Z krwi i kości

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ CZWARTY

Czysty upór w połączeniu z urazą kusiły ją, żeby zamknąć się w tym głupim pokoju z dwoma piętrowymi łóżkami – też pokrytymi szkocką kratą, tym razem czerwono-czarną. Ale była głodna i musiała zrobić siusiu.

Zatem zrobi siusiu i zje, postanowiła, ale nie musi być przyjazna. Nie widziała też powodu do uprzejmości. Nazwał ją głupią – o, przepraszam, ignorantką. Nie musi być uprzejma wobec kogoś, kto nazwał ją ignorantką, tylko dlatego, że ten ktoś jest stary.

Łazienka mieściła się na wprost jej pokoju. Zamknęła się w niej.

Odkręciła kurek nad zawieszoną na ścianie umywalką i doznała nieomal zawodu, gdy z kranu popłynęła woda. Uznała, że to Mallick tego dopilnował, więc nie miała powodu testować tu swoich umiejętności.

Toaleta nieco się kołysała, ale spełniła swoje zadanie.

Poświęciła chwilę na przyjrzenie się swojej twarzy w lustrze nad umywalką.

Nie spała dobrze tej nocy – ani poprzedniej. Widać to było w cieniach pod oczyma, w bladości policzków.

Mimo że nie dbała o urodę, zależało jej – i to bardzo – na sprawianiu wrażenia silnej. Rzuciła na siebie lekki urok.

Nie jestem ignorantką, powiedziała sobie, i nie jestem słaba.

Wymaszerowała, po czym przeszła tuż koło Mallicka, który siedział przy ogniu z kieliszkiem wina. Nie walnęła drzwiami, idąc po drewno, lecz zamknęła je z trzaskiem.

Gdy zaczęło zmierzchać, między drzewa zakradła się szarość, a w powietrzu pojawił się chłód. I zapach dymu, jesieni, której bliżej do zimy niż lata.

Pomyślała, że drewno się przyda, przedtem jednak chciała się przejść, rozciągnąć mięśnie spięte po wielu godzinach siedzenia w siodle.

Najpierw sprawdziła konie, które już drzemały. Przytuliła policzek do Grace, żeby poczuć się jak w domu. A kiedy koń Mallicka spojrzał na nią dobrymi, mądrymi oczyma, pogładziła go – i pomyślała, że zasługuje na milszego jeźdźca.

Pozwoliła koniom drzemać i ruszyła wzdłuż brzegu wijącego się strumienia.

Uniósłszy wzrok, zobaczyła ambonę myśliwską przymocowaną na grubym dębie. Rozbawił ją widok pięciu jeleni skubiących trawę przy drodze między drzewami porastającymi zbocze.

Zastanowiła się, jak by to było tak po prostu iść? Jak jelenie. Iść i żyć w lesie. Wędrować, gdzie tylko zapragnie, myśleć tylko o własnych potrzebach.

Wyobraziła sobie, że nie ma nikogo, kto by jej mówił, co ma robić ani kiedy czy jak to robić. Nikogo, kto oczekiwałby po niej tak wiele, podczas gdy ona chciała po prostu być.

Oparła się o drzewo i przytuliła policzek do jego szorstkiej kory. Poczuła tętniące w nim życie. Zamykając oczy, poczuła bicie serca jeleni po drugiej stronie strumyka i puls wody i ziemi.

Czuła życie wszystkiego, co żyło i kwitło wokół niej, i nie było człowiekiem. Oczyma umysłu widziała ptaka szybującego wysoko nad jej głową, bijące szybko małe serduszko. I sowę w głębi lasu, śpiącą, nim zapadnie noc i nastanie czas polowania.

Zacisnęła mocniej oczy, gdyż zrozumiała, że nie chce tak po prostu odejść, żyć w lasach. Chciała czuć bicie serca matki, ojca, braci. Byli jednak za daleko.

– To tylko pierwszy dzień – napomniała się. – Wytrzymam jeden dzień. Mogę zmienić zdanie w każdej chwili. Mogę wrócić jutro do domu, jeśli zechcę.

Pocieszona tą myślą otworzyła oczy i ruszyła w stronę domku.

Słońce płonęło pomiędzy drzewami na zachodzie, tuż nad wzgórzami, czuła jego światło, tak samo jak bicie serc, głęboko w sobie.

Patrząc na ogień końca dnia, skierowała się do domku i wniosła naręcze drewna.

* * *

Nastolatka, nawet jeżeli pochodzi od bogów, wie, jak się dąsać. Fallon zjadła rozstawione przez Mallicka jedzenie, ale w milczeniu. Wzięła kawałek tortu, ponieważ chciała poczuć bliskość rodziny. Zamiast tego tylko posmutniała i pogodziła się z tym, że są daleko i tak będzie przez dwa długie lata.

Gdyby Mallick podjął jakąkolwiek próbę podniesienia jej na duchu, ten smutek przerodziłby się w furię i go zaatakował. Może zdawał sobie z tego sprawę, gdyż podczas prostego posiłku nie zaproponował ani poważnej, ani towarzyskiej rozmowy.

Kiedy powiedział jej, żeby zajęła się naczyniami, nie oponowała. Schowała resztę jedzenia, umyła talerze, sprzątnęła kuchnię, podczas gdy on siedział przy ogniu i czytał.

Mimo wrodzonej ciekawości nie spytała o książkę, tylko zamknęła się na klucz w sypialni i dodatkowo, w przypływie złości, dorzuciła jeszcze czar na zamek.

Mimo że zawsze przynosiło jej to ukojenie, postanowiła nie wyciągać ani nie zapalać świecy tylko dlatego, że dostała ją od niego. W jej mniemaniu Mallick i tylko Mallick odpowiadał za jej niedolę.

Skuliła się więc pod kocami z Królem czarodziejem, oświetlając sobie czytane strony. Jednak dobrze znane słowa tylko potęgowały jej smutek.

Odłożyła książkę i chwilę leżała w ciemności, żałując, że nie poszukała w domku czegoś innego do czytania. Stare czasopisma i gazety zawsze ją fascynowały. Nie sądziła, że zaśnie, i była przekonana, że spędzi noc na rozmyślaniach. Nawet się z tego cieszyła.

Zasnęła, jeszcze zanim poczuła senność, nie budząc się nawet wtedy, gdy przez okna wlało się światło księżyca ani gdy duszki zaczęły tańczyć przy szybie.

Obudziła się tuż przed świtem. W pierwszym odruchu poczuła zakłopotanie, że spała tak długo i tak mocno. Lecz zaraz potem przypomniała sobie coś, co jej mama nazywała snem serca. Snem, którego zranione serce potrzebowało, żeby się goić.

Potarła w palcach obrączkę i medalik. Gdy leżała w ciszy, jeszcze kilka minut, wyobraziła sobie, jak jej tata wstaje, schodzi na dół, żeby zrobić kawę z ziaren zebranych w tropikach. Po nim schodzi mama, żeby zabrać się do śniadania.

Wszyscy wstają, trzeba nakarmić zwierzęta i zebrać jajka.

Obowiązki na farmie, lekcje, zapach piekącego się chleba. Może wycieczka do wsi lub na sąsiednie farmy, żeby wymienić się dobrami. Wolny czas na czytanie, jazdę konną lub zabawę.

Dokąd ona trafi, podczas gdy dla jej rodziny będzie to zwykły dzień?

Jak na wychowane na farmie dziecko przystało, wstała i włożyła buty. Dorzuciła drewna do gasnącego żaru i wyszła zająć się końmi.

Patrzyła, jak słońce wschodzi, tak jak dzień wcześniej obserwowała jego zachód.

Kiedy wróciła do środka, Mallick zaparzył już dwa kubki mocnej herbaty i smażył jajka z bekonem na patelni trzymanej, jak na obozowisku, nad ogniem.

– Dzień dobry – powiedział. – Wyruszymy po śniadaniu.

– W porządku. – Wzięła herbatę, mocniejszą, niżby chciała, i zdecydowanie za gorzką, bo bez miodu.

Pożałowała, że nie pomyślała o zabraniu miodu. Ale nic powiedziała, a kiedy Mallick postawił przed nią talerz i usiadł, zjadła.

Część urazy, jaką do niego żywiła, ulotniła się wraz ze snem, ale przede wszystkim znudziła ją cisza.

– Nie masz kobiety ani dzieci.

– Nie mam.

– Czy to dlatego, że wolisz mężczyzn?

– Nie. – Nie przerywał posiłku. – Moja powinność, mój cel jest mi towarzyszką.

– Dlaczego miałoby mnie albo bogów obchodzić, czy masz kobietę albo mężczyznę u boku czy w łóżku?

Spojrzał na nią i nie odwrócił wzroku.

– Poproszono mnie o bezgraniczną lojalność wobec Jedynej, a ja ją zaprzysiągłem. Towarzyszka, kochanka, również wymaga lojalności. A te lojalności mogą wejść w konflikt.

Odrzuciła to rozumowanie.

– Moi rodzice są lojalni wobec siebie, i nadal zachowują lojalność wobec swoich dzieci. Wobec nas wszystkich.

– To jest miłość, coś jeszcze większego od powinności czy złożonej przysięgi. Miłość jest potężniejsza.

– Nigdy nikogo nie kochałeś?

– Była pewna dziewczyna, z pełnymi życia oczyma i włosami jak ogień. Nie umiem powiedzieć, czy czułem miłość, ale tęsknotę na pewno. Serce mi waliło, ilekroć ją widziałem, a kiedy uśmiechała? Cóż, byłem najbogatszym chłopakiem w całej krainie. Wiem, że gdybym kiedykolwiek poczuł dotyk jej dłoni na policzku, choćby tylko tyle, umarłbym szczęśliwy i spełniony.

Fallon prychnęła śmiechem.

– Nikt nie umiera z miłości.

– Och, ależ tak, umierają od tego, do czego miłość może ich doprowadzić albo czego może od nich chcieć. I tak nigdy nie poczułem tej ręki na policzku. Dokonałem wyboru.

– Może kochałeś ją, bo byłeś chłopcem, a teraz jesteś stary, ale ją pamiętasz. – Zjadła ostatnie ze swoich jajek. – Ile masz lat?

Mallick usiadł wygodnie i spojrzał jej prosto w oczy.

– Urodziłem się trzeciego dnia trzeciego miesiąca w roku sześćset siedemdziesiątym pierwszym.

– No przestań. – Z przyzwyczajenia sięgnęła po jego talerz, żeby sprzątnąć ze stołu. – Jeżeli nie chcesz mi powiedzieć, to po prostu…

Zacisnął dłoń na jej ramieniu.

– Urodziła mnie wiedźma, spłodził żołnierz, którego matka miała elfią krew. Nie pamiętam go dobrze, bo zmarł w bitwie, kiedy matka odstawiała mnie od piersi. Miałem dziesięć lat, kiedy ją opuściłem. Kolejne dziesięć poświęciłem na szkolenia, naukę i podróże. I następne dziesięć na praktykę, na życie w samotności. – Uczynił pauzę, po czym podjął na nowo: – A potem spałem, gdy mijały lata, świat się zmieniał, a magia to kryła się, to ginęła, a ci, którzy nią władali, byli prześladowani, piętnowani lub ignorowani. Aż do tej nocy, gdy obudził mnie dźwięk jednej kropli krwi uderzający o pierwszą tarczę i jej pęknięcia po złożeniu tej ofiary. I mój czas ponownie się zaczął, gdy twój miał dopiero nadejść.

Uwierzyła mu i to sprawiło, że serce zaczęło jej szybciej bić.

– Powiadasz, że jesteś nieśmiertelny.

– Nie. Nie. Zraniony krwawię. Moje życie dobiegnie kresu tak jak życie każdego człowieka. Ale poproszono mnie, bym szkolił Jedyną, służył i bronił jej, Jedynej, która podejmie miecz i tarczę, która sprowadzi światło i przywróci równowagę. Zgodziłem się. Złożyłem przysięgę. Dokonałem wyboru. Nigdy nie złamię danego słowa. Nigdy cię nie zdradzę.

 

Wstał i sam sprzątnął talerze.

– Co to jest ta pierwsza tarcza i jak mogła pęknąć od kropli krwi? Ile ich jeszcze jest? Gdzie są? Jak…

– Dowiesz się. Na razie zbierz swoje rzeczy i osiodłaj konie. Ja pozmywam.

– Odpowiedz mi choć na jedno pytanie – powiedziała stanowczo. – Choć jeden cholerny raz.

– Zadaj właściwe pytanie.

Zawahała się, po czym zapytała o coś, co jak zdała sobie sprawę, ciążyło jej najbardziej.

– A co, jeżeli nie jestem dość dobra? Jeżeli po prostu nie jestem dość dobra ani mądra, żeby to wszystko zrobić?

– Wówczas poniósłbym porażkę. A nie zamierzam jej ponieść. Nie marnuj czasu. Przed nami długa droga.

* * *

Przez całą godzinę jechała w milczeniu. Nie z powodu nadąsania, lecz dlatego, że się zastanawiała. Wiedziała, że niektóre duszki mogą żyć ponad sto lat. Jak stara Lillian w domu, która twierdziła, że ma sto dwadzieścia lat. Elfy też mogą długo żyć, a dzieci różnych rodzajów magii… od apokalipsy nie upłynęło wiele czasu, żeby można było to ustalić.

Nigdy jednak nie słyszała o kimś, kto by żył ponad tysiąc lat. Powiedział, że spał. Chodziło mu o hibernację?

I skoro to wszystko było wyborem, to dlaczego wezwano go, żeby szkolił kogoś urodzonego ponad tysiąc pięćset lat później?

To wszystko było naprawdę zagmatwane. Stwierdziła, że brak zrozumienia to nie ignorancja. To tylko brak zrozumienia.

Jechali przez lasy, przez pola, drogami. Na niektórych nadal stały porzucone samochody. Widziała wzgórza i domy, nawet kilkoro ludzi oraz, jak zdała sobie sprawę, wioskę, większą niż ta, którą znała, z budynkami i miejscami, w których kiedyś sprzedawano paliwo do samochodów i jedzenie dla podróżnych.

Choć na ogół Mallick unikał głównych dróg, trzymał się z dala od budynków, dostrzegła je z oddali.

I zastanawiała się.

Przyglądała się mapom, oglądała globus i wertowała atlas. Widziała DVD, które pokazywały świat, przedstawiały życie, które wydawało jej się tak odległe, odmienne i egzotyczne.

Zdała sobie sprawę, że świat, kiedy się już w nim znalazła, jest o wiele większy, niż to sobie wyobrażała.

W ogóle się nie kończył. Nie mogła uwierzyć, że kiedyś był pełen, że samochody jechały jeden za drugim po tych szerokich drogach, które, jak wiedziała, nazywano autostradami.

Wydawało się to nierealne, jak filmy w telewizorze.

– Widziałeś to? – spytała. – Kiedy świat był pełen ludzi i samochodów, i samolotów?

– Tak. I chociaż patrzyłem na to w krysztale, chociaż mi je wcześniej pokazano, to było niesamowite.

– Czy to naprawdę jest wybór? Czy naprawdę mogłam powiedzieć nie?

– To zawsze jest wybór. Nie zdradzę cię i nie będę cię okłamywał.

– Więc jeśli zostałeś wezwany tak dawno temu – zanim pojawiły się samochody i samoloty, zanim świat został tak gęsto zaludniony – jak mogło się to wydarzyć miliard lat wcześniej, zanim się w ogóle urodziłam?

– Moce większe od moich, większe nawet od tych, jakimi ty będziesz władać, przewidziały, co może się wydarzyć. Taka natura ludzi, magicznych czy nie, żeby pragnąć pokoju i dążyć do wojny. Taka natura tych, w których czai się mrok, jest więcej mroku niż światła, by knuć na rzecz wojny i pożądać władzy. Gdyby mrok tamtej nocy poniósł porażkę i tarcza pozostała nietknięta, być może przespałbym kolejne tysiąclecie, a Jedyna by się jeszcze nie urodziła. Ale w pewnym momencie to by się wydarzyło.

– Śniło ci się coś?

Uśmiechnął się lekko.

– Przeżyłem całe życia w snach. I uczyłem się, nawet kiedy spałem, o świecie i zachodzących w nim zmianach.

– To chyba nie był relaksujący sen.

Zaśmiał się, głośno, pełną piersią, nieoczekiwanie.

– Nie – przyznał. – Nie był relaksujący.

Ramię w ramię przecwałowali przez leżące odłogiem pole, po czym podjechali stromym zboczem na asfaltową drogę.

– Jak daleko jeszcze?

– Dwie godziny. O zmroku zacznie padać deszcz, ale zdążymy przed nim.

– Prędzej, jeżeli chodzi o deszcz – powiedziała Fallon.

Spojrzał na nią uważnie i nieco wyniośle.

– Czyżby?

– Jedziemy na południowy wschód, a wiatr wieje ze wschodu, niosąc ze sobą deszcz. Jeśli nie zmienimy kierunku, będziemy mieli deszcz co najmniej godzinę przed zapadnięciem zmroku, oczywiście o ile będziemy jechać w tym kierunku przez następne dwie godziny w tym tempie.

Zerknęła na niego i wzruszyła ramionami.

– Farmerzy znają się na pogodzie. Reszta to zwykła matematyka.

– Hmm – mruknął.

– Ktoś…

Urwała, kiedy raptownie uniósł rękę, słysząc dźwięk silników. Przeklął się za wybranie tej drogi – chciał zaoszczędzić trochę czasu – bo z obu jej stron nie było gdzie się schować.

Kiedy teraz rozważał różne możliwości – z których pierwszą było pogalopowanie z powrotem przez pole – zza wzniesienia wyłoniły się trzy motocykle i pędziły prosto na nich.

– Jeżeli każę ci jechać, zrób to i cwałuj ile sił z powrotem przez pole. Znajdę cię.

Coś w niej zadrżało, coś stwardniało jak stal.

– Ich jest sześcioro, a ty jeden.

– Na świecie jesteś tylko jedna ty. Rób, co mówię. Nie rozmawiaj z nimi i jeżeli każę ci jechać, jedź.

Fallon zauważyła, że ludzie na motorach jechali rozlokowani dwójkami. Troje z bronią krótką u boku, troje z długą. Czterech mężczyzn, dwie kobiety.

Wywnioskowała, że wszyscy są Najeźdźcami, gdyż mieli symbole czaszki wymalowane na motorach.

Ten, który prowadził, skręcił motor i zatrzymał się w poprzek drogi, więc oboje z Mallickiem musieli wstrzymać konie. Motocyklista miał na kasztanowych włosach bandanę w czaszki, a na szyi wisior w takim samym kształcie.

Brodę uczesał w dwa długie ogony.

Kobieta za nim miała bliznę wzdłuż lewego policzka. Tak jak jej towarzysze nosiła ciemne okulary, zasłaniające oczy.

Przerzuciła nogę przez motocykl, po czym zdjęła strzelbę z ramienia i trzymała ją w niedwuznaczny sposób.

Fallon przyjrzała się pozostałym i usiłowała zachować spokój, kiedy wyłączyli silniki.

Przywódca zszedł z motoru.

– A kogo my tu mamy?

– Moja wnuczka i ja jedziemy na południe szukać pracy.

– Czyżby? Słyszycie? – prychnął. – Pracy szukają.

Ten na drugim motorze zsunął okulary przeciwsłoneczne i mrugnął do Fallon, która poczuła, że skóra lepi się jej od potu.

Jeżeli będzie musiała walczyć, postanowiła, że najpierw zajmie się kobietą z wycelowaną w nich bronią, a potem tym, który do niej mrugnął. Nie odjedzie. Nigdy nie zostawi kogoś przy takiej przewadze liczebnej.

– Co wieziecie w torbach?

– Wszystko, co nam zostało na świecie. – Błagalny ton w głosie Mallicka wkurzył Fallon. – Tyle co nic.

– No to równie dobrze możecie mieć nic. Zsiadaj z konia, dziadku. Ty też, cukiereczku.

– Proszę. To jeszcze dziecko.

Druga kobieta wyciągnęła pistolet.

– Niech zsiada z konia albo ją zastrzelę.

– Nie strzelaj do świeżego mięsa. – Ten, który mrugnął, zsiadł z motocykla i potarł krocze. – Mam dla niej pracę.

Na co wszyscy się zaśmiali, lecz nie w taki sposób, który by sprawił, że się spociła. Przeciwnie, jej umysł, krew, zrobiły się bardzo, bardzo chłodne.

Zsiadła z konia.

– Jest was sześcioro – powiedziała z pogardą. – A nas dwoje.

Przywódca wyciągnął nóż zza paska.

– Za chwilę będzie tylko jedno. – Rzucił się na Mallicka.

Wypadki potoczyły się tak szybko, że Fallon nie zdążyła zareagować, a sądziła, że jest do nich przygotowana.

Pięść Mallicka tylko mignęła i uderzyła mocno jak młot. Ten cios przewrócił mężczyznę na stojącą za nim kobietę, tak że oboje runęli na ziemię.

Drugą ręką Mallick cisnął kulę wiatru, którego siła przerzuciła drugą kobietę i jej pistolet sześć metrów dalej. Kiedy upadała z nieprzyjemnym hukiem, Mallick wyciągnął miecz.

Rzuciło się na niego dwóch mężczyzn, a trzeci, który jeszcze stał, uchylił się i zaatakował Fallon.

Dobyła noża i bez zastanowienia go podpaliła.

– Pieprzona Niesamowita. Suka… – warknął, wyciągając pistolet. – Kula pokonuje nóż za każdym razem.

– Nie. Nie za każdym. – Cięła powietrze ostrzem i broń, którą tamten trzymał, buchnęła płomieniami.

Kiedy wrzasnął, rzucił ją i zaczął dusić ogień na ręku, wykonała jeden z pierwszych manewrów obronnych, jakich nauczył ją ojciec. Kopnęła przeciwnika w krocze.

Gdy upadł, obróciła się gotowa pomóc Mallickowi. Ale ten stał już tylko z zakrwawionym mieczem.

Dwóch motocyklistów leżało bez życia na ziemi. Pozostała trójka była ranna, a ten, który do niej mrugnął, leżał skulony i jęczał. Fallon wątpiła, by kiedykolwiek odzyskał pełną sprawność ręki.

– Zbierz broń – rzekł energicznie Mallick.

Sam pochylił się, by zabrać pistolet i nóż przywódcy. Fallon, którą teraz zaczęły ogarniać mdłości, starała się opanować drżenie rąk, gdy zabierała broń nieżywym.

– Ten pistolet jest za bardzo stopiony, żeby się do czegoś przydać.

Mallick zerknął na jęczącego z bólu mężczyznę, który trzymał się za uszkodzoną rękę. Powiedział „hm”, podobnie jak wtedy, gdy usłyszał, jak przewidywała zmianę pogody.

Przewiesiła jedną ze strzelb przez ramię, Mallick zaś wziął dwie pozostałe. Resztę broni schowali i wsiedli na konie.

– Nie kazałeś mi uciekać.

– Posłuchałabyś?

– Nie.

– Nie lubię mówić na próżno.

– Mogłeś sobie nie poradzić z nimi wszystkimi.

– Gdybanie nic już nie da. Jesteś odważna. Dobrze walczyłaś.

– Nie powinniśmy ich tak zostawiać. Ci sprawni mogą pojechać za nami albo skrzywdzić kogoś innego.

– Nie zabijamy bezbronnych ani rannych.

– Nie, ale… – Wyciągnęła rękę i podpaliła opony.

– Ranni, bezbronni i pieszo za nami nie pójdą i będzie im trudniej skrzywdzić kogokolwiek innego.

Mallick popatrzył, jak motocykle przewracają się na ziemię.

– Nieźle. Dobra taktyka.

– Zdrowy rozsądek – poprawiła go i zaczęła prowadzić konia po drodze. Miała zaciśnięte i wyschnięte gardło, ale wydusiła z siebie słowa: – Zabiliby cię. Mnie by zgwałcili, a potem zabili. Albo zabrali tam, dokąd jechali, znowu zgwałcili, a potem zabili. Konie może by zatrzymali, gdyby znaleźli dla nich jakieś zastosowanie, albo zarżnęliby je na mięso.

– Tak. Bez wątpienia.

– Zabiłeś dwoje z nich. Może troje, bo kobieta jest poważnie ranna. Pewnie ją tak zostawią.

– Przeszkadza ci to, że odebrałem im życie?

– Nie. Tak – poprawiła się. – Chyba przeszkadzało, dopóki… Oni by nas zabili. Nie żeby przeżyć, lecz dlatego, że mieli taką zachciankę. Gdybyśmy po prostu byli dwójką zwykłych ludzi, ty już byś nie żył, a ja bym… – Nie skończyła. – Dokonaliśmy słusznego wyboru.

– Cóż, oni dokonali złego wyboru. Potraktuj to jako pierwszą lekcję.

Skinęła głową, po czym zerknęła na niego.

– Nie miałeś wcześniej miecza.

– Czyżby?

– Myślę, że bym go zauważyła.

Ponaglił konia do cwału.

– Musisz patrzeć, żeby zobaczyć.

* * *

Mallick utrzymywał szybkie tempo i nie zbaczał z drogi, póki nie zobaczył w polu widzenia kolejnego siedliska. W którymś momencie Fallon dostrzegła inną jeszcze osadę, złożoną z samych tylko domów. Sporych rozmiarów budynki stały blisko siebie, a wiele z nich było jednakowych.

Niektóre miały zabite deskami okna, w innych było widać zniszczenia wyrządzone przez ogień. W sięgającej kolan trawie pasły się jelenie. Po pustych ulicach świstał wiatr.

W którymś z okien dostrzegła jednak cień. Nie wszystkie domy stały puste.

– Dlaczego ludzie nie uprawiają ziemi, nie wytwarzają jedzenia?

– Nie wszyscy to potrafią – wyjaśnił jej towarzysz. – Niektórzy się chowają, jedzą to, co wyszperają. Paraliżuje ich strach.

Rozmyślała nad tym, co powiedział, kiedy jechali. Doliczyła się ponad setki domów stojących blisko siebie, co w razie ataku ułatwiało obronę. Doszła do wniosku, że to zmarnowana okazja, tak samo jak ziemia, która mogła dawać plony.

Ale, podobnie jak kilka punktów w trakcie tej podróży, tak i ten zapamiętała, tworząc w pamięci mapę z drogowskazami.

 

Znowu wjechali w las porastający nierówny, pofałdowany grunt, przez który tu i ówdzie przezierały skały. Usłyszała szemranie strumienia, zanim go zobaczyła, po czym, jadąc tuż za Mallickiem, odnajdywała nieistniejącą ścieżkę wzdłuż meandrującego nurtu.

Strumień poszerzył się, teraz między skalnymi półkami kaskadami spadała spieniona woda. Skały stopniowo stawały się coraz wyższe, a woda spadała z coraz to większych wysokości. Jej szum wypełniał cały las.

W bladej tęczy, jaką utworzyły promienie słońca w kropelkach pluskającej wody, dostrzegła kilka duszków trzepoczących skrzydłami.

Za wodospadem, gdzie bystra woda zwalniała i znowu płynęła z cichym szemraniem, Mallick zatrzymał się na rozległej polanie.

Powalone drzewa porastał gruby mech, a wypiętrzone skały pokrywały porosty. Pochylone drzewa tworzyły łukowaty baldachim nad przesieką.

Gdy Mallick zsiadł z konia, Fallon uznała, że chce dać odpocząć koniom, więc zrobiła to samo.

– Powinniśmy być już niedaleko – powiedziała. – Możemy je napoić w strumieniu, przez jakiś czas poprowadzić, a potem na koniec podjechać.

– Dotarliśmy na miejsce.

– Tu? – zdziwiła się. Nie miała nic przeciwko mieszkaniu w lesie, ale życie bez schronienia przez następne dwa lata nie budziło jej entuzjazmu. – Mamy tu rozbić obóz?

Mallick bez słowa wręczył jej wodze, a sam ruszył do przodu.

Podniósł ręce wnętrzami dłoni do góry. Przez chwilę nie dało się słyszeć nic poza cichym echem wodospadu i szelestem wiatru pomiędzy drzewami. Słońce już zachodziło, jego światło przeświecało przez baldachim z liści i zalewało polanę, a cienie tańczyły wraz z wiatrem.

Wtem usłyszała poszum mocy. Poczuła jej pierwsze pulsowanie w powietrzu i to, jak jeży jej skórę na ramionach i karku. Konie także to poczuły i zaczęły niespokojnie wierzgać, skróciła więc wodze.

Oczy Mallicka pociemniały, przez co jego twarz wydała się bledsza, gdy naraz zerwał się wiatr i uniósł włosy ich obojga.

Światło i cienie uległy zmianie, zaczęły pojawiać się kształty, przypominające zamazany szkic za szkłem o pofałdowanej powierzchni.

Potem, gdy Mallick rozłożył ramiona na boki, zabrzmiał jego głos.

– Otwórz to, co zamknąłem. Odsłoń tutaj to, co zasłoniłem. To bowiem jest miejsce, które zrobiłem. A Jedyna przybyła.

Rozmazany szkic wyostrzył się, przybrał formę, kolor i kształt.

Teraz na polanie stał dom kryty strzechą, o ścianach barwy piasku. Był mniejszy od domu na farmie, ale większy niż domek myśliwski. Miał okna wychodzące na zachód i grube drewniane drzwi. Obok stała mała stajnia ze spadzistym dachem i dwuskrzydłowymi drzwiami, a nieopodal w świetle słońca połyskiwała mała szklarnia.

Tak jak na drzwiach domu, ochronne symbole widniały również na futrynie drzwi do stajni i na szklanym wejściu do cieplarni.

Koło drzwi do domu, otoczony wypolerowanymi kamykami stał posąg bogini, podobny do tego przy domku myśliwskim.

Fallon widziała magię w wydaniu swojej mamy, praktykowała własną. Nigdy jednak nie była świadkiem niczego podobnego do mocy, której wymagało ukrycie i iluzja takiej miary.

– Zajmij się końmi – powiedział jej. – Odbyły dziś długą podróż.

– Jesteś blady.

– Trudniej otworzyć niż zamknąć. Zajmij się końmi – powtórzył – a potem wejdź do środka.

Po czym wziął swoje rzeczy, wszedł do domku i zamknął za sobą drzwi.