Tajemnica z AuschwitzTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Tajemnica z Auschwitz
Tajemnica z Auschwitz
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 73,90  59,12 
Tajemnica z Auschwitz
Audio
Tajemnica z Auschwitz
Audiobook
Czyta Magdalena Schejbal
39,90  29,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

6

Po śniadaniu babcia ugotowała kisiel z jakichś czerwonych owoców. Nigdy nie stawała przy garnkach i Ewa podejrzewała, że szczytem jej kulinarnych umiejętności było zmieszanie zimnego soku owocowego z odrobiną cukru i mąki ziemniaczanej i podgrzanie mikstury tak, by nie zrobiły się w niej grudki i by zgęstniała. Nie zawsze jej się to udawało, bo systematyczne mieszanie w garnku ją nudziło.

Kisiel z małymi grudkami białej mąki smakował okropnie, tym bardziej że babcia polała go gęstą śmietanką i Ewie chciało się płakać, gdy musiała zjeść cały kubek. Babcia stała nad nią i wciskała jej go do ust, łyżeczka za łyżeczką, podczas gdy Basia dawno skończyła swoją porcję i zza otwartego okna dobiegał jej śmiech i nawoływanie ich szczeniaka. Ewa czuła, że z każdym kolejnym łykiem jest coraz bliższa wymiotów, a babcia coraz bliższa szału.

– Jak można być takim niejadkiem?

Ewa nie wiedziała, ale po prostu nim była. Polegało to chyba na tym, że nigdy nie była głodna, a do przeżycia wystarczały jej niewielkie porcje ziemniaków i chleba. Oczywiście w opinii dorosłych te pokarmy należało uzupełnić czymś porządnym, czyli w ich mniemaniu warzywami i mięsem. To ostatnie przeżuwała zazwyczaj tak długo, że w jej buzi po prostu rosła sucha kula włókien i tłuszczu, niemożliwa do połknięcia. Czasami udawało jej się ją dyskretnie wypluć, ale niestety tylko wtedy, gdy jedli obiad w ogrodzie. A takie chwile były coraz rzadsze. Najpierw za sprawą chłodnej wiosny, potem deszczowego maja i tak upalnego lata, że nie dało się wytrzymać nawet w cieniu.

– Już nie mogę.

– Proszę, nie marudź. Na litość boską, chcesz tu przesiedzieć cały dzień?

– Nie, ale ja już naprawdę nie mogę.

– Ostatnie trzy łyżeczki.

– Jedna.

– Mamo, daj jej spokój.

Na szczęście do pokoju weszła mama, w szarej sukience, w której wyglądała ślicznie i która ładnie podkreślała kolor jej oczu, i wbrew protestom babci zabrała Ewie sprzed nosa kubek z niedojedzoną różowo-białą breją. Z zadowoleniem wpakowała sobie do ust solidną porcję kisielu i zakończyła męczarnię córki.

– Takimi metodami niczego nie osiągniesz.

– Wiem, ale chyba już wszyscy jesteśmy zmęczeni.

– Dziecko musi jeść witaminy.

– Wiem, wiem.

– Skoro wiesz, to nie rozumiem, dlaczego tak się zachowujesz.

– Ewcia zje za chwilę jabłko, prawda, kochanie?

Dziewczynka pospiesznie przytaknęła, choć zdawała sobie sprawę, że zjedzenie ugotowanego w kompocie jabłka będzie równie wielką gehenną.

– Rób, jak uważasz – prychnęła z niezadowoleniem babcia i zamaszystym krokiem udała się do swojego pokoju.

Tymczasem mama wyciągnęła Ewę na podwórko.

– Chodź, coś ci pokażę.

Wojciech stawiał właśnie wiklinowy popiskujący koszyk na drewnianej zielonej ławce, którą tata postawił tuż koło wejścia do domu. Zupełnie tam nie pasowała, ale był z niej tak dumny, że nikt nie miał odwagi protestować. Podobno powstała w miejscu, które rodzice nazywali manufakturą zabawek. Ewa lubiła tam chodzić i patrzeć, jak powstają koniki na kółkach, które można za sobą ciągnąć, klocki, z których można było budować wieże, ale najbardziej podobały jej się kaczki z łapkami zrobionymi z kawałków skóry, które można było pchać przed sobą na kiju. Śmiesznie plaskały, gdy przesuwało się je po podłodze w domu, co jednak bardzo irytowało babcię.

– A co?

– Basia! – Mama głośno zawołała siostrę Ewy, która w podskokach wyłoniła się zza rogu. – Chodź szybko! Mam dla was niespodziankę!

Zaciekawione dziewczynki podeszły do koszyka zamkniętego wiklinowym wiekiem. Gdy mama je podniosła, ich oczom ukazało się dziesięć ślicznych żółciutkich kaczuszek. Jak na zawołanie obie zaczęły piszczeć z zachwytu i dopytywać, czy można wziąć je na ręce.

Mama posadziła je obok koszyka na zielonej ławce i dała do rąk po małym, przestraszonym kaczątku. Były takie milutkie i delikatne. Popiskiwały śmiesznie i usiłowały dziobać, co bardzo łaskotało.

Wreszcie mama uwolniła wszystkie kaczuszki i kazała dziewczynkom się nimi opiekować. Ptaki, wiedzione jakimś magicznym instynktem, od razu skierowały swoje małe koślawe nóżki w stronę bajorka, które szumnie nazywano stawem.

Z zadowoleniem taplały się na brzegu, a Ewa i Basia pod okiem roześmianej cioci Zosi wchodziły za nimi do wody. To byłby cudowny i niezapomniany dzień, gdyby nie to, co wydarzyło się pod wieczór i co też okazało się niezapomniane, tylko w zupełnie inny sposób.

Basia tuż przed kolacją odgoniła Ewę od kaczątek, tłumacząc jej jak zwykle, że jest za mała, choć w myślach pewnie dodawała kolejne epitety w stylu „głupia”, i biorąc każdą kaczuszkę do ręki, całowała ją i ściskała przed włożeniem do koszyka, w którym miały spędzić noc.

Po mozolnej operacji dziesięciu uściśnięć i dziesięciu pocałunków wbiegła radośnie do domu, oświadczając, że kaczuszki już grzecznie śpią.

Mamę coś jednak zaniepokoiło, bo pospiesznie wyszła na podwórze i zajrzała do zamkniętego wiklinowego koszyka. Ewa zerknęła jej przez ramię. Kaczuszki rzeczywiście grzecznie leżały w dwóch równych rzędach obok siebie. Niestety nie oddychały.

Baśka zakochała je na śmierć, a afera, jaka wtedy wybuchła, obijała się Ewie po głowie, jeszcze gdy leżała pod zbyt ciepłą kołdrą. Szkoda, że tak się zakończył ten niezapomniany dzień.

7

Mamy ogromne szczęście, że mieszkamy na wsi, bo nie cierpimy tak głodu jak ludność miast i miasteczek. Możemy do nędznych racji żywieniowych dorzucić to, co uda nam się wyhodować, zebrać na łąkach czy w lesie. Wprowadzone przez Niemców w Generalnym Gubernatorstwie kartki[6] nie zaspokajają w najmniejszym stopniu podstawowych potrzeb i nie potrafię pojąć, jak ludzie mogą przetrwać, nie mając rodziny czy znajomych na wsi albo w lepiej sytuowanych kręgach. Sklepy rozdzielcze, w których można odebrać tę śmieszną przydziałową ilość żywności, stały się najważniejszymi punktami na naszej mapie, a ja błogosławię chwile, gdy udaje mi się zdobyć i ukryć trochę nadprogramowego jedzenia.

Najbardziej zdumiewa to, jak bardzo zmienił się pejzaż społeczny. Nagle się okazało, że proste baby i służące, cwaniacy i kombinatorzy znaczą więcej niż zamożni „państwo”, u których do niedawna służyli. System kartkowy niespodziewanie zrównał biednych i bogatych, z tą tylko różnicą, że ci pierwsi nic sobie nie robią z zasad i wręcz czerpią satysfakcję z tego, że ich niedawni żywiciele nie potrafią się odnaleźć w nowych warunkach. Że damy i paniusie muszą się imać najbrudniejszych prac, że panowie sami muszą się zaprzęgać do najtrudniejszych robót, że nie ma komu zaufać i zapłacić za lojalność. Zresztą to pojęcie się zupełnie zdewaluowało.

W czasie wojny człowiek nie wie, jak sam się zachowa, a co dopiero mówić o relacji z innymi.

Prawda jest taka, że niedawno sama byłam taką paniusią, która co prawda potrafiła wygłosić kilka łacińskich sentencji i zagrać na pianinie, za to z pewnością nie umiała napalić w piecu, zakisić kapusty czy upiec chleba. Moje dłonie twardnieją, z dnia na dzień robią się coraz bardziej szorstkie i silniejsze. Już nie przejmuję się tym, że pobrudzę je ziemią, że nie nasmaruję glicerynowym kremem. Niespodziewanie przeszłam zafundowany przez życie szybki kurs samodzielności i już rozumiem pojęcie płodozmianu, wiem, jak pomóc cielącej się krowie, i nauczyłam się targować. I choć wstyd się przyznać, zgłębiłam arkana kombinowania, polegające na minimalnym zaufaniu do innych, skrytości, twardej postawie i negocjowaniu przy wymianie towarów. Nauczyłam się kłamać i zaprzeczać, patrząc rozmówcy prosto w oczy, i wreszcie zrodziła się we mnie zwierzęca siła, która uczyniła mnie zdolną do wszystkiego, byle tylko obronić rodzinę i przetrwać.

Odwiedza nas moja przyjaciółka z lat gimnazjalnych, Anka, która w ślad za rodziną wyruszyła wbrew rozsądkowi na Wschód. Na nic się zdała wczorajsza długa rozmowa i tłumaczenie, że to nie najlepszy kierunek. Upiera się, że za wszelką cenę musi dołączyć do swoich. Część drogi pokonała koleją, część piechotą, wędrując od znajomych do znajomych, a ja nie mogę pojąć, jak ta zahukana i nieśmiała dziewczyna zdobyła się na odwagę samotnej wędrówki.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że w pojedynkę pokonam dłuższą i trudniejszą drogę, wynędzniała i pchana tylko tęsknotą za córkami.

Anka spędza u nas już kolejny dzień, zachwycając się okolicą i objadając nas ile wlezie. Od chwili gdy pokazała mi resztkę wysuszonego chleba, tak zwanego dźwiękowca[7], z którym wyruszyła od kuzynki, nie mam serca odmówić jej niczego. Widzę, jak bardzo potrzebuje namiastki normalnego życia, jaką radość sprawia jej zbieranie szczawiu, pielenie ogródka i zabawa z dziewczynkami. Najchętniej zatrzymałabym ją u nas, ale wiem, że to niemożliwe, że nic nie powstrzyma tej siły, która pcha ją w kierunku najbliższych.

– Skąd masz pewność, że ich tam zastaniesz? – Jestem zdumiona jej przekonaniem, że najbliżsi przebywają w rodzinnym domu.

– Umówiliśmy się, że gdybyśmy się rozdzielili, właśnie tam się spotkamy.

– A jeśli ich nie będzie?

– Będą. – Anna grzeje dłonie o gorący kubek naparu z dziurawca i rumianku.

– A jeśli nie?

– To znajdę wiadomość.

Anka zdaje się zupełnie nie przejmować moimi wątpliwościami, a niewytłumaczalna pewność, że niebawem dołączy do męża i trójki dzieci, działa na nią jak placebo. Może tak trzeba?

To mi uświadamia, że mimo pozornej stabilizacji ja również powinnam ustalić z najbliższymi miejsce zbiórki. Może to nadmierna zapobiegliwość, ale lepiej być przewidującym niż później żałować. Wieczorem ustalamy więc, co zrobimy, gdybyśmy zostali rozdzieleni.

Żadne miejsce nie wydaje się dostatecznie bezpieczne. Ani dom rodzinny, ani nasza leśniczówka. Na początku wojny zakładaliśmy, że takim miejscem będzie plebania wujka Romana w Inowrocławiu, ale szybko się okazało, że wujek jako jeden z pierwszych duchownych został przez Niemców aresztowany i wywieziony do Dachau[8]. Nikt nie przypuszczał, że Niemcy jedną z pierwszych fal ludobójstwa i nienawiści zaleją duchownych, nikt też nie zdawał sobie sprawy, czym są obozy koncentracyjne.

 

Dochodzą do nas pogłoski o obozach pracy i potwornym losie ludzi, którzy się tam znajdują, ale trudno dać temu wszystkiemu wiarę. Coraz bardziej rozpoznawalne są takie nazwy, jak Oświęcim, Dachau, Mauthausen-Gusen, ale ponieważ nikt z nas czy naszego otoczenia nie zna nikogo, kto byłby w takim obozie i z niego wyszedł, trudno przyjąć mrożące krew w żyłach plotki. Nie sposób sobie wyobrazić, by ludzie mogli być tak okrutni dla innych ludzi – bez powodu.


Roman Budniak, zdjęcie z archiwum prywatnego

Niemcy działali i działają bardzo przebiegle i konsekwentnie, a ich machina propagandowa jest tak doskonała, że w podświadomości mieliśmy zaszczepione hasła, w które chcieliśmy wierzyć.


Leśniczówka w Sarnicach, zdjęcie z archiwum prywatnego

Poza tym niezwykle naiwnie zakładaliśmy, że gdyby te plotki o okrucieństwach były prawdziwe, to nasi sojusznicy – Zachód, alianci, Amerykanie, po prostu inni ludzie spoglądający na ten konflikt w pewien obiektywny sposób – nie mogliby pozostać bierni. To się nie mieściło w głowie.

Wreszcie z całą rodziną: z matką, Florianem, Zośką, która wpada do nas z Tadeuszem niemal co wieczór i jej częścią rodziny, wieczorem ustalamy, że cokolwiek się wydarzy, spotkamy się w Sarnicach, a gdyby to miejsce okazało się spalone i gdyby dom przestał istnieć, za miejsce zbiórki uznajemy naszą leśniczówkę. Na liście pojawiają się jeszcze kolejne dwa adresy awaryjne. Wyznaczamy tajne schowki, w których ukryjemy dla siebie wiadomości, i pod koniec tej rozmowy mamy w sobie taki smutek, że gdybyśmy dysponowali wódką, pewnie napilibyśmy się po kieliszku.

*

Za kilka dni miało się okazać, jak ważne są nasze ustalenia.

*

Mam straszny sen.

Śni mi się, że zdaję maturę z matematyki. Siedzę w pierwszym rzędzie, przede mną biała ściana z wielkim ciemnym krucyfiksem, długi stół przykryty białym obrusem, za którym siedzą siostra dyrektorka i wieloosobowa komisja. Pocę się i męczę nad całkami, których nie przerabiałyśmy. Ostre spojrzenia omiatają uczennice i paraliżują logiczne myślenie. Nie mam pojęcia, jak się zabrać do nawiasów, niewiadomych i siedzę tak, bezmyślnie, nie rozwiązując żadnego zadania. Siostra ogłasza, że zostało jeszcze tylko pięć minut, a ja nadal mam przed sobą pustą kartkę i pustkę w głowie. Niemal widzę, jak wszyscy ze mnie szydzą i śmieją się, jaka to jestem głupia, że nie potrafiłam rozwiązać tak prostych zadań. Dziewczęta mijają mnie, uśmiechnięte, rozgadane, a ja siedzę w pustej sali jak ostatni tuman i… wtedy na szczęście się budzę.

Z pokoju w głębi domu dobiega głośne, równomierne chrapanie matki, zupełnie jakbym przebywała w pracującym pełną parą tartaku. Donośne, nerwowe tykanie zegara odlicza niespokojne minuty, a ja irracjonalnie, podświadomie zaczynam na nowo nawarstwiać w sobie strach, jakbym przeczuwała coś złego. Usiłuję przegonić mroczne myśli, bojąc się, by nie zaprojektować złej przyszłości, nie stworzyć samospełniającej się przepowiedni.

Przewracam się na drugi bok i usiłuję pomyśleć o czymś miłym, przywołać w pamięci dobre wspomnienia. Oczywiście nie mogę wymyślić nic, co by mnie odprężyło. Wiercę się niespokojnie i jak zwykle w takiej sytuacji zaczynam przygotowywać w głowie listę rzeczy do zrobienia, którą odkładam na bok, obok listy obaw i zagrożeń.

W pokoju jest duszno, ale boję się otworzyć okno, żeby ktoś niepowołany się do nas nie dostał. Na dworze nadal jest gorąco. Niestrudzony zegar głośno odmierza minuty, a matka śpiąca za ścianą na chwilę gubi rytm chrapania, charczy tak głośno, jakby lawina kamieni spadała z gór, przewraca się na bok i ponownie sapie dobrze mi znanym, uciążliwym rytmem, który niebawem przejdzie w niemal męski chrapiący baryton. Nie wiem, w jaki sposób z tej kobiety wydobywają się takie dźwięki, ale od kiedy z nami zamieszkała, nie przespałam dobrze ani jednej nocy.

Zasypiam wreszcie, lecz zamiast zaznać ukojenia, ląduję w kolejnym koszmarze. Tym razem pcham wózek, starą, rozklekotaną drewnianą dwukółkę, jaką widziałam ostatnio podczas pobytu w Radomiu na głównej ulicy, z naszą jedyną pościelą, na której siedzą brudne i obdarte Ewa i Basia. W dłoniach ściskają resztki dźwiękowca i wtedy rozlegają się strzały.

Budzę się gwałtownie i początkowo nie wiem, gdzie jestem. Po chwili rozpoznaję znajome kształty mebli i miękkość pościeli. Oddycham z ulgą, ale moje galopujące serce biegnie przed siebie, nie mogąc wyhamować. Nasłuchuję i teraz już wyraźnie słyszę odległy terkot karabinów.

Kulę się w sobie. Nie wiem, co mam robić. Uciekać, zostać w bezpiecznym domu, jeśli w ogóle jakieś miejsce jest bezpieczne, a może schować się w piwnicy? Budzić dzieci czy jednak nie?

Odczekuję chwilę i liczę do dziesięciu. Cisza. Liczę jeszcze raz i usiłuję przebić wzrokiem ciemność. Boję się zapalić świeczkę, żeby jej światło w oknie nie ściągnęło na nas niepotrzebnie uwagi. Cisza. W lesie słychać już tylko pohukiwanie sowy, cichy szum drzew, na który w domu odpowiada tykanie zegara.

Powinnam się przyzwyczaić, ale to niemożliwe. Strzały słychać co jakiś czas, tak w nocy, jak i w dzień, lecz nie sposób do nich przywyknąć. Zawsze się boję, zastanawiam się, czy przypadkiem nie dosięgły Floriana albo kogoś bliskiego, kogoś, kogo znam.

Las jest najbardziej tajemniczą i niebezpieczną wojenną areną, na której mimo woli się znaleźliśmy.

Nie jestem w stanie zasnąć. Zresztą w chwili zagrożenia wolę być w butach i wygodnej sukience. Nauczyłam się żyć w wiecznym oczekiwaniu najgorszego i zawsze jestem gotowa na najstraszniejszy scenariusz.

Wtedy nie miałam świadomości, że najgorsze jest niewyobrażalne.

*

Krzątam się po kuchni, cicho przesuwam talerze, by nikogo nie obudzić. Wykładam z garnka smażone przez ostatnie dwa dni powidła z porzeczek, potem niespiesznie przesmażam biały fermentujący ser, do którego dodaję garść kminku. Smród gnijącego sera rozchodzi się po całym mieszkaniu, ale to nie ma znaczenia, bo przynajmniej raz na jakiś czas możemy cieszyć się urozmaiceniem podczas śniadania i kolacji.

Gdy mam zamiar wyjść na podwórze, by wypuścić kury, słyszę pod drzwiami jakieś zamieszanie. Cofam się gwałtownie, ale i tak niemal się zderzam z wpadającym do domu Florianem.

– Cześć, mamuśka. – Chce mnie uściskać i jest tak szczęśliwy, jakby właśnie paktem z Hitlerem i Stalinem osobiście zakończył wojnę.

– Coś taki zadowolony?

Jego radość podświadomie budzi mój lęk i jak zwykle pospiesznie usiłuję odgadnąć, co tym razem wymyślił. Ostatnio taki entuzjazm wywołało obmyślenie skrytki na trzydzieści trzy karabiny. Mój sprytny mąż ukrył je mroźną nocą, niemal odmrażając sobie palce u rąk, w ogrodzie w słomianych chochołach. Nie przewidział, że za kilka dni nadejdzie odwilż, a chochoły osuną się ku ziemi. Jakież były moje zdziwienie i przerażenie, gdy o słonecznym i jasnym poranku w ogrodzie miałam sad składający się ze sterczących ze słomy karabinów. W mieszkaniu zapanowała prawdziwa panika, bo nie dość, że Floriana akurat nie było w domu, to w dodatku rozeźlona Ada kręciła się wszędzie, nie potrafiąc znaleźć sobie miejsca. Musiałam zagonić ją do zagniatania ciasta na makaron, a sama, bez płaszcza, spocona, zbierałam kolejne sztuki broni i upychałam je w słomie w stodole. Myślałam wtedy, że gołymi rękoma zabiję Floriana, jak już się zjawi.

Tym bardziej teraz się boję, co wykombinował.

– Nareszcie, kochana, nareszcie! – Florian chodzi po domu i pohukuje z zadowolenia, przy okazji robiąc przegląd garnków na piecu.

– Boże, Florian, coś ty zrobił?

– Dlaczego zakładasz najgorsze?

– Bo cię znam.

– Znowu panikujesz.

– Florian, mów, co się stało!

Człapię za nim po kuchni, a mój mąż jak gdyby nigdy nic myje nad balią ręce. Rozpiął koszulę i wyciągnął ją ze spodni, by ochlapać wodą pachy i tors. Prycha przy tym jak źrebak.

– Zrób mi herbaty.

– Florian, do cholery, o co chodzi? – Opieram się o parapet, na którym stoi gliniana doniczka z mizerną, wykrzywioną pelargonią, którą z trudem wyhodowałam z zeszłorocznej sadzonki.

– Odbiliśmy wszystkich!

– Boże, Florian, kogo? – Naprawdę panikuję i odwracam się do okna, jakbym się spodziewała, że gdzieś tam czai się niebezpieczeństwo, które zaraz zapuka do naszych drzwi.

– Nie mówiłem ci?

– Nie, nic mi nie mówiłeś. – Ponownie skupiam uwagę na Florianie. – I choć zawsze twierdziłam, że nie chcę wiedzieć o twoich pomysłach, teraz jestem innego zdania. W nocy słyszałam strzały.

– Bardzo możliwe.

– I mówisz to tak spokojnie?

– Tak, bo nic się nam nie stało. – Florian ciężko opada na krzesło i zaczyna oglądać sobie paznokcie, pod którymi widoczny jest brud.

– Nikt nie strzela bez powodu.

– Odbiliśmy ludzi z więzienia w Radomsku[9].

– Chryste Panie! – Niemal osuwam się na krzesło.

– Sama widzisz, że to dobra wiadomość.

– Przecież Niemcy będą chcieli się zemścić, nie pomyślałeś o tym? Dotrą pewnie też tutaj.

– Bez obaw, nie są takimi bystrzakami.

– Florian, co ty mówisz? Jak można być takim naiwnym? Zobaczysz, że to się źle skończy.

– Zaczynasz marudzić jak twoja matka. Nie wierzysz, że możemy zwyciężyć, że nasze działania są skuteczne?

– To bardzo krótkowzroczne.

– Wiesz, nie chce mi się z tobą dyskutować.

Obrażony Florian wycofuje się do naszej sypialni. Słyszę szamotaninę i domyślam się, że zmienia ubranie, co oznacza, że przy naszym łóżku znajdę stos brudnych rzeczy, które powinnam wyprać i równo poskładane włożyć do szafy. Pewnie to też jedna z patriotycznych powinności. Nie mam siły się kłócić, bo wiem, że moje opinie nie zostaną wzięte pod uwagę i nie zmienią charakteru Floriana. Nie wymogę też na nim większej ostrożności.

*

Myślałam, że mój mąż nie może być już głupszy i bardziej zawzięty, tymczasem się myliłam. Kilka dni później podekscytowany Florian znowu pojawia się w domu. Tym razem wieczorem, leje jak z cebra, tak że trudno nawet psa wyrzucić na dwór. Nie wiem, jak w takich okolicznościach dają sobie radę partyzanci, i nie chcę o tym myśleć.

Florian jest przemoczony do suchej nitki, jednak jego policzki są zarumienione, a oczy płoną dzikim blaskiem, i już wiem, że znowu coś się stało. Wypycham mamę z Zosią do pokoju dziewczynek, by wspólnie pooglądały książeczki. Mamy ich zaledwie osiem, ale za to są kolorowe i dziewczynki nieustannie je wertują. Szczególnie Ewa upodobała sobie stare wydanie Baśni Andersena i biega z nim pod pachą z nadzieją, że setny raz namówi kogoś do przeczytania tej samej, dobrze znanej bajki. Matka oczywiście wachluje uszami i chętnie by została, by posłuchać, o czym rozmawiamy.

– Mamo, proszę, daj nam chwilę.

– Znowu macie jakieś tajemnice? – pyta naburmuszona.

– Nie, ale jesteśmy małżeństwem i czasem musimy porozmawiać.

– Niby o czym? – Matka, gderając, wycofuje się jednak w stronę korytarza i ma tyle taktu, by zamknąć za sobą drzwi.

– Florian, co jest?

– Masz coś do jedzenia?

– Musisz chwilę poczekać. Ziemniaki dochodzą – odpowiadam. – Zaraz będzie mięso.

Dziś wyjątkowy dzień, bo udało mi się zdobyć, dopłacając pół kilogramem soli, wieprzową łopatkę i teraz mielę mięso w solidnej metalowej maszynce przymocowanej do blatu stołu. Mam zamiar ugotować kilka klopsików w sosie koperkowym i podać z ziemniakami i surówką z kiszonej kapusty.

– Świetnie, bo jestem głodny jak wilk. Masz ochotę na kieliszeczek koniaku?

– Florian, przerażasz mnie. Co chcesz świętować koniakiem? – Jestem zdziwiona. Jedyny alkohol, jaki pijamy, to słodkawe domowe wino, za którym szczególnie nie przepadam, i wódka z gorzelni Baczewskiego, zwłaszcza lekko słodkawa kminkówka. Najbardziej lubię ajerkoniak i nalewkę wiśniową, więc tym bardziej jestem zaskoczona propozycją.

– Nic.

– Przecież w to nie uwierzę.

– Dobrze, powiem ci, ale to nie może wyjść poza te ściany. Nie wolno ci powiedzieć nawet matce.

– Też pomysł. Jakbym mogła jej się z czegoś zwierzyć.

 

– Zabiliśmy dwóch Niemców.

Spoglądam na niego z niedowierzaniem. Automatycznie kręcę korbą maszynki, sznurki mięsa spadają do emaliowanej, mocno poobijanej miseczki.

– Auu!

– Co się stało?! – Florian niewidzącym wzrokiem toczy po kuchni, a ja mam mroczki przed oczami i jestem bliska zsiusiania się z bólu.

– Cholera, uuu! Jak boli!

– Co zrobiłaś?

– Wkręciłam palec! – Wyszarpuję gwałtownie rękę z upiornej maszynki i pospiesznie zanurzam ją w wiaderku z zimną wodą. Czuję, jak środkowy palec pulsuje i puchnie, jednocześnie staje się coraz bardziej siny. Zaczyna mi się robić słabo i muszę usiąść.

Tymczasem Florian rozparty przy stole, najwyraźniej przyzwyczajony do cięższych kontuzji niż moja, spokojnie opowiada, jak to nad ranem zastrzelili w lesie dwóch gestapowców.

W miarę jak mój naiwny i dumny z siebie małżonek opowiada o zasadzce, którą osobiście wymyślił, ból palca staje się dla mnie coraz mniejszym problemem.

6 W Generalnym Gubernatorstwie kartki wprowadzono już 13 listopada 1939 r. – na cukier, 30 listopada na chleb; w Warszawie system kartkowy uruchomiono 15 grudnia 1939 r. Źródło: A. Zaprutko-Janicka, Okupacja od kuchni, kobieca sztuka przetrwania, wyd. Znak, Kraków 2015, s. 22–25.

7 Stefania do końca życia, nie pozwalając wyrzucić resztek jedzenia, przypominała córkom o dźwiękowcu, czyli chlebie tak podłej jakości, ciemnym i kwaśnym, że wywoływał wzdęcia, a tym samym „odgłosy”, dla wielu był jednak ratunkiem i jedynym pożywieniem w czasie wojny. W tym okresie biedy i niedostatku potrafiono do mąki dodawać tekturę, podłej jakości otręby itd. Stefa na szczęście nie musiała go serwować rodzinie, co trzy dni piekła własne trzy bochenki.

8 Roman Budniak, brat ojca Ewy, syn Franciszka (starszy leśniczy w Sarnicach) i Marii z domu Grzęda. Ukochany wujek Ewy urodził się 8 lipca 1913 r. w Baroszewiczach na Śląsku Opolskim. 11 czerwca 1938 r. przyjął święcenia kapłańskie i został wikariuszem w parafii pw. Zwiastowania NMP w Inowrocławiu. Tutaj został aresztowany 2 listopada 1939 r. i trafił, przez więzienie w Inowrocławiu, do obozów w Świeciu nad Wisłą, w Dolnej Grupie, a później poprzez różne obozy koncentracyjne do Dachau. 29 kwietnia 1945 r. odzyskał wolność. 1 listopada objął obowiązki proboszcza kościoła pw. NMP Różańcowej w Wysokiej (powiat Wyrzysk, koło Piły). Był oddanym przyjacielem kardynała Wyszyńskiego, którego wielokrotnie gościł w swojej parafii. Zmarł 15 września 2004 r.

9 W sierpniu 1943 r. gestapo, po donosie kolaboranta, otoczyło pobliską wieś Rzejowice, gdzie partyzanci ukrywali największy w okolicy arsenał broni i amunicji. Podczas brutalnych działań do aresztu w Radomsku trafiły 43 osoby, kilka zostało zabitych. Oddział pod dowództwem Stanisława Sojczyńskiego „Warszyca”, w którym był Florian, 8 sierpnia w śmiałej akcji odbił więźniów, którzy nstępnie dołączyli do oddziału. W listopadzie 1943 r. dowództwo nad oddziałem, noszącym do 1944 r. kryptonim „Grunwald”, objął mąż Stefy.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?