było nawet tych, którzy odważali się wychynąć w poszukiwaniu zapasów i innego zaopatrzenia, nim ponownie zamknęli się na trzy spusty. Nie przejechało ani jedno auto.

Pojawiali się nocą, wraz z narastającą ciemnością. Samozwańczy Najeźdźcy. Lana zastanawiała się, czy można ich było jakoś inaczej nazwać. Wyrastali znikąd niczym wściekłe wilki, napadając stadami i przemieszczając się na ryczących motocyklach. Strzelali, rzucali w okna kamieniami lub bombami zapalającymi. Niszczyli, palili, szabrowali, śmiali się w głos.

Poprzedniej nocy, obudzona przez krzyki, zaryzykowała i wyjrzała przez okno. Zobaczyła bandę Najeźdźców stojących prawie na progu ich budynku. Dwóch się kłóciło, zaczęło ze sobą walczyć, wyciągnęli noże, podczas gdy reszta ich otoczyła i wznosiła gromkie okrzyki na widok krwi. Porzucili wykrwawiającego się przegranego na ulicy – ale uprzednio go skopali, a ktoś nawet po nim skakał.

Max zadzwonił na policję. Przybierające na sile moce pomogły mu wzmocnić sygnał, jako że telefony – naziemne i komórkowe – rzadko teraz działały.

Zjawili się po godzinie od telefonu z całym bojowym rynsztunkiem. Wsadzili ciało do worka i zabrali je, nie weszli jednak do budynku i ani z nią, ani z Maksem nie zamienili nawet słowa.

Z okna widziała na ulicy kałuże krwi.

Jak to możliwe, że świat stał się tak mrocznym, okrutnym miejscem? W tym samym czasie, w którym wstąpiło w nią światło? Czuła, jak wzbiera, czuła jego blask, czuła ten napływ mocy za każdym razem, gdy się na nią otwierała.

Wiedziała, że z Maksem jest podobnie – przeżywał taki sam rozkwit i zdumienie.

Zdawała sobie doskonale sprawę, że spotkało to nie tylko ich. Kobieta, która skoczyła z dachu budynku po drugiej stronie ulicy. Nie z rozpaczy, ale dla czystej radości szybowania na rozpostartych świetlistych skrzydłach. Albo chłopak, góra dziesięcioletni, który podskakując, biegł ulicą, machaniem rąk włączając i wyłączając sygnalizację świetlną.

Widziała tańczące światełka, obserwowała, jak niektóre z nich podfruwają na tyle blisko jej okna, że potrafiła rozróżnić ich postacie – damskie, męskie.

Cuda. Z tego okna widziała cuda. I podłość. Ludzkie okrucieństwo, siejące zniszczenie za pomocą broni palnej, noży i dzikich spojrzeń. Mrocznej strony magii, która ciskała śmiercionośne kule ognia lub powalała innych czarnymi, krzyczącymi mieczami.

Toteż, choć światło w niej przybierało na sile, świat umierał na jej oczach.

Z drżeniem serca Lana pomyślała o liczbach podanych przez kobietę z telewizji. Ponad półtora miliarda zgonów. Ponad półtora miliarda istnień ludzkich zniknęło z powierzchni ziemi – nie z powodu terroryzmu, bomb, czołgów czy obłąkanej ideologii. Lecz wirusa, jakichś mikroskopijnych mikrobów, które naukowcy beznamiętnie nazwali ciągiem liter i cyfr.

A ludzie, jej zdaniem, znacznie zwięźlej – apokalipsą.

Arlys Reid była teraz dla Lany podstawowym probierzem świata poza loftem. Oczekiwała z niecierpliwością na te codzienne wiadomości, gdyż reporterka wydawała jej się taka spokojna, tak niemożliwie spokojna, kiedy informowała o tych wszystkich okropieństwach.

I nadzieja, westchnęła Lana. Ciągła praca nad lekiem. Tylko że nawet gdy się pojawi – i czy się pojawi? – nic już nie będzie takie samo.

Apokalipsa rozprzestrzeniała swe trucizny z błyskawiczną precyzją, podczas gdy magia – zarówno ciemna, jak i jasna strona mocy – przybierała na sile, by wypełnić próżnię, którą wywołała śmierć.

Co z tego koniec końców zostanie?

– Lano, odejdź od okna, to niebezpieczne – poprosił Max.

– Osłoniłam je. Nikt nie zajrzy do środka.

– A czy sprawiłaś również, że stało się kuloodporne? – Max podszedł i ją odciągnął.

Odwróciła się do niego i zacisnęła oczy.

– Och, Max. Jak to możliwe? Na zachodzie jest dym. Zasnuł prawie całe niebo. Nowy Jork umiera.

– Wiem o tym. – Wziął ją w objęcia i objął spojrzeniem widok nad jej głową: dymy i coś, co przypominało ptaki, czarne na tle szarości i krążące. – W końcu udało mi się dodzwonić do Erica.

Lana szybko się odsunęła. Max od wielu dni usiłował skontaktować się ze swym młodszym bratem.

– Bogu dzięki! Wszystko u niego dobrze?

– Tak. Też nie dodzwonił się do rodziców. Skoro byli we Francji, kiedy to się zaczęło… nie ma się jak dowiedzieć. Nie umiałem tak daleko przepchnąć sygnału. Jeszcze nie.

– Wiem, że nic im nie jest. Po prostu wiem. Gdzie jest Eric?

– Nadal na Stanowym Pensylwańskim, ale mówi, że jest źle i że w nocy spróbuje się wydostać. Zamierza kierować się na zachód, z dala od miasta. Ma grupkę ludzi, z którymi będzie podróżować. Gromadzą zapasy. Zdołał podać mi miejsce, do którego jadą, zanim padł sygnał. Nie byłem w stanie go już dłużej utrzymywać.

– Jednak dodzwoniłeś się do Erica i jest zdrów. – Uchwyciła się kurczowo tej myśli, ściskając dłonie Maksa. – Chcesz jechać, znaleźć go.

– Musimy wydostać się z Nowego Jorku, Lano. Sama powiedziałaś, miasto umiera.

Zerknęła za siebie na okno.

– Całe życie – bąknęła. – Spędziłam tu całe życie. Tu pracowałam, tu cię poznałam. To już nie jest nasz dom. A ty musisz znaleźć Erica. Musimy iść i oboje go znaleźć.

Ulżyło mu, że Lana to rozumie. Przytulił policzek do czubka jej głowy. Znalazł swoje miejsce tutaj, w tym mieście, uważał je za centrum swego świata – tu pisał, co kochał robić, tu odkrył w sobie moc. Tutaj tak naprawdę stał się tym, kim był, tu studiował, praktykował czarostwo, wypracował pozycję zawodową. Tutaj znalazł Lanę i tutaj zaczęli budować wspólne życie.

A teraz jego miasto płonęło i krwawiło. Widział dość, by zdawać sobie sprawę, że trafią z nim do piekła, jeżeli tu zostaną. On mógł ryzykować, ale nie mógł narażać Lany.

– Muszę znaleźć Erica, ale najważniejsza dla mnie jesteś ty i twoje bezpieczeństwo.

Odwróciła głowę, żeby musnąć ustami jego szyję.

– Nawzajem będziemy dbać o swoje bezpieczeństwo. Może któregoś dnia wrócimy, pomożemy odbudować miasto.

Nic nie odpowiedział. To on wychodził z loftu, przeszukiwał miasto, żeby zdobyć prowiant. Jego nadzieje na powrót przepadły.

– Jedna z osób w grupie Erica ma letni dom w Alleghenies, chcą tam dotrzeć. Jest położony na uboczu. – Max cały czas wpatrywał się w widok za oknem, gdzie ptaki – czy aby teraz nie nadleciało ich jeszcze więcej? – krążyły w kłębach dymu. – Tam powinno być bezpiecznie – podjął po chwili. – Im dalej od miasta, tym lepiej. Opracowałem już najlepszą trasę.

– To daleko stąd. Doniesienia – wiarygodna Arlys Reid – mówią, że tunele są zablokowane. A wojsko postawiło barykady. Usiłuje powstrzymać ludzi przed podróżami.

– Wydostaniemy się. – Przyciągnął ją znowu, chwycił za barki i przesunął dłońmi po jej ramionach, jakby chcąc jej przekazać swoją determinację. – Damy radę, Lano. Spakuj to, czego potrzebujesz, i tylko to, czego potrzebujesz. Ja teraz wyjdę, zdobędę trochę zapasów. A potem ukradniemy jakiś samochód, jest mnóstwo porzuconych. Potrafię go uruchomić.

Spojrzał na swoje dłonie.

– Poradzę sobie z tym. Pojedziemy na północ, dostaniemy się na Bronx.

– Bronx?

– Głównym problemem są tunele i mosty. Będziemy musieli przedostać się przez Cieśninę Harlemską, ale z tego, co wiem, nikt nie zabrania ludziom jechać na Bronx.

– Jak się tam dostaniemy?

– Najszybciej będzie chyba przez most Park Avenue. – Od wielu dni studiował mapy. – To most kolejowy, ale pickup albo terenówka powinny sobie na nim poradzić. To jakieś czterdzieści metrów, zjedziemy zaraz, jak tylko na niego wjedziemy. I będziemy kierować się na północ, aż będzie można skręcić na zachód do Pensylwanii. Musimy się wydostać z Nowego Jorku. Tu będzie tylko gorzej.

– Wiem. Czuję to. – Chwyciła Maksa za rękę i obróciła się w stronę telewizora. – Ona mówi, że rząd, naukowcy, dygnitarze, wszyscy twierdzą, że są coraz bliżej opracowania szczepionki, ale ja tego nie czuję, Max, choćbym bardzo chciała.

Pełna nagłej determinacji postąpiła krok w tył.

– Spakuję nas. Nie będziemy wiele potrzebować.

– Ciepłe ubrania – podsunął. – I włóż coś, w czym możesz się swobodnie poruszać, w razie potrzeby biec. Spakujemy też jedzenie, ale nie za dużo. Latarki, dodatkowe baterie, woda, kilka koców. Zdobędziemy więcej rzeczy, kiedy będziemy już w drodze.

 

Spojrzała na ścianę regałów – od podłogi do sufitu, zupełnie jak okna – i dziesiątki książek. Na części z nich było jego nazwisko.

Zrozumiał to i wzruszył ramionami.

– I tak już je przeczytałem. Wychodzę, znajdę nam plecaki. Tymczasem spakuj nas w jedną torbę, Lano.

– Uważaj na siebie.

Wziął jej twarz w dłonie i pocałował.

– Będę za godzinę.

– To się zbieram. – Ale ponieważ zdjął ją lęk, przytrzymała go jeszcze na chwilę. – Jedźmy już teraz razem. Proszę, Max. Zdobędziemy potrzebne rzeczy, gdy wydostaniemy się z miasta.

– Lano, kochanie. – Pocałował ją w czoło. – Umarło wiele osób, które wyjechały nieprzygotowane. Nie stracimy głowy, zrobimy to, jak należy. Ciepłe ubrania – powtórzył i włożył kurtkę i czapkę narciarską. – Godzina. Zamknij za mną.

Kiedy wyszedł, przekręciła zamki, które zainstalowali, odkąd zaczęło się to szaleństwo.

Wróci, pocieszyła się w myślach. Wróci, bo jest bystry i szybki i ma moc. Bo nigdy nie zostawiłby jej samej.

Poszła do sypialni i powiodła wzrokiem po ubraniach w szafie. Żadnych fajnych ani eleganckich ciuchów, westchnęła, żadnych wytwornych, seksownych butów. Poczuła, że ściska jej się serce, i wyobraziła sobie, że to samo poczuł Max na myśl o zostawieniu swoich książek.

Konieczność oznaczała pozostawienie rzeczy, które kochają, ale nigdy siebie.

Spakowała swetry, bluzy, grube legginsy, wełniane spodnie, dżinsy, flanelowe koszule, skarpetki, bieliznę. Jeden koc, jeden duży, ciepły szal, dwa ręczniki, saszetkę z podstawowymi przyborami kosmetycznymi.

To samo pomyślała w łazience na widok produktów do pielęgnacji twarzy i włosów, akcesoriów do makijażu oraz olejków kąpielowych. Postanowiła wziąć tylko jeden jedyny słoiczek ulubionego kremu nawilżającego. Uznała, że to konieczność.

Weszła do salonu, kiedy Arlys Reid kończyła program relacją o kobiecie, która galopowała nago po Madison na jednorożcu.

– Mam nadzieję, że to prawda – mruknęła Lana i po raz ostatni wyłączyła telewizor.

Z sentymentu wybrała swoje ulubione zdjęcie z Maksem. Stał za nią i ją obejmował. Ona skrzyżowała ręce i trzymała go za dłonie. Był ubrany w czarne dżinsy i niebieską koszulę z podwiniętymi rękawami, ona w letnią, zwiewną sukienkę, wokół nich rozciągała się bujna zieleń Central Parku.

Spakowała fotografię razem z ramką między ręczniki. I wsunęła egzemplarz jego pierwszej wydanej książki zatytułowanej Król Czarodziej.

Gnana nadzieją na koniec tego horroru poszła do jego gabinetu i wzięła przenośny dysk, na który kopiował pisane książki. Któregoś dnia, kiedy w świecie zagości normalność, będzie tego potrzebował.

Wyjęła z wąskiej szafki kuchennej dwie latarki i zapasowe baterie. Spakowała chleb, który upiekła dzień wcześniej, torebkę makaronu, torebkę ryżu, saszetki ziół, które ususzyła, kawę, herbatę. Do małej, miękkiej torby-chłodziarki włożyła kilka łatwo psujących się produktów, trochę zamrożonych piersi kurczaka.

Nie umrą z głodu – przynajmniej przez jakiś czas.

Rozwinęła miękką torbę na noże, cudowne japońskie ostrza, na które oszczędzała miesiącami, ale były tego warte. Pewnie nie powinna była zabierać ich wszystkich, musiała jednak przyznać, że zostawienie któregoś z nich złamie jej serce bardziej niż porzucenie garderoby. Poza tym to narzędzia, a one zawsze się przydadzą.

Zawinęła je i odłożyła. Uznała, że skoro to jej narzędzia, będzie je nosiła w plecaku. Jej narzędzia, jej ciężar.

Jakkolwiek głupie to było, poszła do sypialni, posłała łóżko i ułożyła poduszki.

Ubrała się – ciepłe ubrania, grube skarpety, solidne buty.

Kiedy usłyszała pukającego Maksa – siedem razy, trzy, trzy, raz – prawie przefrunęła do drzwi, szarpiąc zamki. A potem rzuciła się w jego ramiona.

– Nie martwiłam się – nie pozwoliłam sobie na to – kiedy cię nie było. – Wciągnęła go do środka. – Więc wszystko wezbrało i odpuściło w chwili, gdy usłyszałam twoje pukanie.

Do oczu napłynęły jej łzy. Parsknęła śmiechem, kiedy wyciągnął w jej kierunku plecak w kolorze czerwonego wina, z cukierkoworóżowym wykończeniem.

Uśmiechnął się do niej szeroko.

– Lubisz róż. Mieli jeden w sprzedaży

– Max… – Starając się powstrzymać łzy, wzięła plecak. – Jejku. Jaki ciężki.

– Już je spakowałem. Twoje i moje męskie moro.

Chociaż jej tego nie powiedział, w jego plecaku był pistolet kaliber 9 milimetrów i dodatkowe magazynki, które znalazł w splądrowanym składzie.

– Każde z nas ma narzędzie uniwersalne i zestaw do filtrowania wody oraz trochę elastycznych linek. – Zdjął czapkę i przeczesał palcami włosy. – Jesteśmy nowojorczykami, Lano. Mieszczuchami. Tam będziemy obcy na obcej ziemi.

– Będziemy razem.

– Nie pozwolę, żeby ktoś cię skrzywdził.

– Dobrze. Ja też nie pozwolę nikomu cię skrzywdzić.

– Spakujmy resztę. Być może będziemy musieli trochę maszerować, nim natrafimy na coś, co nadaje się do jazdy. Chcę wydostać się z Nowego Jorku przed zmrokiem. – Kiedy dopakowywali plecaki, zmierzył wzrokiem jej torbę z nożami. – Wszystkie?

– Nie wzięłam ani jednej pary od Manolo. To boli, Max. To boli.

Zastanowił się nad tym krótko, po czym wziął ze stojaka butelkę wina i wsunął ją do swojego plecaka.

– To wydaje się sprawiedliwe.

– Owszem. Ty masz nóż przy pasku. To pochwa na nóż, prawda?

– To narzędzie. I zabezpieczenie – dodał, gdy nic nie powiedziała. Po chwili odsunął suwak przedniej kieszeni plecaka, wyjął pistolet i kaburę.

Autentycznie wstrząśnięta na widok broni w jego ręku cofnęła się.

– Och, Max. Tylko nie broń. Zawsze mieliśmy do niej identyczne podejście.

– Obca ziemia, Lano. Niebezpieczna. – Przymocował kaburę do paska. – Nie wychodziłaś z domu od prawie dwóch tygodni. – Wziął jej dłoń i ścisnął. – Zaufaj mi, to konieczne.

– Ufam ci. Chcę się stąd wydostać, Max, i pojechać gdzieś, gdzie pistolety nie są konieczne, a noże nie rozwiązują sytuacji. Chodźmy już.

Zaczęła wkładać kaszmirowy płaszcz – niebieski jak jej oczy – który dostała od niego na Boże Narodzenie, ale kiedy pokręcił głową, sięgnęła po parkę. Przynajmniej nie sprzeczał się o kaszmirowy szalik, którym owinęła szyję.

Pomógł jej włożyć plecak.

– Dasz sobie z nim radę?

Zacisnęła dłoń w pięść i zgięła rękę w łokciu.

– Jestem mieszkanką miasta, która chodzi na siłownię. A raczej chodziła.

I z tymi słowy wzięła torebkę i przerzuciła ją przez ramię.

– Lano, nie potrzebujesz…

– Zostawiam robot kuchenny, żeliwny garnek, noszone dokładnie raz louboutiny za kolana, ale bez torebki nie wyjdę. – Rozluźniając barki, żeby plecak dobrze się ułożył, spojrzała na niego spokojnie i zaczepnie. – Apokalipsa czy nie apokalipsa, są jakieś granice, Max.

– To te buty, w których weszłaś do mojego gabinetu, mając na sobie jedną z moich koszul?

– Owszem. Nosiłam je zatem dwa razy.

– Będę za nimi tęsknił tak samo jak ty.

Pomyślała, że to dobrze, że się uśmiechnęli przed wyjściem z domu.

Max chwycił torbę, którą przygotowała. Otworzył drzwi.

– Będziemy cały czas szli – oznajmił. – Po prostu będziemy szli, dopóki nie natrafimy na pickupa albo terenówkę.

Ponieważ uśmiech spełzł jej z twarzy, tylko kiwnęła głową.

Ruszyli ku klatce schodowej znajdującej się na końcu wspólnego korytarza.

Drzwi ostatniego mieszkania uchyliły się lekko.

– Nie idźcie tam.

– Nie zatrzymuj się – nakazał Max, kiedy Lana przystanęła.

Drzwi otworzyły się nieco szerzej. Stanęła w nich kobieta, którą Lana znała jako Michelle. Pracowała w reklamie, pochodziła z bogatej rodziny, była rozwiedziona i prowadziła bujne życie towarzyskie.

Teraz skołtunione włosy Michelle unosiły się wokół jej twarzy niby podwiewane szaleńczym wiatrem.

Za jej plecami wirowały talerze, szkło, poduszki i zdjęcia.

– Nie idźcie tam – powtórzyła. – Tam czai się śmierć. – A potem wyszczerzyła zęby w przerażającym uśmiechu, gdy kręciła w powietrzu palcami. – Nie mogę przestać! Po prostu nie mogę! Wszyscy tu jesteśmy szaleni. Wszyscy. Jesteśmy. Szaleni.

Zatrzasnęła drzwi.

– Nie możemy jej jakoś pomóc? – spytała Lana.

Max tylko ujął ją pod ramię i pociągnął w stronę schodów.

– Nie zatrzymuj się.

– Jest jedną z nas, Max.

– I niektórzy z nas nie są w stanie poradzić sobie z tym, co się w nich obudziło. Popadli w obłęd, tak jak ona. Wykazują odporność na wirusa, ale i tak są straceni. Taka jest rzeczywistość, Lano. Nie zatrzymuj się.

Zeszli trzy piętra w dół do wąskiego holu.

Ktoś pootwierał skrzynki na listy, ich drzwiczki zostały wyłamane lub zwisały na zawiasach niczym języki. Ściany pokrywało graffiti. Czuła zapach moczu, ostry i stary.

– Nie wiedziałam, że dostali się do budynku,

– Aż do pierwszego piętra. – Pokiwał głową Max. – Większość lokatorów zdążyła już zniknąć. Nie jestem pewien, czy ktokolwiek poniżej drugiego piętra jeszcze został.

Na dworze świeciło zimowe słońce i wiał ostry, przenikliwy wiatr. Lana poczuła w nozdrzach dym i popiół, zepsute jedzenie i coś, o czym wiedziała, że jest zapachem śmierci.

Milczała, gdy mijali coś, co niegdyś było jej małym światem uliczek, zaułków, sklepów i kafejek. Zamiast nich widziała teraz zniszczenie, ruiny i opustoszałe ulice zasłane rozbitymi lub porzuconymi autami. W przeraźliwej ciszy ich kroki odbijały się głośnym echem.

Pragnęła usłyszeć silniki, klaksony, ludzkie głosy, całą tę nakładającą się i uciążliwą kakofonię miasta. Opłakiwała ją, gdy kierowali się na północ.

– Max, o Boże, Max, w tym samochodzie są ciała.

– Niektórzy byli zbyt chorzy, żeby wyjść o własnych siłach albo dostać się do szpitala, ale przynajmniej próbowali. Widzę ich coraz więcej za każdym razem, gdy wychodzę. Nie możemy się zatrzymywać, Lano. Nic nie możemy zrobić.

– Nie powinniśmy ich tak zostawiać, ale też to wszystko nie powinno się było wydarzyć. Nawet gdyby jutro zaczęto wydawać szczepionki… Sądzisz, że szczepionka nigdy się nie pojawi?

– Sądzę, że jest więcej zmarłych, niż podają, a to nie koniec. Moim zdaniem ludzie nie są wcale bliscy znalezienia szczepionki.

– Nie wolno nam tak myśleć. Max, nie wolno…

Gdy to mówiła, jakaś dziewczyna – mogła mieć nie więcej niż piętnaście lat – wyskoczyła z rozbitego okna wystawowego, dźwigając na ramionach wypchany plecak.

Lana zaczęła ją gorączkowo uspokajać. Dziewczyna uśmiechnęła się i wyszarpnęła zza paska nóż o ząbkowanym ostrzu.

– Natychmiast rzućcie na ziemię plecaki i torby i idźcie w swoją stronę, to was nie potnę.

Pod wpływem szoku i strachu Lana skuliła się. Max zasłonił ją własną piersią.

– Wyświadcz nam wszystkim grzeczność – rzekł lodowatym tonem. – I odejdź.

Jasnowłosa dziewczyna, z wystającymi spod wełnianej czapki kosmykami włosów, ze świstem machnęła w powietrzu nożem.

– Twoja suczka nie będzie ładnie wyglądać, kiedy wywiercę w niej kilka dziur. Rzućcie towar, jeśli nie chcecie krwawić.

Gdy dziewczyna skoczyła, dźgając nożem, Lana zareagowała instynktownie. Wyrzuciła do góry rękę i wrzasnęła ze strachu. Ale tylko w głowie.

Tamta cofnęła się gwałtownie z krzykiem. Tych kilka sekund pozwoliło Maksowi wyciągnąć broń z kabury.

– Cofnij się. Odejdź.

– Jesteś jedną z nich. – Oczy dziewczyny, teraz pełne nienawiści, zwęziły się i wpatrywały w Lanę. – Jesteś jedną z Niesamowitych. To przez ciebie. To wszystko przez ciebie. Jesteś pierdolonym śmieciem. – Splunęła im pod nogi i uciekła.

– Max, mój Boże…

– Spadamy. Na pewno ma towarzystwo.

Ruszyła za nim truchtem, kątem oka zauważając, że nadal nie schował broni.

– Co ona miała na myśli, mówiąc o…

– Później. Patrz, tam, ta srebrna terenówka. Widzisz?

Auto miało zderzak zgnieciony przez sedana. Obok niego na ziemi leżały ciała.

Max wepchnął broń do kabury i chwycił Lanę za rękę. Teraz musiała biec sprintem, żeby dotrzymać mu kroku.

– Max. Krew… Wsiąkła w ulicę.

– Nie zwracaj na nią uwagi.

Kiedy szarpnięciem otworzył drzwi, ciszę przerwał ryk silnika.

– Wsiadaj!

Lana musiała przeskoczyć nad krwią i martwymi ciałami, żeby niezgrabnie wpakować się do auta. Nie mogła powstrzymać się od krzyku, kiedy rozległ się huk wystrzału. Cała się trzęsła. Max wskoczył za kierownicę, ciskając torbę na tył.

 

Sznur kolorowych plastikowych kółek zagrzechotał, gdy Max wyciągnął dłoń do stacyjki. Zza rogu wypadł motocykl i z warkotem pędził w ich kierunku. Na tylnym siodełku jechała jakaś dziewczyna. Obejmowała w pasie mężczyznę z powiewającymi na wietrze czarnymi włosami, poprzetykanymi czerwonymi pasemkami.

– Dorwać Niesamowitych! – wrzasnęła dziewczyna. – Zabić ich!

Wybiegła za nimi grupka czterech, może pięciu osób i zaczęła strzelać do terenówki. Na czole Maksa zalśnił pot. Nie miał zamiaru się poddać.

– No dalej, dalej – wysyczał z wściekłością.

Myśląc o życiu, jakie mogli razem wieść, o świecie, który mógł wyglądać zupełnie inaczej, Lana zamknęła oczy. Przynajmniej umrą razem, westchnęła w duchu i ścisnęła go za przedramię.

Silnik zaskoczył. Max przestawił dźwignię biegów na tryb jazdy i wcisnął gaz.

– Trzymaj się – ostrzegł i gwałtownie wykręcając kierownicą, ruszył z piskiem opon.

Lana podskoczyła, kiedy kula rozbiła boczne lusterko, a jedno koło wjechało na krawężnik i zaraz się z niego stoczyło. Auto otarło się o bok kolejnego rozbitego samochodu, zanim Max ponownie wcisnął gaz do dechy.

Pędzili ulicą, ale motocykl cały czas ich ścigał.

Max nie zwolnił, kiedy natknęli się na kolejne wraki samochodów, przeciwnie – manewrował między nimi z niebezpieczną prędkością.

Lana odwróciła się.

– Chyba się zbliżają – jęknęła. ‒ O Boże, Max ta dziewczyna… ta dziewczyna… ma broń. Celu…

Pociski ze świstem przecięły powietrze. Usłyszała brzęk rozbitego szkła.

– Tylne światło – rzekł ponuro i ściąwszy róg Pięćdziesiątej, tak że terenówka niebezpiecznie się zakołysała, skierował się na wschód. – Być może będę musiał zwolnić, żeby przejechać przez miasto i ominąć porzucone auta. Ale on jest zwrotniejszy. Zrób to, co zrobiłaś na ulicy.

Spanikowana przycisnęła dłonie do skroni.

– Nie wiem, co zrobiłam. Byłam przerażona.

Wykręcił błyskawicznie kierownicą, tak że auto podskoczyło nad spłaszczonym rowerem kurierskim.

– A teraz nie jesteś? Odepchnij ich, Lano. Odepchnij ich mocą albo nie wiem, czy zdołamy się wywinąć.

Pocisk trafił w tylną szybę i roztrzaskał okno. Lana wyrzuciła rękę w górę. I odegnała od siebie strach.

Przednie koło motocykla wystrzeliło nagle w górę, a tylne się uniosło. Gdy pojazd zaczął się obracać, dziewczyna zleciała z siodełka. Krzyknęła, zanim uderzyła w maskę jakiegoś samochodu. Mężczyzna ściskał nogami motor, usiłując odzyskać nad nim kontrolę. Pojazd jednak opadł na drogę, wywrócił się, a potem i on, i jego kierowca potoczyli się po ulicy.

– O Boże, zabiłam ich?! – zawołała Lana.

– Ocaliłaś nas.

Zwolnił nieco, lawirując przez miasto. Musiał skręcić na północ w Broadway, ponieważ wraki blokowały nitkę wschodnią. Za nimi Times Square, niegdyś tak zatłoczony, chaotyczny mikroświat, tonął teraz w ciszy niczym cmentarz.

Max zwolnił na samym skrzyżowaniu, sprawdzając, czy droga jest przejezdna. Skręcił na wschód.

Lana zastanawiała się, ile razy jechała taksówką lub metrem do tej części Manhattanu, na zakupy, lunch lub do teatru.

Wyprzedaż u Barneysa, polowanie w obuwniczym raju na siódmym piętrze Saksa, przechadzka po Central Parku z Maksem.

To już koniec, to tylko wspomnienia.

Na ulicach widziało się nieliczne oznaki życia – ludzie poruszali się ukradkiem, bez tego charakterystycznego dla nowojorczyków energicznego tempa, dowodzącego, że ma się wiele spraw do załatwienia. Nie było turystów, którzy by z zadartymi głowami podziwiali drapacze chmur.

Porozbijane wystawy, wywrócone śmietniki, rozbite latarnie, polujący pies, tak chudy, że widać mu było żebra. Lana zastanawiała się, czy zwierzę zdziczeje, czy zacznie polować na ludzi.

– Ilu mieszkańców ma Nowy Jork?

– Blisko dziewięć milionów.

– Przejechaliśmy prawie pięćdziesiąt przecznic, a ja nie widziałam nawet pięćdziesięciu osób. Nie ma nawet jednego człowieka na przecznicę. – Odetchnęła głęboko, usiłując się uspokoić. – Nie wierzyłam, kiedy mówiłeś, że nie podają liczby wszystkich zmarłych. Teraz wierzę. Dlaczego ta dziewczyna chciała naszej śmierci, Max? Dlaczego nas ścigali i chcieli zabić?

– Pozwól, że najpierw wydostanę nas z miasta.

Skręcił w Park Avenue. Na szerokiej alei wcale nie mieli więcej miejsca, było tylko więcej wraków. Wyobraziła sobie tę panikę, która spowodowała karambole, tę wściekłość, która wywróciła autobusy i samochody, ten strach, który zabił deskami okna, nawet pięć czy sześć pięter nad ulicami i chodnikami.

Narożna budka z jedzeniem została kompletnie zdemolowana. Całkowicie spalona limuzyna jeszcze dymiła. Porzucone dźwigi kołysały się niczym gigantyczne szkielety. Max manewrował między tym wszystkim z rękami zaciśniętymi na kierownicy i wzrokiem skupionym na drodze.

– Robi się nieco luźniej – powiedział. – Większość pojechała przez tunele czy mosty, nawet po tym, jak ustawiono barykady.

– Nadal jest pięknie – rzekła Lana przez zaciśnięte gardło. – Te stare kamienice, te posiadłości.

Mimo drzwi wyrwanych z zawiasów i rozbitych okien tej okolicy nadal uparcie trzymało się piękno.

Wodząc uważnie wzrokiem, Max pędził szeroką, niegdyś zadbaną aleją.

– Wszystko wróci na swoje miejsce – orzekł. – Ludzie są zbyt uparci, by nie odbudować, nie zasiedlić ponownie takiego miasta jak Nowy Jork.

– Czy my jesteśmy ludźmi?

– Oczywiście, że tak. – By pocieszyć ich oboje, nakrył jej dłoń swoją. – Nie pozwól, by strach i podejrzliwość okrutnych i niedouczonych sprawiły, że przestaniesz w siebie wierzyć. Musimy wydostać się z Manhattanu, a potem będziemy kierować się na północ, na północ i zachód, dopóki nie przekroczymy rzeki. Im dalej od terenów miejskich, tym większe mamy szanse.

Musieli przedostać się na most, zjechali więc z asfaltu na tory kolejowe, jak tylko te wyłoniły się z tunelu.

Skinęła głową, a on ścisnął jej dłoń.

– Jeżeli nie uda nam się przejechać przez Hudson, znajdziemy jakieś miejsce, w którym doczekamy do wiosny. Zaufaj mi, Lano.

– Ufam ci.

– Zostało już tylko niecałe dwadzieścia przecznic do mostu. – Zerknął w lusterko wsteczne i zmarszczył brwi. – Za nami jedzie jakiś samochód, i to dość szybko.

Max zwiększył prędkość.

Lana spojrzała za siebie.

– To chyba policja. Świecą lampami i włączyli syreny. To policja, Max, powinieneś zjechać.

Zamiast tego docisnął gaz.

– Stare zasady już nie działają. Niektórzy gliniarze robią obławy na takich jak my.

– Nie. Niczego takiego nie słyszałam. Max! Jedziesz za szybko.

– Nie zamierzam ryzykować. Rozmawiałem z takimi jak my. Jesteśmy zamykani, jeżeli trafiamy na patrole. Nie tylko ta dziewczyna nas obwinia. Już prawie dojechaliśmy.

– Ale nawet… – urwała, zaciskając oczy, kiedy pędem minęli przewróconą ciężarówkę.

– Spowolnij ich – warknął.

– Nie…

– Zrób to, co zrobiłaś, ale słabiej. Spowolnij ich.

Serce jej łomotało, ale podniosła dłoń i spróbowała wyobrazić sobie, jak odpycha radiowóz, po prostu odsuwa go od siebie.

Samochodem zarzuciło, a potem pojazd cudem zwolnił. Jak to możliwe?, pomyślała. Kilka tygodni temu ledwie potrafiła zapalić świeczkę, a teraz… teraz to w niej płonie światło.

– Tak jest dobrze. Utrzymaj ich tak. Potrzebujemy tylko kilku minut.

– Boję się, że jeżeli… Może być tak jak z motocyklem. Nie chcę nikogo skrzywdzić.

– Po prostu niczego nie zmieniaj, już widzę most. O kurwa! Podnieśli przęsło. Nie pomyślałem o tym. Powinienem był to przewidzieć.

Dekoncentrując się, obróciła się i zobaczyła wysoko podniesione przęsło mostu. I przerwę pomiędzy nim a drogą.

– Musimy zjechać!

– Nie. Musimy go obniżyć. – Znowu chwycił jej rękę. – Razem. Możemy to zrobić razem. Skup się, Lano, wiesz jak. Skup się na obniżeniu przęsła albo już po nas.

Miał zbyt dobre mniemanie o jej zdolnościach. Ale jego dłoń mocno trzymała jej rękę, tak że odebrała wibracje jego mocy. Cokolwiek w sobie miała, pchnęła to ku niemu.

Zadrżała z wysiłku, poczuła, jak wszystko w niej przesuwa się i… rozszerza. I wtem z szarpnięciem, jak przy zdmuchiwaniu świecy, przęsło zaczęło opadać.