Z krwi i kości

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ PIĄTY

Bez trudu oporządziła konie. Chociaż w stajni były tylko dwa boksy, znalazła w nich wyłożoną świeżą słomę i przygotowane narzędzia. Oba wierzchowce były chyba zadowolone z czekającego w koszu siana oraz z wody, którą przyniosła ze strumienia.

Zostawiła jedzące zwierzęta i zabrała worek, zdobytą broń oraz to, co zostało z przygotowanego przez mamę jedzenia, do domu.

Tam przypomniała sobie o czymś, więc zatrzymała się i wyjęła manierkę, po czym pokropiła wodą kamienie wokół bogini i dopiero wtedy otworzyła drzwi.

Dom wydawał się w środku większy, niż można by sądzić, gdy się patrzyło na niego z zewnątrz. Ta osobliwość wywołała w niej poczucie dezorientacji. Sufit był wyżej, niż powinien, a ściany szerzej rozstawione.

Na kominku płonął ogień, przed nim stały dwa solidne fotele. Zamiast kanapy w pomieszczeniu znajdowała się szeroka ława pokryta ciemnobrązową skórą. Na stole w żelaznych stojakach obsadzono świece. Na surowych deskach podłogi leżał tkany chodnik.

Część izby służąca za kuchnię znajdowała się na tyłach. Było tam drugie mniejsze palenisko, blat roboczy i zlew, nad którym było okno. Gdzieniegdzie wisiały kępy suszonych ziół. Na szerokiej półce stały słoje korzeni, jagód, grzybów i nasion.

Miała nadzieję, że Mallick zamierza wyczarować kuchenkę i lodówkę. Oraz źródło energii do ich napędzania.

Tymczasem jednak siedział przy ogniu ze szklanką czegoś, co zapewne było winem.

– Masz pokój od południa – powiedział. – Zostaw broń na stole. Zjemy coś, kiedy odłożysz swoje rzeczy.

– Nie ma kuchenki ani piekarnika.

– Jest palenisko.

– Nie ma lodówki.

– Jest pojemnik, zaczarowany, żeby chłodził jedzenie.

Nagle ogarnęło ją bardzo złe przeczucie.

– A gdzie jest łazienka?

– Jest wychodek, do mycia masz strumień i studnię z wodą.

– Chyba żartujesz?

– Z całą pewnością znajdziesz się w miejscach, w których nie będzie znanych ci wygód. Dowiesz się, jak to jest.

– Już jest beznadziejnie.

Rzuciła broń i, bardziej wstrząśnięta niż zła – nie ma łazienki? – głośno tupiąc, poszła do swojej sypialni.

Jeśli tu w ogóle zostanie.

Przyglądając się ze zmarszczonymi brwiami malutkiemu pomieszczeniu, pomyślała, że przynajmniej nie musi patrzeć na kulawe łóżka piętrowe ani na brzydką kratę. Łóżko stanowił materac rozłożony na skrzyni z czterema krótkimi nogami, ale leżący na nim koc był w dotyku gruby i ciepły.

Zamiast komody miała skrzynię. Spodobał jej się kształt mebla oraz zdobiący go malunek przedstawiający trzy kobiety – może boginie. Miała kaganek i chodnik oraz małe, kwadratowe lusterko, które pokazało jej zmęczoną, niezadowoloną twarz.

Mimo to okno – bez zasłon – wychodziło na las. Dostrzegła kamienną studnię, która oszczędziłaby jej kilkukrotnego chodzenia do strumienia, gdyby tylko ktoś jej o niej powiedział.

Zauważyła kurnik, co oznaczało świeże jajka, oraz, ku swemu zdziwieniu, krowę.

Więc może zrobić to wszystko, myślała, ale nie jest w stanie dodać cholernej łazienki?

Nie zawracała sobie głowy rozpakowywaniem rzeczy, tylko wyszła się poskarżyć.

– Chcę łazienkę. To jest siódmy wiek.

– Zatem musisz nauczyć się wystarczająco dużo, żeby sama ją sobie zrobić. Na razie w chłodziarce i szafkach mamy wszystko, czego potrzebujesz, by zrobić gulasz na kolację.

Jeden wstrząs za drugim.

– Ja mam gotować!?

– Zrobiłem ci śniadanie – przypomniał jej, krojąc bochenek. – A teraz mamy chleb i ser. Mama nauczyła cię gotować. Ma do tego wyjątkowy talent.

– A co ty będziesz robił, kiedy ja będę gotować?

– Jadł. Mamy mleko od krowy, jajka od kur i mięso, kiedy trzeba, w lesie jest dziczyzna, a w szklarni rośliny. Nie zabraknie ci jedzenia.

Ponieważ była głodna, sięgnęła po chleb i ser.

– Musimy zrobić ul. A potem dbać o pszczoły, żeby dawały miód, chyba że masz źródło cukru. Skąd bierzesz mąkę, sól i drożdże albo zakwas na chleb?

– Wymieniam się na inne rzeczy. Razem będziemy się zajmować zwierzętami i roślinami. Nie znam się na pszczołach, więc to będzie twoje zadanie, a potem nauczysz mnie, jak się nimi opiekować.

Jedli i mierzyli się wzrokiem.

– Polana jest za mała, żeby zmieścił się na niej dom, stajnia i budynki gospodarcze. A dom jest za mały na te wszystkie pomieszczenia. Nauczysz mnie, jak tworzyć takie iluzje.

– Po to tu właśnie jestem, żeby cię uczyć.

– Jeżeli mam się uczyć, chcę łazienkę. Sedes, prysznic, umywalka – z zimną i ciepłą bieżącą wodą.

Uniósł brwi.

– To wydaje się sporą nagrodą za naukę.

– Czego to będzie wymagało?

Zastanowił się.

– Dam ci trzy zadania. Kiedy wykonasz wszystkie, dostaniesz to, czego pragniesz.

– Jakież to zadania?

– W lesie jest drzewo, na którym rośnie jedno złote jabłko. Zazdrośnie strzeże go biały ptak. Przyniesiesz mi jabłko bez wyrządzenia krzywdy ptakowi, obicia jabłka i wspięcia się na drzewo.

To brzmiało fantastycznie – przygoda. Ale…

– Co jeszcze?

– Ukończ pierwsze zadanie, a podam ci drugie. – Zawinął ser w ściereczkę i odłożył go do chłodni.

Znajdzie złote jabłko i przechytrzy głupiego ptaszora.

– Co jest na górze, chociaż dom nie powinien mieć piętra?

– Warsztat i twoja sala lekcyjna. – Zawinął chleb. – Pokażę ci, a potem trzeba będzie wydoić krowę, zebrać jajka i pewnie zechcesz już zacząć robić gulasz.

Zapragnęła od razu wziąć się do poszukiwania jabłka, ale postanowiła jeszcze zerknąć na górę.

Ruszyła za nim po stromych, przypominających drabinę schodach, po czym z wielkim trudem pohamowała się od wyrażenia zachwytu. Nie chciała dawać mu tej satysfakcji.

Półki biegnące wzdłuż długiej ściany były zastawione staranie opisanymi butelkami. Eliksiry, myślała, oglądając je tak pobieżnie i od niechcenia, na ile potrafiła. Składniki do zaklęć, z których część połyskiwała magicznym światłem. Przeciwległą ścianę zapełniały książki – niektóre wyglądały na naprawdę stare. Na ścianie zachodniej mieściły się narzędzia: kociołki, sztylety athame, dzwonki, miski, świece, kryształy, różdżki, laski.

Chciała wszystkiego dotknąć, więc umyślnie wsunęła ręce do kieszeni.

Na środku pomieszczenia znajdował się długi stół i dwa krzesła. Kolejne palenisko, teraz zimne, na ścianie wschodniej, miało po bokach dwie zamknięte szafki. Nad nim, na gzymsie stały świece i miecz z rzeźbioną rękojeścią.

Jedyne okno wycięte w dachu wpuszczało promienie popołudniowego słońca.

– Tutaj będziesz się szkoliła, uczyła i praktykowała – oznajmił Mallick. – I tu się staniesz tym, kim powinnaś się stać.

Gestem wskazała na miecz nad paleniskiem.

– To nie jest ten miecz, którego używałeś wcześniej.

– Nie należy do mnie.

– Jest mój? To ten, o którym powiedziałeś mojej mamie? Miecz i tarcza, które mam dostać?

– Nie, ale kiedy będziesz gotowa, posłuży ci.

– Nie potrafię walczyć mieczem.

– Nauczysz się.

Podobał jej się ten pomysł, tak samo jak i sala ze wszystkimi jej cudami. I podobało jej się zadanie znalezienia złotego jabłka. Ale nie zamierzała się rozpakowywać, jeszcze nie. Poczeka tydzień. Jeden tydzień – to było sprawiedliwe. Chciała znaleźć złote jabłko i rzucić je Mallickowi w dłonie. Chciała nauczyć się używać miecza i praktykować magię, której nie znała, w sali z oknem na dachu.

Jeden tydzień, pomyślała. A potem podejmie decyzję.

Ponieważ Mallick dał jej dość zajęć na resztę dnia i sporą część wieczoru, Fallon nie miała czasu zastanawiać się nad postanowieniami. Wysłał ją do szklarni, żeby zebrała to, co będzie jej potrzebne do gulaszu z sarniny. Podobało jej się to, co tam urządził, choć widziała sporo możliwości poprawy, kiedy wyciągała cebulę, czosnek oraz marchewki albo gdy zrywała pomidory i przycinała zioła, które zamierzała dodać do mięsa i ziemniaków.

Pomyślała, że mama byłaby z dumna z tego, jak córka obiera, kroi i miesza. I mimo że Mallick z początku opierał się przed dodaniem swojego wina do gulaszu, Fallon była nieugięta.

Kiedy zabrała się za makaron jajeczny – coś, czego nigdy samodzielnie nie robiła – powiedział jej, żeby spisała to, czego potrzebuje do zbudowania ula.

Wytarła ręce i wzięła papier i ołówek, które jej podał.

– To będzie wymagało szperactwa.

– Po prostu zapisz, czego potrzeba. Wiem, co z tym zrobić.

Zainteresowana podniosła na niego oczy.

– Magicznie?

– Nie do końca. Kiedy skończysz, wejdź na górę. Wtedy zaczniemy.

* * *

Zaczął od testowania podstawowej wiedzy i umiejętności. Zapalanie świec, unoszenie siłą woli małych przedmiotów, mieszanie eliksirów, wykonywanie zaklęć, które uznała za kuchenne.

Jej zdaniem było to dziennie proste.

Potem sprawdzał, jak sobie radzi z rytuałami, bóstwami, symbolizmem i sabatami.

Ocenił jej wiedzę, kręcąc głową i wzdychając. Po czym wepchnął w jej ręce stertę książek.

– Czytaj i ucz się.

Mimo to poczuła zadowolenie, kiedy deszcz zaczął padać, tak jak przewidziała, na długo przed zmrokiem. A jej gulasz podany z makaronem okazał się więcej niż zjadliwy.

Miała nadzieję, że następnego dnia zacznie się trening walki mieczem oraz poszukiwania złotego jabłka, co byłoby o wiele fajniejsze niż gotowanie, robienie eliksirów na sen oraz balsamów na oparzenia.

Czytała w swoim pokoju przy świetle kaganka, dopóki umysł i ciało nie poddały się zmęczeniu.

O brzasku sama wyznaczyła sobie obowiązek zadbania o konie. Gdy wyszła na zewnątrz, przed drzwiami zobaczyła paczkę zawiniętą w szary papier i sznurek. Zlustrowała wzrokiem las, szukając jakiegoś ruchu, po czym ją podniosła.

 

Wniosła pakunek do środka i postawiła na stole. Zastanowiła się. Jest dla Mallicka, ale… nic nie jest na nim napisane, prawda? A ona też tu mieszka. Przynajmniej przez tydzień.

Usprawiedliwiona pociągnęła za sznurek i rozłożyła papier.

Gomółka sera. Powąchała ją. Worek mąki, woreczek soli i zakorkowana butelka, pewnie z winem.

Mallick wyszedł ze swojego pokoju, kiedy oglądała znalezisko.

– Ktoś to zostawił przy drzwiach.

– Ach. – Zerknął na zapasy. – Jesteśmy wdzięczni.

– Kto to zostawił? Dlaczego?

– W lasach i wokół nich mieszkają inni. Oni też są wdzięczni i składają hołd. Wiedzą, że Jedyna przybyła.

– Dlaczego nie zapukali?

– Nie mają takiej potrzeby, jak na razie. Nakarmiłaś już konie?

– Nie, właśnie…

– Zajmij się tym. Zwierzęta muszą zostać nakarmione, zanim siądziemy do śniadania.

Zamiast z mieczem, Fallon spędziła większość poranka z książkami. Lubiła czytać, ale przy tak jasnych i czystych od deszczu lasach wolałaby spędzić poranek na zewnątrz, na nauce walki mieczem.

Mimo to podobało jej się czytanie o bogach, heroizmie, zdradach, bitwach, triumfach, a nawet romansach.

Skrytykował jej brak wiedzy i zrozumienia duchowości czarostwa, jego rytuałów.

Najeżyła się.

– Musieliśmy pracować, żeby mieć co jeść, pomagaliśmy sąsiadom. Mama nauczyła nas tego, co mogła, co wiedziała.

– I przekazała ci to, co wiedziała. I to, czego się nauczyła. Musisz wiedzieć więcej. Weźmiesz to, czego nauczyła cię mama, to, czego ja cię uczę, i to, czego się dowiesz, a co już czeka w tobie.

Mówiąc to, chodził w miękkich butach tam i z powrotem po warsztacie, po czym zatrzymał się i wskazał ją długim placem.

– Oto nauka, Fallon. Twój duch jest twój, tak jak mój jest mój. To, co czujesz i wiesz, jest twoje i nigdy nie będzie dokładnym odbiciem wiedzy ani uczuć innej osoby. Ale szacunek dla ducha i światła, zrozumienie ciemności musi takie być. A to się objawia w tradycji rytuałów, w ich słowach, symbolach, hołdach. Twoja moc nie bierze się znikąd, dziewczyno. Istnieje źródło światła, tego, kim my wszyscy jesteśmy, powietrza, którym oddychamy, ziemi, na której stoimy. Życie jest darem, łącznie z pojedynczym źdźbłem trawy, i musimy czuć się zaszczyceni. Dostaliśmy więcej i musimy przynosić zaszczyt darowi i darczyńcy.

– Kiedy zajmujemy się ziemią i tym, co na niej rośnie, zwierzętami, sobą nawzajem, czy nie oddajemy honorów?

– Tak, ale od niektórych oczekuje się więcej niż prowadzenia honorowego życia. Nawet prosty uczynek może być symbolem. Jeżeli podaję ci rękę, a ty ją ujmujesz, to jest to coś więcej niż pozdrowienie. To gest zaufania, może zgody. Moja prawa dłoń w twojej. Ręce, które trzymają miecz, ściskające się w geście zaufania.

Przyjrzała się jego dłoni – długiej tak jak jego palce, wąskiej. Po czym spojrzała mu w twarz.

– Niektórzy są leworęczni.

Musiał się uśmiechnąć i kiwnął głową.

– Owszem. I są ci, którzy wykonują gest, ale nie honorują tego, co symbolizuje, bez względu na to, w której ręce trzymają miecz. Musisz zatem nauczyć się osądzać, komu ufać. I to jest kolejna nauka.

Podszedł do półki i wybrał kryształ.

– Co to jest? – spytał, kiedy postawił przed nią przedmiot.

– To jest… noo… krwawnik. – Szukała w pamięci. – Używa się go w zaklęciach leczących.

– Jeszcze zanim się urodziłem, żołnierze zabierali krwawnik na pole bitwy, żeby powstrzymać krwawienie z ran.

– Gdyby to wystarczyło, nie byłoby tylu martwych żołnierzy.

– Twój pragmatyzm jest zasadny. Trzeba czegoś więcej niż kamień, nawet potężny, i wiara, żeby wyzdrowieć. Jednak zrytualizowany kamień lub taki, który został użyty w rytuale, został pobłogosławiony i wykorzystany w zaklęciu czy eliksirze, może leczyć. To także wymaga wiary, jak również wiedzy i umiejętności.

– Moja mama jest uzdrowicielką.

– Ma ten dar.

– Ona… tak, sproszkowany krwawnik zmieszany z miodem i… hmm… białkiem kurzego jaja, i olejkiem rozmarynowym.

– Dobrze. Kamienie to dary i narzędzia. Musisz nauczyć się, jak je czyścić, ładować energią i używać. Korzystaj z tego, co tu widzisz, zrób amulet na spokojną noc, drugi na czysty umysł i trzeci na uspokojenie zazdrosnego serca. A potem do zmierzchu możesz robić, co chcesz.

Odwrócił się ku schodom.

– I nie opuszczaj lasu – dodał. – Nie odchodź zbyt daleko i wróć przed zmierzchem. Nie później.

Pomyszkowała trochę po sali. Amulety, które kazał jej zrobić, były podstawowe, właściwie nie stanowiły żadnego wyzwania, ale chciała je zrobić idealnie – żeby następnym razem zadał jej coś trudniejszego.

Zajrzała do jednej z szafek koło paleniska, znalazła ścierki, wstążki, sznurki i wybrała to, czego potrzebowała.

Przeszła do drugiej szafki, która okazała się zamknięta.

Uznała to za interesujące.

Uniosła rękę – otwarcie zamka nie było dla niej żadnym wyzwaniem – po czym ją opuściła. Nie tak ją wychowano. Może tego żałować, kiedy ma naprzeciw siebie fascynujące ją zamknięte drzwi, ale taka jest prawda.

Mallick ma prawo do prywatności, tak samo jak ona.

A zatem trochę suszonych ziół ze słoików. Anyż, rumianek, lawenda, cyprys. I jeszcze kryształy. Azuryt, akwamaryn, cytryn, tygrysie oko. Do tego pieprz, olejek bergamotowy i rozmarynowy.

Rozłożyła wszystko w trzech kupkach, napisała proste zaklęcia dla każdego z amuletów na kawałku białej wstążki i za pomocą igły starannie zszyła sznurkiem materiał, tak żeby utworzył woreczek. Następnie powkładała do nich odpowiednie składniki, trzykrotnie wypowiadając zapisane na wstążce słowa, po czym zawiązała potrójne kokardy na woreczkach.

Kiedy zniosła je na dół, nie zastała tam Mallicka. Położyła więc amulety na stole i sięgnęła po kurtkę. Wybiegła na zewnątrz podekscytowana wizją wolności i poszukiwania jabłka. Przez chwilę szła wzdłuż strumienia w przeciwną stronę, niż przyjechali, ale nie dostrzegła jabłoni.

Doszła do wniosku, że to wcale nie musi być jabłoń. Na tym między innymi może polegać trudność zadania.

Przeszukiwała wzrokiem gałęzie, wypatrzyła ptaki – wróble, sójki, kardynały, trznadle. Gniazdo jastrzębia, schronienie sowy. Ale żadnego białego ptaka.

Odbiła od strumienia i weszła w gęstsze drzewa. Zobaczyła ślady i odchody jelenia, niedźwiedzia oraz oposa. Dostrzegła oznaki obecności dzika i powiedziała sobie, że następnym razem weźmie łuk. Oraz Grace. Jej koń po kilku dniach w stajni zacznie się nudzić.

Kątem oka spostrzegła duszki, które jednak odfrunęły, kiedy się ku nim odwróciła. Uznała, że jeszcze są nieśmiałe i potrzebują czasu, by do niej przywyknąć. Ale zmieniła kierunek, podążając za jasnym lśnieniem ich światła głębiej w cienie, gdzie gęsty mech otulający drzewa niczym płaszcz nadał im barwę stonowanej zieleni.

W tym zielonym półmroku różnorakimi tonami błękitu połyskiwał niewielki staw, na którym pływały bladozielone liście. Na jednym z nich siedziała, najwyraźniej drzemiąc, tłusta żaba, podczas gdy obok niej z tuzin ważek to śmigał w górę, to pikował w dół, machając długimi, błyszczącymi skrzydłami.

Zdała sobie sprawę, że to polanka duszków, bo nawet powietrze wydawało się słodkie i szczęśliwe.

Siadła ze skrzyżowanymi nogami przy sadzawce, oparła brodę na pięści i jęła zachwycać się przypominającą szkło przejrzystością wody. Wyraźnie widziała dno, miękką ziemię pokrytą malutkimi kolorowymi kamykami oraz złote i czerwone ryby pływające w niebieskiej toni.

– Jak tu pięknie. – Nachyliła się i zanurzyła palec w wodzie. – Jest ciepła! Może pozwolicie mi tu popływać.

Postanowiła, że następnym razem przyniesie podarunek.

Miejsce było osłonięte przed oczyma ciekawskich, w przeciwieństwie do strumienia, nad którym czuła się na widoku, zdjęła więc ubranie, żeby się umyć. Pływanie tu byłoby niemal tak dobre – a może nawet i lepsze – co wzięcie prysznica.

Zadowolona po raz pierwszy od czasu opuszczenia domu położyła się na plecach i głęboko wciągnęła powietrze do płuc.

I wtedy nad głową, na wysokiej gałęzi zobaczyła połyskujące złotem jabłko.

– O mój Boże! Znalazłam.

Jest i ptak, pomyślała, gramoląc się na nogi.

Nie gołąb, jak sobie wyobrażała, lecz sowa – największa, jaką dotąd widziała. Siedziała na gałęzi koło jabłka i spoglądała na nią hardo ciemnozłotymi oczyma.

Tak samo jak Ethan, Fallon potrafiła nawiązać kontakt ze zwierzętami, ptakami, owadami i rybami. Postanowiła więc zacząć od uroku i uśmiechnęła się.

– Witaj! Jesteś naprawdę pięknym ptakiem.

Lecz sowa nadal patrzyła na nią nieruchomo.

– Jestem Fallon. Zatrzymałam się w domu jakiś kilometr stąd. U Mallicka. Może go znasz.

Usłyszała chichot duszków, postanowiła go jednak na razie zignorować. Wiedziała, że nie chodzi o słowa, ale o ton, o zamiar, o obrazy w jej umyśle.

Kiedy pojawiło się w nim wyobrażenie samej siebie, jak trzyma jabłko, sowa rozpostarła wielkie skrzydła i otuliła nimi owoc.

Ponagliła ją, delikatnie. Nie wolno jej było wyrządzić ptakowi krzywdy, zresztą nigdy nie skrzywdziłaby tak wspaniałego zwierzęcia, ale pomyślała, że spróbuje troszkę je nakłonić do zmiany pozycji. Tymczasem sowa, zamiast odlecieć, jak Fallon zakładała, nastroszyła tylko pióra i spojrzała na nią z niechęcią.

– No dobrze, w porządku – jęknęła dziewczyna. – Boże, marzę o prysznicu. O toalecie. Nawet nie wiesz jak bardzo. Słuchaj, jestem Jedyną i jestem ważna. – Raptem zmieniła ton na stanowczy. – Powinieneś chcieć mi wyświadczyć przysługę.

Ptak jednak ani drgnął. Przekonywała go przez kwadrans nieomal, żeby odleciał, ale jedyne, co uzyskała, to lekka migrena.

Uznała, że potrzebny będzie jakiś podstęp. Wie, gdzie jest jabłko. Coś wymyśli i wróci.

Wzruszyła ramionami, jakby sowa i owoc nic nie znaczyły, po czym odeszła wolnym krokiem. Wychodząc z zielonego cienia na słońce, pomyślała, że wróci. Przyniesie prezent dla duszków, żeby popływać w małym stawie, oraz wymyśli jakiś plan odciągnięcia uwagi sowy na tyle, by dostać się do jabłka.

Nie powiedziała Mallickowi o tym, że znalazła jabłko, i choć na kolejną noc poszła do łóżka ze stertą książek, sporo czasu poświęciła na obmyślanie strategii.

* * *

Rankiem po raz drugi znalazła przy drzwiach prezenty. Oszołomiona i zachwycona kucnęła, żeby obejrzeć drewno, siatkę, farbę i gwoździe. Ofiarodawca znalazł nawet listewki potrzebne do oddzielenia robotnic od królowej.

Wstała i spojrzała na drzewa.

– Dzięki! – zawołała. – Kiedy będziemy mieli świeży miód, podzielimy się.

Poszła sprzątnąć stajnię i położyć świeżą słomę. Kiedy karmiła i poiła oba konie, przypomniała Grace, że później wybiorą się na przejażdżkę.

* * *

Podczas budowania ula to Fallon pełniła funkcję nauczycielki i była z tego nadzwyczaj rada. Równoważyło to poranek lekcji, instrukcji, ćwiczeń – znowu żadne nie wiązały się z użyciem miecza – oraz niezbyt entuzjastyczną reakcję Mallicka na jej poczynania.

Jednak przy budowie ula przejęła dowodzenie, ponieważ wiedziała, w swoim mniemaniu, wszyściutko o rojach, pszczołach i robieniu miodu.

– Zaczynamy od dołu – oznajmiła, kiedy już porozkładała potrzebne materiały i narzędzia. – Potrzebny jest stojak pod ul, żeby nie stał na ziemi. Zrobimy ukośne lądowisko dla pszczół.

Gdy już wszystko wymierzyła i przycięła, pokazała Mallickowi, jak nakładać krople kleju do drewna. I zorientowała się, że ten zapach przypomina jej tatę.

– Mamy w domu trzy ule. Babcia podarowała na urodziny dziadkowi zestaw do budowy oraz pszczoły w ostatnią wiosnę przed apokalipsą. Pozostałe dwa pomogłam tacie zbudować, a potem zrobiliśmy jeszcze jeden dla pań na Farmie Sióstr. Tak naprawdę nie są siostrami – paplała z przejęciem. – To czarownice, bardzo miłe, przyjaźnią się szczególnie z moją mamą. A teraz zrobimy dennicę. Wykorzystamy ekran do wentylacji i dodamy wejście. Pszczoły wlatują i wylatują na dole. Zmniejszymy więc szczelinę, żeby nie mogły przez nią wejść myszy i osy. To szkodniki i rabusie.

Mallick pomyślał, że dziewczyna potrafi uczyć. Nie przerywała pracy, cierpliwie za to wyjaśniała każdy kolejny krok. Dała mu zadanie zbicia listewek, dla dodatkowej wentylacji, które oddzielą korpus gniazdowy.

– Robię dwa średnie korpusy miodowe. Tyle wystarczy dla nas, do wykarmienia roju i jeszcze zostanie na wymianę. A teraz zrobimy kratę odgradzającą królową.

 

– Odgradzającą? – Mallick zmarszczył brwi ze zdziwieniem. – Sądziłem, że królowa ma zasadnicze znaczenie dla ula.

– Owszem, ale nie chcemy przecież, żeby składała jaja w miodzie, prawda?

– Przyznaję, że na to nie wpadłem.

– Wpadłbyś, gdybyś się nad tym zastanowił. Jest większa niż pracownice i trutnie, więc ją odgradzamy. Ona nie może dostać się do miodni, ale pszczoły mogą dostać się do niej. Zrobimy osiem ramek dla korpusu gniazdowego. Krata separująca wchodzi między gniazdo a korpusy miodowe.

– Tata nauczył cię tego wszystkiego?

– Tak. No i sam musiał się tego nauczyć. Przeczytał książki pszczelarskie swojego taty, ponieważ nie zajmował się zbytnio ulem przed śmiercią dziadka i nie za bardzo wiedział, jak to działa. Potem wybudowaliśmy następne. Mój tata lubi ciesielstwo, jest w tym naprawdę dobry. Dobudował pokoje do domu, zrobił stoły piknikowe i…

Urwała, zwiesiła głowę i skupiła się na pracy.

– To naturalne, że za nim tęsknisz. Za całą rodziną.

– Kiedy o tym za dużo myślę, jest trudniej.

Powiedział jej, że nigdy nie kochał, ale to przecież nieprawda. Kochał swoją mamę. Tysiąc pięćset lat nie zatarło smutku, jaki czuł, gdy ją opuszczał.

Pomyślał, że jego obowiązkiem jest uczenie jej, a nie pocieszanie. A jednak trochę pociechy, trochę zrozumienia z pewnością torowało drogę do udzielania nauk.

– To, co tu robisz, czemu się poświęcasz, wiedza i umiejętności, jakich nabywasz – robisz to dla nich. Dla świata, ale oni są na tym świecie. To, co twoja mama zrobiła, żebyś była bezpieczna, to, co zrobił twój ojciec biologiczny, a potem ten, który cię wychowuje. I dali ci życie, dali podstawy. Braci, rodzinę. Dali ci powód, Fallon, żebyś poza samą powinnością stawiła czoła temu, co nastąpi. Nauczyli cię dobrze i dali ci wiedzę. Na tyle dużą, że możesz mnie teraz uczyć, jak zrobić dom dla pszczół.

– Jeżeli… jeżeli odmówię, to oni umrą?

– Nie potrafię tego powiedzieć. Nie wiem. Ale nie powiedziałaś nie. Na razie.

Rzuciła mu spojrzenie i wróciła do pracy.

Obejrzała zrobioną przez niego ramkę, zaakceptowała, po czym wytłumaczyła mu krok po kroku, co robi, kiedy budowała jeden i drugi korpus miodowy.

– Dobrze, teraz trochę nabałaganimy. Musimy pokryć ten plastik woskiem pszczelim. Pszczoły mają dzięki temu od czego zacząć. Najpierw musimy rozpuścić wosk. Mogę go zanieść do środka i rozpuścić nad ogniem.

Mallick uniósł brew.

– Albo możesz uznać to za część zajęć praktycznych.

Zdecydowanie wolała tę drugą możliwość.

Włożyła dwie kostki, które otrzymali od nieznanego jej ofiarodawcy, do małego kociołka. Pod czujnym okiem Mallicka uniosła dłonie nad naczynie, przesunęła po jego bokach i znowu do góry.

Poczuł ciepło, lekkie i niezmienne, zobaczył, że wnętrza jej dłoni, czubki palców migoczą światłem. Miękkim, czystym białym światłem.

Wosk w kociołku zaczął się topić.

– Co przyzywasz?

– Światło – wymruczała, nie odrywając spojrzenia od topiącego się wosku. – Gorąco. Nie ogień, żadnego płomienia. Ciepło i światło.

– Skąd się to w tobie bierze?

– Zewsząd. Z brzucha i… poniżej. Z serca i głowy. Ze mnie całej.

– Jak to kontrolujesz?

Zmarszczyła brwi.

– No… myślę. Na tyle, żeby roztopić, ale nie żeby spalić czy zagotować. To wystarczy.

Podniosła wzrok i uśmiechnęła się.

– Teraz się upaprzemy.

Budowa, sama konstrukcja i pomalowanie zewnętrza jaskrawobiałą farbą zajęły im większość popołudnia. Kiedy Fallon obchodziła gotowy ul, kucała, żeby go dobrze obejrzeć, Mallick się odsunął. Poczuł się śmiesznie zadowolony z tego, że zrobił coś własnymi rękoma.

– Jest dobry – uznała Fallon. – Mocny i solidny.

– Nauczysz mnie dbania o pszczoły, kiedy już je znajdziemy. Czy one przylatują do ula, bo przyciąga je sama budowla albo wosk?

– W ten sposób nie uzyska się zdrowej kolonii, a na pewno nie przyciągnie się królowej. Trzeba je zaprosić.

– Pokaż mi.

– Wypatrzyłam wczoraj kolonię. Tu im się spodoba. Nigdy nie przyzywałeś pszczół?

– Nie. Nie mam takiego daru. Pokaż mi – powtórzył.

Zamknęła na moment oczy – młoda dziewczyna, długonoga, szczupła, z kruczoczarnymi włosami splecionymi w warkocz przerzucony przez ramię.

– Jestem w powietrzu, z powietrza. Jestem w świetle, ze światła. Jestem na ziemi, z ziemi. Jestem nad wodą, z wody. Wszystko to łączy magia. Jestem z magii, która łączy stworzenia, które chodzą, które pełzają, które latają, które ryją, które pływają. Wszyscy jesteśmy z, w, przy, na. Królowa gniazduje, podczas gdy inni wysiadują, pracują, polują, budują. Oto pokornie daję dom. Przybądź i zobacz. Przybądź i zamieszkaj. Przybądź i prosperuj. – Rozłożyła ręce. – Przybądź.

Nic nie zobaczył ani nie usłyszał. Tylko dziewczyna stała z rozpostartymi ramionami, nieruchoma niczym posąg. Z rozświetloną twarzą.

Minęła minuta, potem druga i trzecia. Uznał, że pora to przerwać, powiedzieć jej, że może spróbować innym razem.

I wtedy usłyszał rój.

Powietrze wypełniło niskie, monotonne brzęczenie, a Fallon wciąż stała nieruchomo. Chmura, kłąb, wyleciała z lasu. Instynktownie chciał do niej podbiec, odciągnąć, zabrać do środka, gdzie będzie bezpieczna.

Zanim się ruszył, otworzyła oczy. I jarzyła się.

Duża pszczoła miodna – królowa? – unosiła się nad jej prawą dłonią. A rój pokrył wyciągnięte ręce, włosy, ramiona, bzycząc szaleńczo.

Zaśmiała się, jakby otaczały ją motyle.

Mallick zastanawiał się, czy ona wie, czy może wiedzieć, o wszystkim, co ma? O tym, kim może się stać, jeśli tylko jej nie zawiedzie? W tym momencie jej moc była tak silna, ciągle jednak młoda i boleśnie niewinna.

Kim się stanie, co posiądzie, kiedy ta moc dojrzeje, a niewinność zostanie utracona?

Poruszyła się, przechylając czubki palców w kierunku ula.

– Witajcie – powiedziała. I wtedy, jak jeden organizm, rój wleciał do ula.

– Skąd one…? – Przerwał, żeby uspokoić głos. – Skąd one wiedzą, dokąd powinny się kierować w ulu?

Odpowiedziała z zakłopotanym uśmiechem.

– No bo im powiedziałam.

– Aha. No dobrze, świetnie się spisałaś. Odłożę narzędzia i całą resztę. Masz wolne do zmierzchu.

– Chcę zabrać Grace na przejażdżkę.

Skinął głową.

– Tylko nie odjeżdżaj za daleko i wróć przed zmierzchem.

Odbiegła, młoda, niewinna. Mallick tymczasem słuchał buczenia roju i poczuł się bardzo stary.