Z krwi i kości

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ TRZECI

W dzień trzynastych urodzin Fallon lasy wyglądały niczym jaskrawe plamy na tle nieba. Na gałęziach jabłoni i grusz zwisały ciężko jeszcze niezebrane owoce, a nieopodal nich winogrona w pękatych, lśniących gronach.

Ogród zapełniały jesienne barwy dyń, bakłażanów, cukinii, pulchnych główek kapusty, rzędów jarmużu i rzepy.

Powietrze było ciepłe, lecz chłodne noce ostrzegały, że zbliżają się przymrozki, i to już wkrótce.

Simon polecił chłopcom zrywać jabłka, gdyż dzięki temu mieli pretekst, by wspinać się na drzewa. Fallon, jako że miała do tego najlepszą rękę, kazał zrywać winogrona na galaretki, wina, do jedzenia i do suszenia. Wiedział, że Lana już upiekła piernik – ulubione ciasto córki – a teraz pracowała w ogrodzie, zbierając plony, podczas gdy on szykował drewno do kominka na zbliżającą się wielkimi krokami zimę.

I wszyscy udawali, że to całkiem zwyczajny dzień, ponieważ niepodobna było robić nic innego.

Simon słuchał śmiechu synów, cichego popiskiwania kurcząt, miarowego brzęczenia dobiegającego z pasieki. Czuł, jak plecy wilgotnieją mu od potu, czuł zmęczenie mięśni, gdy wciągał kolejne kłody na pieniek

Gdzieś w lasach zawzięcie stukał dzięcioł. Drzemiące na słońcu psy ignorowały go, tak samo jak nie zwracały uwagi na wędrujące wzdłuż górskiego grzbietu jelenie.

Zupełnie jak w wojsku, pomyślał niczym żołnierz, którym był. Wszystko się zaraz zawali, czyli wszystko w normie.

Kiedyś wybrał żołnierskie życie i poznał koszt wojny. Zrezygnował z tego i wrócił do domu na farmę, gdy u jego matki zdiagnozowano nowotwór. Dowiedział się wiele o miłości, poświęceniu i kobiecej sile.

Pokonała nowotwór, a zaraz potem padła ofiarą wirusa. W odstępie kilku dni pochował oboje rodziców i poznał ból prawdziwej straty.

Po wszystkim Simon postanowił zostać, pracować na farmie i dowiedział się, co on i inni mogą robić, żeby żyć, nawet jeżeli świat usunął im się spod nóg. I co mogą i co zrobią inni, żeby sprowadzić więcej śmierci i zniszczenia.

W ciągu tych lat więcej niż raz pomagał sąsiadom odpierać tych innych. I chował zarówno przyjaciół, jak i wrogów.

Widział wrony krążące w oddali poza ich spokojną farmą. I widział czarne błyskawice.

Teraz jego córka wyruszy jeszcze dalej, wkroczy w ten mroczny, niebezpieczny świat. A on, mężczyzna, żołnierz, ojciec, jest bezradny i nie może temu zapobiec.

Spojrzał na nią – swoją wysoką, patykowatą, uroczą dziewczynę. W ciemnym warkoczu na jej plecach połyskiwało słońce. Nosiła jeden ze starych kapeluszy jego mamy, słomkowy o szerokim rondzie. Spłowiała niebieska koszulka również należała do jego mamy i pokazywała, że jego córce rosną, jak to nazywała Lana, cycątka.

Nie podobało mu się to.

W ramach handlu wymiennego zdobył dżinsy – dość workowate, bo Fallon była tak szczupła – i solidne brązowe buty.

Chciał ją zatrzymać w pamięci właśnie taką. Stojącą w małej winnicy, z kiścią dojrzałych fioletowych winogron w dłoni, z twarzą uniesioną ku słońcu.

Nie spuszczając z niej wzroku, podniósł szczapy, żeby dołożyć je do stosu. Zobaczył, jak zesztywniała i jak obraca się z wolna z obojętną miną – maską kontroli, której nikt tak młody jak ona nie powinien przybierać.

Włożyła winogrona do koszyka, po czym wsunęła nożyce do pochewki na pasku i zaczęła schodzić w dół tarasowo rozmieszczonych rzędów winorośli.

Raptem wszystko ucichło. Śmiech chłopców, brzęczenie pszczół i popiskiwanie kurcząt. Psy nie szczekały. Simon poczuł, jak przez chwilę, jedną, długą, przełomową chwilę, świat wstrzymał oddech.

Jego świat.

Na skraju drogi wiodącej na farmę stał Mallick i trzymał wodze swojego wierzchowca. Simon przysiągłby, że to ten sam koń, na którym ów tajemniczy człowiek przyjechał do nich trzynaście lat temu. Wyglądał tak samo dobrze, ani o dzień starzej, z ciemną grzywą i białym pasmem w brodzie.

Lana stała w ogrodzie, z jedną dłonią przyciśniętą do serca, drugą zwiniętą w pięść.

Simon rzucił drewno na ziemię i ruszył przed siebie.

– Tato. – Fallon, z opanowaniem w głosie i suchymi oczyma, zatrzymała się, żeby złapać go za ramię.

Dopóki tego nie zrobiła, nie zdawał sobie sprawy, że trzyma dłoń na pistolecie u paska.

– Powinieneś pójść do Ethana – powiedziała. – On płacze.

– To tylko dziecko.

– W porządku. Musisz mi pomóc to zrobić. Proszę, proszę, tatusiu, pomóż mi to zrobić.

Maska opadła – w oczach córki dostrzegł błaganie.

– Idź najpierw do mamy, ja wezmę chłopców.

Poszła więc do matki, wzięła Lanę za rękę. Razem podeszły do Mallicka.

– Pani – rzekł. – Czas jest dla ciebie dobry, tak jak i dla tej ziemi.

– Wybór, powiedziałeś. Nie możesz jej zmusić, żeby z tobą poszła.

– Mamo.

Już zrozpaczona, Lana natarła na Fallon:

– Jestem twoją matką. Ja decyduję. Nie jesteś wystarczająco dorosła, żeby podejmować taką decyzję. Nie wiesz, co tam jest. Nie wiesz…

Przerwała, gdy otoczyły ją ramiona córki, a w głowie rozległ się jej głos.

– Wiem to, co ty wiesz. Widziałam to, co ty widziałaś. Śniłam to, co ty śniłaś. Pomóż mi to zrobić. Pomóż mi być tak silna jak ty. Pozwól mi odejść, żebym mogła być tym, kim pomogłaś mi się stać. Pozwól mi odejść, żebym mogła wrócić.

Fallon odsunęła się, ale wciąż trzymała matkę za dłoń, kiedy odwróciła się do Mallicka.

– Czy dokonałaś wyboru, Fallon Swift? – zapytał.

– Czy oni będą bezpieczni, kiedy mnie nie będzie? Nie zostawię swojej rodziny, dopóki nie będę miała pewności, że będą bezpieczni.

– Nie spotka ich żadna krzywda, gdy będziesz się u mnie szkoliła.

– Jeżeli coś się im stanie, zapłacisz za to – odparła Fallon.

Pokiwał głową.

– Zrozumiałem. Simonie Swift – zwrócił się teraz do Simona i z roztargnieniem poklepał jednego z obwąchujących go psów, które nadbiegły z Simonem prowadzącym synów. Mallick przyjrzał się chłopcom, Colinowi o ponurej twarzy, opanowanemu Travisowi, Ethanowi, który wierzchem dłoni wycierał łzy. – Spłodziłeś udanych synów. Czy mogę napoić konia, kiedy będziecie się żegnać?

– Teraz? Jeszcze nie było ciasta ani prezentów. Ja… muszę jej pomóc w pakowaniu.

– Mamo. Jestem spakowana. Jestem gotowa. Pójdę po swoje rzeczy.

Bez słowa Simon wskazał Mallickowi poidło przy stodole.

– Spa… spakuję jedzenie. Upiekłam dla niej ciasto.

Lana skryła się w domu.

– Idźcie po prezenty dla siostry – powiedział Simon do synów. Ruszył za Mallickiem. – Dokąd ją zabierasz?

– Nie tak daleko, jak się obawiasz, i nie tak blisko, jak byś chciał. Nie mogę powiedzieć nic więcej, dla jej bezpieczeństwa.

– A skąd będziemy wiedzieli, że jest bezpieczna?

– Wiesz, co to powinność, a ona jest moją powinnością. Wierz mi, oddałbym za nią życie. Nie z miłości, jak ty, lecz z obowiązku, który odczuwam równie silnie. Ona jest moim celem, moją nadzieją, moją powinnością. Nie zawiodę jej.

– Wiesz, co to powinność – powtórzył Simon. – Wierz mi, jeżeli spotka ją krzywda, wytropię cię, bez względu na to, kim lub czym jesteś. I gdziekolwiek będziesz, znajdę cię i zabiję.

– Jeżeli spotka ją krzywda, Simonie Swift, ja będę już martwy. A to, co zostanie z tego świata, będzie pragnęło takiego samego losu. Za dwa lata wróci do was i zobaczycie, kim pomogłem jej się stać.

– Dwa lata od dziś, jeżeli nie wróci bezpieczna, przyjadę po ciebie.

Odszedł, lecz zatrzymał się nagle, kiedy Fallon wyszła z małym workiem podróżnym.

– Muszę osiodłać Grace.

– Ja to zrobię. – Przypadł do nich Travis. – Ja ją osiodłam. To dla ciebie, sam zrobiłem.

Wręczył jej skórzaną pochwę na nóż ze starannie wypalonymi symbolami.

– To magiczne symbole, które mają zachować ostrość i czystość ostrza i pomagać mu trafiać do celu.

– Jest naprawdę piękny, Travisie. Ty… musiałeś nad nim długo pracować.

– Wiem, że musisz jechać. – Głos zaczął mu się łamać, więc przełknął mocno ślinę. – Wiem, że się boisz, ale wrócisz.

– Tak, wrócę.

– Będziesz inna, ale wrócisz. Pójdę po Grace.

Chciała coś rzec do ojca, lecz nie mogła znaleźć odpowiednich słów wyrażających to, co czuła. Uratowali ją Colin i Ethan, którzy wyszli z domu.

– Nie chcę, żebyś jechała. – Ethan objął rękoma jej nogi. – Nie odchodź.

– Muszę na trochę i chcę, żebyś coś za mnie zrobił. – Otworzyła torbę i wyjęła różowego misia. – Chciałabym, że się nią zaopiekował, dobrze? Ktoś musi ją w nocy przytulać.

– Powinnaś zabrać ją ze sobą.

– Nie chce jechać. Chce tu zostać. Zaopiekujesz się nią, póki nie wrócę do domu?

– Nie pozwolę, żeby coś jej się stało. Zrobiłem ci to. No, głównie tata zrobił, ale ja pomogłem i powiedziałem, żeby zrobił kwiat, i pomalowałem go. To urodzinowy kwiatek.

Ujęła mały drewniany tulipan, pomalowany niewprawną ręką na jaskrawy róż i zieleń.

– Jest naprawdę ładny. Dziękuję, Ethanie.

Przykucnęła, żeby schować prezent do torby, po czym zdjęła pochwę na nóż z paska i zastąpiła ją nową.

– Ja zrobiłem to. – Colin wepchnął jej małe pudełko.

Ze środka wyjęła mały dzwonek wietrzny. Cienkie białe kamienie, kawałki wygładzonego kolorowego szkła zwisały z żyłki wędkarskiej, przymocowanej do starego metalowego haka.

– To piękne.

– Głupie, ale…

– Piękne.

Zobaczyła w jego oczach ledwie powstrzymywane łzy i objęła go mocno.

– Ty jesteś teraz prezydentem – szepnęła. – Nie zapomnij.

Kiedy mama wyszła na zewnątrz, Fallon zobaczyła na jej twarzy ślady łez, nawet mimo uroku, jaki Lana na siebie rzuciła.

 

– Masz tu trochę ciasta i chleb z rana, trochę mięsa i sera, i… No, idzie Travis z Grace. Włożę to do sakw.

– Ja to zrobię. – Colin wziął paczkę z jedzeniem oraz worek podróżny.

– To za szybko – wymamrotała Lana. – To wszystko dzieje się za szybko.

Fallon, obawiając się, że straci panowanie nad sobą, schyliła się i objęła Ethana.

– Opiekuj się misiem i nie daj się ustawiać chłopakom.

Po czym wyprostowała się i zwróciła do Travisa, którego mocno uścisnęła:

– Nawet nie myśl o tym, żeby wprowadzić się do mojego pokoju.

A potem do Colina:

– Postaraj się nie być takim wielkim dupkiem.

– Sama jesteś dupkiem.

– Nie spieprz za dużo, kiedy mnie nie będzie.

Na koniec zwróciła się do Lany:

– Mamo.

– To od taty i ode mnie.

Fallon sięgnęła po łańcuszek, na którym, co poznała od razu, wisiała obrączka jej ojca i medalik Simona z archaniołem Michałem. Gardło ściskały jej łzy i miłość.

– Zawsze będę to nosić. – Założyła łańcuszek na szyję. – Zawsze. Mamo. – Padła matce w objęcia. – Kocham cię. Kocham cię tak bardzo.

– Kocham cię. Będę myślała o tobie każdego dnia i odliczała dni do twojego powrotu. Zalśnij światłem, moje maleństwo, a ja będę wiedziała. Wyślij mi znak – wyszeptała Lana.

– Tak zrobię.

Walcząc z łzami, zwróciła się do Simona:

– Tatusiu, kocham cię.

– Gdybyś mnie potrzebowała. Posłuchaj… – wziął jej twarz w dłonie i uniósł ku sobie – …gdybyś mnie potrzebowała, przyzwij mnie. Usłyszę cię. Dotrę do ciebie. Znajdę jakiś sposób.

– Nie boję się, bo mam ciebie. Nie boję się, bo mnie kochasz. Wrócę do domu. – Przycisnęła policzek do jego policzka. – Daję słowo.

Chwyciła wodze i wskoczyła na siodło.

– Moje piętnaste urodziny. Nie zapomnijcie. Chcę dostać prezenty.

I puściła Grace kłusem. Mallick, który już siedział na koniu, podjechał do niej i wskazał w kierunku południa.

Odwróciła się, żeby jeszcze ostatni raz rzucić okiem na swoją rodzinę. Stali razem, blisko, przed domem, w którym się urodziła.

Colin wyprostował się i zasalutował jej, na co usta wykrzywiły się jej w uśmiechu, a oczy zamgliły.

Pomachała im, po czym zwróciła spojrzenie na południe i przynagliła Grace do galopu.

* * *

Mallick pozwolił jej nadawać tempo. Niech sobie pędzi przez kilka kilometrów, będzie widać, ile czasu potrzebuje, żeby dojść do siebie. A jego silny stary gniadosz z galopem sobie poradzi.

Minęli kolejną farmę, mniejszą niż ta Swiftów, na której jakaś kobieta i chudy chłopak wykopywali ziemniaki. Przerwali pracę i przez kilka sekund, kiedy z tętentem koło niej przejeżdżali, Mallick wyczuł falę tęsknoty od chłopaka.

Do dziewczyny i tego, co ów młodzieniec postrzegał jako wolność.

Nie zmieniając tempa, dalej galopowali, mijając zbiorowisko opuszczonych domów, z trawnikami, które na powrót stały się łąkami. Na usianych skałami wzgórzach pasło się kilka owiec, ich wiekowa pasterka stała na wzniesieniu ze staroświeckim kijem pasterskim i przewieszoną przez ramię strzelbą.

Jej widok, siwe włosy pod znoszoną czapką, surowe szare skały wystające z zielonej trawy, białe owce bezmyślnie skubiące trawę – wywołały u Mallicka nagłe, niespodziewane szarpnięcie nostalgii.

Gdy Fallon zwolniła do kłusu, a potem stępa – Mallick doszedł do wniosku, że bardziej ze względu na swego konia niż na siebie – po raz pierwszy obróciła się i spojrzała wprost na niego.

– Chcę wiedzieć, dokąd jedziemy.

– Nieco ponad dzień jazdy, do miejsca, w którym będziesz się szkolić, uczyć i rosnąć.

– Dlaczego to ty mnie szkolisz?

– To pytanie, na które nie umiem odpowiedzieć. A dlaczego ty jesteś Jedyną? Jesteśmy, kim jesteśmy.

– Kto dał ci władzę?

– Tego się dowiesz. Kim jest pasterka?

– Nazywa się Molly Crane.

– Jaką ma moc?

Jeżeli zastanawiała się, skąd on wie, że stara Molly ma moc, to nie zadała takiego pytania.

– Jest zmiennokształtna.

– Ilu owiec pilnowała?

Fallon wzruszyła z irytacją ramionami.

– Może z dziesięciu.

– Może?

– Nie liczyłam.

– Masz oczy. Ile ich zobaczyłaś?

– Nie wiem.

– Nie patrzyłaś, więc nie widziałaś. Czternaście. Jedna stała za skałą, a ciężarna owca nosi dwoje jagniąt.

Ból po rozstaniu z rodziną i nerwy toczyły gorzką wojnę w jej brzuchu. Za tak ostry, opryskliwy ton, jakim zwróciła się do dorosłego, dostałaby w domu reprymendę.

Ale nie była teraz w domu.

– A jakie to ma znaczenie?

– Innym razem możesz widzieć wroga. Skąd będziesz znała ich liczbę? Jeden przeciwnik może chować się za skałą, inny może ukrywać jeszcze dwójkę.

Zła, obolała, pozwoliła sobie na szyderstwo.

– Następnym razem, kiedy będę walczyła z owcami, dopilnuję tego, żeby je dobrze policzyć.

Mallick gestem wskazał wschód. Daleko nad wzgórzami krążyły wrony.

– Wiedzą, że czas oczekiwania dobiegł końca. Od dziś do końca będziesz przedmiotem polowania.

– Nie boję się wron.

– Bój się tego, co nimi rządzi. Strach może być bronią, tak samo jak odwaga. Bez strachu nie ma rozwagi. Bez rozwagi pojawia się lekkomyślność. Z lekkomyślnością idzie w parze porażka.

– Co nimi rządzi?

– Dowiesz się.

I ponaglił konia, żeby wjechać pod górę do lasu.

Powietrze zrobiło się chłodniejsze i chociaż nigdy nie wybrała się tak daleko od domu, zapach lasu wydawał się znajomy, co podnosiło ją na duchu. Przejeżdżając, przyglądała się śladom, identyfikując jelenie, samotnego niedźwiedzia, kojota oraz parę szopów, które przeszły po nierównym szlaku.

Przekroczyli wąski strumień, którego woda pieniła się i rozlewała po kamieniach. Gdy odbili na wschód, usłyszeli odgłos wydawany przez dzikiego indyka.

– Ile jeleni kryło się w cieniu przy strumieniu? – zapytała stanowczo, przybierając chłodny wyraz twarzy, kiedy odwrócił głowę, by na nią spojrzeć. – Co, gdyby to był wróg? Wiedziałbyś, ilu ich było?

– Cztery łanie i para roczniaków?

– Czym różnią się roczniaki?

– Jeden to młody kozioł, drugi to łania – odparł rozbawiony Mallick.

– Oprócz tego.

Teraz uniósł brwi ze zdziwieniem.

– Nie umiem na to odpowiedzieć.

– Jedno z nich ma ranę przedniej lewej nogi. Oszczędza ją. Nie widziałeś śladów? Czyż nie warto wiedzieć, czy wróg jest ranny?

– Dobra z ciebie tropicielka. Jeżeli równie celnie strzelasz, będziemy dobrze jedli tej zimy.

– Celuję precyzyjnie. Tata mnie nauczył. – Jej dłoń powędrowała do łańcuszka na szyi, gdzie znalazła pocieszenie. – Nadal mogę wrócić do domu. Mogę zmienić zdanie i wrócić do domu.

– Tak. Możesz przetrwać tam całe swoje życie i nigdy się tak naprawdę nie stać sobą. A świat będzie się wokół ciebie wykrwawiał, aż nawet to, co kochasz, zatonie.

Nienawidziła, nienawidziła, nienawidziła tego, że w jakiś sposób wiedziała, że Mallick mówi prawdę.

– Dlaczego muszę być Jedyną? Zbawczynią wszystkich? Niczego nie schrzaniłam, więc dlaczego mam to naprawiać?

Mae gennych atebion y tu mewn i chi.

– Co? Po jakiemu to?

– Powiedziałem, że odpowiedzi są w tobie.

– To to samo co mówienie, że się dowiem. To żadna odpowiedź. – Jakkolwiek chciała go zlekceważyć, ciekawość nie dawała jej spokoju. – Co to za język?

– Walijski.

– To stamtąd jesteś? Z Walii? – Zadając to pytanie, próbowała wyobrazić sobie mapę, umiejscowić ten kraj. Uwielbiała mapy.

– Tak. Wiesz, gdzie to jest?

– W czymś, co kiedyś było Wielką Brytanią, po jednej stronie jest Anglia, po drugiej Morze Irlandzkie.

– Bardzo dobrze. Znacznie lepiej znasz geografię niż języki.

– Dlaczego moi rodzice mieliby mnie uczyć walijskiego? Nie znają go. Zresztą przecież się tam nie wybieram.

Napędzana gniewem i tęsknotą, a teraz także urażona w imieniu rodziny, nie tyle mówiła, ile strzelała słowami.

– I nauczyli mnie mnóstwa rzeczy, mnie i moich braci. Jak czytać, pisać i myśleć. Nauczyliśmy się przedmiotów ścisłych i matematyki, i historii, czytania map, rysowania ich. Może nie chodziliśmy bardzo często do szkoły we wsi, ponieważ Najeźdźcy i Mroczni Niesamowici mogli podejść zbyt blisko. Tata często z nimi walczył, żeby pomóc chronić naszych sąsiadów, a on i mama nauczyli i nas, jak walczyć.

– Nauczyli cię wiele i nauczyli się o świetle i o ziemi. I przekazali ci najważniejszą z lekcji: lojalność. Dobrze ją przyswoiłaś.

– Tego nie można się nauczyć. Albo się jest lojalnym, albo nie.

Uśmiechnął się do niej.

– Jakkolwiek możemy się co do tego nie zgadzać, jestem wobec ciebie lojalny.

– Ponieważ musisz być lojalny, a to co innego.

– Masz słuszność – powiedział Mallick po długiej chwili. – Ale tak czy inaczej, moja lojalność jest faktem.

Przejechała kilka kilometrów, denerwując się, w końcu jednak nie mogła powstrzymać się od pytań.

– Dlaczego wyjechałeś z Walii?

– Wezwano mnie.

Jej westchnienie, długie i szydercze, mówiło wszystko o byciu trzynastolatką i przestawaniu z dorosłymi.

– Jeżeli spytam, kto cię wezwał, powiesz tylko, że „się dowiem”.

– Owszem, dowiesz się tego. Byłem młody, tak jak ty i tak jak ty zastanawiałem się, dlaczego prosi się mnie o tak trudne rzeczy. Wiedz, że rozumiem, na czym polega opuszczenie domu i rodziny.

– Masz dzieci?

– Nigdy nie dostałem tego daru.

– Przyniosłeś mi misia.

– To było miłe z twojej strony, że dałaś go młodszemu bratu, że powierzyłaś tę część siebie jego opiece.

Odepchnęła to od siebie, bo nie chciała myśleć o Ethanie ani jego łzach.

– Przywiozłeś mi świecę i kryształową kulę. To nie są zabawki tak jak miś. Tylko ja mogę zapalić świecę. Czasami to robię. Nigdy się nie topi.

– Została zrobiona dla ciebie.

– Ty ją zrobiłeś?

– Tak.

– Moja mama powiedziała, że jako jedyna mogę zobaczyć, co się kryje w kuli, ale niczego nie widzę, kiedy do niej zaglądam.

– Zobaczysz.

– Skąd ją masz?

– Zrobiłem ją dla ciebie. A misia kupiłem dla ciebie, jeszcze zanim twoja mama dowiedziała się o twoim istnieniu. Kobieta w sklepie powiedziała, że to odpowiedni prezent dla małej dziewczynki.

Przyszło jej do głowy, kiedy tak jechali, że nigdy nie rozmawiała dłużej z nikim spoza rodziny. Nie ociepliło to jej stosunku do Mallicka, ale samą rozmowę uznała za ciekawą.

– Czego będziesz mnie uczył? – zainteresowała się nagle. – Przez dwa lata. Mój tata nauczył mnie strzelać z broni i z łuku. Nauczył mnie walki wręcz. Był żołnierzem. Kapitanem w wojsku. A mama nauczyła mnie magii. Jest czarownicą, i to potężną.

– Zatem masz dobre podstawy do dalszej nauki.

Zatrzymała konia.

– Słyszysz?

– Tak.

– To silniki. Więcej niż jeden.

– Niedaleko stąd jest droga. Dlatego my jedziemy przez lasy, przez wzgórza. Nie jesteś jeszcze gotowa do walki.

Dźwięk się oddalał, aż słyszeli tylko las.

– Kto cię uczył?

– Nazywał się Bran. Wymagający mistrz.

– Poznam go?

– Nie ma go już z nami.

– Zmarł przez apokalipsę?

Mallick pomyślał, że jego powinnością jest uczyć, szkolić, i ten obowiązek wypełni. Ale kto mógł przypuszczać, że ta dziewczyna będzie zadawała tyle pytań.

– Nie, odszedł z tego świata do innego dużo wcześniej. Jednak kiedy z nim byłem, nauczył mnie wielu rzeczy. Podróżowałem z nim do wielu miejsc.

Ponieważ mogła to zrobić, Fallon kazała Grace skoczyć przez zwalone drzewo.

– Przed apokalipsą ludzie podróżowali po całym świecie samolotami. Widziałam dwa i śmigłowiec – taki mniejszy samolot ze śmigłami na górze. Mama rozłożyła osłonę nad farmą na wypadek gdyby ludzie w samolotach szukali Niesamowitych, żeby ich zamknąć. Albo, co gorsza, gdyby to byli Mroczni Niesamowici. Więc widzieliśmy samoloty, ale oni nie mogli zobaczyć nas. Leciałeś kiedyś samolotem?

– Owszem i wcale mi się to nie podobało.

– A ja myślę, że byłoby to cudowne. – Odchyliła głowę i spojrzała na niebo prześwitujące pomiędzy błyszczącym listowiem. – Chciałabym zobaczyć inne miejsca – ciągnęła. – Niektóre mają plaże białego piasku i niebieskiej wody, a inne są pokryte lodem. I te wielkie miasta z budynkami wysokimi jak góry, i góry wyższe od najwyższych budynków. I pustynie, i oceany, i dżungle.

 

– Na świecie jest wiele cudów.

Pokierował konia na małą polanę. Pod drzewami stał domek z przybudówką o spadzistym dachu.

– Mówiłeś o dniu jazdy.

– I tak będzie. Zatrzymamy się tutaj tylko na noc.

– Do zmierzchu jeszcze ponad godzina.

– Konie potrzebują odpoczynku. Trzeba je oporządzić i nakarmić. A i ja jestem głodny.

Mallick zsiadł i poprowadził konia do przybudówki. Fallon podążyła za nim niechętnie. Zauważyła świeżą podściółkę i wszystko, co jest potrzebne do oporządzenia koni, a także obrok. Mallick wręczył jej wiadro.

– Od wschodu jest strumień. Trzeba napoić konie.

– Co to za miejsce?

– Miejsce na popas. – Kiedy nic nie powiedziała i tylko stała, poluzował popręg i zdjął siodło. – Domek myśliwski, na weekendy czy inne wyjazdy. Należał do człowieka, który pracował jako hydraulik i lubił przyjeżdżać tu z przyjaciółmi. Był odporny, więc przetrwał apokalipsę, ale został zabrany podczas przeczesywania terenów i zamknięty w ośrodku rządowym, gdzie zmarł.

– Znałeś go?

– Nie, ale tu, gdzie spędził wiele szczęśliwych chwil, zostało dość jego energii, żebym go poznał. Konie potrzebują wody.

Wzięła wiadro i uszła nie więcej niż dziesięć metrów na wschód, gdy natrafiła na błyszczący w słońcu, radośnie wijący się strumień. Przez chwilę badała wzrokiem las – nowe miejsce. Choiny i dęby, myślała, stare sosny i młode topole. Mallick może ją przecież spytać, ile drzew rośnie w tym głupim lesie. Albo ile razy stukał dzięcioł czy ile piór ma kardynał.

Napełniła wiadro i wróciła wlać wodę do poidła. Musiała jej nabrać jeszcze dwa razy, a w tym czasie Mallick zdjął oba siodła i wycierał swego wałacha.

– Jak mu na imię? – spytała, biorąc czysty ręcznik, żeby wytrzeć swojego konia.

– Gwydion, na część potężnego czarodzieja i wojownika.

– A moja klacz nazywa się Grace, na cześć królowej piratów – odparła. – Przybudówka jest znacznie nowsza niż domek – zauważyła po chwili, czyszcząc kopyta konia.

– Zbudowałem ją ledwie kilka miesięcy temu.

– Wygląda solidnie.

Kiedy konie zostały już nakarmione i napojone, Mallick podniósł swoje rzeczy, a Fallon zarzuciła na ramię swój cięższy worek podróżny i spakowane przez matkę jedzenie.

Przy domku, kwadratowej i przysadzistej konstrukcji, rozciągała się wąska weranda, na którą prowadził jeden krótki stopień.

Koło stopnia, otoczona kamykami, stała prymitywna kamienna postać. Kobieca, jak uznała Fallon.

Mallick zatrzymał się, otworzył swoją butelkę i polał wodą kamyki.

– To hołd i szacunek dla bogini.

– Ona chroni czy błogosławi?

– Może robić i jedno, i drugie, jeśli zechce. To Ernmas. – Westchnął lekko, kiedy Fallon tylko zmarszczyła brwi. – To bogini matka, pochodzi z Tuatha de Danann, tak jak ty. Jesteś z jej krwi i kości, Fallon Swift. Wiesz coś o swoich przodkach?

– Mieliśmy trochę książek o mitach, głównie rzymskich i greckich. Serio uważasz, że uwierzę, jakobym była spokrewniona z jakąś boginią? No, bo wiesz, to mity.

– Twoja ignorancja nie przynosi ci chluby. – Wszedł na werandę, wykonał szybki ruch dłonią przy drzwiach. Otworzyły się z podmuchem wiatru. – Czy uważasz, że moc – jasna, ciemna – nie ma źródła? Nie ma historii ani celu? To, kim jesteś, zawdzięczasz wszystkim tym, którzy pojawili się przed tobą. Ich szczodrości i toczonym przez nich bitwom, ich okrucieństwu i współczuciu. – Pokręcił głową. – A teraz los świata spoczywa w rękach dziewczyny, która wie tak niewiele.

Kiedy wszedł do środka, Fallon przewróciła oczyma za jego plecami. Spojrzała w dół na boginię.

– Skąd mam wiedzieć, czego nie wiem?

Urażona – na pewno nie była żadną ignorantką – głośno tupiąc, weszła za Mallickiem.

Wnętrze domku składało się głównie z jednego pomieszczenia z kominkiem na ścianie północnej i kuchnią w głębi. Zauważyła, że okna wychodziły na wschód, na strumień, żeby łapać pierwsze promienie słońca.

Duża – i jej zdaniem brzydka – kanapa w jakąś czarno-brązową szkocką kratę stała przed telewizorem wiszącym nad kominkiem. Na farmie był telewizor i raz w tygodniu urządzali sobie filmowy wieczór z płyt DVD.

Uwielbiała DVD niemal tak bardzo jak mapy, ponieważ jedne i drugie pozwalały się przenieść do innych miejsc, innych światów.

Dwa krzesła, obite taką samą kraciastą tkaniną, stolik z lampą o podstawie w kształcie czarnego niedźwiedzia wspinającego się na czarne drzewo, lampa sufitowa zrobiona z czegoś w rodzaju koła od wozu oraz okrągły drewniany stół z czterema drewnianymi krzesłami – dopełniały reszty naprawdę brzydkiego jej zdaniem wystroju.

Zaniosła paczkę z jedzeniem na biały blat w szare ciapki.

– Dla ciebie jest pokój po lewej. Rozpal ogień, a potem zanieś swoje rzeczy.

Pomyślała, że nie tylko on może się popisywać. Odwróciła się i zerknęła na polana leżące w kamiennym kominku. Stanęły w płomieniach.

– Nie jestem głupia.

– Mówiłem o ignorancji, nie głupocie – poprawił ją. – Słyszałem określenie „głupoty nie można wyleczyć”. Być może. Ale ignorancję da się zwalczyć edukacją. Zanieś torbę do swojego pokoju, a potem przed zmrokiem będziesz musiała przynieść więcej drewna na opał. Jest go mnóstwo na tyłach domku.

– A ty co zamierzasz robić?

– Ja zamierzam wypić kieliszek wina, zanim zjemy to, co twoja mama tak uprzejmie przygotowała.

Gdy wymaszerowała z pokoju, spojrzał na ogień, na jasne, gorące światło, i uśmiechnął się.