Ostatnia «więźniarka» AuschwitzTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ostatnia «więźniarka» Auschwitz
Ostatnia «więźniarka» Auschwitz
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 77,90  62,32 
Ostatnia «więźniarka» Auschwitz
Audio
Ostatnia «więźniarka» Auschwitz
Audiobook
Czyta Małgorzata Lipińska
39,90  29,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Słowo wstępne

2  Roz­dział 1

3  Roz­dział 2

4  Roz­dział 3

5  Roz­dział 4

6  Roz­dział 5

7  Roz­dział 6

8  Roz­dział 7

9  Roz­dział 8

10  Roz­dział 9

11  Roz­dział 10

12  Roz­dział 11

13  Roz­dział 12

14  Roz­dział 13

15  Roz­dział 14

16  Roz­dział 15

17  Roz­dział 16

18  Roz­dział 17

19  Roz­dział 18

20  Roz­dział 19

21  Roz­dział 20

22  Roz­dział 21

23  Roz­dział 22

24  Roz­dział 23

25  Rela­cje więź­nia KL Auschwitz Józefa (nr obo­zowy 61615)

26  Roz­mowa z Panią Anną Marią

27  Podzię­ko­wa­nia

ISBN: 978-83-11-16129-0

Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Piotr Majew­ski

Redak­tor pro­wa­dzący: Maria Mag­da­lena Miła­szew­ska

Redak­cja mery­to­ryczna: Agnieszka Horzow­ska

Korekta: Elż­bieta Ban­del

Zdję­cie na okładce: Arcan­gle Ima­ge­nes SL

Wszyst­kie zdję­cia zamiesz­czone w książce, jeśli nie zazna­czono ina­czej, pocho­dzą z archi­wum pry­wat­nego.

Wszel­kie prawa zastrze­żone.

Kopio­wa­nie lub wyko­rzy­sty­wa­nie cało­ści lub jakich­kol­wiek frag­men­tów bez zgody wła­ści­ciela praw zabro­nione.

Copy­ri­ght © by Nina Majew­ska, War­szawa 2021

Copy­ri­ght © for this edi­tion by Dres­sler Dublin sp. z o.o., Oża­rów Mazo­wiecki 2021

Wydawca:

Bel­lona

ul. Han­kie­wi­cza 2

02-103 War­szawa

www.bel­lona.pl

Dys­try­bu­cja:

Dres­sler Dublin sp. z o.o.

ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki

tel. (+ 48 22) 733 50 31/32

e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl

www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer firmy Eli­bri

Dla Anny, nie­zwy­kłej kobiety

Jeśli Bóg ist­nieje, będzie musiał bła­gać mnie o prze­ba­cze­nie.

Słowa wydra­pane na ścia­nie bloku w jed­nym z obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych

Słowo wstępne

Czy żeby się prze­ko­nać, trzeba zoba­czyć? Zoba­czyć ślady i dowody – jak zwy­kło się mówić – na wła­sne oczy? Czy też wystar­czy wie­dzieć, ufa­jąc rela­cjom tych, co prze­żyli, tych, któ­rzy byli świad­kami i uczest­ni­kami? W cza­sach lice­al­nej mło­do­ści byłem – dziś już wiem, że naiw­nie – prze­ko­nany, że prawda o Auschwitz, potwier­dzona nie­zli­czo­nymi świa­dec­twami, rela­cjami, utwo­rami lite­rac­kimi (Nał­kow­ska, Borow­ski), jest odkryta raz na zawsze. Nie chcia­łem z bli­ska „na wła­sne oczy” oglą­dać tych tysięcy oku­la­rów, pro­tez i innych przed­mio­tów nale­żą­cych do ofiar fabryki śmierci. Bro­ni­łem się przed poje­cha­niem do Oświę­ci­mia. Wystar­czył mi widok wyta­tu­owa­nego numeru – cza­sem skry­wany – na przed­ra­mie­niu zna­jo­mych rodzi­ców, by wyobra­zić sobie tam­ten czas. Nie jeste­śmy jed­nak w sta­nie prze­wi­dzieć wszyst­kiego, obro­nić się przed nie­chcia­nym. Gdy w cza­sach stu­denc­kich zaczą­łem pra­co­wać jako tłu­macz języka fran­cu­skiego w ciągu jed­nego tylko roku wra­ca­łem do daw­nego obozu czte­ro­krot­nie. Jeśli dobrze pamię­tam, było to wio­sną 1975 roku. Towa­rzy­szy­łem gru­pie dzien­ni­ka­rzy fran­cu­skich odwie­dza­ją­cych Pol­skę przed wizytą pre­zy­denta Valéry'ego Giscarda d’Esta­ing zapla­no­waną na czer­wiec. Po daw­nym obo­zie opro­wa­dzała nas prze­wod­niczka, pani w śred­nim wieku, wła­da­jąca dosko­nale języ­kiem fran­cu­skim. Ten nie­na­ganny fran­cu­ski, nie wyuczony na kur­sach, ale – jak sądzi­łem – wynie­siony z domu lub ze szkoły, zwró­cił nie tylko moją uwagę. W trak­cie kur­tu­azyj­nej roz­mowy po skoń­czo­nym zwie­dza­niu dowie­dzia­łem się, że nasza prze­wod­niczka jest byłą więź­niarką obo­zów. Na moje widoczne zasko­cze­nie połą­czone z nieskry­wanym podzi­wem dla deter­mi­na­cji, hero­izmu decy­zji powrotu do tego strasz­nego miej­sca nie­spełna dwa lata po jego wyzwo­le­niu pani odpo­wie­działa sta­now­czo: „Jestem to winna tym, któ­rzy tu zostali. Mam dać świa­dec­two”.

Ta chwila, ta krótka roz­mowa praw­dzi­wie mną wstrzą­snęła. Od tam­tego spo­tka­nia minęło 45 lat, a dawny obóz Auschwitz koja­rzy mi się z tą fran­cu­sko­ję­zyczną Prze­wod­niczką, która poświę­ciła swe życie pamięci o Tych, któ­rzy tam zostali.

Sier­pień roku 2020. Gdy­nia. Kolejny już Nad­mor­ski Ple­ner Czy­tel­ni­czy.

Pro­wa­dzę roz­mowę z panią Niną Majew­ską-Brown o jej książ­kach „obo­zo­wych” poświę­co­nych ludziom z Auschwitz. Dzielę się wspo­mnie­niem o Prze­wod­niczce po daw­nym obo­zie, któ­rej – choć wywarła na mnie tak wiel­kie wra­że­nie – nazwi­ska ni­gdy nie pozna­łem.

Dowia­duję się, że powieść oparta na Jej histo­rii jest wła­śnie na ukoń­cze­niu.

Jestem prze­ko­nany, że wzru­sze­nie, które mnie ogar­nęło pod­czas lek­tury, będzie także Pań­stwa udzia­łem.

Jerzy Kisie­lew­ski

W pokoju panuje pół­mrok przy­jem­nie roz­pro­szony żół­tym świa­tłem nie­wiel­kiego trój­ra­mien­nego żyran­dola wiszą­cego na dłu­gim czar­nym łań­cuszku tuż nad sto­łem.

Na sta­ran­nie wykroch­ma­lo­nym obru­sie w biało-czer­woną kratę leżą kolo­rowe, dobrze naostrzone kredki i kilka bia­łych kar­tek. Na brzegu krze­sła sie­dzi dzie­wię­cio­let­nia Ania.

Białe kola­nówki się zsu­nęły i uło­żyły nad kost­kami w nie­równe obwa­rzanki, obna­ża­jąc na jed­nej z łydek siniaka, któ­rego nabiła sobie dwa dni wcze­śniej, zeska­ku­jąc z huś­tawki. Mała, sku­piona nad rysun­kiem, z prze­ję­cia wysuwa koniu­szek języka, uważ­nie kre­śląc poziome i pio­nowe linie.

Zada­nie domowe: nary­suję widok z mojego okna.

Widok jest jeden. Na druty i siatkę ogro­dze­nia, nie­duży, szary kamienny pla­cyk i szu­bie­nicę. To na niej 16 kwiet­nia 1947 roku o dzie­sią­tej osiem został powie­szony pierw­szy komen­dant obozu Auschwitz-Bir­ke­nau Rudolf Höß1.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Roz­dział 1

Mamu­sia jest nie­moż­liwa. Stale nalega, że powin­nam nauczyć się szyć, a ja całym ser­cem tego nie cier­pię. Teraz też się uparła, że jeśli nie opa­nuję ście­gów, wykro­jów i wresz­cie nie uszyję samo­dziel­nie dwu­czę­ścio­wego kostiumu na zimę z sza­rej, mięk­kiej wełny, to nie puści mnie do War­szawy.

Kocham mamę i tylko dla­tego, nie chcąc jej spra­wiać zawodu, ślę­czę nad naszym czar­nym mun­dlo­sem, usi­łu­jąc po raz enty nawlec nitkę. W jego dwóch szu­flad­kach mama ukrywa swoje naj­więk­sze skarby: barwne guziki, mie­niące się kolo­rami tęczy nici, gumki, ostre szpilki i skrawki koro­nek. Gdy byłam mała, uwiel­bia­łam do nich zaglą­dać i bawić się guzi­kami. Uda­jąc, że są ludźmi, łączy­łam je w rodziny, obda­ro­wy­wa­łam przy­jaź­niami, miło­ściami, zazdro­ściami i wresz­cie kon­flik­tami, by pod koniec dnia wrzu­cić je z powro­tem na dno szu­fladki.

Lubię mono­tonny stu­kot maszyny do szy­cia, mia­rowe obra­ca­nie się poły­sku­ją­cego srebr­nego koła i rów­no­mierne opa­da­nie igły na tka­ninę, ale tylko wtedy, gdy sie­dzi przy niej mama. To ona opa­no­wała tę sztukę do per­fek­cji i jest tu mistrzy­nią. Szyje nie tylko dla domow­ni­ków, nie­ustan­nie prze­ra­bia­jąc, co się da, ale też dla naszych sąsia­dów i miesz­kań­ców mia­steczka. Lata temu skoń­czyła w War­sza­wie kurs dla szwa­czek i w nie­wiel­kim zakła­dzie kra­wiec­kim zdo­by­wała pierw­sze szlify pod czuj­nym i suro­wym okiem wła­ści­ciela, pana Bau­mana.

 

Jest kraw­cową, bar­dzo dobrą kraw­cową, i jest z tego dumna. My zresztą też.

– Mamo, może ty dokoń­czysz? – Naiw­nie i raczej bez więk­szej nadziei pró­buję się wyzwo­lić od znie­na­wi­dzo­nego zaję­cia.

– Kocha­nie, musisz mieć jakiś fach w ręku. – Nie­wzru­szona mama sta­ran­nie składa wil­gotną lnianą ście­reczkę, którą przed chwilą wycie­rała tale­rze, i kła­dzie ją na stole.

Powta­rza to za każ­dym razem, gdy usi­łuję z nią dys­ku­to­wać i wymi­gać się od szy­cia. Zafra­so­wana spo­gląda na mnie uważ­nie, jakby chciała prze­nik­nąć moją duszę i prze­po­wie­dzieć mi przy­szłość.

– I będę miała, prze­cież cho­dzę do szkoły. – Jak zwy­kle sta­ram się ją prze­ko­nać, że moje stop­nie i zaan­ga­żo­wa­nie mogą spra­wić, że w przy­szło­ści będę zara­biać, robiąc to, co lubię, a nie to, co po pro­stu potra­fię i czego szcze­rze nie­na­wi­dzę.

– To nie to samo – odpo­wiada twardo.

– Może zostanę nauczy­cielką albo lekarką? Prze­cież wiesz, że mam naj­lep­sze stop­nie w kla­sie i mogę…

– To nie to samo – upiera się. – Masz umieć robić coś, czego ludzie zawsze będą potrze­bo­wali i za co ci zapłacą. Ni­gdy nie wia­domo, co się w życiu przyda, co się wyda­rzy, a szy­cie ci zagwa­ran­tuje zaro­bek. Musisz mieć fach w ręku.

– Moim zda­niem za dużo ode mnie wyma­gasz. – Dąsam się coraz bar­dziej i czuję, że za chwilę, wbrew mej woli, jakaś nie­znana siła wyci­śnie z moich oczu łzy.

– Może, ale zro­zum, że to była jedyna umie­jęt­ność, która tutaj, z dala od domu, we Fran­cji, mi się przy­dała. Nikt nie zatrud­niłby mnie w szkole czy w biu­rze, prze­cież nie zna­łam fran­cu­skiego.

– Czasy się zmie­niły.

– Oba­wiam się, że nie aż tak.

– Moim…

– Lepiej pokaż, co tam znowu skno­ci­łaś. – Mama się pochyla, muska­jąc mój poli­czek kosmy­kiem kru­czo­czar­nych wło­sów.

Wyraź­nie czuję kon­wa­liowy, słod­kawy aro­mat jej per­fum i mimo­wol­nie przy­my­kam oczy, jak­bym pod­świa­do­mie chciała nauczyć się go na pamięć. Zapa­mię­tać na zawsze.

– Tylko się nie dener­wuj – uprze­dzam. Nie lubię tych chwil, gdy przy­gląda się mojej pracy, wska­zuje błędy i nie­do­cią­gnię­cia, bo wiem, że każe mi pruć, zro­bić wszystko od nowa, i jak zwy­kle powie, że za mało się przy­kła­dam.

– No, no, muszę powie­dzieć… – mówi ku mojemu zasko­cze­niu, jed­no­cze­śnie cią­gnąc za nie­od­ciętą nitkę. Zawija ją na palec wska­zu­jący i szyb­kim, zde­cy­do­wa­nym szarp­nię­ciem urywa – że jestem miło zasko­czona. Pra­wie ide­al­nie.

Od tego „pra­wie” zaczy­nają się wszyst­kie moje kra­wiec­kie kło­poty, ale tym razem, o dziwo, jest ina­czej. Mama uważ­nie ogląda obszy­cie dziu­rek, spraw­dza, czy rękawy żakietu są równe, czy dobrze przy­szy­łam guziki, i wresz­cie, odło­żyw­szy robótkę na stół, patrzy mi pro­sto w oczy.

– Brawo, jesteś gotowa. Gdy­byś zro­biła w spód­nicy o trzy cen­ty­me­try dłuż­szą pod­szewkę, byłoby ide­al­nie. – Uśmie­cha się pro­mien­nie, a w jej policzku poja­wia się dołe­czek. – Mire­ille, uro­czy­ście oświad­czam, że nauczy­łaś się szyć.

– Naprawdę?

– Tak, kocha­nie, jestem z cie­bie dumna. – Pokle­puje mnie po ramie­niu.

– Obie­caj, że już ni­gdy nie będę musiała ślę­czeć przy maszy­nie. – Przy oka­zji suk­cesu, jaki wła­śnie stał się moim udzia­łem, usi­łuję na zawsze uwol­nić się od tego zaję­cia.

– Ja mogę ci tylko obie­cać, że cię przy niej nie posa­dzę. – Wzdy­cha cicho i po chwili dodaje: – Ale nie wiem, co zapla­no­wał los.

Gdy­by­śmy tylko wtedy wie­działy… Dzięki jej upo­rowi to wła­śnie szy­cie, do któ­rego mnie przy­mu­szała, w póź­niej­szych latach nie­raz rato­wało mnie przed biedą i bez­na­dzieją. Pozwa­lało zaro­bić na chleb. Nie zosta­łam bowiem ani nauczy­cielką, ani lekarką, ani nikim innym, kim sobie wyma­rzy­łam. Los wszystko pogma­twał tak, że gdyby w tam­tym dniu ktoś uchy­lił rąbka tajem­nicy i uka­zał mi mój świat za dzie­sięć–dwa­dzie­ścia lat, nie uwie­rzy­ła­bym i zwy­czaj­nie go wyśmiała.

– Dobre i to. Czyli mogę jechać? – Pod­eks­cy­to­wana, nie wie­rząc w swoje szczę­ście, klasz­czę w dło­nie z nadzieją, że wresz­cie się zgo­dzi.

– Do War­szawy? – Mama się dro­czy, uda­jąc, że nie wie, o czym mówię.

– Wiesz, jak nie mogę się docze­kać.

– Wiem, wiem. I ow­szem, możesz jechać.


Mimi, Fran­cja 1939

Przy­pa­dam do niej i ści­skam ją tak, że nie­mal traci oddech. Serce bije mi jak osza­lałe i mia­ła­bym ochotę ska­kać rado­śnie jak dziecko, ale tego nie robię, w oba­wie, że mama uzna­łaby takie zacho­wa­nie za nie­doj­rzałe i na powrót dostrze­gła we mnie małą dziew­czynkę, po czym cof­nęła zgodę na eska­padę.

Jestem pod­eks­cy­to­wana. Jest począ­tek sierp­nia 1939 roku i wresz­cie będę mogła poje­chać do mia­sta, o któ­rym tyle sły­sza­łam, mia­sta, za któ­rym rodzice tak tęsk­nią. Na wła­sne oczy zoba­czę Zamek Kró­lew­ski, Syrenkę, Łazienki, może uda nam się nawet wypra­wić do Wila­nowa. A przede wszyst­kim w końcu poznam rodzinę. Co prawda mam wra­że­nie, jak­bym znała ich od dawna, w zasa­dzie od zawsze, bo żyją każ­dego dnia w opo­wie­ściach rodzi­ców i wujka Sta­ni­sława, ale w rze­czy­wi­sto­ści widzia­łam wuj­ków, cio­cie i kuzy­nów tylko na zdję­ciach.

Rodzice prze­pro­wa­dzili się do Mont­ceau-les-Mines2 we Fran­cji z począt­kiem lat dwu­dzie­stych, gdy mia­łam zale­d­wie dwa lata. Europa, prze­orana i wycień­czona wojną, stała się tyglem zmian, biedy, kry­zysu, a życie nie gwa­ran­to­wało niczego: ani pracy, ani sta­bi­li­za­cji, ani bez­pie­czeń­stwa, ani nadziei, że znowu będzie dobrze. Z per­spek­tywy czasu wydaje się, że rodzice pod­jęli słuszną decy­zję.

Mama, zako­chana w War­sza­wie, w któ­rej się uro­dziła w 1890 roku i wycho­wała, gdzie pod­jęła pierw­szą pracę w zakła­dzie kra­wiec­kim na Saskiej Kępie, z bólem serca zaak­cep­to­wała pomysł męża, by wyje­chać z Pol­ski i szu­kać szczę­ścia, a przede wszyst­kim pracy, z dala od rodzin­nego domu. Wią­zało się to z porzu­ce­niem przy­ja­ciół, roz­łąką z rodziną, z tym wszyst­kim, co znała i co wyda­wało się bez­pieczne. Zamiast tego, gdzieś tam daleko, w mia­steczku, o któ­rym wcze­śniej nawet nie sły­szeli, cze­kała na nich jedna wielka nie­pew­ność.

W dodatku miała świa­do­mość, że wyru­sza z gro­madką dzieci w drogę bez powrot­nego biletu, a strach pod­szep­ty­wał, że powinna dobrze się zasta­no­wić i prze­ana­li­zo­wać wszystko kolejny raz. Że może tylko się wydaje, że trawa jest bar­dziej zie­lona tam, gdzie ich nie ma. Ponadto prze­pro­wadzka łączyła się ze spo­rym wydat­kiem i mama nie mogła liczyć na to, że w razie nie­po­wo­dze­nia ot tak, po pro­stu wróci do domu. Oczy­wi­ście rodzice przy­ję­liby ją z otwar­tymi ramio­nami, ale prze­cież miała też swoje ambi­cje i honor. A przede wszyst­kim kochała Janka i nie znio­słaby dłuż­szej roz­łąki.

Z Janem poznali się na Pra­dze. On, wysoki, postawny, śniady, dusza towa­rzy­stwa, od razu zwró­cił jej uwagę. Potem się oka­zało, że ona też mu się spodo­bała od pierw­szego prze­lot­nego spoj­rze­nia. W świą­teczne wie­czory przy suto zasta­wio­nym stole mama uwiel­bia opo­wia­dać roz­ma­rzo­nym gło­sem, jak to tata pod­szedł i zapy­tał, czy może ją odpro­wa­dzić do domu. Jak w pierw­szej chwili się prze­stra­szyła i jakim Jan oka­zał się fan­ta­stycz­nym mężem i dobrym czło­wie­kiem.

– Zapada zmrok, a oba­wiam się, że oko­lica nie należy do naj­bez­piecz­niej­szych. Może pozwoli pani, bym słu­żył jej ramie­niem? Nazy­wam się Jan Guzik, jestem mecha­ni­kiem i zapew­niam, że nie musi się pani mnie bać.

Onie­śmie­lona Karo­lina nie wie­działa, co odpo­wie­dzieć. Umó­wiła się w kawiarni z kuzynką, która jed­nak nie wie­dzieć dla­czego nie przy­szła. Wie­działa, że w pobli­skiej znisz­czo­nej kamie­nicy w miesz­ka­niu wujo­stwa, któ­rzy aku­rat wyje­chali na pogrzeb jakie­goś kuzyna na wsi, nie ma nikogo. Po chwili waha­nia spło­niła się niczym wło­żony do wrzątku rak i przy­jęła pro­po­zy­cję. Zro­biła to nawet z pewną ulgą. Za nic nie chciała samot­nie się błą­kać po podej­rza­nie wyglą­da­ją­cych ulicz­kach, gdzie w bra­mach cza­iło się zło. Tak jej się przy­naj­mniej wyda­wało. Nie­zbyt dobrze znała tę część mia­sta i bywała w niej tylko z braćmi albo rodzi­cami. Ni­gdy sama.

– Bar­dzo dzię­kuję, jeśli to nie kło­pot. – Wycią­gnęła ku niemu chłodną, szczu­płą dłoń, nad którą on od razu się pochy­lił i zło­żył na niej poca­łu­nek. – Karo­lina Wygna­niec.

Nie dodała, że jest Żydówką, że pierw­szy raz prze­bywa w towa­rzy­stwie obcego męż­czy­zny, nie zdra­dziła też, jak bar­dzo jest pod­eks­cy­to­wana i skrę­po­wana tą sytu­acją.

Dla Janka nie było kło­po­tem ani odpro­wa­dze­nie jej pod same drzwi miesz­ka­nia, ani towa­rzy­sze­nie w spa­ce­rach po War­sza­wie w następ­nych dniach. W rze­czy­wi­sto­ści w kolej­nych tygo­dniach robił wszystko, by być przy niej jak naj­bli­żej i jak naj­dłu­żej.

Zawsze szar­mancki, uśmiech­nięty i try­ska­jący humo­rem zara­żał ją swoim opty­mi­zmem i w końcu spra­wił, że nie mogła prze­stać o nim myśleć. Zamiesz­kał w jej gło­wie, marze­niach, pra­gnie­niach i snach. To przy nim czuła się bez­pieczna, piękna i kochana. To on dał jej poczu­cie, że jest naj­waż­niej­sza na świe­cie, wyjąt­kowa, a jed­no­cze­śnie sam stał się cen­trum jej wszech­świata.

Był nie­tu­zin­ko­wym czło­wie­kiem. Zafa­scy­no­wany tech­nicz­nymi nowin­kami pra­co­wał jako mecha­nik samo­cho­dowy, napra­wiał też motory i zawsze, mimo kąpieli i wody koloń­skiej, roz­ta­czał lekki zapach smaru. Był on nie­jako jego zna­kiem roz­po­znaw­czym i Karo­lina za nim też tęsk­niła. Do końca życia koja­rzył jej się z tym cudow­nym, ulot­nym wirem w brzu­chu, który wywo­łuje miłość.

Po ślu­bie rodzice począt­kowo zamiesz­kali w maleń­kim miesz­kanku w cen­trum mia­sta. Było tak cia­sne, że led­wie mie­ściło łóżko i sto­lik z trzema krze­słami. Ciemne, ponure, z hor­ren­dal­nym czyn­szem nie zapo­wia­dało lep­szej przy­szło­ści. Choć nie­opo­dal miesz­kała star­sza sio­stra Jana, Pau­lina, która poma­gała mło­dym, jak tylko mogła, to i tak życie wyda­wało się nieść wyzwa­nia, któ­rym nie byli w sta­nie podo­łać.


Mimi z rodzi­cami.

Od lewej: Tolek, Karo­lina, Mimi, Jan, Jan Junior, stoi Zby­szek

Na szczę­ście do przy­tło­czo­nych pro­ble­mami mał­żon­ków wycią­gnęli rękę rodzice Karo­liny. Estera, z domu Sta­der, i Bruno Wygnań­co­wie zapro­po­no­wali prze­pro­wadzkę do Szy­ma­nowa, do sta­rego domu babci Karo­liny, Mał­go­rzaty Sta­der. I cho­ciaż nie było to speł­nie­niem marzeń, zmiana miej­sca zamiesz­ka­nia i prze­no­siny do odda­lo­nego o czter­dzie­ści kilo­me­trów od sto­licy mia­steczka dawała nadzieję na łatwiej­sze życie. Dom co prawda był małą, tu i ówdzie poro­śniętą mchem drew­nianą cha­łupą, któ­rej ściany pokry­wała glina, z okien odła­ziła pła­tami biała farba, a na krzy­wym komi­nie zado­mo­wiły się w wiel­kim gnieź­dzie bociany, ale przy­na­le­żał do niego cał­kiem spory kawa­łek ziemi.


Czte­ro­let­nia Mimi, Fran­cja

Spę­dzili w nim kilka szczę­śli­wych, ale też peł­nych wyrze­czeń lat, docze­kaw­szy się pię­ciorga dzieci, synów: Zbyszka, Jana Juniora, Tolka i Cześka, który nie­stety zmarł tuż przed swo­imi pierw­szymi uro­dzi­nami. Ostat­nia, w lipcu 1920 roku, uro­dzi­łam się ja – Mira, dla przy­ja­ciół Mimi.

Z każ­dym dziec­kiem dom sta­wał się cia­śniej­szy i coraz trud­niej było wykar­mić tak liczną gro­madkę. Mama stale powta­rza, że ode­tchnęła z ulgą, gdy przy­szłam na świat, ponie­waż tatuś marzył o córce i ku jej prze­ra­że­niu zapo­wie­dział, że będzie tak długo pło­dził dzieci, aż w ich domu pojawi się dziew­czynka, jak zwykł mawiać – mała księż­niczka, czyli ja. Odkąd poja­wi­łam się na świe­cie, sta­łam się jego skar­bem, perełką, oczkiem w gło­wie, osłodą wszyst­kich trosk. I choć wstyd to przy­znać i nie chcia­ła­bym ura­zić mamusi, bo kocham ją sza­le­nie, to jed­nak jego darzę nie­wy­obra­żalną miło­ścią i to on jest naj­waż­niej­szy w moim życiu. Gdy byłam dziec­kiem, to jego powrotu do domu wycze­ki­wa­łam z noskiem przy­kle­jo­nym do szyby. To on naj­ra­do­śniej się ze mną śmiał, pod­rzu­cał mnie, łasko­tał i roz­piesz­czał. Zresztą jako naj­młod­sze dziecko byłam hołu­biona przez wszyst­kich: braci, sąsia­dów, zna­jo­mych.

 

Nie wyobra­żam sobie, jak zde­ter­mi­no­wani byli moi rodzice, że zde­cy­do­wali się na wyjazd z Pol­ski za chle­bem, i ile odwagi musiało to od nich wyma­gać. Naj­star­szy syn Nowic­kich, sąsia­dów miesz­ka­ją­cych na skraju Szy­ma­nowa, tuż nad Pisią3, namó­wił ojca do pod­ję­cia tego ryzyka, prze­ko­nu­jąc, że wszę­dzie będzie lepiej niż tu. Sam pra­co­wał już ponad rok we Fran­cji jako gór­nik i gwa­ran­to­wał, że Janek znaj­dzie pracę w tej samej kopalni. Dziad­ko­wie począt­kowo byli prze­ra­żeni i nie chcieli sły­szeć o pomy­śle męża naj­młod­szej córki. Wresz­cie po kolej­nych nara­dach, spa­zma­tycz­nym pła­czu babci, roz­pa­czy i wąt­pli­wo­ściach ura­dzili, że bez­piecz­niej i raź­niej im będzie, jeśli w drogę wyru­szy nie jeden, a dwóch męż­czyzn z rodziny.

I tak się stało.

Ojciec poże­gnał się z moją mamą, Sta­szek z ciotką Józią, uści­skali dzieci – naszą czwórkę i wujo­stwa dwójkę, Staśka Juniora i Lilę, i… ruszyli przed sie­bie.

Mont­ceau-les-Mines oka­zało się przy­ja­znym, choć nieco nud­na­wym mia­stecz­kiem, z przy­jem­nym, cie­płym kli­ma­tem i zadba­nymi ulicz­kami, a przy­ko­pal­niane osie­dla dwu­ro­dzin­nych, nie­mal iden­tycz­nych domów – oazą ciszy i spo­koju. Wszystko było lep­sze niż cia­sny domek babki Mał­go­rzaty.

Zostali ulo­ko­wani we wspól­nym, kil­ku­oso­bo­wym pokoju w jed­nym z sąsia­du­ją­cych z kopal­nią budyn­ków. Miesz­kali w nim męż­czyźni bez rodzin, dla któ­rych ta forma zakwa­te­ro­wa­nia była naj­tań­sza. I choć ani Jan, ani Sta­szek nie fedro­wali węgla, praca była na tyle opła­calna, że już po kilku mie­sią­cach ścią­gnęli do Fran­cji oszo­ło­mione i pełne obaw, ale też nadziei, żony z dziećmi.

Zaraz po przy­jeź­dzie zaję­li­śmy jeden z domów z małym ogród­kiem, mając do dys­po­zy­cji trzy pokoje, wygodną kuch­nię i maleńką łazienkę. Wujo­stwo osie­dli ulicę obok w podob­nym miesz­ka­niu, z podob­nym wido­kiem na pobli­ską hałdę węgla.

Zaczę­li­śmy nor­malne życie, bez obaw, że nie­ba­wem nie będzie czego wło­żyć do garnka, że nie wystar­czy na opła­ce­nie rachun­ków i ubra­nia dla dzieci. Nie opły­wa­li­śmy w dostatki, ale też nie cier­pie­li­śmy biedy. Po raz pierw­szy rodzice mogli bez lęku patrzeć w przy­szłość, snu­jąc plany na lep­sze życie swoje i dzieci.


Dzie­się­cio­let­nia Mimi, Fran­cja

Wyzwa­niem dla nas było naucze­nie się zupeł­nie obcego języka, ale kon­takt z rówie­śni­kami i zaję­cia w szkole spra­wiły, że coraz lepiej mówi­li­śmy po fran­cu­sku. Nasze szkoły oka­zały się nader przy­ja­zne, zapew­niały swo­bod­niej­szy oddech i więk­szą prze­strzeń niż ta, do któ­rej bra­cia cho­dzili w Pol­sce. Trzy­ma­li­śmy się razem, ja jako naj­młod­sza oczy­wi­ście byłam ich pupilką, ale to nie prze­szka­dzało nam w nawią­zy­wa­niu bli­skich rela­cji z miej­sco­wymi dziećmi.


Mimi (piąta od lewej w dru­gim rzę­dzie od dołu) w szkole nie­dziel­nej zor­ga­ni­zo­wa­nej dla dzieci emi­gran­tów. W tygo­dniu uczęsz­czała do ele­men­tar­nej szkoły fran­cu­skiej

I z rodziny mam tutaj tylko ich. Dla­tego jestem tak pod­eks­cy­to­wana myślą o tych wszyst­kich, któ­rzy gdzieś tam mają te same korze­nie, geny, opo­wie­ści rodzinne i, mam nadzieję, też z tęsk­notą na mnie cze­kają. W drogę mam wyru­szyć z bra­tową. Zośka jest żoną mojego naj­star­szego brata Zbyszka i to pod jej czuj­nym okiem mam odwie­dzić bli­skich. Bar­dzo chuda, drobna, star­sza ode mnie zale­d­wie o sześć lat, odpo­wie­dzialna i cza­sem nieco przy­ga­szona, a może zwy­czaj­nie zmę­czona opieką nad pół­roczną córeczką Janinką, wydaje się nad wyraz poważna. Ale na szczę­ście jest gada­tliwa i ma jedyne w swoim rodzaju poczu­cie humoru, co spra­wia, że podwój­nie się cie­szę na naszą eska­padę.

Wybie­ramy się na jakieś trzy–cztery tygo­dnie i przez ten czas Janinką będzie się zaj­mo­wać moja mama, która uwiel­bia małe dzieci i gdyby mogła, przy­gar­nę­łaby wszyst­kie malu­chy z naszej ulicy.

Zosia jest roz­darta mię­dzy tęsk­notą za rodzi­cami i sio­strami a Janinką. Szcze­bio­cze do niej dwa razy wię­cej i tuli co chwila, jakby już teraz chciała wyna­gro­dzić jej roz­łąkę.

– Prze­stań ją stale nosić na rękach, będzie tęsk­nić jesz­cze bar­dziej – uty­skuje mama, prze­czu­wa­jąc, że mała może roz­pa­czać za Zosią.

Janka jest bar­dzo bystra i już dosko­nale roz­po­znaje twa­rze i głosy bli­skich i reaguje histe­rią, gdy zbliża się ktoś obcy, co babci nie wróży lek­kich dni z maleń­stwem.

– Ja tylko na chwilę.

– Chwila tu, chwila tam i mała ma wra­że­nie, że jest do cie­bie przy­kle­jona. Dla jej dobra pozwól, że teraz ja się nią zajmę. Niech się przy­zwy­czaja.

Mama sięga po małą i teraz to ona szcze­bio­cze do nie­mow­lę­cego uszka. Zacho­wują się jak dwie sroki zazdro­śnie wpa­trzone w poły­sku­jący papie­rek.

– Już za nią tęsk­nię.

– Zoba­czysz, trzy, góra cztery tygo­dnie szybko miną. Nim się obej­rzysz, będzie­cie z powro­tem w domu. – Mama unosi dziecko na wyso­kość swo­jej twa­rzy i roz­czu­lona wpa­truje się w pulchną twa­rzyczkę.

– Ależ ona jest podobna do Zbyszka.

– A ja uwa­żam, że raczej do mnie.

Spo­glą­dam na maleń­stwo z buzią okrą­głą jak bułeczka, w któ­rej giną nie­bie­skie oczy otu­lone koronką ciem­nych rzęs. Trudno dopa­trzyć się w dzie­ciaku podo­bień­stwa do kogo­kol­wiek. Mam wra­że­nie, że Janka naj­bar­dziej jest podobna do innych nie­mow­la­ków wożo­nych w wóz­kach przez sąsiadki po chod­ni­kach mia­steczka. Zaraz po naro­dzi­nach małej, gdy jesz­cze tak nie przy­brała na wadze, wyda­wało mi się, że jest kopią Zosi, ale teraz sama już nie jestem pewna.


Mimi z przy­ja­cie­lem domu tuż przed wyjaz­dem do War­szawy, Fran­cja 1939


Mimi (trze­cia od lewej) z przy­ja­ciół­kami, nie­długo przed jej wyjaz­dem do War­szawy, jako druhny na ślu­bie brata Mimi, Jana Juniora, Fran­cja 1939

– Naj­waż­niej­sze, że jest zdrowa. – Bab­cia prze­rywa licy­ta­cję, oddaje Jankę jej mamie, po czym sta­wia na stole pękaty por­ce­la­nowy imbryk w drobne kwia­tuszki z czarną cej­loń­ską her­batą. Jej ulu­bioną.


Ślub Janka Juniora z Hen­riettą. Mimi trze­cia od lewej Janusz Wygna­niec (ur. 25.01.1895), War­szawa 1939

Zwy­kle w dzba­nuszku sto­ją­cym nie­opo­dal kuchenki, ze śmiesz­nym sit­kiem wci­śnię­tym w dzió­bek, naj­pierw zapa­rza mocny, nie­mal czarny napar, a potem roz­lewa odro­binę do szkla­nek i kub­ków i dodaje wrzątku. Teraz, z uwagi na gości, wyjęła z szafki przy­wie­ziony z Pol­ski dzba­nek i cztery maleń­kie fili­żanki od kom­pletu.

***

– To co, dziew­częta, spa­ko­wane?

– Boże! – Zośka znowu zaczyna lamen­to­wać. – Nie mam poję­cia, co powin­nam zabrać. Niby jadę tylko na kilka tygo­dni, a naj­chęt­niej zabra­ła­bym pół szafy. W końcu ni­gdy nie wia­domo, jak będzie: cie­pło, zimno, może padać… – Zamy­śla się na chwilę. – Z pew­no­ścią będzie padać.

– Bez prze­sady, prze­cież gdy będzie ci cze­goś bra­ko­wało, możesz liczyć na rodzinę, a w osta­tecz­no­ści doku­pić.

– No tak, tylko że ja lubię mieć wszystko pod kon­trolą i wolę się przy­go­to­wać.

– Bar­dzo roz­sąd­nie, ale nie mio­taj się tak.

– Mimi, a ty jesteś gotowa?

Mama patrzy na mnie uważ­nie. Dostrze­gam w jej oczach tro­skę i wiem, że choć tego nie oka­zuje, potwor­nie się dener­wuje. Dla mnie wyprawa do War­szawy jest przy­godą życia. Jestem pod­eks­cy­to­wana, cie­kawa, tro­chę też zanie­po­ko­jona, czy wszystko pój­dzie po naszej myśli. Czy się nie zgu­bimy? Czy ja nie zgu­bię Zosi? Czy nie pomy­limy pocią­gów, prze­cież mamy dwie prze­siadki? Jak pora­dzę sobie z wielką, ciężką walizką? Czy rodzina przyj­mie mnie z życz­li­wo­ścią, jak zapew­niają rodzice? Czy nie będę za bar­dzo tęsk­nić i wresz­cie po raz kolejny zadaję sobie pyta­nie: jak tam jest? Czy aby będę bez­pieczna, czy tego kraju nie należy się oba­wiać? Czy w skle­pach jest to samo co u nas? Czy ludzie są dla sie­bie mili? Co dadzą mi do jedze­nia i czy mi to zasma­kuje? Ganię się w duchu, bo im dłu­żej się zasta­na­wiam, tym wię­cej nie­spo­koj­nych myśli naciera na mój mózg. Ale z dru­giej strony nie spo­sób nie myśleć.

– Mimi, co z tobą?

– Słu­cham? – Budzę się jak z letargu. – Co mówi­łaś, mamo?

– Pyta­łam, czy jesteś gotowa.

– Chyba tak, ale tro­chę się oba­wiam, że mogłam o czymś nie pomy­śleć. Dobrze by było, gdy­by­śmy razem przej­rzały walizkę.

Walizka jest wielka, brą­zowa i stara. Pamięta czasy, gdy rodzice prze­wo­zili do Fran­cji swoje rze­czy. Nikomu nie­po­trzebna, zaku­rzona, w otu­li­nie paję­czyn prze­le­żała na stry­chu jakieś sie­dem­na­ście lat i teraz aż jęczy pod napo­rem rze­czy, które do niej wpa­ko­wa­łam. Mam tylko nadzieję, że na dworcu nie urwie się jej rączka ani nie pusz­czą dwa zardze­wiałe zamki i zawar­tość nie wysy­pie mi się do stóp. Byłby to naj­więk­szy wstyd. Aż prze­szywa mnie zimny dreszcz, gdy wyobra­żam sobie, jak moje nie­wy­mowne, zaplą­tane w poń­czo­chy i sukienki, leżą na chod­niku, wysta­wione na iro­niczne spoj­rze­nia prze­chod­niów.

Mama nato­miast patrzy na nią z sen­ty­men­tem. Wiem, że to ona chcia­łaby spa­ko­wać swoje rze­czy i choć na chwilę wró­cić na stare śmieci. Widzę, jak tęskni i ukrad­kiem ociera oczy, z jakim roz­rzew­nie­niem wspo­mina minione czasy i opo­wiada, co koniecz­nie muszę zoba­czyć, kogo odwie­dzić i czego spró­bo­wać. Tak bar­dzo chcia­łabym ją zabrać ze sobą, ale z oczy­wi­stych wzglę­dów jest to nie­moż­liwe. Nie stać nas na jesz­cze jeden bilet, mama ma swoje zobo­wią­za­nia w pracy, a w domu nie miałby kto goto­wać i trosz­czyć się o ojca. Nie żeby nie był samo­dzielny, po pro­stu ona uważa, że jako dobra żona jest mu to winna. Zresztą moja wyprawa poru­sza też tatkę. Wczo­raj, gdy sądzili, że nie sły­szę, pocie­szali się nawza­jem, sie­dząc na ławce przed domem. Przez otwarte okna dola­ty­wały mnie czułe, smutne słowa.