Tajemnica z AuschwitzTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Tajemnica z Auschwitz
Tajemnica z Auschwitz
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 73,90  59,12 
Tajemnica z Auschwitz
Audio
Tajemnica z Auschwitz
Audiobook
Czyta Magdalena Schejbal
39,90  29,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Miałam wrażenie, że interesuje się sobą i nikim więcej, a jego pasje na każdym kroku wygrywają z pragnieniem poznania mnie lepiej. Nie kochałam go, bo w moim sercu nadal był tylko i wyłącznie Staszek, jednak niebawem wyszłam za Floriana. Może byłam przybita po rozstaniu z ukochanym i nie wierzyłam, że mogę oczekiwać od życia czegoś więcej. Może liczyłam, że po ślubie poznamy się lepiej, a może wiedziałam, że mój sprzeciw na nic się nie zda i rodzice i tak zrobią to, co postanowili. Chyba jednak przeważyły rezygnacja i zobojętnienie – skoro nie mogłam być ze Staszkiem, było mi obojętne, kto będzie stać u mojego boku. Poza tym rodzice zaczęli wywierać na mnie presję, że mam już swoje lata i jeśli nie chcę zostać starą panną, nie powinnam wybrzydzać. Przestałam wierzyć w szczęście i miłość. Przestałam marzyć. Niespiesznie i bez większego przekonania wreszcie przyjęłam do wiadomości, że nie wszystko zależy ode mnie i mimo najszczerszych starań nie mam na wiele rzeczy wpływu. Byłam zła i rozgoryczona. Szczególny żal miałam do matki, która jak zwykle wykazała się bezdusznością.

Ślub był skromny, a ja nie zwracałam większej uwagi na to, co się wokół mnie dzieje. Florian zachowywał się tak, jakby poślubił mnie mimochodem, między jednym a drugim polowaniem czy testowaniem kolejnego wynalazku. Nie wiem, czy mnie kochał. Chyba po prostu na pewnym etapie życia wypadało mieć żonę i tyle.

Nasze małżeństwo, choć pozbawione uczuć i uniesień, było jednak zgodne i poprawne, choć całą jego osią były potrzeby i pomysły Floriana. To on robił karierę i zyskiwał pozycję w świecie towarzysko-zawodowym, ja zaś byłam jego skromną ozdobą.


Stefa z małymi Ewą i Basią, zdjęcie z archiwum prywatnego

Czy czułam się przy nim bezpieczna? W pewnym sensie tak. Wiedziałam, że tak odpowiedzialny mężczyzna zadba o mój byt, dostarczy do jaskini mamuta, ale nie mogłam liczyć na nic więcej. Nasze rozmowy sprowadzały się do technicznych aspektów życia: co kupić i gdzie, co załatwić i z kim. Nic ciekawego.

Dwunastego lutego 1938 roku urodziła nam się córka Basia. Czekałam na nią jak na zbawienie i całkowicie skupiłam się na niej. Po trzech latach, też w lutym, pojawiła się na świecie Ewa i nareszcie w moim życiu, przy dzieciach, zakiełkowały na nowo radość i miłość. Florian był raczej oschłym ojcem, który nie potrafił ich rozpieszczać. Miałam wrażenie, że dziewczynki mu przeszkadzają w codziennych zajęciach, dekoncentrują, a ich radosna paplanina męczy go i drażni. Dlatego robiłam wszystko, by zalać je dodatkową falą miłości i zainteresowania.

Wszystko się zmieniło w przeddzień wojny. Choć dużo się dyskutowało i mówiło o niepokojach w Europie i dojściu do władzy nacjonalisty Hitlera, nikt tak naprawdę nie wierzył, że może wybuchnąć wojna. Raczej byliśmy skłonni naiwnie ufać zabezpieczeniom, które dawały międzynarodowe sojusze, i tylko nieliczni, w tym ja, bali się najgorszego. Postawa rządu, który również lekceważył zagrożenie, usypiała czujność zwykłych ludzi. Mimo wszystko, wbrew powszechnemu przekonaniu, po raz pierwszy zaczęłam gromadzić żywność.

Florian był pewien, że nic nam nie grozi, a moje ciche starania zwyczajnie wyśmiewał. Jak gdyby nigdy nic zapakował nas na początku sierpnia 1939 roku z roczną Basią i moją matką do samochodu i wywiózł na wakacje do Borów Tucholskich, do leśniczówki przyjaciela. Z tamtych czasów pamiętam niekończące się dyskusje o tym, co się wydarzy i czy czarne scenariusze mogą się ziścić, i naszą naiwność, gdy sami siebie usiłowaliśmy przekonać, że nic nam nie grozi.

Jakież było nasze zdziwienie, gdy dwudziestego szóstego sierpnia 1939 roku dotarło wezwanie do Ósmego Pułku Artylerii Ciężkiej w Toruniu. Byłam przerażona, natomiast z Floriana dosłownie wyskoczył patriota, który natychmiast przedłożył zew ojczyzny nad nasze bezpieczeństwo. Czy mogłam się tego spodziewać? Pewnie tak, ale z pewnością nie na takim poziomie radykalizmu. Miałam wrażenie, że mąż jest wręcz szczęśliwy, mogąc wyruszyć na najgorszy poligon, jaki może zgotować życie. Zachowywał się, jakby był przekonany, że na wojnie nie może go spotkać nic złego. Nie mogłam tego pojąć. Bałam się podwójnie, bo przecież Florian był jedynym żywicielem rodziny. Pożegnał się z nami krótko, zabrał kilka niezbędnych rzeczy i na swoim ukochanym motocyklu phänomen, który darzył bodaj większą miłością niż mnie, udał się na miejsce mobilizacji. Cieszył się, że nareszcie będzie mógł w praktyce zastosować i zaprezentować swoje umiejętności związane z łącznością radiową i krótkofalówkami.


Ewa z ojcem, zdjęcie z archiwum prywatnego

Jak go znam, był dumny z siebie i rwał się do nowych zadań, które przed nim postawiono. W końcu mógł się wykazać, tym bardziej że jako jedyny w pułku miał motor. Zresztą potem zamienił prywatny motocykl na zdobyty podczas jednej z walk niemiecki zundapp 500. Z tego, co wiem, Florian był łącznikiem, ale z pewnością pragnął być również mózgiem wszelkich operacji.

Nie nacieszył się jednak walką zbyt długo. Już dziewiętnastego września, podczas przekraczania Bzury w okolicach Kamionu, dostał się do niemieckiej niewoli. Wtedy jeszcze Niemcy nie stosowali tak radykalnych rozwiązań jak pod koniec wojny i mój Florian miał więcej szczęścia niż rozumu, bo objęło go rozporządzenie władz niemieckich o zwolnieniu do domów wszystkich urodzonych na terenie dawnego zaboru pruskiego.

I wówczas Florian wykonał pierwszą woltę: musieliśmy wyjechać z rodzinnych stron, porzucić przyjaciół i bliskich i przenieść się na teren Generalnego Gubernatorstwa. Dzięki znajomościom zamieszkaliśmy w majątku hrabiny Sobańskiej w Kobielach Wielkich, gdzie Florian pełnił obowiązki leśniczego.

To był szok. Nagle przenieśliśmy się z wygodnego domu do niewielkiego służbowego mieszkanka w wielkim majątku. Przydzielono nam niezbyt duży pokój i łazienkę w korytarzu oraz zaproponowano wyżywienie w pałacowej kuchni. Choć był to trudny czas, starałam się, żeby nasze życie wyglądało w miarę normalnie. Bawiłam się z Basią, chodziłyśmy na spacery i w miarę możliwości pomagałam trochę w ogrodzie i w kuchni. Choć słyszało się o walkach i złu, które rozlewa się po kraju, nasze życie płynęło może nie szczęśliwie, lecz przewidywalnie, co wówczas było względnym luksusem. Ja jednak tęskniłam za naszym domem, kuchnią i życiem na własnych warunkach, a nie pod dyktando pałacowego rytmu.


Nowo wybudowana leśniczówka, zdjęcie z archiwum prywatnego

W 1942 roku udało nam się wybudować nieopodal pałacu, na skraju lasu, własny dom, w jakże lubianym przez nas prostym stylu. Nareszcie mieliśmy swój kąt, kury, króliki i krowę. Pomagaliśmy innym, zaprosiliśmy na stałe moją matkę, niedawno owdowiałą, i siostrę, która niebawem wraz z mężem zamieszkała po sąsiedzku.

Mimo przykrych doświadczeń mój mąż znowu zaczął się zbroić. W powstającej leśniczówce wybudował za ścianą korytarza skrytkę, w której mogły się schować dwie osoby. Zaczął się udzielać w lokalnej społeczności, doskonalić w budowaniu ziemianek i zamiast skupować gdzie i od kogo się da żywność, nabywał kolejne sztuki broni. Czyścił je z namaszczeniem i chował, planował i tworzył sieć kontaktów. Zmusił mnie do zajęcia się krótkofalówkami i przeszkolił, tak że potrafiłam, a raczej musiałam zająć się nasłuchem. W domu pojawiali się obcy ludzie, którzy w imię wielkich spraw ładowali się do naszej niewielkiej kuchni i przy stole, pochłaniając nasze zapasy, półszeptem rozprawiali na tematy związane z walką i odparciem wroga.

Zniknęłyśmy z pola widzenia Floriana. Stałyśmy się przezroczyste, liczył się tylko zbrojny zryw i zorganizowanie wśród okolicznych i dalszych leśniczówek sieci konspiracyjnej, której zadaniem było przerzucanie i ukrywanie ludzi, wykonywanie poleceń z tak zwanej góry (nigdy nie zrozumiałam, co to za góra) i wreszcie walka w lesie z Niemcami w partyzanckim stylu. W dodatku Florian miał równie wielkie ambicje zawodowe. Nie wystarczyła mu działalność w lesie, musiał się wykazać również na tym polu. Wybudował tartak, suszarnię, stolarnię, zajmował się młodnikami, a nawet stworzył niewielką manufakturę drewnianych zabawek. Jednym słowem robił wszystko, co się dało zrobić z drewnem. Usiłował zmechanizować i unowocześnić pracę – to był jego drugi wielki plan na życie. Był z siebie dumny, a ja widywałam go coraz rzadziej.

*

Byłam przerażona. Plan numer jeden, czyli walka partyzancka, cicha i podstępna, stała się wytyczną naszego życia. Wszystko działo się bardzo szybko, a ja siłą rzeczy byłam w jakiś sposób włączona w te działania. Jestem patriotką, ale dla mnie liczyło się przede wszystkim bezpieczeństwo dziewczynek i rodziny. Kłóciliśmy się o to z Florianem wielokrotnie. Usiłowałam mu wytłumaczyć, że umiejętność budowania ziemianek nas nie nakarmi, ale niewiele osiągnęłam. Twierdził, że tartak przynosi dochód i nie powinnam się martwić, ja jednak nie potrafiłam przegonić ponurych myśli. Faktycznie wtedy nie brakowało nam pieniędzy. Oczywiście nie mieliśmy ich dużo, ale z pewnością zaspokajały nasze niewygórowane potrzeby.

Na co dzień byłam zdana na siebie, na swój instynkt.

Nic nie mówiąc mężowi, znowu zaczęłam robić zapasy. Teraz we własnym domu miałam gdzie je schować. Kupowałam mąkę, kaszę, cukier, suszyłam na słońcu pocięte w cienkie talarki warzywa i owoce, zrobiłam zapas herbaty, ale suszyłam też rumianek, dziurawiec i inne zioła. Przechowywałam to wszystko w szczelnie zamkniętych słojach w piwnicy. Pamiętając, jak cenna była sól podczas pierwszej wojny światowej i ile można było za nią uzyskać, zrobiłam też spory jej zapas. Już wcześniej zaopatrzyłam się w niezbędne leki i opatrunki, wychodząc z założenia, że lepiej ich nie wykorzystać i przeterminowane wyrzucić, niż nie mieć pod ręką, gdy będą potrzebne.

 

Zakupy robiłam dyskretnie, żeby nie wzbudzać nadmiernego zainteresowania sąsiadów. Korzystałam z pomocy jednego z naszych pracowników, który z racji obowiązków zawodowych często jeździł po okolicy. Upychałam wszystko w spiżarni, za regałem, w skrytce, o której wiedziałam tylko ja. Myślę, że nawet nasza służąca Ada nie domyśliła się, jaki magazynek żywności stworzyłam. Przestałam ufać ludziom, uznając, że im mniej wiedzą, tym lepiej. W dwóch wielkich dębowych beczkach zakisiłam kapustę, w innej ogórki, tłumacząc zdziwionej Adzie, że spodziewam się wizyty krewnych.

Ada, najmłodsza córka zduna z sąsiedniej wsi, na szczęście była dość ograniczona i nie zadawała zbędnych pytań, ale to nie usypiało mojej czujności. Bałam się, że znając prawdę, może się bezwiednie wygadać, a tym samym zachęcić złodzieja, w czasie wojny zaś głód popycha wielu w tę niechlubną stronę.


Rodzinne spotkanie w Sarnicach, w leśniczówce teściów Stefanii, zdjęcie z archiwum prywatnego


Rodzina na schodach leśniczówki, tuż przed aresztowaniem, zdjęcie z archiwum prywatnego


Karta żywnościowa, podobna do tej, jaką w czasie wojny dysponowała rodzina

Floriana moje wysiłki nie interesowały. Dawał mi niewielkie sumy pieniędzy, tłumacząc, że ojczyzna wymaga również finansowych poświęceń. Było mi to obojętne. Zależało mi tylko na tym, by dziewczynki przeżyły, żebyśmy przetrwali. Choć uczciwie muszę przyznać, że mąż miał pewien wkład w domowe zapasy. Nie wiem, jakim cudem, i wolałam o to nie pytać, co miesiąc zdobywał na to samo niemieckie nazwisko kartę żywnościową dla dorosłych. Zawsze gdy szłam ją realizować do pobliskiego sklepu rozdzielczego, drżałam z obawy, że nasz fortel się wyda. Podejrzewałam, że pulchna kobiecina z włosami upiętymi w wielki kok na karku i twarzą pomarszczoną jak rodzynek wie o naszym oszustwie, ale, jak większość ludzi wówczas, o nic nie pytała i nie komentowała. Podobnie jak ja uważała, że im mniej wie, tym mniej jej grozi.

Wydałam całe swoje oszczędności, lecz z każdym kolejnym kilogramem jedzenia w spiżarni robiłam się nieco spokojniejsza. Zadbałam też o ogródek. Zdobyłam z pałacu sadzonki większej liczby warzyw niż zazwyczaj. Poletko za domem kazałam obsadzić jak najgęściej ziemniakami, burakami i cebulą. Wysiałam też seler, por i marchew. Adzie powiedziałam, że chciałabym mieć trochę własnych pieniędzy i na jesieni po prostu sprzedam warzywa. Przyjęła to ze zrozumieniem.

Choć w domu robiło się coraz skromniej, a posiłki stawały się coraz bardziej monotonne, zawsze jadaliśmy na najlepszej zastawie, jaką miałam – prezencie ślubnym od rodziców: porcelanowym kremowym serwisie z Ćmielowa wykończonym złotym paskiem. To była moja chwila luksusu i powiew nadziei, że jeszcze kiedyś będzie normalnie, a na tych talerzach znajdą się frykasy. Serwis składał się z dwunastu kompletów obiadowo-kawowych, z których część podczas przeprowadzki niestety się wytłukła, ale i tak mogłam nakryć stół dla dziewięciu osób.

*

Teraz leżę sama w łóżku i panicznie się boję. Boję się każdego odgłosu w domu i poza nim. Boję się swojej wyobraźni i wiadomości, które mogę otrzymać. Boję się kolejnego dnia i kolejnej nocy. Florian jak zwykle jest w lesie z partyzantami. Gdy dołączył do AK, straciłam go jeszcze bardziej.

1 Stefania Stawowy, ur. 12 lipca 1912 roku w Grodźcu (woj. kieleckie), córka Ludwika, była uczennicą Prywatnego Żeńskiego Gimnazjum Sióstr Urszulanek w Tarnowie w latach 1923/1924–1929/1930 (AT, sygn. Sz. B II 34 – Sz. B II 40, Katalogi Główne Prywatnego Żeńskiego Gimnazjum Sióstr Urszulanek w Tarnowie z lat 1923/24–1929/30, kolejno strony: kl. II – s. 29, kl. III – s. 30, kl. IV – s. 28, kl. V – s. 27, kl. VI – s. 28, kl. VII – s. 22, kl. VIII – s. 22).

Stefania została przyjęta do II klasy PŻGSU w Tarnowie na mocy egzaminu zdanego 26 czerwca 1923 r. i rozpoczęła naukę z początkiem roku szkolnego 1923/24 (AT, sygn. SZ. B II 51, Egzaminy wstępne do Gimnazjum 1921–1929, b.s.).

(AT, sygn. SZ B II 72, Świadectwa Dojrzałości. Prywatne Żeńskie Gimnazjum Sióstr Urszulanek w Tarnowie 1929/1930)

Wnętrze szkoły: Katalogi Główne Prywatnego Żeńskiego Gimnazjum Sióstr Urszulanek w Tarnowie (AT, sygn. Fot. 21).

Dwa zdjęcia fragmentów budynku szkolnego i pensjonatu: Katalogi Główne Prywatnego Żeńskiego Gimnazjum Sióstr Urszulanek w Tarnowie (AT, sygn. Fot. 21 i AT, sygn. Fot. 3).

2 W niektórych obozach, w jakich przebywała Stefania, za nie dość staranne pościelenie łóżka groziły surowe kary, z których bicie było najłagodniejszą.

3 W tym okresie do Auschwitz przywożono ludzi masowo i na przemysłową skalę ich mordowano. Niemcom bardzo się spieszyło i, jak wspominała Stefania, część skazanych na śmierć była zaledwie otumaniona po komorze gazowej. Półprzytomnych wrzucano do pieców i do głębokich rowów wypełnionych wapnem.

4 W czasie okupacji brał czynny udział w ruchu oporu ZWZ-AK pod pseudonimem Roman. Po zakończeniu wojny pod przybranym nazwiskiem Piotr Bronikowski działał w organizacji „Wolność i Niezawisłość” w woj. olsztyńskim. W 1946 r. został aresztowany i przez rok przebywał w areszcie Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie przy ulicy Rakowieckiej. Podczas następnego aresztowania w 1948 r. przez Informację Wojskową zdołał zbiec i do 1955 r. ukrywał się pod różnymi nazwiskami (m.in. pod nazwiskiem poległego przyjaciela – Bronikowski, które potem dodał do nazwiska rodowego).

2

Ewa siedziała przed domem na hałdzie piasku i wygrzebywała w nim dziurę łyżką do zupy. Rączka już dawno się wygięła, ale dziewczynka i tak dobrze się bawiła. Była ubrana w białe majteczki i modną cieniutką niebieską sukienkę: mały karczek, od którego na wysokości ramion zaczynała się spódniczka, lekko bufiaste rękawki i guziczki na plecach od samej szyi. Kolanówka zsunęła się jej z pulchnej nóżki, a do sandałków wsypał się piasek. Małej to jednak nie przeszkadzało.

Tutaj przynajmniej nie czuła nerwowości i napięcia, które od pewnego czasu panowały w domu. Mama, choć się uśmiechała, wydawała się spięta i nieobecna, tata zaś znikał na całe dnie i noce. Zresztą nawet gdy się pojawiał, nigdy się z nią ani z jej siostrą nie bawił. Za to w mieszkaniu królowała surowa babcia Maria, ze swoimi zasadami i oczekiwaniami. Często też odwiedzała je ulubiona ciocia Zosia, która mieszkała obok, łaskotała najlepiej na świecie i zawsze miała w kieszeni cukierka.

Było słonecznie i ciepło, siedem białych kur, nowy nabytek rodziny, pogdakując, leniwie wygrzebywało robaki spod rozpadającego się drewnianego płotu, kot wylegiwał się na parapecie okna, a gdzieś w oddali było słychać ujadanie psa. Ewa lubiła zabawy na podwórku, na którym znajdowała wiele fascynujących rzeczy. Właśnie z góry piachu wygrzebała pobłyskujący w słońcu kamyk i teraz obracała go w rączce.

– Ej, nie syp na mnie – zaprotestowała nagle.

Tuż za jej plecami pojawiła się pięcioletnia Basia, która czubkiem trzewika kopała piach, wzbijając w powietrze kłęby kurzu i kamyczków.

– Bo co?

– Bo psocisz!

– I co z tego? Mogę robić, co chcę. – Chwyciła się pod boki, jej warkoczyki spięte gumkami z drewnianymi czerwonymi biedronkami zafalowały, po czym dziewczynka, szurając, zrobiła krok do przodu. Piach ponownie uniósł się obłokiem kurzu i spokojnie osiadł cienką warstwą na twarzach i ubraniach sióstr.

– Ale mi przeszkadzasz!

Ewa bojowo spojrzała na siostrę i zaczęła się gramolić z kolan. Była sporo mniejsza, ale postanowiła zmierzyć się z Baśką jak z równą sobie.

– To się przesuń.

– Ale ja byłam tu pierwsza!

– W takim razie wypowiadam ci wojnę! – Basia zmarszczyła czoło i przysunęła się jeszcze bliżej.

Ewa nie rozumiała, o co chodzi. W jej słowniku, odmieniane przez wszystkie przypadki przez dorosłych, pojawiły się nowe pojęcia, takie jak wojna, walka, Niemcy, a nawet gestapo i SS. Wiedziała tylko tyle, że to coś niedobrego, czego trzeba się bać.

A ona przecież i tak już się bała tylu rzeczy: ciemności, pająków, lasu, w którym mieszkały wilki, diabła, którym straszyła je babcia, gdy niezbyt entuzjastycznie modliły się wieczorem. Wczoraj babcia nawet na nią krzyknęła, bo pomyliła się w modlitwie. Znała ją na pamięć i klepała tak, jak jej kazali, rano i wieczorem, ale nie potrafiła pojąć znaczenia poszczególnych słów. Dlatego też nie rozumiała, dlaczego babcia tak się zezłościła, gdy niemal zasypiając, wyrecytowała:

Aniele boży, stróżu mój,

Ty zawsze przy mnie stój,

Rano, wieczór, we dnie, w nocy

Bądź mi zawsze ku pomocy,

Broń mnie od wszelkiego złego

I doprowadź do koryta wiecznego.

– Jakiego koryta?! Żywota! – krzyknęła oburzona Maria, tak że Ewie natychmiast odechciało się spać. – Żywota! Rozumiesz?

Nic nie rozumiała. Wiedziała za to, co to jest koryto. Stało długie i betonowe tuż obok studni z żurawiem. Nie miała pojęcia, co to jest anioł stróż, dusza, żywoto, ale doskonale zapamiętała, że diabła trzeba się bać i że, jak dowodziła babcia, czyha on na nią wszędzie, żeby popchnąć ją do złego.

– Idę powiedzieć mamie.

– Skarżypyta!

Ewa z łyżką zaciśniętą w piąstce, tak że zbielały jej kłykcie, pomaszerowała do domu w poszukiwaniu mamy. Oddychała coraz płyciej, oczy ją piekły i wreszcie pojawiła się pierwsza łza.

Nim jednak dotarła do kuchni, usłyszała przyciszone głosy dobiegające z jadalni.

– Dzieci o niczym nie powinny wiedzieć.

– Oczywiście, tak będzie bezpieczniej.

– Moim zdaniem nie powinnaś się na to godzić. – Babcia jak zwykle autorytatywnie zabrała głos.

– Mamo, ciszej!

– Widzisz, do czego doprowadziliście? W tym domu już nie można normalnie porozmawiać.

– Mamo, nie przesadzaj. – Stefania ofuknęła matkę. – Akurat lepiej by było, żeby o tym w ogóle nie mówić. Ale żyjemy w takich czasach, że nic na to nie poradzimy, w każdym domu jest jakaś tajemnica.

– Właśnie, dziecko, dobrze powiedziałaś: w domu. Ale wasza tajemnica siedzi w stodole i nam zagraża.

– Jesteś katoliczką, a nie uważasz, że człowiekowi w nieszczęściu trzeba pomóc?

– Oczywiście, ale nie wtedy, gdy to pomaganie może zagrozić twoim dzieciom.

– Daj spokój.

– Jeszcze wspomnisz moje słowa.


Stefa z Basią, zdjęcie z archiwum prywatnego

Szurnięcie krzesła wskazywało, że rozmowa dobiegła końca, i Ewa po cichutku wycofała się pospiesznie do kuchni. Wiedziała, że nieładnie jest podsłuchiwać, i wcale nie miała takiego zamiaru. To było przez przypadek i obiecała sobie, że nikomu nic nie powtórzy. Poczuła się nawet ważniejsza od Baśki, która o niczym nie miała pojęcia.

Swoją drogą, bardzo ją ciekawiło, co też może się kryć w stodole. Dziecięca wyobraźnia podsuwała jej najdziwniejsze obrazy: od wszechobecnego diabła po cukierki w płóciennych workach, które od pewnego czasu mama w tajemnicy upychała w skrytce w spiżarni.

Ale ponieważ stodoła była duża, ciemna i dziwnie w niej pachniało, Ewa wiedziała, że nie odważy się do niej zajrzeć.