Wspomnienia z trzech światów

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

  W domu Ży­dowska szkoła Prze­śla­do­wa­nia w gim­na­zjum W Ha-Szomer ha-Cair Wy­gnań­cy w Zbą­szy­niu Prze­rwana ko­lo­nia Początek woj­ny Nowi Niem­cy

  Mia­stecz­ko Przez oku­po­waną Pol­skę Wysie­dleń­cy Troska o byt Pa­ni­ka w mia­stecz­ku Eg­ze­ku­cja w żwi­row­ni Han­del i szan­taż Ro­bo­ty nad Liw­cem Za­mknięci w get­cie Wy­buch epi­de­mii Ła­panki do obo­zu

  Szo­sa W gru­pie Fin­ger­le­go Roz­mo­wy podczas pra­cy Fritz Nie­dziela w obo­zie Spo­tka­nie z sabo­ta­ży­stą W sie­dleckim get­cie Przy­jazd Moń­ka i nowe pla­gi Ostat­ni dzień w domu Se­lek­cja. Na ram­pie W mat­ni Sy­zy­fowa uciecz­ka Po­że­gnanie z Fir­mą

  Pod zie­mią Małe get­to Szu­ka­nie kry­jów­ki W zie­mian­ce Wi­zy­ta u ap­te­ka­rza Py­ta­nia o „le­śnych” W rę­kach par­ty­zan­tów Przesłu­cha­nie W nie­wo­li Oswo­bo­dze­ni

  Sze­re­gowiec ­La­sman Po­bór Re­krut Ma­ciek Przy­się­ga Na kur­sie Służ­ba na dro­gach W pu­stel­ni Wy­pa­dek w War­sza­wie Wy­jazd na front Wal­ki i wę­drów­ki Ber­lin

  Na roz­dro­żu Ki­buc­nik Na Za­cho­dzie Po­wrót do Po­zna­nia Ode­mknięte wro­ta Przy­go­to­wa­nia do wy­jaz­du

  Ali­ja Dro­ga do zie­mi obie­ca­nej Spo­tka­nia Kar­towanie kra­ju W domu

  Czwarty świat. O No­achu La­sma­nie i jego wspomnie­niach Andrzej Ni­zio­łek Po­sło­wie Podzię­ko­wa­nia

  Pa­tro­nat

  Stopka Redakcyjna

Wspo­mnie­nia z trzech świa­tów

No­ach La­sman

Wspo­mnie­nia z trzech świa­tów

Wybór i opra­co­wa­nie An­drzej Ni­zio­łek

W domu

Ży­dowska szkoła

Na Wiel­kich Gar­ba­rach na­tknę­li­śmy się na duży od­dział dziar­sko ma­sze­ru­ją­ce­go woj­ska. Była sło­necz­na nie­dzie­la i wy­bra­łem się z kil­ko­ma ko­le­ga­mi, Po­la­ka­mi i Ży­da­mi, nad War­tę, na fo­gel­wi­zę, jak na­zy­wa­li­śmy we­so­łe mia­stecz­ko z ka­ru­ze­la­mi, huś­taw­ka­mi i in­ny­mi cu­dow­ny­mi in­sta­la­cja­mi. Żoł­nie­rze szli chy­ba na mszę do ko­ścio­ła Ber­nar­dy­nów, śpie­wa­jąc po dro­dze fry­wol­ną pio­sen­kę. Spodo­ba­ła nam się, więc przy­łą­czy­li­śmy się do gru­py dzie­ci idą­cych tuż za od­dzia­łem. Pa­mię­tam jesz­cze uryw­ki tek­stu śpie­wa­ne­go na pro­stą, ryt­miczną me­lo­dię:

Gdy się Lej­buś na­ro­dził, aj waj bum

Cały Po­znań za­smro­dził, aj waj bum

Je­chał Lej­buś na świ­ni, aj waj bum

Dupa mu się czer­wie­ni, aj waj bum.

Mie­li­śmy wów­czas chy­ba po pięć, sześć lat i nikt z nas się nie orien­to­wał, że pio­sen­ka ośmie­sza i ob­ra­ża Ży­dów. Nie zna­łem żad­ne­go Lej­bu­sia i nic nie wie­dzia­łem o po­ję­ciu na­ro­do­wo­ści czy re­li­gii. Na pla­cu Ber­nar­dyń­skim zo­sta­wi­li­śmy żoł­nie­rzy i po­szli­śmy da­lej swo­ją dro­gą, cały czas jed­nak śpie­wa­jąc pod­chwy­co­ną pio­sen­kę.

Wró­ci­łem do domu, na­dal ją so­bie pod­śpie­wu­jąc, i ro­dzi­ce zwró­ci­li mi uwa­gę, bym prze­stał. Rzecz ja­sna nie chcia­łem. Me­lo­dia i sło­wa bar­dzo mi się po­do­ba­ły, bo nie były cen­zu­ral­ne. Skoń­czy­ło się więc na tym, że mama spra­ła mi ty­łek, co wie­le lat póź­niej uzna­łem za moje pierw­sze spo­tka­nie z an­tysemi­ty­zmem.

Mój oj­ciec Abra­ham przy­je­chał do Po­zna­nia z Ka­li­sza w 1924 roku1, jako je­den z wie­lu Ży­dów przy­by­wa­ją­cych wów­czas do mia­sta z by­łych za­bo­rów ro­syj­skie­go i au­striac­kie­go. Po wy­bu­chu po­wsta­nia w grud­niu 1918 roku i usta­le­niu za­chod­niej gra­ni­cy Pol­ski za­czął się exo­dus Niem­ców z Wiel­ko­pol­ski, a wraz z nimi tu­tej­szych Ży­dów. Nie­mal wszy­scy wy­je­cha­li do Nie­miec i w Po­zna­niu po­zo­sta­ła je­dy­nie garst­ka kil­ku­set Ży­dów2, w więk­szo­ści bied­nych, choć byli mię­dzy nimi rów­nież le­ka­rze, praw­ni­cy, tro­chę kup­ców, je­den re­stau­ra­tor i je­den wła­ści­ciel ziem­ski3. Rów­no­cze­śnie z Ga­li­cji i in­nych te­re­nów kra­ju za­czę­li przy­by­wać nowi miesz­kań­cy, wśród któ­rych nie bra­kło Ży­dów. Po­cząt­ko­wo byli to przede wszyst­kim lu­dzie z Kon­gre­sów­ki, miesz­kań­cy po­wia­tów przy­le­ga­ją­cych do by­łej gra­ni­cy nie­miec­kiej: Ka­li­sza, Koła, Ko­ni­na czy Tur­ku. Ży­dzi z głę­bi kra­ju za­czę­li przy­jeż­dżać na ogół do­pie­ro w koń­cu lat dwu­dzie­stych. Wszy­scy oni li­czy­li, że dzię­ki temu po­pra­wią so­bie wa­run­ki ży­cia. Fron­ty woj­ny świa­to­wej, a po­tem woj­ny pol­sko-bol­sze­wic­kiej nie­rzad­ko prze­ta­cza­ły się przez ich bied­ne mia­sta i mia­stecz­ka na­wet kil­ku­krot­nie, zo­sta­wia­jąc zglisz­cza. A Wiel­ko­pol­ska była świet­nie za­go­spo­da­ro­wa­na, mia­sta sta­ły nie­na­ru­szo­ne i ofe­ro­wa­ły przy­by­szom po­rząd­ne miesz­ka­nia, warsz­ta­ty, skle­py…4

Nowi ży­dow­scy miesz­kań­cy Po­zna­nia w lwiej czę­ści byli kup­ca­mi lub rze­mieśl­ni­ka­mi. W ro­dzin­nych mia­stach nie na­le­że­li do lu­dzi bo­ga­tych i na ogół nie przy­wo­zi­li ze sobą żad­ne­go ka­pi­ta­łu, mie­li jed­nak ini­cja­ty­wę i zna­jo­mo­ści w miej­scach po­cho­dze­nia, każ­dy w swo­jej bran­ży. Praw­do­po­dob­nie – przy­naj­mniej w pierw­szym okre­sie – swo­je usłu­gi i to­wa­ry sprze­da­wa­li ta­niej niż od po­ko­leń za­sie­dzia­li w mie­ście kon­ku­ren­ci. Zresz­tą wie­lu z nich po krót­kim po­by­cie w Po­zna­niu wra­ca­ło w ro­dzin­ne stro­ny. Znie­chę­ca­ły ich pa­nu­ją­ca w mie­ście at­mos­fe­ra oraz obiek­tyw­ne trud­no­ści w urzą­dze­niu się. W cią­gu dwu­dzie­stu lat mię­dzy­woj­nia w Po­zna­niu nie wy­rósł ża­den ży­dow­ski ma­gnat fi­nan­so­wy, choć kil­ku do­ro­bi­ło się wiel­kich hur­tow­ni tek­styl­nych i za­opa­try­wa­ło w swo­je to­wa­ry skle­py w ca­łej pro­win­cji, za­trud­nia­jąc cza­sem kil­ku­dzie­się­ciu lu­dzi, prze­waż­nie ka­to­li­ków. Na­le­że­li do nich po­cho­dzą­cy z Bia­łe­go­sto­ku bra­cia Ru­ten­ber­go­wie, fir­ma Ja­now­ski-Wy­god­ski oraz sprze­da­ją­cy to­wa­ry ga­lan­te­ryj­ne i bła­wa­ty Da­wid Kro­nen­berg. Wszy­scy oni mie­li bar­dzo do­bre kon­tak­ty w Ło­dzi, miej­scu pro­dukcji tka­nin.

 

Oj­ciec po­cząt­ko­wo miesz­kał w Po­zna­niu sam, tyl­ko na nie­dzie­le i świę­ta wra­ca­jąc do domu. Nie wiem, czym się zaj­mo­wał, ale praw­do­po­dob­nie już wów­czas otwo­rzył sklep z pie­rzem na rogu ul. Ży­dow­skiej i Staw­nej, na­prze­ciw­ko Wiel­kiej Sy­na­go­gi. Nie wiem tak­że, dla­cze­go za­brał się do tak rzad­kiej bran­ży. Dzia­dek da­le­ki był od po­dob­nej pra­cy, praw­do­po­dob­nie więc oj­ciec mu­siał mieć zna­jo­mych w pie­rzar­skich sfe­rach.

Do­łą­czy­li­śmy do nie­go w 1927 roku, kie­dy mia­łem trzy lata, po dro­dze spę­dza­jąc jesz­cze pół roku w Kór­ni­ku, gdzie ro­dzi­ce wy­na­ję­li dwa po­ko­je u ro­dzi­ny Aron. W Po­zna­niu o ta­nie miesz­ka­nie było wte­dy trud­no, bo przy­go­to­wy­wa­no Po­wszech­ną Wy­sta­wę Kra­jo­wą5 i sta­wia­no licz­ne pa­wi­lo­ny wy­sta­wo­we, a do mia­sta ścią­ga­li przed­sta­wi­cie­le wszyst­kich chy­ba po­waż­nych in­sty­tu­cji i firm z kra­ju. Mnie i mo­je­go star­sze­go o dwa lata bra­ta Moń­ka6 ten przy­mu­so­wy po­stój by­naj­mniej nie mar­twił. W Kór­ni­ku miesz­ka­ło za­le­d­wie kil­ka ży­dow­skich ro­dzin, ale dla nas było to miej­sce wy­ma­rzo­ne, bo całe dnie prze­by­wa­li­śmy z ró­wie­śni­ka­mi w pa­ła­co­wym par­ku czy nad je­zio­rem albo włó­czy­li­śmy się po oko­li­cy, ob­ja­da­jąc tru­skaw­ka­mi, wi­śnia­mi, ma­li­na­mi… Wresz­cie przej­ścio­wy tłok miesz­ka­nio­wy w Po­zna­niu roz­ła­do­wał się i oj­ciec zna­lazł małe miesz­kan­ko w ofi­cy­nie ka­mie­ni­cy przy uli­cy Ży­dow­skiej 4, któ­re­go wła­ści­cie­lem był pan Kle­czew­ski. Póź­niej prze­pro­wa­dzi­li­śmy się do nie­co więk­sze­go miesz­ka­nia przy tej sa­mej uli­cy, ale pod nume­rem 26.

Ży­li­śmy w sta­rej ży­dow­skiej dziel­ni­cy, w któ­rej pierw­si sta­ro­za­kon­ni osie­dli­li się jesz­cze w śre­dnio­wie­czu. Za mo­ich cza­sów prze­wa­ża­li w niej już Po­la­cy, na­dal jed­nak lo­ko­wa­ła się tu­taj więk­szość ży­dow­skich skle­pów i hur­tow­ni, na­wet je­śli ich wła­ści­cie­le miesz­ka­li w in­nych dziel­ni­cach. Nie­opo­dal na­sze­go miesz­ka­nia znaj­do­wa­ły się trzy czyn­ne bóż­ni­ce oraz jed­na – re­for­mo­wa­na i z or­ga­na­mi – nie­czyn­na, a poza tym bu­dy­nek rzeź­ni, ry­tu­al­na my­kwa, Ży­dow­ski Dom Sie­rot dla chłop­ców oraz dom star­ców. W du­żej ka­mie­ni­cy na rogu Staw­nej mie­ścił się Za­rząd Gmi­ny Ży­dow­skiej z in­sty­tu­cja­mi ka­hal­ny­mi, a przez ja­kiś czas tak­że ży­dow­ska szko­ła. Sta­łe sie­dzi­by mia­ły w nim bi­blio­te­ka, koła spor­to­we i kul­tu­ral­ne oraz czytel­nia7.

Wszyst­ko to ist­nia­ło jak­by na wy­rost, w więk­szo­ści zbu­do­wa­ne jesz­cze w XIX lub na po­cząt­ku XX wie­ku dla po­trzeb in­ne­go, licz­niej­sze­go ka­ha­łu. Ży­dzi nie­miec­cy, któ­rzy ten świat two­rzy­li i or­ga­ni­zo­wa­li, po 1919 roku sprze­da­li swo­je nie­ru­cho­mo­ści i wy­je­cha­li do Nie­miec. Ale do­mów na­le­żą­cych do gmi­ny nikt sprze­dać nie mógł, i po­zo­sta­ły one wła­sno­ścią uszczu­plo­ne­go ka­ha­łu. Wiel­ka Sy­na­go­ga przy ul. Staw­nej ob­li­czo­na na ty­siąc dwu­stu wier­nych na­wet w naj­bar­dziej uro­czy­ste świę­ta nie była wypeł­nio­na.

Jako spo­łecz­ność ży­dow­ska nie sta­no­wi­li­śmy mo­no­li­tu. Na­sze sto­sun­ki z Je­ka­mi, jak na­zy­wa­li­śmy Ży­dów nie­miec­kich, były ozię­błe. Miesz­ka­li tu od po­ko­leń i trak­to­wa­li nas nie­chęt­nie, więc po­ję­cie Ostju­de po­zna­łem jesz­cze w dzie­ciń­stwie, choć wów­czas mia­ło ono wy­dźwięk kul­tu­ro­wy, a nie po­gar­dli­wy. Fe­no­me­nem było, iż mimo że pol­skich Ży­dów miesz­ka­ło w mie­ście wię­cej, w Za­rzą­dzie Gmi­ny do­mi­no­wa­li Ży­dzi nie­miec­cy8. Tak było aż do po­ło­wy lat trzy­dzie­stych, kie­dy nie­któ­rzy z pol­skich Ży­dów, już moc­no sie­dzą­cy w sio­dle, za­czę­li żą­dać swo­je­go udzia­łu w Za­rzą­dzie Gmi­ny, na co pol­skie wła­dze pa­trzy­ły przy­chylnym okiem.

Ro­dzi­ce czu­li się w Po­zna­niu do­brze. Obo­je po­cho­dzi­li z do­mów dwu­ję­zycz­nych i swo­bod­nie wy­sła­wia­li się w ję­zy­ku pol­skim. Są­dzę, że mó­wi­li po­praw­niej po pol­sku niż więk­szość ro­do­wi­tych po­zna­nia­ków ich po­ko­le­nia. To były jesz­cze cza­sy, kie­dy w Po­zna­niu na ołó­wek mó­wi­ło się blajsz­tyft, na pod­pis unter­szryft, przedaw­nio­ny bi­let nie gil­to­wał, a do War­sza­wy je­cha­ło się baną9. Z nami ro­dzi­ce roz­ma­wia­li wy­łącz­nie po pol­sku i zwra­ca­li nam uwa­gę, kie­dy w roz­mo­wie uży­wa­liśmy gwa­ry10.

Moja ro­dzi­na na­le­ża­ła do war­stwy śred­nio­za­moż­ne­go, do­brze usy­tu­owa­ne­go spo­łe­czeń­stwa Po­zna­nia. Zda­rza­ło mi się cza­sa­mi sły­szeć, że tata miał trud­no­ści z za­pła­ce­niem ja­kie­goś we­ksla, ale na­wet w cza­sie Wiel­kie­go Kry­zy­su nie pa­mię­tam, aby­śmy się mu­sie­li ogra­ni­czać. Jako dziec­ko nie mia­łem po­ję­cia o ży­dow­skiej bie­dzie w ma­łych mia­stecz­kach ani na­wet o tym, że w Po­zna­niu jest wie­lu bez­ro­bot­nych. Pod­czas wa­ka­cji jeź­dzi­li­śmy z bra­tem na ko­lo­nie let­nie do Ino­wro­cła­wia, a po­tem, kie­dy pod­ro­śli­śmy, do Rab­ki oraz na ty­dzień czy dwa do krew­nych w Ka­li­szu. Mama z Na­dzią i z jed­ną z przy­ja­ció­łek z cza­sów dzie­ciń­stwa wy­jeż­dża­ła z ko­lei le­czyć się do Szczaw­ni­cy. Na resz­tę wa­ka­cji wy­naj­mo­wa­ła dwa po­ko­je u ja­kie­goś go­spo­da­rza w Pusz­czy­ków­ku, do­kąd tata do­jeż­dżał wie­czo­rem, po za­mknię­ciu skle­pów. Ro­dzi­ce nie włą­cza­li dzie­ci do co­dzien­nych trosk, trzy­ma­li nas z da­le­ka na­wet od skle­pu i ży­czy­li so­bie tyl­ko, aby­śmy przy po­mo­cy na­uki wy­szli na lu­dzi.

Sami cięż­ko pra­co­wa­li. Kie­dy po woj­nie pol­ska pra­sa pi­sa­ła o kup­cach bur­żu­jach, któ­rzy tyl­ko zgar­nia­li pie­nią­dze, śmia­łem się w du­chu. Chy­ba ni­g­dy po­tem nie spo­tka­łem bar­dziej za­pra­co­wa­ne­go czło­wie­ka niż mój oj­ciec. Cały dzień zaj­mo­wał się spra­wa­mi fi­nan­so­wy­mi do­ty­czą­cy­mi na­szych skle­pów, za­ła­twiał spra­wy w urzę­dach i ku­po­wał to­war, a wie­czo­ra­mi po po­wro­cie do domu sie­dział jesz­cze nad ra­chun­ka­mi i cza­sem – je­śli nie uda­ło mu się w cią­gu dnia – spo­ty­kał się z do­staw­ca­mi to­wa­ru oraz prze­woź­ni­ka­mi. Miał bez­u­stan­ny kon­takt z ży­dow­ski­mi han­dlow­ca­mi w oko­li­cach Słup­cy, Ko­ni­na i Ka­li­sza, któ­rzy sku­py­wa­li pie­rze po wsiach. Od cza­su do cza­su wy­jeż­dżał do nich, by usta­lić z nimi ja­kość i ilość za­ma­wia­ne­go to­wa­ru, ter­mi­ny jego do­star­cze­nia, wa­run­ki płat­no­ści. Sta­rał się uma­wiać z nimi na sta­łą cenę i czę­sto da­wał im za­licz­ki.

Nasz sklep z pie­rzem przy Ży­dow­skiej mie­ścił się w su­te­re­nie ma­ją­cej wej­ście od uli­cy i skła­dał się z trzech du­żych po­miesz­czeń. W jed­nym z nich, bez okien, sta­ła ręcz­na ma­szy­na do czysz­cze­nia pie­rza, w dwóch po­zo­sta­łych zaś ol­brzy­mie skrzy­nie z róż­ny­mi ga­tun­ka­mi pie­rza, od naj­tań­szych ku­rzych do naj­droż­szych: pu­chu i kwa­pu. Sprze­da­wa­ła go Fri­da Aron z Kór­ni­ka, a po­ma­gał jej pra­cow­nik fi­zycz­ny. By­wa­ły lata, kie­dy oj­ciec wy­sy­łał wor­ki z pie­rzem do Fran­cji i Nie­miec. Bar­dzo chwa­lił so­bie ten asor­ty­ment. Twier­dził, że w tej bran­ży nie ma pro­ble­mów z modą, nie ma też kło­po­tów z psu­ją­cym się to­wa­rem.

W 1934 roku ro­dzi­ce otwo­rzy­li sklep z pie­rzy­na­mi przy Wro­niec­kiej, a rok póź­niej przy tej sa­mej uli­cy sklep z obu­wiem, któ­ry był za­pi­sa­ny na moją ciot­kę Han­kę Trau­man. Han­ka była dla mnie tro­chę jak sio­stra, star­sza ode mnie le­d­wie o sie­dem lat. W 1928 roku, kie­dy mia­ła dwa­na­ście lat, dziad­ko­wie na­gle zmar­li i moja mama, jej sio­stra, naj­star­sza z sied­mior­ga ro­dzeń­stwa, wzię­ła ją wte­dy do sie­bie.

Gdy się bu­dzi­łem, taty nie było już w domu. To mama pil­no­wa­ła, że­by­śmy zje­dli śnia­da­nie i nie za­po­mnie­li za­brać do szko­ły szny­tek11. Ona też zaj­mo­wa­ła się na­szym wy­cho­wa­niem, cho­dzi­ła na wy­wia­dów­ki i śle­dzi­ła na­sze wy­ni­ki w na­uce. Pro­wa­dzi­ła dom, a jed­no­cze­śnie co­dzien­nie rano szła do skle­pu z pie­rzy­na­mi. Przed­tem da­wa­ła słu­żą­cej in­struk­cje do­ty­czą­ce obia­du, a w cią­gu dnia jesz­cze na chwi­lę wpa­da­ła do domu, by do­pil­no­wać jego ko­szer­no­ści. Oj­ciec nie był na te spra­wy wraż­li­wy, ale mama bar­dzo prze­strze­ga­ła prze­pi­sów zwią­za­nych z je­dze­niem i kie­dy by­li­śmy jesz­cze dzieć­mi, żą­da­ła od mnie i od Moń­ka, aby­śmy w so­bo­tę cho­dzi­li do Wiel­kiej Sy­na­go­gi. Ro­dzi­ce wy­bie­ra­li się tam tyl­ko w więk­sze świę­ta, bo ża­den ży­dow­ski ku­piec w Po­zna­niu nie mógł so­bie po­zwo­lić na za­mknię­cie skle­pu w so­bo­tę. Cho­dzi­li­śmy z bra­tem do sy­na­go­gi, ale go­dzi­ny na­bo­żeń­stwa spę­dza­łem z nim i ko­le­ga­mi na ogół na traw­ni­ku przed bu­dyn­kiem.

Miesz­ka­li­śmy za­wsze bli­sko na­szych skle­pów. W 1934 roku wy­pro­wa­dzi­li­śmy się z Ży­dow­skiej do czte­ro­po­ko­jo­we­go miesz­ka­nia ze wszyst­ki­mi wy­go­da­mi w no­wej ka­mie­ni­cy przy uli­cy Pia­sko­wej 1. Moja mama, Tau­ba, mia­ła w zwy­cza­ju co dwa, trzy lata ma­lo­wać miesz­ka­nie czy wy­le­piać je ta­pe­ta­mi, a przy oka­zji wy­mie­niać me­ble. Tata za każ­dym ra­zem sprze­ci­wiał się ba­ła­ga­no­wi. Do­wo­dził, że nie może zro­zu­mieć, dla­cze­go czy­ste, ład­ne ścia­ny trze­ba zdra­py­wać i z wła­snej, nie­przy­mu­szo­nej woli urzą­dzać w domu dzie­się­cio­dnio­wy po­grom, a po­tem jesz­cze za to pła­cić. Mama mia­ła jed­nak nie­wy­czer­pa­ną ener­gię i sta­wia­ła na swo­im, a on w ta­kich spra­wach jej ustę­po­wał. Nie tyl­ko chle­bem czło­wiek żyje, mó­wi­ła, a lu­dzie po to cięż­ko pra­cu­ją i za­ra­bia­ją, żeby mieć przy­jem­ność z wy­da­wa­nia pie­nię­dzy. Oj­ciec zresz­tą za­wsze był tym, któ­ry wi­dział nie­pew­ną przy­szłość, nad­cho­dzą­ce cięż­kie cza­sy i ro­sną­ce po­dat­ki. Mama ra­dzi­ła mu wte­dy, żeby mniej za­glą­dał do ga­zet; bę­dzie wi­dział świat w przy­jem­niej­szych bar­wach.

Kil­ka lat przed woj­ną mama po­sta­no­wi­ła spra­wić so­bie ka­ra­ku­ło­we fu­tro. Dużo było w domu ga­da­nia na ten te­mat, bo ta­kie fu­tro sta­no­wi­ło ogrom­ny wy­da­tek. Tata opie­rał się i su­ge­ro­wał, żeby le­piej ku­pić nie ka­ra­ku­ły, ale fu­tro z ła­pek, bo jest o po­ło­wę tań­sze, ale nic nie po­mo­gło. Mama się upar­ła. Ku­pi­ła gdzieś oka­zyj­nie ka­ra­ku­ło­we fu­ter­ka i po­szła z nimi na uli­cę Gro­bla do Ze­lko­wi­czów, ro­dzi­ny, któ­ra zaj­mo­wa­ła się ku­śnier­stwem i wy­ra­bia­ła fu­trza­ne ubra­nia dla ja­kie­goś eks­klu­zyw­ne­go skle­pu w Po­zna­niu. Ze­lko­wi­czo­wie uszy­li jej na mia­rę dłu­gie pal­to oraz czap­kę z muf­ką, co – jak się póź­niej do­wie­dzia­łem – kosz­to­wa­ło prze­szło czte­ry ty­sią­ce zło­tych, czy­li znacz­nie ta­niej niż kup­no ta­kich rze­czy w skle­pie. Czę­stych oka­zji do no­sze­nia tego fu­tra nie mia­ła, bo na co dzień pro­wa­dzi­ła na­sze skle­py z pie­rzem i koł­dra­mi, ubie­ra­ła się więc zwy­czaj­nie, ale w zi­mie wkła­da­ła je, wy­cho­dząc do te­atru, do kina lub zna­jo­mych. Kie­dy cho­dzi­łem już do gim­na­zjum, lu­bi­ła po po­łu­dniu, gdy w skle­pie przy Wro­niec­kiej nie było wiel­kie­go ru­chu, za­bie­rać mnie do ka­wiar­ni Hir­schli­ka, gdzie za­wsze sie­dzia­ło wie­lu zna­jo­mych. Wkła­da­ła wów­czas swo­je ka­ra­ku­ły, pro­si­ła, że­bym ujął ją pod pa­chę, i za­śnie­żo­ny­mi uli­ca­mi szli­śmy na róg Pocz­to­wej12 i Masz­ta­lar­skiej. Nie lu­bi­łem z nią tam cho­dzić. Nę­ci­ły mnie co praw­da pysz­ne tor­tów­ki, ale nie cier­pia­łem gła­ska­nia po gło­wie przez róż­ne pa­niu­sie, któ­re wy­dzi­wia­ły, jak bar­dzo uro­słem, że cho­dzę już do gim­na­zjum i jaki po­dob­ny je­stem do taty! Mia­łem na­ście lat i uwa­ża­łem, że fakt, iż je­stem czy­jąś ko­pią, mi uj­mu­je – na­wet je­że­li tym kimś był mój oj­ciec.


No­juś La­sman, po 1930

 

Ale to dzia­ło się znacz­nie póź­niej. Wcze­sne dzie­ciń­stwo, to z cza­sów fre­blów­ki, czy­li przed­szko­la, spę­dzi­łem z ró­wie­śni­ka­mi z Ży­dow­skiej. Mia­łem ży­dow­skich oraz pol­skich ko­le­gów i fakt, że róż­ni­li­śmy się ta­ki­mi czy in­ny­mi ogra­ni­cze­nia­mi w je­dze­niu albo że ob­cho­dzi­li­śmy inne świę­ta i w in­nych dniach tam­ci cho­dzi­li do ko­ścio­ła, a my do bóż­ni­cy, wy­da­wał się nam cał­kiem na­tu­ral­ny. Nasi ro­dzi­ce, prze­pro­wa­dza­jąc się do Po­zna­nia, bez­wied­nie wpro­wa­dzi­li nas na dro­gę asy­mi­la­cji kul­tu­ro­wej. Bar­dziej niż od ka­to­lic­kich ko­le­gów róż­ni­li­śmy się od prze­cięt­nych dzie­ci ży­dow­skich w Pol­sce.

Sa­mo­cho­dy były w tam­tych cza­sach rzad­ko­ścią, dla­te­go ów­cze­sne uli­ce na­le­ża­ły do dzie­ci. Gra­li­śmy w pa­lan­ta i szte­kla13, a jeź­dzi­li­śmy ka­stą, czy­li hu­laj­no­gą do­mo­wej ro­bo­ty, do któ­rej za­miast ogu­mio­nych kó­łek uży­wa­li­śmy ło­żysk kul­ko­wych. Mama co ja­kiś czas gło­śno wy­ra­ża­ła zdzi­wie­nie, dla­cze­go ja i mój brat za­wsze mamy prze­tar­tą tyl­ko jed­ną ze­lów­kę. I że po­po­łu­dnia­mi star­sze pa­nie prze­ga­nia­ły nas, wy­chy­la­jąc się z okien, bo ka­sty ro­bi­ły ha­łas na bru­ku i prze­ry­wa­ły im szlafsztun­dę14.

Wresz­cie skoń­czy­łem sie­dem lat – uro­dzi­ła się wte­dy moja sio­stra Na­dzia15 – i za­czą­łem na­ukę w szko­le po­wszech­nej. Szko­ła była ko­edu­ka­cyj­na, zaj­mo­wa­ła całe trze­cie pię­tro bu­dyn­ku Za­rzą­du Gmi­ny Ży­dow­skiej przy uli­cy Staw­nej 10 i no­si­ła na­zwę: 14. Pań­stwo­wa Szko­ła Po­wszech­na dla dzie­ci ży­dow­skich. Pro­gram, licz­ba go­dzin i ję­zyk wy­kła­do­wy były iden­tycz­ne jak w szko­łach pol­skich i na­sza róż­ni­ła się od nich tyl­ko tym, że mie­li­śmy w ty­go­dniu wol­ne dwa dni, so­bo­tę i nie­dzie­lę (no i oczy­wi­ście ży­dow­skie świę­ta), a za­miast re­li­gii uczo­no nas hi­sto­rii Ży­dów i za­sad ju­da­izmu. Każ­dy dzień na­uki mie­li­śmy jed­nak nie­co dłuż­szy, aby nad­ro­bić „stracony” czas.

Na­sza pod­sta­wów­ka zro­dzi­ła się z kło­po­tów, ja­kie ro­dzi­ny ży­dow­skie przy­by­wa­ją­ce do Po­zna­nia w pierw­szych la­tach nie­pod­le­gło­ści mia­ły z dzieć­mi w wie­ku szkol­nym. Ad­mi­ni­stra­cja miej­ska od­no­si­ła się do nich nie­chęt­nie, a pol­skie szko­ły pię­trzy­ły trud­no­ści i nie chcia­ły ich przyj­mo­wać. Tego pro­ble­mu nie mie­li Ży­dzi nie­miec­cy, bo mimo ra­dy­kal­nych zmian po­li­tycz­nych w mie­ście ich dzie­ci znaj­do­wa­ły miej­sce w nie­licz­nych, ale na­dal ist­nie­ją­cych szko­łach niemiec­kich.

Pro­blem z kształ­ce­niem dzie­ci sta­wał się co­raz bar­dziej draż­li­wy, aż w koń­cu kie­row­nic­two gmi­ny za­ła­twi­ło u władz ze­zwo­le­nie na utwo­rze­nie dla dzie­ci ży­dow­skich szko­ły z pol­skim ję­zy­kiem wy­kła­do­wym. Mie­ści­ła się ona po­cząt­ko­wo w ka­mie­ni­cy przy uli­cy Małe Gar­ba­ry, skąd po paru mie­sią­cach prze­nie­sio­no ją na Staw­ną. W bu­dyn­ku Za­rzą­du Gmi­ny uru­cho­mio­no z cza­sem tak­że po­po­łu­dnio­wą szko­łę re­li­gij­ną, w któ­rej uczo­no nas re­li­gii, hi­sto­rii Ży­dów i ję­zy­ka he­braj­skie­go. Ja­kiś czas też tam cho­dzi­łem, ale ani na­uka nie była atrak­cyj­na, ani obec­ność obo­wiąz­ko­wa, więc ku roz­cza­ro­wa­niu mamy prze­sta­łem. To samo zresz­tą zro­bi­ła więk­szość ko­le­gów. Gra w pa­lan­ta czy szte­kla bar­dziej nas po­cią­ga­ła.

Kie­row­nicz­ką szko­ły po­wszech­nej była pani Fran­cisz­ka Prop­sto­wa, po­cho­dzą­ca z Kra­ko­wa i cie­szą­ca się sza­cun­kiem ca­łe­go ży­dow­skie­go spo­łe­czeń­stwa Po­zna­nia. Przy­je­cha­ła do mia­sta jesz­cze przed pierw­szą woj­ną świa­to­wą na­uczać dzie­ci ję­zy­ka pol­skie­go, ale nie wiem, czy wśród jej uczniów były wów­czas ży­dow­skie dzie­ci. Nie było lo­gicz­ne­go po­wo­du, dla któ­re­go tam­ci Ży­dzi, uwa­ża­ją­cy za swo­ją oj­czy­znę Niem­cy, mie­li­by uczyć się pol­skie­go. Te­raz li­czo­no się z nią w ku­ra­to­rium, ale nie tyl­ko dla­te­go, że była dzia­ła­czem nie­pod­le­gło­ścio­wym i kul­tu­ral­nym. Prop­sto­wa gło­śno mó­wi­ła, że w pol­skiej szko­le ży­dow­skie dzie­ci na­le­ży wy­cho­wy­wać na pol­skich oby­wa­te­li.

My mię­dzy sobą na­zy­wa­li­śmy ją Sta­ra. Choć mie­li­śmy dla niej wie­le po­wa­ża­nia, nie cie­szy­ła się na­szą mi­ło­ścią, bar­dziej się jej ba­li­śmy, bo jako kie­row­nicz­ka była wy­ma­ga­ją­cą pe­dant­ką. Uczy­ła ma­te­ma­ty­ki, ale do­pie­ro ostat­nie, siód­me kla­sy. Na co dzień zaj­mo­wa­ła się stro­ną ad­mi­ni­stra­cyj­ną i wy­cho­waw­czą. To była jej szko­ła, od­da­wa­ła się jej cała, a jej obec­ność w po­sta­ci róż­nych za­ka­zów i na­ka­zów sta­le od­czu­wa­li­śmy. Poza Prop­sto­wą nasi na­uczy­cie­le w więk­szo­ści byli Po­la­ka­mi. Dłu­gi czas je­dy­ną ży­dow­ską na­uczy­ciel­ką była pani Mor­ne­lo­wa, któ­ra uczy­ła hi­sto­rii Ży­dów na wszyst­kich szcze­blach.

Wła­śnie pani Mor­ne­lo­wa zo­sta­ła wy­cho­waw­czy­nią mo­jej kla­sy. Po­cząt­ko­wo było nas je­dy­nie kil­ku­na­stu, ale póź­niej ta licz­ba wzro­sła do oko­ło czter­dzie­stu, bo wciąż przy­by­wa­ło no­wych uczniów i uczen­nic, któ­rych ro­dzi­ce prze­nie­śli się do Po­zna­nia z in­nych stron Pol­ski. Dwóch chłop­ców do­szło z Nie­miec, przy­szedł tak­że je­den chrze­ści­ja­nin, so­bot­nik16, z ko­lei dwaj inni ode­szli, bo ich ro­dzi­ce przy­ję­li chrzest.

Po­nie­waż licz­ba uczniów sta­le wzra­sta­ła – przed woj­ną do szko­ły cho­dzi­ło już oko­ło dwu­stu pięć­dzie­się­cior­ga dziew­cząt i chłop­ców – w 1932 roku prze­nie­sio­no nas na uli­cę No­skow­skie­go przy par­ku Mo­niusz­ki, w jed­no z naj­pięk­niej­szych miejsc Po­zna­nia. Szko­ła zna­la­zła się w dwu­pię­tro­wej ład­nej wil­li otu­lo­nej dzi­kim wi­nem, z du­żym pla­cem, któ­ry przy­le­gał do wy­so­kie­go muru na­sy­pu ko­le­jo­we­go. W nie­miec­kich cza­sach bu­dy­nek słu­żył jako dom sie­rot dla ży­dow­skich dziew­cząt, ale te­raz stał bez­u­ży­tecz­ny. Tam zdo­by­wa­łem edu­ka­cję do trzy­na­ste­go roku ży­cia.

Nie wiem, na ja­kim po­zio­mie sta­ła na­sza szko­ła, ale w do­mach mie­li­śmy po­waż­ny do­ping ze stro­ny ma­tek. Moja mama na przy­kład do spraw na­uki mia­ła nie­mal na­boż­ny sto­su­nek. Mu­sia­łem mieć wszyst­kie pod­ręcz­ni­ki, a na­uczy­ciel­ka mia­ła jej zda­niem za­wsze ra­cję. Wia­do­mość, że nie od­ro­bi­łem ja­kiejś lek­cji lub po­sze­dłem na wa­ga­ry, ozna­cza­ła śmier­tel­ny grzech. Kie­dy w pią­tej kla­sie opu­ści­łem się w na­uce, po­nie­waż ło­wie­nie ryb w War­cie wy­da­wa­ło mi się bar­dziej atrak­cyj­ne, mama wró­ci­ła z wy­wia­dów­ki bardzo smut­na.

– Nie wie­dzia­łam, że mam syna tu­ma­na – po­wie­dzia­ła spo­koj­nie, ale to wy­star­czy­ło, abym do na­stęp­nej wy­wia­dów­ki zli­kwi­do­wał wszyst­kie nie­dosta­tecz­ne.

Po­dob­nie było z pa­nią Prop­sto­wą, choć była bar­dziej su­ro­wa. Czę­sto przy­cho­dzi­ła do nas na in­spek­cje, spraw­dza­ła, czy mamy czy­ste ręce i pa­znok­cie, czy je­ste­śmy ucze­sa­ni i czy­sto ubra­ni. Kie­dy zna­la­zła ja­kieś po­waż­ne uster­ki, krzy­cza­ła na zanied­ba­ne­go:

– Ty plu­cha! Ty bolsze­wi­ku!

Pa­mię­tam z pierw­szych klas pio­sen­kę:


Na­sze dziel­ne żoł­nie­rzy­ki

Na pla­ców­kach sto­ją, na pla­cówkach sto­ją

I śpie­wa­ją bolsze­wi­kom,

Że się ich nie boją, że się ich nie boją

Nic a nic.

Ten tekst utwier­dzał nas w prze­ko­na­niu, że bol­sze­wik jest nie tyl­ko bar­dzo brzyd­ki i nie­chluj­ny, ale jest też wro­giem.

W ogó­le Sta­ra, jako pa­triot­ka, wpa­ja­ła nam moc­ne po­czu­cie przy­na­leż­no­ści do Pol­ski, jej kul­tu­ry i dzie­jów. Jesz­cze za­nim za­czę­li­śmy się uczyć hi­sto­rii, opo­wia­da­no nam o cza­sach le­gen­dar­nych. Po wy­słu­cha­niu opo­wie­ści o spo­tka­niu Le­cha, Cze­cha i Rusa cała kla­sa wy­bra­ła się na po­znań­ski Ostrów Tum­ski, gdzie po­dob­no do tego spo­tka­nia do­szło. Po­je­cha­li­śmy też do Gnie­zna, by obej­rzeć ka­te­drę, gdzie wy­ja­śnio­no nam, że tu­taj była ko­leb­ka pań­stwa i tu­taj ko­ro­no­wał się pierw­szy król Pol­ski. Uwa­ża­li­śmy, że nie­słusz­nie sto­li­ca jest w War­sza­wie; po­win­na być w Po­zna­niu lub Gnieź­nie. Kie­dy w szó­stej kla­sie za­czę­to nas uczyć hi­sto­rii Pol­ski, za­chwy­ca­li­śmy się wiel­ko­ścią oraz po­tę­gą kra­ju i czu­li­śmy się nie­mal skrzyw­dze­ni przez nie­cnych za­bor­ców, któ­rzy osa­czy­li kraj i po­zba­wi­li go ol­brzy­mich ob­sza­rów. W Niem­czech i Ro­sji wi­dzie­li­śmy od­wiecz­nych wro­gów17.

Szko­ła uczy­ła nas sa­mo­dziel­nej pra­cy i obo­wiąz­ko­wo­ści. Już w czwar­tej kla­sie wy­bra­li­śmy sa­mo­rząd, któ­ry pod nad­zo­rem wy­cho­waw­czy­ni or­ga­ni­zo­wał świą­tecz­ne wy­stę­py, pro­wa­dził – miesz­czą­cy się w za­my­ka­nej na klucz sza­fie – skle­pik z przy­bo­ra­mi szkol­ny­mi oraz bi­blio­tecz­kę. W pią­tej kla­sie na­uczy­cie­le po­pie­ra­li przy­go­to­wy­wa­nie ga­ze­tek ścien­nych na do­wol­ny te­mat, któ­re mógł przy­go­to­wy­wać każ­dy. Ja wy­bra­łem geo­gra­fię i na ta­bli­cy z dyk­ty przy­szpi­la­łem swo­je wy­pra­co­wa­nia o prze­czy­ta­nych książ­kach oraz wy­cię­te z ga­zet zdję­cia i ar­ty­ku­ły. Były też ga­zet­ki na te­mat hi­sto­rii, Bi­blii, a na­wet ma­te­ma­ty­ki z róż­ny­mi za­gad­ka­mi. Ga­zet­kę z żar­ta­mi i sa­ty­rą – gdy alu­zje pod czy­imś ad­re­sem były zbyt wy­raź­ne – spo­ty­ka­ła cza­sem in­ter­wen­cja pani Mor­ne­lo­wej. Wszyst­kie je pi­sa­no ręcz­nie i nie prze­cho­dzi­ły one żad­nej cen­zu­ry, więc czy­tel­ni­cy czę­sto po­pra­wia­li w tek­stach błę­dy albo wpi­sy­wa­li pod nimi kry­tyczne uwa­gi.

Naj­bar­dziej od­po­wie­dzial­ne funk­cje otrzy­ma­li­śmy w szó­stej kla­sie. Do mnie na­le­ża­ła szkol­na sta­cja me­te­oro­lo­gicz­na: drew­nia­na bud­ka na czte­rech pa­lach z drzwicz­ka­mi oraz ter­mo­me­trem i ba­ro­me­trem w środ­ku. Obok na pa­li­ku stał spe­cjal­ny po­jem­nik na desz­czo­wą wodę, na któ­rym z do­kład­no­ścią do mi­li­me­tra mo­głem od­czy­ty­wać wiel­kość opa­dów. Po­dob­ne sta­cje ist­nia­ły we wszyst­kich szko­łach w Po­zna­niu, w któ­rych były ku temu wa­run­ki, a od­po­wie­dzial­ni za nie ucznio­wie prze­sy­ła­li mie­sięcz­ne ob­ser­wa­cje do praw­dzi­wej sta­cji me­te­oro­lo­gicz­nej, miesz­czą­cej się przy lot­ni­sku na Ła­wi­cy. Na po­cząt­ku roku szkol­ne­go prze­szli­śmy tam kil­ku­go­dzin­ny kurs, pod­czas któ­re­go pani w bia­łym far­tu­chu in­stru­owa­ła nas, w jaki spo­sób i o ja­kim cza­sie mamy od­czy­ty­wać po­mia­ry, jak je za­pi­sy­wać i jak wy­peł­niać spe­cjal­ne ar­ku­sze ze sprawozda­niem.


Ucznio­wie ży­dow­skiej szko­ły po­wszech­nej w Po­zna­niu ze swo­imi na­uczy­ciel­ka­mi, Fran­cisz­ką Prop­sto­wą (po le­wej) i Ber­tą Kan­to­ro­wi­czo­wą, 1928. Ze zbio­rów Zbi­gniewa Pa­ku­ły

– Je­że­li ktoś z was bę­dzie miał wąt­pli­wo­ści lub ze­chce się do­wie­dzieć cze­goś bliż­sze­go na te­mat me­te­oro­lo­gii, za­wsze może się do nas zgło­sić – po­wie­dzia­ła też i roz­da­ła nam spe­cjal­ne, imien­ne kar­ty wstę­pu na te­ren lot­ni­ska. Z mo­jej ko­rzy­sta­łem wie­le razy i za­wsze przyj­mo­wa­no mnie tam przy­jaź­nie, cier­pli­wie tłu­ma­cząc dzia­ła­nie skom­pli­ko­wa­nych dla mnie apa­ra­tów.

Sta­cja me­te­oro­lo­gicz­na, któ­rą się zaj­mo­wa­łem, sta­ła w przy­szkol­nym ogród­ku, któ­rym z ko­lei opie­ko­wał się Żej­mi Son­na­bend, je­den z sy­nów kan­to­ra. Do jego za­dań na­le­ża­ło mało wdzięcz­ne pod­le­wa­nie ro­ślin, przy­ci­na­nie uschnię­tych ga­łę­zi krze­wów oraz za­mia­ta­nie ście­żek – ale za to na wio­snę to on de­cy­do­wał, gdzie i ja­kie kwia­ty po­sie­je lub za­sa­dzi. Już na po­cząt­ku po­mia­rów, w paź­dzier­ni­ku, moja sta­cja za­czę­ła re­je­stro­wać za­ska­ku­ją­co dużo opa­dów – na­wet je­śli wziąć pod uwa­gę, że w Pol­sce to je­den z naj­bar­dziej ulew­nych mie­się­cy w roku. Dłu­gi czas w swo­jej na­iw­no­ści nie mo­głem zro­zu­mieć, dla­cze­go tak się dzie­je, aż kie­dyś zo­ba­czy­łem, że Żej­mi po pod­la­niu grzą­dek ko­new­ką resz­tę wody bez­tro­sko wle­wa do mo­je­go po­jem­ni­ka. W ogó­le Żej­mi mie­wał róż­ne „ge­nial­ne” po­my­sły.