Tajemnica z AuschwitzTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Tajemnica z Auschwitz
Tajemnica z Auschwitz
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 73,90  59,12 
Tajemnica z Auschwitz
Audio
Tajemnica z Auschwitz
Audiobook
Czyta Magdalena Schejbal
39,90  29,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3

Jestem wściekła na matkę, która zamiast mnie wspierać, snuje dramatyczne wizje aresztowań, rozstrzeliwań i głodu, który nam grozi. Jakbym sama nie miała świadomości, w jakiej jesteśmy sytuacji. Wojna trwa już ponad trzy lata i doskonale zdaję sobie sprawę, jak bardzo jesteśmy osaczeni przez represje, strach, Niemców, perspektywę głodu i nieszczęścia.

Matka została wychowana na wysokim poziomie towarzysko-finansowym i nadal usiłuje zachować status quo. Wszystko ma wyśrubowane: wymagania, oczekiwania, złośliwości, teorie z piekła rodem i potrzebę wygody, którą ceni ponad wszystko. Nawet wojna nie zburzyła jej wizji świata i własnego w nim miejsca, które zawsze powinno być wygrzane i miękkie. Podczas gdy my z siostrą dyszymy z przerażenia, że możemy nie przeżyć, ona zamartwia się tym, że nie może iść do fryzjera i manicurzystki. A ponieważ Niemcy zajęli miasteczko, w którym mieści się nasz rodzinny dom, i zarekwirowali jej majątek, z braku możliwości musi znosić trudy i niewygody zakwaterowania u nas.

Szczerze mówiąc, mieszkanie z nią jest dość uciążliwe z racji tego, że matka chce zawsze mieć decydujące zdanie w każdej kwestii, i mam wrażenie, jakbyśmy w irracjonalny sposób toczyły wieczną walkę o to, która z nas ma palmę pierwszeństwa w moim własnym domu. To nieznośne i kłopotliwe, zwłaszcza jeśli chodzi o sprzeczne dyspozycje wydawane poczciwej Adzie, z którą po kilku dniach pobytu matki musiałam odbyć poważną rozmowę i wytłumaczyć, że to moje zdanie jest ważniejsze. Nie zmienia to jednak faktu, że matka za wszelką cenę usiłuje wywrzeć presję na biednej dziewczynie i skłonić ją do wykonywania jej poleceń. Na szczęście służąca pojmuje świat w prosty sposób: skoro to ja jej wypłacam pensję, uznaje, że to ze mną powinna się liczyć, a uwagi starszej pani puszczać mimo uszu. Co z kolei wywołuje ciągłe utyskiwania matki, że nawet nie potrafię zatrudnić porządnej służącej i sobie nie radzę.

Matka raczej czeka na obsługę, niż jest chętna do pomocy. Zresztą jej pomoc nie na wiele się zdaje, bo przez całe życie miała kobiety do pracy. Zatrudniała kucharkę i pomoc kuchenną, której obowiązkiem było również utrzymywanie porządku w domu. Mieszkała też z nami służąca Kaśka, która pojawiła się w rodzinie w roli naszej niani i przez zasiedzenie została w niej jako osoba do wszystkiego: zakupów, cerowania, pielenia ogródka i wachlowania pani w chwilach migrenowych napadów. Była sprytna, manipulowała matką. Umiała się jej podlizać, chętnie donosiła i informowała ją o naszych psotach, zaglądała przez ramię innym służącym i siała ferment. Matce to jednak odpowiadało i w myśl zasady dziel i rządź z przyjemnością wysłuchiwała starej baby, która tylko patrzyła, jak coś obrócić na swoją korzyść.

Na końcu stodoły jest mały schowek na narzędzia zamykany na skobel, który teraz został zawalony sianem i nikt postronny, zaglądając do budynku, nie domyśliłby się jego istnienia. Byłam wściekła na męża, kiedy kilka tygodni temu beztrosko przyprowadził z lasu Saszę, jakby przyniósł koszyk z grzybami. Wysokiego, dobrze zbudowanego, choć wychudzonego ukraińskiego żołnierza, który nie wiadomo jakim cudem znalazł się w okolicy. Twierdził, że jest własowcem[5], że uciekł przed siebie po jakiejś bitwie, ale trudno było dać temu wiarę. Raczej podejrzewałam, że zwyczajnie zbiegł z wojska w obawie o własne życie. Byłoby mi to zupełnie obojętne, gdyby nie fakt, że teraz przebywa pod naszym dachem, a świadomość, że mógł wcześniej kolaborować z Niemcami, odbiera mi dech.

– Tyle razy prosiłam, żebyś nie robił z naszego domu ochronki! – Stoję wściekła w kuchni, oparta o blat stołu, pochylając się ku siedzącemu Florianowi, który z niezmąconym spokojem, łyżka za łyżką, z apetytem pałaszuje zupę szczawiową z dwoma ugotowanymi na twardo jajkami. Szczaw obrodził w tym roku wyjątkowo i co kilka dni zbieramy go z Adą na łące za domem. Od wybuchu wojny stał się mile widzianą pozycją w naszym ubogim jadłospisie, choć dziewczynki coraz częściej marudzą, widząc zieloną zupę w talerzu.

– Daj spokój, przecież nic się nie dzieje. – Florian nawet nie zaszczyca mnie spojrzeniem.

Od kiedy wstąpił do AK, stał mi się jeszcze bardziej obcy, obcesowy i odległy.

– Nie rozumiesz, że ukrywając zbiega, ściągasz na nasz dom niebezpieczeństwo? A co będzie, jak go złapią? Pomyślałeś o tym?

– Nie złapią.

– Skąd ta pewność?

– Sasza jest odpowiedzialny i też chce przeżyć.

– Akurat. Nawet go nie znasz. – Gotuję się ze złości, nie pojmując jego lekceważącego podejścia.

– Nie rozumiesz, że ludziom trzeba pomagać?

Do szału doprowadza mnie jego protekcjonalny ton i brak możliwości wymiany racjonalnych argumentów.

– Rozumiem, oczywiście, że rozumiem, ale nie w ten sposób!

– A niby jak twoim zdaniem?

– Nie wiem. Weź go z sobą do lasu i tam ukryj.

– Przecież wiesz, że to nierealne. Uspokój się i nie panikuj.

– Jestem spokojna, ale nie zmienia to faktu, że narażasz nas na niebezpieczeństwo.

– Jak zwykle przesadzasz.

– Nie, mój drogi – podnoszę głos, nie zważając na to, że ktoś może nas usłyszeć – jestem przewidująca. A co, jeśli po niego przyjdą? Pomyślałeś o tym? Co będzie z nami? Wiesz, co grozi za ukrywanie zbiega?

– Nikt nie przyjdzie. Mieszkamy na odludziu i wierz mi…

– Florian! Nie wierzę w żadne twoje słowo i zapewnienie, po prostu zaczynam się coraz bardziej obawiać tej wojny, którą prowadzisz. Nie masz świadomości, że ludzie szpiegują, są ciekawi, że każdy obserwuje drugiego? Myślisz, że nie wiedzą, że z tą swoją bandą łazisz po lasach?

– Nie bandą, tylko oddziałem. Trochę szacunku…

– Do diabła z szacunkiem! Zastanów się wreszcie, co robisz! Może w ogóle powinieneś siedzieć w lesie i się tu nie pokazywać, może tak byłoby bezpieczniej.

– Przypominam ci, że to moja leśniczówka.

– Moja też! – Mam nieodpartą ochotę zdzielić go ścierką przez łeb, potrząsnąć nim, żeby w końcu zaczął się zachowywać jak na ojca rodziny przystało.

– Naszym obowiązkiem jest walczyć za ojczyznę. – Florian przesuwa talerz w moim kierunku, zupełnie jakbyśmy prowadzili lekką wymianę zdań na temat artystycznych środków wyrazu w przeczytanej właśnie powieści. – Masz jeszcze zupę?

– Nie, nie mam, skończyła się! – Boże, jaki on jest głupi! – Jak się nie najadłeś, ukrój sobie chleba. A co do obowiązków, to przede wszystkim powinieneś chronić dzieci, mnie, rodzinę.

– Jak możesz być taką egoistką?

– Ja? Ja jestem egoistką? Oszalałeś! To ja robię wszystko, żeby chronić dziewczynki. Zabiegam o dom, jedzenie, a ty masz czelność zarzucać mi egoizm?

– Polska…

– Ty nic, tylko Polska i Polska! Jak możesz przedkładać ją nad życie własnych dzieci?

– Nic nie rozumiesz! – Florian niemal krzyczy. Wściekły zrywa się od stołu tak gwałtownie, że prawie przewraca krzesło.

– Najwyraźniej. Nie rozumiem, jak można tak zgłupieć. Rozumiem: walka i tak dalej, ale trzeba też zachować w tym wszystkim rozsądek!

– Obawiam się, że za bardzo się różnimy, żeby osiągnąć porozumienie.

– Rzeczywiście.

Łykam powietrze ze złości. Chce mi się ryczeć, mogłabym rzucić się na niego z pięściami albo paść na kolana, byleby tylko zmienił sposób myślenia. Jednak doskonale zdaję sobie sprawę, że nic bym nie osiągnęła. Florian kocha swoją niezależność ponad wszystko. Możliwość wykazania się, przechytrzenia innych, dowodzenia i organizowania kolejnych akcji. Czasem mam wrażenie, że cieszy go ta zabawa w kotka i myszkę z Niemcami.

Oczywiście kocham mój kraj, moją ojczyznę, ale przede wszystkim kocham dziewczynki, moją rodzinę, to dla mnie rzecz najważniejsza i dlatego tak trudno mi pogodzić się z tym, że Florian ma inne priorytety. W dodatku stale się boję, że swoją działalnością ściągnie na nas nieszczęście.

Nie mając wyjścia i pod jego naciskiem, też zaczęłam się udzielać w tej całej walce. Choć kompletnie mnie to nie pociąga, nauczyłam się obsługiwać krótkofalówkę i teraz, robiąc różne rzeczy w domu, stale jestem na nasłuchu. Przekazuję później informacje Florianowi, który ekscytuje się tak, jakbym podarowała mu gruszki zerwane z wierzby.

Wszystko to sprawia, że straszliwie się boję. Wolałabym zwyczajnie przeczekać w jakimś ukryciu ten ciężki czas, pozostawiając ryzyko innym, ale tak się nie da. W dodatku zostałam wmanewrowana przez Floriana w druk i dystrybucję gazetki „Przegląd Polityczny”, później „Czyn Zbrojny”, Okręgu Radomsko. W przeciwieństwie do męża nie angażuję się, nie lubię swojego czytelnego pseudonimu „Stefa”, bo mam wrażenie, że tylko przybliża mnie do jakiegoś nieszczęścia.

Florian zaraz po naszej sprzeczce, nie żegnając się, wyrusza obrażony na mnie w las – z bochenkiem dopiero co wyjętego z pieca, jeszcze ciepłego chleba pod pachą. Na ile udało mi się zorientować, został dowódcą oddziału, który rozrósł się prawie do stu osób. Nie rozumiem, jak tak licznej grupie udaje się ukrywać. Wiem, że budują ziemianki i stale zmieniają miejsce pobytu, ale mam również świadomość, że to dodatkowo zwiększa prawdopodobieństwo sprowadzenia nieszczęścia na nas, które trwamy niezmiennie w leśniczówce.

Florian wyszedł jak gdyby nigdy nic, jakby wybierał się na partyjkę brydża do sąsiada. Nawet nie zapytał, czy może zabrać cały bochen, czy mamy chleb dla siebie. I choć nadal mnie to złości, wiem, że powinnam się do tego przyzwyczaić.

Nie mamy więcej chleba. Co prawda w kącie, odsunięty od paleniska stoi przykryty kawałkiem płótna gliniany dzbanuszek z zakwasem, ale nie ma szans, by ciasto zdążyło wyrosnąć. Zbliża się wieczór i pora położenia dziewczynek do łóżek. Florian nawet nie pofatygował się do ogrodu, żeby się z nimi zobaczyć. Nie rozumiem, jak można się tak zatracić, być takim człowiekiem.

To tym dziwniejsze, że podczas gdy dla nas staje się z dnia na dzień coraz bardziej obcy, w oczach swoich partyzantów awansuje na jeszcze większego bohatera, przywódcę, wizjonera. Ostatnio wymyślili nawet piosenkę, która ma rozsławić jego czyny. Zupełnie jakby był jakimś cholernym rycerzem z legendy!

 

Boże, jaka jestem na niego zła. Jaka czuję się bezradna i zagubiona. Czy gdyby moi rodzice potrafili przewidzieć przyszłość, nadal by uważali, że Staszek jest lekkoduchem? Tak bardzo tęsknię za tą dawną miłością, przy Staszku czułam się bezpiecznie, interesował się mną i usiłował mnie chronić.

Ale jestem tu i teraz, a czasu nie da się cofnąć. Zresztą nie mogłabym zrezygnować z obecności w moim życiu Basi i Ewuni. Pewnie miałabym inne dzieci, ale z pewnością nie tak cudowne jak dziewczynki.

– Chodźcie na kolację! – wołam głośno w przestrzeń z nadzieją, że mnie usłyszą.

Rzeczywiście, po chwili słyszę radosne głosy i tupot stóp.

– A co jest do jedzenia?

Choć zawsze na kolację i śniadanie jedzą chleb z dżemem, ewentualnie z serem albo coraz trudniejszą do zdobycia wędliną, któraś z nich nieodmiennie zadaje to samo dociekliwe pytanie.

– Nietoperze w sosie śmietankowym – żartuję sobie jak zwykle.

– Ble, nie lubię. – Ewa się krzywi i patrzy na mnie niezadowolona.

– A skąd wiesz, że nie lubisz? Jadłaś kiedyś? – pytam, śmiejąc się w duchu.

– Nie, ale nie lubię.

– Głupia jesteś, przecież mama żartuje. – Basia przepycha się przed siostrę i spogląda na nią z politowaniem.

Nie wiem, jaki popełniłam błąd, ale mam wrażenie, że dziewczynki się nie lubią. Kochają się, oczywiście, bo są siostrami, ale w ich relacji brakuje sympatii.

– Jak ty się odzywasz do siostry?

Są tylko dwie, staram się żadnej nie faworyzować, ale wydają się ulepione z różnej gliny. Basia traktuje młodszą siostrę z nonszalancją i lekceważeniem.

– Bo jest głupia. – Baśka wydyma policzki, jakby objawiała mi najoczywistszą prawdę.

– Nie jest. Zabraniam ci tak mówić. Po prostu jest od ciebie młodsza i jeszcze wielu rzeczy nie wie i nie rozumie.

– Ale…

– Nie ma żadnego ale, masz ją natychmiast przeprosić.

Starsza córka spogląda na mnie z wyrzutem, jakbym robiła jej ogromną przykrość. Jestem jednak nieustępliwa i czekam, aż wydusi z siebie przeprosiny.

– Przepraszam – burczy pod nosem.

– Nic się nie stało. – Ewa niczym mała dama kiwa głową w kierunku Baśki.

– To co, smażymy naleśniki? – Pospiesznie zmieniam temat, tym bardziej że w drzwiach pojawia się moja matka.

– Hura! – krzyczą obie zgodnym chórem i podskakują.

Babcia oczywiście nie pochwala moich metod wychowawczych i jak zwykle się wtrąca.

– Co to za pomysł, żeby karmić dzieci na noc naleśnikami?

– Skończył się chleb, więc dziś mamy małą ucztę. – Poruszam patelnią i przyglądam się placuszkowi, który zgrabnie obraca się w powietrzu i opada powoli na gorącą powierzchnię.

– To nie mogłaś pomyśleć wcześniej?

Doskonale wiem, co chce powiedzieć, więc swobodnie jej przerywam:

– Pomyślałam, tylko Florian zabrał wszystko do lasu.

– Skaranie boskie z tym człowiekiem, jeszcze jakieś nieszczęście na nas ściągnie.

– Mamo, błagam, nawet nie mów takich rzeczy.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak bliskie spełnienia jest jej proroctwo.

5 Własowcy, Rosyjska Armia Wyzwoleńcza – kolaboracyjna formacja zbrojna w czasie drugiej wojny światowej złożona głównie z Rosjan. Jej żołnierzy nazywano potocznie własowcami od nazwiska dowódcy – generała Andrieja Własowa. Własow podjął współpracę z Niemcami, wydając 27 grudnia 1942 r. tzw. Deklarację Smoleńską. Głosiła ona konieczność zbudowania nowej Rosji poprzez obalenie reżimu stalinowskiego.

4

Mama płakała w nocy. Leżałam cicho w łóżku i nasłuchiwałam. Początkowo myślałam, że to zawodzi Baśka, ale ona spała spokojnie w swoim łóżku, z podkulonymi nogami, przytulona do szarego misia.

Chciało mi się siusiu i dlatego zaczęłam wołać:

– Mamo!

W pokoju panowała ciemność, nie bardzo okropna, ale jednak, a ja bardzo się jej bałam. Początkowo zawołałam cicho, a potem trochę głośniej.

– Mamo!

Po chwili płacz ustał i rozczochrana postać mojej mamy zbliżyła się do mnie boso, na palcach.

– Co się dzieje, kochanie?

– Chce mi się siusiu.

Mama wyjęła mnie z łóżeczka i zaniosła do niewielkiej łazienki, w której stoi mój emaliowany biały nocnik. Usiadłam na nim zadowolona i zrobiłam, co trzeba. Umyłyśmy ręce i ruszyłyśmy w drogę powrotną, lecz zamiast zaprowadzić mnie do łóżka, mama zabrała mnie do siebie.

– Chcesz dzisiaj ze mną spać?

– Yhm – mruknęłam zadowolona.


Ewa z mamą, zdjęcie z archiwum prywatnego

Gdy w domu był tata, nie było mowy o wspólnym spaniu, dlatego z Baśką czatowałyśmy na łóżko mamy i jej ciepłą pościel. Rzadko pozwalała nam na taką przyjemność, tłumacząc zazwyczaj, że jesteśmy za duże, i śmiejąc się, że nie może nas tak rozpieszczać. Dlatego byłam szczęśliwa, że mama sama zaproponowała coś takiego. Gdy się położyłyśmy, mama przytuliła mnie bardzo mocno i wyszeptała do ucha, że bardzo mnie kocha. Było mi trochę niewygodnie, ale czułam, że jest smutna, i nie chciałam jej robić przykrości. Mama przestała płakać i to było najważniejsze.

5

Florian ma zwariowane pomysły. Zamiast zająć się domem, córkami, zadbać o nas, dziś robi mi dziwny prezent z okazji spóźnionych urodzin. Jest to o tyle niespodziewane, że dotychczas nie rozpieszczał mnie i raczej zapominał o rocznicach i jubileuszach, również o urodzinach naszych córek. W zasadzie musiałabym się dobrze zastanowić, żeby sobie przypomnieć jakieś wcześniejsze podarki od niego. Tym większe moje zdziwienie i cień niepokoju, gdy w domu pojawia się mój portret, namalowany ze zdjęcia, które zrobił mi fotograf tuż przed wojną podczas pobytu w Zakopanem.

Jak u większości zdroworozsądkowych kobiet, niespodziewany prezent, zwłaszcza taki, zasiewa we mnie nieprzyjemne podejrzenie, że może Florian mnie zdradza albo coś nabroił, albo oczekuje czegoś, co przekracza wszelkie granice, na przykład ukrycia kolejnych zbiegów. Szybko jednak sobie uświadamiam, że w jego życiu, tak skupionym na partyzantce i radosnej radiotelegraficznej pasji, nie ma miejsca na takie bzdury jak nowa miłość czy zdrada.


Portret Stefanii, zdjęcie z archiwum prywatnego

Obraz jest ciemny, wyglądam na nim ponuro i starzej niż w rzeczywistości. Jestem tak oszołomiona prezentem, że nie potrafię wykrztusić słowa i wyrazić, że mi się nie podoba. Przyjmuję go z godnością, udając, że się cieszę, a jednocześnie zastanawiam się, ile musiało kosztować jego namalowanie. Uważam taki wydatek za zbędny, ale nie mam odwagi zapytać. Pozostaje mi tylko nadzieja, że Florian otrzymał obraz bezpłatnie w zamian za jakąś przysługę. Często posyłamy różnym ludziom a to jajka, a to ziemniaki. Zdajemy sobie sprawę, że inni mają trudniej niż my, a wojna przede wszystkim jest czasem dzielenia się.

Moja matka jak na złość wpada w euforię, co tylko dowodzi, że wypadłam na portrecie szczególnie szpetnie.

– Piękny portret, piękny! – zachwyca się egzaltowanie. – Dzieci będą miały wspaniałą pamiątkę.

– Wolę, żeby zapamiętały mnie taką, jaka jestem – mówię zawiedziona.

Tymczasem Florian, zamiast szampanem, o którym można tylko pomarzyć, wznosi toast za moje zdrowie lekko zwietrzałym koniakiem klubowym, którego resztkę przechowywał w skrzyni starego zegara stojącego w narożniku pokoju stołowego. Bursztynowy płyn mieni się w świetle pozbawionego kilkunastu szklanych sopli kryształowego żyrandola, który na odchodnym dostaliśmy z pałacu.

Matka z przyjemnością i satysfakcją dostrzega mój brak entuzjazmu, o czym nie omieszkuje głośno wszystkich poinformować. Choć wielokrotnie się nad tym zastanawiałam, nadal nie mogę pojąć, skąd w tej zgorzkniałej kobiecie biorą się tak niezgłębione pokłady złośliwości i egoizmu. Może jej życie nie toczy się wymarzonymi, tęczowymi torami, ale któż z nas może stwierdzić, że jest we właściwym miejscu i czasie? Mimo to większość ludzi potrafi wykrzesać z siebie choćby opary optymizmu i życzliwości.

– Jak zwykle jesteś niezadowolona. Która żona może marzyć o takim prezencie od męża?

– Mamo, daj spokój, chyba sama nie wierzysz w to, co mówisz. Wolałabym, żeby wypił ze mną wieczorem herbatę.

– A ja uważam, że to bardzo miło.

– Skoro tak ci się podoba, to możesz go powiesić w swojej sypialni.

– Wiesz, że tam nie ma miejsca na ścianie…

– Jakbyś zdjęła kalendarz albo to zdjęcie kwiatów…

– Ależ moja droga, nie będziesz planowała, co mam mieć w swoim pokoju!

– Skąd, nie miałam takiego zamiaru, po prostu chciałam ci zrobić przyjemność – zdobywam się na lekką uszczypliwość.

Po długiej dyskusji obraz niestety zawisa w pokoju stołowym między dwoma niewielkimi oknami. Dzięki wpadającemu przez nie światłu moja postać na płótnie jest bardziej niewyraźna, co sprawia, że aż tak mnie od niego nie odrzuca, zwyczajnie staram się go nie zauważać.

*

Głowę mam zajętą innymi zmartwieniami, spośród których Sasza wysuwa się na pierwsze miejsce. Nie chcąc wzbudzać podejrzeń, kilka tygodni temu kazałam Wojciechowi, naszemu oddanemu pracownikowi, który robi dla mnie również zakupy, przenieść sporą część drewna z drewutni do stodoły pod pretekstem wysuszenia. Liczyłam na to, że dzięki temu nikogo nie będą dziwić moje częste wyprawy w tym kierunku, a ja przy okazji będę mogła swobodnie podrzucać Saszy jedzenie.

Mój pomysł sprawdzał się przez wiele dni. Zanosiłam mu chleb, ziemniaki, to, co jedliśmy na obiad i kolację. Od czasu do czasu częstowałam go mlekiem albo herbatą owocową. I system ten doskonale by działał przez kolejne miesiące, gdyby nie to, że Saszy w kryjówce potwornie się nudziło. Proponowałam mu książki, ale nie był nimi zainteresowany, myślę, że zwyczajnie nie był biegły w czytaniu. Zresztą zdobycie książek w jego ojczystym języku byłoby wyzwaniem i pewnie rzuciłoby na nas podejrzenie.

Sasza początkowo wychodził z kryjówki późnym wieczorem albo bardzo wczesnym rankiem, gdy wszyscy domownicy spali. Potem jego spacery stały się coraz odważniejsze i coraz dalsze. Snuł się po lesie godzinami, a mnie cierpła skóra. Na nic zdały się tłumaczenia, błagania i prośby. Nie potrafił usiedzieć na miejscu i trudno mi było uwierzyć, że nikt nie dostrzegł, jak paraduje między drzewami w tym swoim za dużym mundurze.

I wreszcie stało się to, co było do przewidzenia, a w co nie chciał wierzyć ani Sasza, ani Florian. Nasz Ukrainiec w pewien środowy poranek przypadkowo napatoczył się na niewielki oddział Niemców, którzy w pobliskiej miejscowości mieli swoją kwaterę. Nie wiem, jak dokładnie wyglądało ich spotkanie, udało nam się tylko dowiedzieć, że po próbie wylegitymowania zaczęli go wypytywać o miejsce pobytu i o to, kto go ukrywa. Muszę przyznać, że Sasza był bardzo honorowy, bo zamiast kłamać i kluczyć, zwyczajnie przystawił sobie pistolet do głowy i strzelił. Zmarł na miejscu, nie wydając swojej kryjówki i nie skazując nas na śmierć.

Niestety sprawy nie potoczyły się do końca po jego myśli, bo kilka dni później podczas nalotu na leśniczówkę gestapo znalazło w stodole jego kurtkę i tak czy inaczej oskarżono nas o ukrywanie zbiega.