Pudło

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pudło
Pudło
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,80  55,04 
Pudło
Audio
Pudło
Audiobook
Czyta Monika Kwiatkowska
36,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Od 1977 roku Piotr towarzyszy z aparatem dziennikarkom i dziennikarzom „Forum…” – niegdyś „…Penitencjarnego”, obecnie „…Służby Więziennej”. Od tamtej pory zdążyło się zmienić więziennictwo, osadzeni, gazeta, wymagania wobec zdjęć, warunki pracy.

Przyznaje, że na początku nie zdawał sobie sprawy z tego, co będzie fotografował. Pierwsze zlecenie: nieistniejące już więzienie na Rakowieckiej.

– Jak wszedłem tam pierwszy raz, to zapomniałem, gdzie jest przesłona, a gdzie migawka. Chrzęst kluczy, labirynt korytarzy, tylko kolejne i kolejne kraty zamykają mi się za plecami. No i twarze tych zbójów. Cały czas próbowałem sobie przypomnieć, jak ja tu szedłem, jak stąd wyjść. I wiedziałem, że nawet gdybym pamiętał drogę, to wszystkie kraty się za mną zamknęły, nie ma wyjścia.

Potem było już łatwiej. Inne wtedy panowały porządki w więzieniu. Jak opowiada, kiedy otwierała się cela i wchodził z oddziałowym, wszyscy osadzeni stali na baczność. Nikt nikogo nie pytał o pozwolenie, potrzebne było zdjęcie – to je robił. Mówi, że miał obiekcje przy zdjęciach twarzy. Myślał wtedy, że to ich sprawa, co zrobili, a on nie powinien tego nagłaśniać, szczególnie w gazecie, której nie mieli prawa czytać. Ale miał też konkretne zadania i mało czasu, a o prawie więźniów do ochrony wizerunku nikt nie myślał.

Bo twarzy być na zdjęciu już teraz nie może: prawo chroni wizerunek osadzonych i ich bliskich. W ramach tej ochrony i tatuaże są na cenzurowanym, w końcu po nich też można człowieka zidentyfikować. Osadzeni znają swoje prawa, bywa, że protestują na widok aparatu. Bywa niesympatycznie. Krzyczą, przeklinają.

Nie tylko osadzonych denerwuje obecność fotografa. Funkcjonariusze też boją się czasem upublicznienia wizerunku. Z jednej strony rozumie ich strach przed tym, co ich może spotkać na ulicy, kiedy rozejdzie się, gdzie pracują, obawy przed zemstą. Z drugiej strony wie, że zdjęcia to jego praca i ma prawo je robić. Bo jeśli i funkcjonariuszy będzie unikał, co mu zostanie? Kraty?

Mówi, że z biegiem czasu obrósł w odporność na więzienne dźwięki, pokrzykiwania, na cele, korytarze, bramy, druty. Że ma już te kryminały obfotografowane z każdej strony. Za każdym razem jednak rusza na obchód i szuka smaczków, nawet jeśli tylko dla siebie. I myśli, że ma szczęście, bo to nie jest w dzisiejszych czasach częste, żeby lubić swoją pracę.

Musi być tanio

Art. 109. § 1. Skazany otrzymuje trzy razy dziennie posiłki, o odpowiedniej wartości odżywczej, w tym co najmniej jeden posiłek gorący, z uwzględnieniem zatrudnienia i wieku skazanego, a w miarę możliwości także wymogów religijnych i kulturowych oraz napój do zaspokajania pragnienia. Skazany, którego stan zdrowia tego wymaga, otrzymuje wyżywienie według wskazań lekarza.

§ 2. Minister Sprawiedliwości określa, w drodze rozporządzenia, wartość dziennej normy wyżywienia oraz rodzaje diet wydawanych osobom osadzonym w zakładach karnych i aresztach śledczych, uwzględniając w szczególności wiek, rodzaj wykonywanej pracy, stan zdrowia oraz wpływ warunków izolacji więziennej na zasady żywienia.

W 2018 roku w polskich więzieniach osadzonych było średnio 74 077 kobiet i mężczyzn. Średnio, bo skrupulatne statystyki więzienne informują o liczbie osadzonych w każdym miesiącu, a potem sumują dane z roku i dzielą na dwanaście. Gdyby się tej średniej liczbie przyjrzeć dokładnie, widać by było i 74 896 ze stycznia, i 72 204 z grudnia, i kilka miesięcy w międzyczasie, kiedy liczba osadzonych przekraczała 75 000.

W tym czasie Inowrocław ze zbliżoną liczbą ludności był czterdziestym dziewiątym polskim miastem pod względem zaludnienia. Utrzymanie penitencjarnego odpowiednika Inowrocławia kosztowało w 2018 roku łącznie 3 127 507 zł, co oznacza 115,67 zł dziennie, 3518,31 zł miesięcznie i 42 219,68 zł rocznie na jednego mieszkańca. Zrzucił się na to budżet państwa i fundusze unijne.

Część tych pieniędzy pochłonęły wynagrodzenia dla ponad 26,5 tysiąca pracowników jednostek penitencjarnych, mundurowych i cywilnych[3]. Większość pieniędzy idzie jednak na utrzymanie osadzonych: jedzenie, opieka zdrowotna, koszty budynków.

Warunek jest jeden: ma być tanio.

1.

Wyżywienie jednego więźnia, dorosłego mężczyzny, kosztuje w Polsce minimum 4 zł dziennie. W Iławie wychodzi 4,01 zł dziennie na osobę. Mniej byłoby niehumanitarnie.

– Kawy, herbaty, owoców czy słodyczy nie dostaną tu ponad normę – mówi psycholożka z Iławy.

– Owoc jest jeden dziennie i jest to jabłko – dodaje kwatermistrz.

– Najzdrowszy polski owoc!

– Najtańszy. Czasem, jak ktoś ma nadmiar i musiałby wyrzucić, to nam przekazuje, żeby się nie zmarnowało.

– Chleb biały, najprostszy. Masła nie ma, jest margaryna, bo tańsza. Jogurt się czasem zdarza.

– Ale to tylko dla diet.

Stoimy w oknie dyżurki, za oknem budynek kuchni i magazyn. Miała być piekarnia, miał odpaść jeden kontrahent, ale pomysł upadł. Z pieczywem już jakiś czas kombinują, swego czasu okazało się, że taniej wychodzą bułki niż chleb. Na drugim końcu Polski słyszałam od osadzonych opowieści o tych kajzerkach, ale nie jako oszczędności, ale niespotykanym luksusie.

– Tu mamy jadłospis. – Kwatermistrz sięga po drobno zadrukowaną kartkę. – To jest dieta podstawowa: dziś zupa koperkowa, ryba smażona, purée, kapusta kiszona, napój owocowy. PW to podstawowa wegetariańska: zupa pieczarkowa z makaronem, gulasz sojowy w sosie brokułowym, napój owocowy. PR – podstawowa religijna: ryba smażona, kapusta kiszona. Bezrybna – mieliśmy kiedyś skazanego, który od śladowych ilości ryby dostawał wysypki. PJ – podstawowa świadków Jehowy, WJ – podstawowa wegetariańska bez jaj, lekkostrawna, cukrzycowa. Dwanaście, trzynaście diet – wylicza. – Myślę, że Marriott ma mniej. I to nie są wszystkie. To jest rozpiska na nasz oddział, bo takich tu mamy osadzonych. Na innych oddziałach jest inaczej, łącznie nawet dwadzieścia pięć diet wychodzi. Dla niektórych mamy jeden z tych wariantów, ale zmiksowany, bo na przykład mają problem z przełykiem.

O diecie zdrowotnej decyduje lekarz. Jeśli ktoś chce zmienić sposób żywienia ze względów religijnych czy światopoglądowych, musi uzyskać zgodę dyrektora więzienia. Gdy zdarzył się wśród iławskich osadzonych wyznawca judaizmu, dostawał jedzenie zamawiane z firm zaakceptowanych przez gminę żydowską. Rozmowy w tej sprawie prowadził Centralny Zarząd Służby Więziennej.

W dziale kwatermistrzowskim pracują dwie panie odpowiedzialne za takie ułożenie menu, żeby osadzeni byli zadowoleni i żeby koszty się zgadzały. Koszty, bo więzienie podlega ciągłym kontrolom, więc wszystko w tabelkach musi grać. Zadowolenie, bo dzięki temu chociaż ten jeden temat nie pojawia się w skargach osadzonych. Rozmawiając z kwatermistrzem z Iławy, zgodnie z prawdą mówię, że o tutejszym wyżywieniu słyszałam od osadzonych tylko dobre opinie.

– Wiem, że chwalą jedzenie, przecież nadzorujemy ich listy. Piszą, że jest i schabowy, i kurczak, i ryż, i leczo – mówi kwatermistrz.

2.

– W szpitalach mają gorzej i trzeba brać to pod uwagę – mówi Edward, grypsujący, który nie może przeboleć upublicznienia bajery w Internecie. Każdego dnia marzy o golonce. Od dwóch lat pracuje w kuchni, więc nie ma w tej sprawie złudzeń. Pamięta moment, kiedy z menu wyleciała zupa mleczna, bo była za droga. Nie narzeka ani na jadłospis, ani na pracę. Przecież jesteśmy tu. Puka w stolik dla podkreślenia tego „tu”. Golonkę zje na wolności.

O jedzeniu mowa, więc warto zaznaczyć: Edward nie siedzi w Iławie.

– Czwarta dziesięć, może piętnaście – idę. Kuchnia raptem po drugiej stronie, dwie minuty drogi. Rozkładamy śniadanie, pieczywo, ile porcji na oddział trzeba. Gotujemy herbatę. Odbierają to garowi i rozwożą po celach, a nam kierownik wydaje z magazynu towar potrzebny do zrobienia obiadu.

Kierownik to funkcjonariusz magazynier żywnościowy. Od obieraka, przez garowego, który nakłada porcje na plastikowe więzienne talerze (względy bezpieczeństwa!), po wydawkę – poza magazynierem i szefem kuchni pracują tu tylko więźniowie.

– Robimy surówkę, ziemniaki czy kaszę, mięso lub sos – w zależności, co ma być na obiad. Gotujemy, a w międzyczasie, jak ktoś nie ma co robić, to przygotowuje kolacje, które damy z obiadem – mówi Edward i zaczyna skomplikowaną wyliczankę: część osadzonych kończy pracę o 14.00 i dostaje obiad o standardowej porze. O 15.20 wychodzą na indyki i na piekarnię, dla nich są przygotowane od razu kolacje do zabrania, ich decyzja, czy wezmą, w pracy mogą dostać lepszy posiłek. Ci, co dopiero po 15.00 wracają z pracy wolnościowej, obiad dostaną razem z kolacją. Kolacja wydawana jest wcześnie, skoro Edward kończy pracę o 16.00 lub 17.00, a przecież po przygotowaniu posiłków trzeba jeszcze posprzątać kuchnię. Następny dzień ma wolny, potem znowu do pracy.

3.

Zakład Karny we Wronkach szuka lekarza ogólnego do ambulatorium, to samo Wrocław, Tarnów, Tarnowskie Góry, Wołów i Bydgoszcz. Pielęgniarki/pielęgniarze potrzebni są w Areszcie Śledczym w Krakowie, Gdańsku, we Wrocławiu i w Strzelcach Opolskich. Jeśli chodzi o lekarzy specjalistów, w Bydgoszczy poszukiwany jest neurolog, a w Krakowie konsultant dermatolog i psychiatra. Umowy o pracę na cały lub – najczęściej – częściowy etat, umowy cywilnoprawne, różnie.

Ogłoszenia nie dziwią, gdy zestawi się je ze statystykami.

W 2018 roku wykonano dla 74 tysięcy osadzonych 150 tysięcy badań analitycznych w jednostkach penitencjarnych i niemal 160 tysięcy poza nimi.

77 tysięcy badań radiologicznych w zakładzie i 35 tysięcy poza nim.

Prawie 27 tysięcy zabiegów fizjoterapii za kratami, 400 na wolności.

Wykonano 86 testów na HIV z wynikiem pozytywnym, w tym 27 to nowo odkryte przypadki.

Wykryto 485 przypadków gruźlicy, 1300 przypadków wszawicy, 1100 świerzbu, 126 innych chorób zakaźnych.

 

Lekarze przyjmujący na terenie więzienia udzielili 1 319 329 porad, w tym ponad 877 tysięcy w ambulatorium.

Odbyto 23 tysiące konsultacji z dermatologiem w więzieniu, a 1000 osób trzeba było zabrać na wizytę poza terenem zakładu.

Wydano 485 orzeczeń lekarskich z adnotacją „Nie może być leczony w zakładzie karnym”.

O takie orzeczenie wcale nie jest łatwo. Kilka lat temu była fala samouszkodzeń oka – nie było wtedy więzienia, które mogło przyjmować takich pacjentów, więc konieczne były przerwy w karze i leczenie na wolności. Teraz oczy można leczyć za kratami, a jeśli konieczny jest szpital, to konwój, kajdanki ręce-nogi, pilnowanie chorego w placówce, powrót do więzienia.

O służbie zdrowia rozmawiam z kilkunastoma osadzonymi. Wszyscy powtarzają, że mają świadomość uprzywilejowania, nawet jeśli świadczona jest tylko podstawowa opieka w ramach NFZ. I tak na wolności o specjalistę byłoby trudniej.

Jednocześnie najwięcej skarg składanych przez więźniów dotyczy działania służby zdrowia. Bo nie dostał pomocy, która była potrzebna. Bo za długo czekał na wizytę. Bo lekarz potraktował lekceważąco. Bo do szpitala został odwieziony w sposób niehumanitarny, czyli w kajdankach.

Nie słyszę tych skarg, ale jedną czytam: poważny wiek, poważna choroba, a do lekarza w kajdankach ręce-nogi.

– Widzieliśmy już takich dziadków, którzy próbowali jeszcze uciekać ze szpitala oknem z pierwszego piętra. Jeden niedawno dostał przerwę w karze, leżał w szpitalu z glejakiem i poszedł. Myślę, że tu akurat nieświadomie, miał już zaburzenia – opowiada psycholożka z Iławy, a wychowawca dopowiada: – W czasie konwoju obowiązują konkretne przepisy. Muszą być kajdanki zespolone, chyba że dyrektor zadecyduje inaczej.

W Iławie osadzeni mogą korzystać z pomocy pielęgniarskiej codziennie od 7.00 do 15.00, dyżur jest też w soboty i niedziele. W ambulatoriach pracuje łącznie dziesięć osób, w tym dwóch mężczyzn, z czego jeden na terapeutycznym. W areszcie od ponad trzydziestu lat pracuje pani Basia, która, jak mi mówi, często pamięta dziadków i ojców obecnych osadzonych. Lekarze pracują na kontraktach lub cząstkowych etatach, nikt na całym. Przychodzi na przykład laryngolog, neurolog czy dermatolog, przyjmuje zapisanych pacjentów, góra dwadzieścia osób. Jeśli trzeba kardiologa, diabetologa, pulmonologa, rezonans, rentgen – konwój.

– Idzie wiosna, lato, zaczną grać w piłkę, będą zdarzenia. To są takie trochę dzieci. Nikt na wolności nie poszedłby do lekarza z tym, z czym oni przychodzą. Dla nich to jakaś rozrywka, mogą wyjść z celi. Krosta wyskoczy, kaszelek, katarek, zadarty paznokieć, coś boli. Z takimi sprawami przychodzą.

Jest piękną, młodą kobietą, onieśmieloną pytaniami. Pracuje w ambulatorium, które w sezonie przeziębień przyjmuje prawie osiemset wizyt osadzonych. I nie chodzi tu o opiekę pielęgniarską nad całym więzieniem, tylko trzy oddziały, dwa piętra. Wiosną liczba przyjęć spada do sześciuset. Najbardziej chorzy przychodzą rzadko.

– Niektórzy mają stałe leki, bo cukrzyca, astma, nadciśnienie albo łuszczyca na przykład – to wszystko dostają – wylicza pielęgniarka. – Suplementację: witaminy, leki przeciwbólowe, gripeksy mogą sobie kupić w kantynie. Jeśli potrzebują czegoś spoza oferty, jeśli jest taka konieczność, mogą napisać prośbę o sprowadzenie leków.

Można przyjmować suplementy, które nie są obowiązkowe, można się zaszczepić. Wiele można, jeśli osadzony ma pieniądze. Jeśli go stać, pisze prośbę, odpowiedni specyfik zostaje zamówiony i zaaplikowany. Niektórzy, żeby mieć środki, starają się zza krat o rentę lub orzeczenie o niepełnosprawności. Tak jak na wolności wypełniają dokumenty, stawiają się na komisji. Problem bywa z tym, że muszą tego sami pilnować. – Czasem któremuś orzeczenie wygasa, on z tym nic nie robi, a potem ma pretensje do nas: zamknęliście mnie, wszystko o mnie wiecie i nie mogliście dopilnować mojego orzeczenia? – opowiada pielęgniarka.

Można też zrezygnować z leczenia. W iławskiej placówce są osoby zarażone wirusem HIV, które odmawiają przyjmowania leków. Mają do tego prawo, tak jak pozostali mają prawo do farmakologii i współpracy z lekarzem.

4.

Pytam o samookaleczania.

– Bardzo mało. W zeszłym roku na palcach jednej ręki można policzyć – mówi pielęgniarka. – Jedna próba samobójcza też była, ale to na oddziale terapeutycznym. Trudno ocenić, na ile to było teatralne i demonstracyjne, na ile faktycznie były to problemy natury emocjonalnej. Cięcia po przedramionach, ewentualnie jakieś połyki – to są najczęstsze rzeczy teraz. Widziałam kiedyś pana, który sobie notorycznie robił długopisem dziurę w brzuchu, czasem wbitki z igieł, ale to raczej recydywa. Obecne pokolenie więźniów woli pisać skargi i prośby, W ten sposób rozładowują swoje negatywne emocje – i uprzykrzają nam życie

Niezadowoleni osadzeni piszą do sędziego, do dyrektora, do sądu penitencjarnego. Bezpośrednio do ministerstwa i ministra sprawiedliwości też się zdarza, najczęściej jednak skargi idą do inspektoratu. Każda jednostka podlega pod jakiś inspektorat, osadzeni zazwyczaj wiedzą, pod jaki, i tam piszą. Skargi wracają do zakładu, pracownicy piszą wyjaśnienia dla przełożonych.

Zaglądam w statystyki. Samoagresje w 2018 roku, dane dla całego kraju:

223 przypadki łącznie

208 prób samobójczych

12 samouszkodzeń

3 przypadki odmowy przyjmowania pokarmu

Przyczyny samoagresji:

13 – działalność sądu, prokuratora

40 – działalność administracji

170 – inne

Statystyka przewiduje jeszcze dwa warianty uzasadnienia: uczestnictwo w subkulturze więziennej i presja subkultury więziennej. W 2018 roku nie było takich przypadków.

Statystyk zbiorczych dotyczących skarg nie znalazłam, na zasadzie ciekawostki wyciągają takie dane niekiedy lokalni dziennikarze. Dzięki temu dowiaduję się, że na biurko dyrektora Zakładu Karnego w Zamościu trafia rocznie około 300 takich podań, w jednostce w Hrubieszowie ponad 200, w Wadowicach – więcej niż 100[4].

5.

– Czasem tylko skargi działają. Tam rządzi strach i głupie przepisy – mówi Wanda, która co prawda już wyszła z więzienia, ale wciąż się denerwuje, gdy mówi o warunkach bytowych za kratami. Niemal nie przestaje się ruszać. Jest szczupła i energiczna, cały czas gestykuluje, ale też świetnie pracuje głosem.

Znakomicie oddaje dramaturgię zdarzeń, kiedy opowiada o swoim najtrudniejszym momencie za kratami. W celi pojawiła się nowa dziewczyna – z wszami w odzieży, z wszawicą głowową, ze świerzbem.

– Dlaczego nie została gdzieś przetrzymana w odosobnieniu? Dlaczego nikt nie dopilnował, żeby do celi weszła czysta? Jak to możliwe, że pielęgniarka zapowiedziała, że jej nie dotknie? Przecież to jej praca! – Wandę i przy mniej podnoszących ciśnienie tematach roznosi energia, teraz nie może usiedzieć na krześle, punktując kolejne niedociągnięcia więzienników. Każdy element tej historii stoi w sprzeczności z obowiązującymi ich procedurami. – Ta dziewczyna była zupełnie niepełnosprawna. Ja jestem całkiem sprawna, ale jakby mi dali tubkę pasty i kazali się wszędzie wysmarować, to nie dałabym rady. A osoba niepełnosprawna? Pielęgniarka powinna to zrobić, bo jest od tego, żeby ludzi pielęgnować, w zakładzie karnym też.

Wanda mówi, że to ona i koleżanki z celi zaopiekowały się nową. Zapewnia, że funkcjonariusze wiedzieli, że wprowadzili do celi osobę chorą, ponieważ wszystkie zostały objęte kwarantanną, co wyszło na jaw, kiedy do jednej z dziewczyn przyszedł prawnik i nie mógł się z nią spotkać.

– Po prostu nas z tym zostawili.

Wanda wspomina, że jedna z kobiet z celi była farmaceutką, przed wyrokiem pracowała w sanepidzie. Wiedziała, co robić przy świerzbie – przede wszystkim codziennie zmieniać i prasować pościel. Nowa w celi pojawiła się ze swoją pościelą z oddziału przejściowego. Gdy przyszedł dzień zmiany pościeli, zdjęły poszewki ze wszystkich łóżek, spakowały do jednego worka i wystawiły, zgłaszając oddziałowej, że ich pościel musi być wyprana osobno.

– Oddziałowa nam ten worek wrzuciła z powrotem i powiedziała, że mamy izolację, więc nikt nam pościeli nie wypierze. Zrobiłam awanturę, przyszedł wychowawca, oddziałowa, w końcu kierownik ochrony. Zabrali nam tę pościel, ale to było już po napisaniu pisma do sanepidu.

Wanda mówi, że to był ten jeden jedyny raz, kiedy wyszła z siebie: kopała w drzwi, krzyczała.

– Powiedziałam im potem: sami tego chcieliście, zachowywałam się jak osoba w więzieniu. Nie powiedziałam, że najpierw siedziałam na podłodze i pół godziny płakałam. Przecież to po prostu było nieludzkie.

Wanda otwiera szeroko oczy, kiedy pytam, czy za to wszystko spotkała ją jakaś kara. – Żadnej kary nie było, przecież miałam rację. No i pismo do sanepidu było skutecznym straszakiem.

Lista zarzutów Wandy wobec systemu penitencjarnego ma znacznie więcej pozycji niż jedna historia ze świerzbem. W więzieniu niczego nie wolno – stwierdza. Bo telefon tylko raz dziennie i tylko na pięć minut, z których zostają trzy, jak się już wpisze numer i doczeka połączenia. Bo w tej chwili, jak mówi, nawet paczki higienicznej wysłać do osadzonej nie można. A co ona tam ma? Paczkę podpasek miesięcznie daje więzienie, jak zabraknie, a raczej zabraknie, można sobie kupić w kantynie.

– Ceny w kantynach więziennych są bardzo wysokie, to jest tak razy trzy mniej więcej. Jak higiena, to taka lepsza drogeria, nie Hebe i nie Rossmann. Osiem tamponów w zależności od firmy dziewięć–dwanaście złotych.

Bywały ludzkie oddziałowe – wspomina. Takie, które pytały, czy którejś nie brakuje podpasek i jak trzeba było, to dawały więcej. Albo pomagały w przekazywaniu między celami, albo chociaż nie przeszkadzały, jak się nadmiar zostawiało dla innych w łaźni.

– Ja sobie nie wyobrażałam, jaki to jest problem, jak się nie może zaspokoić swoich podstawowych potrzeb higienicznych. Kobieta może wziąć prysznic dwa razy w tygodniu. Nawet jeśli ma okres. OK, jest miska. Jak trzeba, to sobie człowiek z miską daje radę. Ale czy puszczanie codziennie do łaźni to byłby taki poważny problem?

Wylicza: jedna łazienka, cztery prysznice, sto dwadzieścia kobiet na oddziale. Nawet na półotwartym czy otwartym, kiedy mogą wychodzić z cel, nie mogą po prostu iść się umyć. Limit to limit. – To nie może chodzić o zużycie wody przecież – zastanawia się Wanda. – To jest upodlenie kobiety, człowieka – mówi. Móc wziąć prysznic, kiedy się chce, zrobić pranie w pralce, mieć zapas bielizny – odsiadka sprawiła, że Wanda już wie, jakie to są przywileje.

– To nie może być kwestia pieniędzy – mówi. Nie pamięta, ile miesięcznie państwo wydaje na osadzonego, wie tylko, że dużo. Zastanawia się, jak te pieniądze są wydawane, skoro na najbardziej podstawowe rzeczy brakuje. A może to nie braki finansowe, ale brak chęci? Pamięta ludzkich funkcjonariuszy, wspomina dobrze wychowawczynię, oddziałową – osoby, którym się mimo wszystko chciało.

– Ja wiem, że to jest ciężka praca. Za żadne pieniądze nie chciałabym tam pracować.

6.

Mogło być tak, że któregoś dnia na spacerze szlag ich trafił. Bo siedzą w celi całymi dniami, a jak przychodzi godzina pozornej wolności, szansa na rozprostowanie nóg, to z każdej strony mają ogrodzenie, a w płucach same brudy. Pokrztusili się raz i drugi, wymienili na ten temat kilka gniewnych zdań, że niby kryminał, a jak w komorze gazowej. Ktoś gdzieś usłyszał, może w telewizji widział, może w gazecie czytał, że celebryci pozywają państwo za smog. Jak Szczygły i Stuhry mogą, to czemu nie oni, jak tu zdrowie tracą, a bardziej niż ktokolwiek nie mają gdzie uciekać?

Mogło być też tak, że ktoś gdzieś usłyszał, może w telewizji widział, może w gazecie czytał, że celebryci pozywają państwo za smog. I tak jak brudu w powietrzu szczególnie nie czuli, tak zapach pieniędzy od razu rozpoznali i zrobili z tym, co trzeba.

Mogło być jeszcze jakoś inaczej, ale fakty są takie, że dwaj więźniowie z Zakładu Karnego nr 1 w Strzelcach Opolskich stwierdzili, że smog na spacerniaku zagraża ich zdrowiu, i skierowali sprawę do sądu. Chcieli pozwać Skarb Państwa, stanęło jednak na gminie. Za zamach na zdrowie każdy z nich chce dla siebie trzy tysiące złotych, oczekują też wpłaty dwóch tysięcy na konto jednego z Domów Dziecka.

W połowie grudnia 2019 roku informację tę podaje „Nowa Trybuna Opolska”, za nią media ogólnopolskie.

Komunikat porasta w komentarze zainteresowanych sprawą instytucji. Najpierw reaguje pozwana gmina: zapewnia, że co jak co, ale troska o jakość powietrza jest priorytetem i są w tej sprawie podejmowane kroki. Na dowód liczba wymienionych kopciuchów i zapowiedź dalszych działań.

 

Więzienie też wypowiada się w tej sprawie, bo czemu nie, rzadko się zdarza taka luksusowa dla jednostki sytuacja, żeby nie musiała się tłumaczyć, gdy osadzonym coś nie pasuje. Komunikat Zakładu jest bardziej neutralny, potwierdza, że składanie skarg na warunki bytowe to częsta praktyka. Pocieszająco dodaje, że najczęściej żale osadzonych są bezzasadne.

Opolski Alarm Smogowy daje do zrozumienia, że wierzy w czystość intencji wprost proporcjonalną do zanieczyszczenia powietrza w regionie. „Jesteśmy pod wrażeniem świadomości wpływu złej jakości powietrza na zdrowie wśród osadzonych w zakładzie w Strzelcach Opolskich” – piszą na Facebooku. Było nie było, zwykły człowiek nie pozywał jeszcze nikogo za powietrze w tym kraju, więc w Strzelcach Opolskich może się rozpocząć rewolucja, w którą włączy się reszta Polski, nie tylko ta penitencjarna.

„Roszczeniowa patologia”, „trzeba było nie kraść”, „a na wolności na pewno sami palili śmieciami” – oceniają sprawę internauci. „Lepiej by im było na Syberii”, sugerują jedni, „w kopalni” – podpowiadają inni. Między bardzo i bardziej gniewnymi opiniami przewija się: „mają rację” i „wszyscy powinniśmy złożyć takie pozwy”.

Mogło być więc różnie, ale może w sumie dobrze się stało?

7.

W roku szkolnym 2017/2018 maturę w więzieniu zdało 89 osób. Kursy zawodowe skończyło ponad 13 tysięcy skazanych. Znacznie więcej przeszło szybkie szkolenie z więziennego życia.

– Umiesz zrobić buzałę?

– No! Ja na celi pizzę robię!

Krystian ma dwadzieścia kilka lat i tylko pozornie jest wyluzowany. Psycholożka w tej rozmowie jest niezbędna, wie, że chłopak nie będzie rozmawiał z obcą osobą. Zadaje mu proste pytania dotyczące więziennego życia, zaśmiewają się wspólnie z odpowiedzi, droczą.

– Co to jest zacier?

– Wino!

– Na szczęście to śmierdzi i od razu czuć, że któryś kombinuje.

– Gdzie czuć?!

Psycholożka upiera się, że zacieru ukryć nie można, Krystian – że wielokrotnie mu się udało. Kiedy ostatnio? Dawno, okazuje się, bo Krystian alkoholu generalnie nie bardzo. Ale przepis pamięta: chleb, jabłka, miód. Odstawienie na tydzień–dwa i gotowe.

– Ale są tacy, co robią. Nagle takich ilości jabłek potrzebują! Zdrowy tryb życia chcą prowadzić, więcej witamin chcą, tak to tłumaczą. I to trzeba obserwować, bo jak już zrobią ten zacier, to rzygają, zatrują się, nie daj Boże – tłumaczy psycholożka, a Krystian potwierdza: po nadmiernym spożyciu trudno zapanować nad żołądkiem.

– Tym bardziej że to nie jest alkohol destylowany – zauważa psycholożka, czym wywołuje protest chłopaka.

– Oj, można destylator zrobić – mówi. – Lufki do palenia się zwija, potem ogrzewanie, grzałką, jak są na innych kryminałach, albo buzałą, to się skrapla. Jak to w Ameryce mówią – księżycówka!

W więzieniach nie przemija moda na nielegalne samoróbki: maszynki do tatuażu oraz buzały, czyli grzałki, które mogą bardzo szybko zagotować wodę, ale też równie szybko wywalić korki albo kogoś uszkodzić. Rośnie więc podejrzliwość funkcjonariuszy, gdy osadzony zamawia lampkę, nalegając na jak najdłuższy kabel, bo gniazdko ma daleko od łóżka, albo gdy gwałtownie rośnie zużycie prądu. Więźniowie rozbierają dostępny w celi sprzęt, wyrywają przewody ze ścian, organizują dostawy nielegalnych części za pośrednictwem tych, którzy wychodzą do pracy na wolności. Tu kawałek kabla ma wartość.

Są i pozytywne warianty rękodzieła. W więziennych celach honorowe miejsce zajmują żony, dzieci i rodzice oprawieni w misterną plecionkę z plastiku przypominającą rybią łuskę. Schludnie poukładane opakowania po kawie, folijki, pozłotka, sreberka z czekolady czekają na kolejny odcinek więziennego Zrób to sam. Rękodzieło za kratami to sposób na zabijanie czasu i wyrażanie uczuć: przywiązania do rodziny, sympatii dla funkcjonariuszy. Prezenty wędrują do bliskich, zdobią korytarze, pokoje wychowawców. Zmieniają cele w domy. Trendy zmieniają się, osadzeni uczą się nowych technik raczej od siebie nawzajem niż na zajęciach plastycznych. Teraz na czasie jest origami, ta moda obejmuje cały kraj, na papierowe wytwory natykam się w każdym więzieniu. Wcześniej popularne było lepienie z chleba.

Krystian chciałby mieć w celi piasek do usypywania mandal. W więzieniu odkrył buddyzm, medytację i książki. Zaczął też pisać: najpierw bajkę, potem autobiografię, takie polskie My, dzieci z dworca ZOO. To dlatego psycholożka chciała, żebyśmy się poznali i porozmawiali o pisaniu. Przekonuje, że to dla chłopaka bodziec, że będzie o tym myślał przez kilka dni, że to go ożywi. Wydaje się i bez tego aktywny, startuje w konkursach więziennych – teraz czeka na wyniki konkursu na list do ofiary swojego przestępstwa. Za kratami jest od sześciu lat.

– Wcześniej to ja tylko ćpałem – mówi.

Psycholożka dopowiada, że przez pierwsze cztery lata z chłopakiem nie było kontaktu. Efekt wieloletniego uzależnienia. W więzieniu trafił na terapię, której pewnie nigdy by nie miał na wolności. Narkotyki nadal mu się śnią. Nawet dziś opowiada nam sen o przerzucaniu kokainy motorówką.

Chłopak blokuje się przy pytaniach osobistych, ale chętnie opowiada o życiu w więzieniu. Pokazuje umieszczony na nadgarstku tatuaż symbolizujący wyrok, czyli przerwę w życiorysie: kreska-kropka-kreska.

– Jak często wychodzisz z celi?

– Zależy, jaki jest dzień. Czasem raz dziennie, na spacer. Dwa razy, jeśli na spacer i do telefonu. Trzy razy, jeśli mam szkołę.

– Ile osób w celi?

– Pięć.

Tu znów odzywa się psycholożka: – Staramy się dobrać tak osadzonych, żeby pasowali do siebie w celi, ale nie każdego da się dopasować, a gdzieś mieszkać musi.

– Jak ten ostatni u nas. Mania natręctw. Ja szklankę tu, a on trzy centymetry przesuwa, bo dalej musi stać. Chodził, jakieś szpary w oknach robił. No psychopata. – Krystian łapie się za głowę.

– Ale z panem Adamem dogadywaliście się bardzo dobrze. A ile on miał lat? Po pięćdziesiątce był?

– Pięćdziesiąt cztery, tyle co mój ojciec. On jest taki bardziej inteligentny, bo po tych studiach i w ogóle, gadać się dało normalnie, a nie jak inni, jakieś afery albo opowieści, z kim to on na śledczym siedział, a za co siedzi. Tego się słuchać nie chce.

Krystian chce zrobić maturę, potem studia, pracować w Monarze, pomagać uzależnionym. Na razie usiłuje oswoić matkę z buddyzmem i ma na to sposób: porusza ten temat w ostatniej minucie rozmowy telefonicznej, rozłącza się, zanim ona zdąży zacząć krzyczeć. Krystian był pierwszym skojarzeniem psycholożki, kiedy zapytałam ją o sukcesy w pracy.

8.

Granatowe ogrodniczki to strój roboczy, zielona kamizelka informuje, że więzień jest pod nadzorem, pomarańczowa – że może się samodzielnie poruszać po określonym obszarze. Może na przykład sprzątać plac bez nadzoru, ale nie może zajrzeć do kuchni, bo zostanie od razu zdjęty ze stanowiska. Swoboda ma tu ciasne granice.

Magazyn żywnościowy, kuchnia, pralnia, warsztat, remonty i transport należą do działu kwatermistrzowskiego. Pracują osadzeni – tak jest taniej, ale też ogólnie lepiej: praca to zajęcie i drobne wynagrodzenie dla więźniów. Kwatermistrz w Iławie zarządza pracą dwudziestu pięciu osadzonych i świadomie dawkuje sobie informacje na ich temat. – Wiem, za co kto siedzi mniej więcej, ale się nie zagłębiam. Pewnie byłoby ciężko, gdyby się wiedziało wszystko – mówi.

Pod jego kierownictwem remontują, budują, uczą się przy okazji montażu suchej zabudowy, podwieszania sufitów, tapetowania. Na korytarzach więzienia odsłaniają czerwoną cegłę, chociaż stukali się w głowy, kiedy pojawił się pomysł skuwania tynku. Teraz im się podoba to połączenie starego z nowym. Mniej trafioną realizacją są różowe ściany w świetlicy, osadzeni nie chcą tam chodzić. Kwatermistrz daje im czas na oswojenie z kolorem i rozważa pokrycie jednej ściany farbą tablicową. Będzie jak u Szelągowskiej.

Niektóre firmy, zanim wprowadzą swoje produkty do galerii handlowych czy na stadiony, testują je w więzieniu. Jeśli umywalka czy sedes przetrwa tutaj, da sobie też radę w publicznym szalecie. Teraz Iława testuje oprawy oświetleniowe, które mają być odporne na uderzenia. Zniszczenia się zdarzają, ale nie obciążają podatnika.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?