NinaTekst

Z serii: Nina Braun #4
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Bozie, Bozie, jakie biedne dzieciątko, ale babunia już jest.

– I druga babunia z dziadziusiem też przyszli.

Wymachują mu przed nosem pluszowym zającem ze zbyt długimi uszami, podskakującymi przy każdym najmniejszym ruchu, a z brzucha maskotki wydobywa się buczenie, które właśnie obudziło Antosia i drugiego małego sąsiada.

– Bozie przenajsłodszy, jak babunię boli serduszko, że Karolek leży w szpitalu. Karolina, no weźże przesuń to krzesło. I kto okno otworzył? Jeszcze dzieci zawieje! Jacy ludzie są nieodpowiedzialni.

Karolina posłusznie przesunęła krzesło pod ścianę i teraz bunia w okropnym niebieskim sweterku z angory, który najwyraźniej z obawy, że może skurczyć się w praniu, z rzadka poddawany jest temu procesowi i z każdym gwałtowniejszym ruchem właścicielki uwalnia nieznośny zapaszek, pochyla się nad chorym malcem. Karol, najwidoczniej zdziwiony zainteresowaniem, które budzi wśród członków rodziny, nie jest zdolny udźwignąć tego towarzyskiego brzemienia i po serii drgań brody uwalnia pierwsze łzy. Niewielki lufcik z hukiem zostaje zamknięty i na nic zdają się moje protesty, że zaraz się udusimy.

– Karolina, co on taki oryczany? No patrz, co za dziecko, znowu płacze.

– Dajże spokój, kobieto, w szpitalu leży. Chory to płacze. Normalne, nie? – Dziadek ciężko siada na krześle i opierając łokieć na parapecie, pociąga się za ucho, co zapewne służy koncentracji, bo po chwili filozoficznie stwierdza: – Napiłbym się kawy.

– Zbyszek, skąd ja ci kawę wezmę?

Z nadzieją, że podzielę ich na podgrupy, podpowiadam, że na parterze znajduje się automat z napojami. Niestety delegat jest tylko jeden, i to ten najbardziej milczący i robiący najmniej zamieszania – ojciec dziecka, który cichaczem wymyka się z sali z zamówieniem na trzy kawy, dwie czekolady i jedną colę. Nie wiem, jak przetransportuje tyle kubeczków, ale nie jest mi dane zgłębić tematu, bo Karolek zapomina zapowiedzieć fizjologiczną potrzebę i robi siusiu w majtki, zalewając po raz trzeci materac i poduszkę…

– Boże, zsikał się. Ma trzy lata i nie nauczyłaś go wołać?

– Mamo, daj spokój, zestresował się.

– Trzyletnie dziecko nie ma stresów! Zresztą czym miałby się zdenerwować? Wizytą babuni? Wiesz co? Od samego początku nastawiasz dziecko przeciwko nam, a co my ci zrobiliśmy? No, Zbyszek, powiedz coś.

– A daj mi spokój, kobieto.

– Widzisz, Teresa, całe życie tak mam. Ty to masz dobrze. Ile to już Tadeusz nie żyje? Z dziesięć lat będzie. Mówię ci, dobrze, że nikogo nie szukałaś. Ty to mądra jesteś.

– Przestań, proszę, to nie pora na takie rozmowy.

– A niby kiedy jest? Prawdę trzeba mówić od razu. Chodzisz w tych swoich garsonkach sztywna taka, że naprawdę. No, gdzie ta kawa? A pani z dzieciakiem to długo tu leży?

Spogląda na mnie świdrującym wzrokiem, a ja się zastanawiam, czy powinnam udawać głuchą, czy raczej uciec. Przyzwoitość i instynkt macierzyński nie pozwalają mi zwiać, więc pokornie odpowiadam, że trzy dni.

– I co, zdrowieje?

– Tak, dziękuję – kłamię jak z nut i przyklejając krzywy uśmiech, szczerzę zęby.

– A za co dziękować? To ich obowiązek, żeby leczyć. Przestań mi tu machać tym zającem. Gdzie ten twój Maciuś z kawami? Tyle razy mówiłam, że to nieudacznik. Ale ty jak zwykle mnie nie słuchałaś!

– Mówisz o moim synu.

– A tak, o twoim, oczywiście, że o twoim, a niby o czyim? Ktoś musi ci wreszcie powiedzieć, że syn to ci się nie udał. Życiowy to on nie jest.

Wyszarpuję prześcieradło spod materaca, zwijam w kulę i ciskam pod łóżko. Antoś chwieje się na nóżkach, wbity palcami w moją nogę, i co rusz zasysając smoczek, przygląda się wielkimi oczami towarzystwu, które z braku miejsca, gdyby nie metalowe szczebelki łóżeczka, byłoby go stratowało. Pospiesznie zarzucam czystą płachtę na łóżko, sadzam małego i upycham poszarzałe prześcieradło pod obszytą ceratą pianką. Wielka niebieska szpitalna pieczątka niczym oko cyklopa spogląda mi prosto w oczy i przypomina, gdzie jestem. Zerkam na przezroczysty wężyk kroplówki i odkrywam, że coś się zatkało, bo lekarstwo przestało lecieć. Nie mam wyjścia i dzwonię po siostrę, a za mną nadal toczy się dyskusja:

– Nie przesadzaj, dobry chłopak z niego.

– Może i dobry, ale niezaradny. Tyle razy Karolince mówiłam, ale ona nie chciała słuchać, to już ten Krzysiu spod szóstki lepszy był. Obrotny taki. Komputerowiec.

– Raczej haker, mamo.

– Heker, nie heker, na komputerach musi się znać, skoro takim wypasionym samochodem jeździ. Jeszcze nic straconego…

Starsza pani w garsonce jest bliska udaru, a powietrze chyba dodatkowo zgęstniało, tak że niemal widoczne cząsteczki jeszcze ściślej nas oklejają.

– Mamo, przestań.

– Córuś, przecież ja ciebie znam, będziesz nieszczęśliwa. Już jesteś i zobacz, co z tego nieszczęścia wynikło, Karolek w szpitalu leży.

– Nie z nieszczęścia, tylko z powodu choroby. W przedszkolu wszystkie dzieciaki chorują.

– A widzisz! – oświadcza tryumfalnie babcia, pochylona nad wnukiem, któremu usiłuje zdjąć przemoczone spodenki od piżamy. – Gdybyś była z Krzysiem, to mały nie musiałby chodzić do przedszkola, a ty do pracy. Żylibyście jak pączki w maśle.

– Ale ja kocham Macieja. Skończ już – ucina jej córka.

Teściowa spogląda na nią z nieskrywaną wdzięcznością i pod pretekstem duchoty przeprasza i mówi, że na chwilę musi wyjść.

– Ten chłopak i jego matka to same kłopoty. Stąd wszystkie twoje problemy. No weźże, Jola, to prześcieradło szarpnij. Stoi toto i nie wie, co robić. I po kim to się takie ulęgło, ja nie wiem. No, no, kochanie, bunia wszystkim się zajmie, no już, już. Do cholery, dlaczego ty mu pieluchy nie zakładasz?

– Bo od dawna jej nie nosi.

– Ale w szpitalu to co innego.

– Przypomnę mamie, jak sama będzie w szpitalu. Odpukać w niemalowane.

– Ty to nigdy nie możesz odpuścić. A człowiek nawet nie wie, kiedy to się takie złośliwe zrobiło.

– I kto to mówi.

– Co? Jola, słyszałaś, co ona gada? Nie dość, że człowiek się poświęca i nie do swojego dzieciaka do szpitala jedzie, to jeszcze się nasłucha.

– Przecież to twój wnuk.

– I co z tego? Ale dziecko nie moje. – I do na wpół gołego malca ćwierka: – Babunię tak serduszko bolało, że Karolka zła mama w szpitalu zostawiła, że bunia musiała przyjechać i zobaczyć, czy te doktory Karolkowi krzywdy nie robią. Bozie, Bozie, mój cukiereczku.

– Lekarka powiedziała, że musimy się zgłosić na oddział.

– A po co jej słuchasz? Rozumu nie masz? Popatrz na niego, wczoraj nie był taki bledziutki, zdrowo wyglądał. Dopiero jak go tu przywiozłaś, to mu się pogorszyło. Chyba nawet katar ma?

– Nie, ale…

– Kaszel?

– Nie, ale to wirus.

– Oj, córka, córka. Kto to widział, żeby z powodu jakiegoś wirusa do szpitala się kłaść. To nic, możemy go zabrać na własne oczekiwanie.

– Chyba żądanie.

Zastanawiam się, czy sobie to pomyślałam, czy głośno powiedziałam. Niestety to drugie.

– Co mówi?

– Nic, tak sobie z synkiem rozmawiam.

– No myślę. To pakuj małego i jedziemy.

Drzwi się otwierają i na tacy z trzech grubych gazet pojawiają się trzy kawy i dwa kubki z czekoladą. Butelka coli tkwi pod pachą młodego człowieka, który nieświadomy wcześniejszej dyskusji z bananem na poszarzałej twarzy głośno obwieszcza, że już jest.

– Nareszcie. Gdzieś ty po tą kawę chodził? Nawet tego nie umiesz załatwić. A widzisz, kotuś, my już wychodzimy.

– Jak to wychodzimy?

– A tak to. Karolkowi nic nie jest, zabieramy go do domu.

– Przecież dopiero co przyjechał do szpitala, już go wyleczyli?

– A gdzie tam, konowały jedne. Nic nie wiedzą. Popatrz na małego, zdrowy jak ryba. A wirusem to nie ma się co martwić. Bo to człowiek jednego ma w sobie? Te zarazki to wszędzie fruwają, cholery jedne, o przepraszam, że się wyraziłam. No, masz gatki dla mojego wnusia czy nie?

Matka Karola od dłuższego czasu grzebie w przepastnej torbie, najwyraźniej bezskutecznie poszukując wspomnianej części garderoby.

– Mamo, uprzedzam, że nigdzie nie idę.

– Dziecko, nie stawiaj się. Ja wychowałam waszą czwórkę i wiem najlepiej, co dobre dla dzieci. Naparzysz rumianku, dasz cytryny i będzie dobrze. Po co wydziwiać?

– Nie tym razem.

– Jak chcesz. Ale nie przychodź do mnie, jak się co stanie. – Sapiąc, dźwiga z trudem swoje pokaźne ciało w niebieskim sweterku, przy okazji oblewając się czarną kawą. – Zbyszek, do jasnej ciasnej, idziemy.

Do oparów duchoty podłączyła się woń taniej kawy i zapaszek, który wydobył się z włochatej angory. Czuję, jak bułka z serem, którą zjadłam na śniadanie, rozpycha się w żołądku i usiłuje wydostać. Przełykam głośno ślinę i gdy postanawiam opuścić salę, z hukiem otwierają się drzwi i pojawia się najbardziej zasadnicza – jak zdążyłam się zorientować – z pielęgniarek. Taca z kieliszkami wypełnionymi syropami i pastylkami niebezpiecznie drży w jej napiętej ręce.

– A co tu się dzieje? Co to za bałagan? I dlaczego tu tyle osób? Przy dziecku może przebywać jeden opiekun, nikt więcej!

– My do Karolka.

– Właśnie. À propos Karola. Dziecko przez cały dzień było samo. Płakało i tęskniło za matką. Dlaczego nikogo z nim nie było?

– Przecież w szpitalu jest opieka, to na co ktoś jeszcze?

– Bo dziecko w szpitalu jest przerażone i potrzebuje bliskości matki, ojca, babci. I co tu tak śmierdzi? – Patrzy oskarżycielsko po zebranych, rejestrując dwie niedopite kawy, plamę na podłodze i słodko pachnące kubki po czekoladzie. – Nie do pomyślenia! Proszę wyjść. Zostaje jedna osoba.

 

– Pani jest bezczelna. Napiszemy skargę!

– Niech pani pisze. Gdzie matka?

– To ja.

– Zostaje pani na noc?

– Nie wiem, nie pomyślałam, może…

– To czas się zastanowić. I proszę umyć małego, bo cały aż się klei.

– No wiecie ludzie, to już całkiem nie do pomyślenia, od brudasów będzie nas wyzywać! Wstydu za grosz nie ma.

– A kto mnie wołał? Pani dzwoniła?

Odruchowo kulę się w sobie, zastanawiając się, czy równo pościeliłam łóżko. Kopię torbę, żeby ukryć rzucone w kąt brudne prześcieradło, i przytakuję.

– Kroplówka przestała lecieć.

– Widzę. Zaraz przepłuczemy wenflon i będzie dobrze. Widzę, że syn chyba lepiej wygląda.

Chwytam się tej myśli jak tonący brzytwy i ogniskuję wzrok na małym, który na mój gust wygląda tak jak wczoraj i dwa dni wcześniej, ale może faktycznie coś przeoczyłam i przełom w chorobie zbliża się wielkimi krokami. Marzę o świeżym powietrzu, samotności i normalnym łóżku, a nie dmuchanym materacu na podłodze.

Rodzinka z hałasem zbiera torebki, siatki i plastikowe kubki i z rumorem odsuwanych krzeseł wszyscy wychodzą. Znika również matka Karola i malec zaczyna płakać.

– Oszaleć można. Dokąd ta kobieta poszła?

Patrzymy po sobie z matką drugiego chłopczyka i wzruszamy ramionami, spodziewając się, że prawdopodobnie także w nocy będziemy musiały do niego wstawać. Pielęgniarka spogląda na mnie uważnie, jakby miała zamiar przejrzeć moje sumienie, i z niesmakiem pyta:

– Jak możecie siedzieć w tym zaduchu?

– No właśnie nie możemy. Może zgodzi się pani na otwarcie okna?

– Przepisy zabraniają. Rodzice otwierają okna, gadają przez komórki, a dzieciaki wiszą na parapetach.

– Obiecuję, że jeśli się pani zgodzi, nie ruszę się na krok i wezmę odpowiedzialność za to, żeby nic się nie stało.

Waha się przez chwilę, ale wraz z kroplami potu, które pojawiają się na jej czole, wreszcie wyraża zgodę, a ja ze szczęścia mogłabym położyć się na wąskim parapecie i spędzić na nim noc.

Mocujemy się z zamkiem i nareszcie szklana tafla ustępuje. Niestety świeże powietrze nie ma odwagi wniknąć do pomieszczenia, natomiast stadu komarów zupełnie nic nie przeszkadza i z brzęczeniem atakują świetlówki. Na dworze jest tak samo duszno jak w szpitalnych salach i wietrzenie to zabieg czysto teoretyczny.

Nie jest nam dane długo cieszyć się wymianą powietrza, bo po godzinie wpada Helga pod pretekstem końca dyżuru, apodyktycznie zamyka okno i znika. Zostajemy z trójką dzieci, chmarą komarów i duchotą.

Matka Karola tak jak się zjawiła, tak równie szybko zniknęła i nie pojawia się ani po kolacji, ani w porze, gdy dzieci układają się do snu.

Noc zapowiada się koszmarnie i taka też jest. Antoś się wierci, Karol płacze i kwili najmłodszy z licznych potomków młodej matki. Do tego co rusz wchodzą kolejne siostry, stukając drzwiami i butami, i majstrują przy kroplówkach. Choć starają się być cicho, podskakuję z każdym szumem i ruchem wokół mojego materaca.

Podczas porannego obchodu lekarze wlali we mnie nadzieję, że zbliża się koniec gehenny. Niestety szansa na wyjście pojawia się na horyzoncie ospale i z pewną nieśmiałością. Dzień jest podobny do dnia, z tą różnicą, że do Karola już nikt z rodziny nie przyszedł. Olaf przyjeżdża z obiadem w termosie każdego popołudnia, chwilę siedzimy razem, a potem jadę szybciutko do domu, żeby spędzić choć dwie– trzy godziny z córkami. W poniedziałek pojawia się dodatkowy punkt programu, bo zostaję wezwana do szkoły. Szczęśliwie akurat w porze drzemki Antosia, więc bez większych wyrzutów sumienia urywam się na godzinę.

Szkoła, zwykle gwarna i nie do wytrzymania podczas przerwy, jest cicha i dysząca stresem w czasie lekcji. Udziela mi się nastrój zganionej małej dziewczynki i z bijącym sercem stukam do drzwi pokoju nauczycielskiego.

Przy pustych stolikach siedzą pochylone nad sprawdzianami dwie nauczycielki. W jednej z nich rozpoznaję panią Joasię, mimo że ścięła włosy i ufarbowała je na skrzący blond.

– Dzień dobry, pani Nino. Cieszę się, że pani dotarła.

– Witam, ja chyba cieszę się trochę mniej, o co chodzi?

– Wyjdźmy na korytarz.

Stajemy przy parapecie ze smutnymi doniczkami pełnymi jeszcze smutniejszych kwiatów o mięsistych wielkich liściach, które pokryte są gęstą siatką zapisków: Wojtek kocha Magdę, Karina jest głupia, KT+ER=WM. Wyglądam niespokojnie przez okno na błękitne niebo pozbawione najmniejszej choćby chmurki. Maj zapowiada przepiękne lato, ale podejrzewam, że jak zwykle wakacyjne miesiące pokażą bardziej pochmurne oblicze.

– Przykro mi, że musiałam panią wezwać, słyszałam, że synek jest w szpitalu, ale sprawa wymaga niezwłocznej interwencji.

Oczyma wyobraźni widzę Klarę, która kopie leżącą, błagającą o litość koleżankę, i w tym obrazie zdecydowanie nic mi się nie zgadza, choć w sumie niewiele odbiega on od tego, co się stało – z tą różnicą, że moja córka, zamiast kopać, wypisała w sekretnym zeszycie krytykę Laury, nielubianej dziewczynki, zarozumiałej i wrednej, za której towarzystwem, przyznaję ze wstydem, również nie przepadam.

– Ale co napisała?

– Proszę zobaczyć. Obrażała koleżankę, pisząc, że jest głupia, pierdzi i wszędzie wyciera to, co wydłubie z nosa. O, a tu jest nawet rysunek.

Wpatruję się w patyczaka z wielkim nosem, krzywymi nogami i wielkimi zezowatymi oczami i gdy już, wysiliwszy wyobraźnię, zaczynam odnajdywać w nim podobieństwo do Laury, wychowawczyni wytrąca mnie z orbity.

– I namawiała inne koleżanki do prowadzenia podobnych pamiętników.

– Nie.

– Niestety tak. Do zabawy przyłączyły się Zuzia, Iza i Marta.

– A skąd pani ma ten pamiętnik?

– Laura wyciągnęła go z plecaka Klary.

– Czyli ukradła.

– Nie używałabym tak ostrych słów.

– A jakich? Grzebała w rzeczach mojej córki i zabrała jej własność.

– Można tak na to spojrzeć.

– Mam nadzieję, że poniosła karę. Za kradzież.

– Jeszcze nie, jutro przychodzą jej rodzice. Ale sama pani rozumie, że podżeganie do nienawiści jest naganne.

– Oczywiście, jak najbardziej się z panią zgadzam, i Klara niewątpliwie zostanie ukarana. Ale już w poprzednim semestrze sygnalizowałam konfliktowe relacje dziewczynek i tworzenie się obozów i grup, które nakręcają się na inne. Najwyraźniej nic z tym państwo nie zrobili.

– Do klasy wkracza psycholog.

– Świetnie. A ja wkroczę w życie prywatne mojej córki. Coś jeszcze?

– Tak sobie pomyślałam, że skoro się widzimy, to może panią zapytam.

Węsząc podstęp, ociągam się z pytaniem, o co chodzi, za to uprzedzam, że jestem bardzo zabiegana i niestety nie upiekę ciast na zakończenie roku.

– Nie miałabym odwagi prosić pani o to. Ale mam inną prośbę.

– Coś kupić do klasy?

– Też nie. Widzi pani, nie ma kto zaopiekować się chomikiem podczas wakacji, czy zgodziłaby się pani go zabrać?

– Ale my mamy koty.

– Pytałam innych rodziców i wszyscy odmówili, a nie chciałabym brać go do siebie, rozumie pani.

Nie rozumiem, dlaczego akurat ja miałabym roztoczyć opiekę nad gryzoniem, a jeszcze bardziej nie rozumiem, dlaczego się godzę i wychodzę ze szkoły z klatką w ręku w towarzystwie śpiącego w trocinach Geniusza. Jak można nazwać Geniuszem głupią mysz – nie pojmuję, ale już w samochodzie zaczynam kichać i podejrzewam, że mam alergię albo na samego chomika, albo zwyczajnie na trociny.

Dziewczynki z piskiem radości witają mnie w domu, zachwycone nowym lokatorem, w zasadzie letnikiem. Ziuta i Cymbał natomiast przeżywają ekscytację życia, starając się łapkami dosięgnąć zestresowanego stworzonka.

– Ziuta, nie wolno! Uciekaj!

– Mamo, gdzie postawimy klatkę? Proszę, proszę, proszę, może stać u mnie?

– A masz miejsce?

– Przesunę zabawki na półce. Wiesz, to chomik z naszej klasy, więc to ja powinnam się nim zająć.

– OK, zobaczymy. A tak przy okazji, może chcesz mi coś powiedzieć?

– Ja?

– Tak, ty. Słyszałam od wychowawczyni, że zostałaś pisarką.

– Przestań.

– Co mam przestać? Pani Asia wezwała mnie na rozmowę. Kompletnie ci się pomieszało? Co masz mi do powiedzenia?

– Yyy. Nie wiem.

– Może mi powiesz, co ci odbiło, żeby wypisywać takie rzeczy o koleżance.

– Bo ona jest głupia.

– I…

– No, jest głupia i jej nie lubię, a ostatnio śmiała się, że jestem sierota Marysia, a ty masz gacha. Co to jest gach?

Zaparowują mi okulary. Co za wredny bachor!

– Gach to bardzo brzydkie słowo, a miała na myśli to, że mam nowego chłopaka. Ale, Klara, nie wolno z tego powodu namawiać innych dzieci, żeby kogoś nie lubiły. Dlaczego do mnie nie przyszłaś?

– Bo cię nie było.

– Kochanie, gdybyś tylko mi powiedziała, przyjechałabym ze szpitala na dłużej, żeby to przegadać, i zastanowiłybyśmy się wspólnie, co z tym zrobić.

– Ale byłabyś zła.

– Z jakiego powodu?

– No bo to głupie, żeby wciągać rodziców w nasze kłótnie.

– Czasami trzeba i nie ma w tym nic głupiego. Po to są dorośli, żeby pomagać rozwiązywać takie problemy.

– Niby tak, ale przecież wiesz, że jej mama jest tak samo głupia jak ona. Sama słyszałam, jak mówiłaś cioci Magdzie.

– Nie wiem, ale nawet gdyby, to są jeszcze nauczyciele. Zrozumiano?

– Tak.

– Powinnam dać ci karę, ale chyba już dostatecznie najadłaś się wstydu w szkole i mam nadzieję, że zdobyłaś się na jakąś refleksję, co?

– No, to było okropne. Pani przeczytała to głośno, poprawiła błędy i wpisała mi jedynkę.

– Za błędy? Bardzo dobrze. Trzeba być kompletnie nierozgarniętym, żeby wypisywać takie rzeczy, i to na dodatek z błędami.

– No, teraz już wiem.

– Zanieś Geniusza do pokoju i zejdź na dół. Marysia, jak tam twoja rybka?

– Dobrze.

– Ziuta i Cymbał już chyba na nią nie polują, co?

– Nie, a Olaf obiecał, że kupi mi dużo rybek i zrobi takie duuuże akwarium.

– Tak? To świetnie.

Cholera jasna, nie ma mowy, żeby w tym domu pojawiło się jakiekolwiek akwarium. Jeden pomarańczowy welon to o jednego pomarańczowego welona za dużo, a co dopiero całe akwarium z tymi wszystkimi filtrami, glonami i wodą, która nieustająco domaga się wymiany. Żadnego psa, ryby, kolejnego kota, nie wspominając o gadach, płazach i sypiących ziarnem prosa papużkach. Żadnych egzotycznych roślin, które musiałabym okrywać na zimę albo skrapiać niezliczonymi mgiełkami każdego dnia. Co samo przeżyje, jest mile widziane, nic więcej.

Umordowana wracam do szpitala, po drodze podrzucając samochód do przeglądu technicznego, którego ważność właśnie się skończyła. Na myśl o panującym tam zaduchu robi mi się słabo, a o wyjściu z Antosiem boję się myśleć, by nie zapeszyć tej drobnej nadziei. Ale dziś mam szczęście, bo chwilę po moim powrocie pojawia się lekarz prowadzący i oświadcza, że jeśli będziemy stosować się do zaleceń, możemy iść do domu. Jest ich niewiele i nareszcie wraz z receptą wręcza nam wypis, i możemy opuścić szpital. Dzwonię podekscytowana do Olafa i błagam, by rzucił wszystko i zaraz po nas przyjechał.

Wychodzę z Antosiem na ręku. Olaf dźwiga torbę, która podczas tych kilku dni izolacji od świata rozrosła się do monstrualnych rozmiarów, i byle jak zwinięty dmuchany materac. Czuję się jak w dniu narodzin dziecka, z tą różnicą, że wychodzę z oddziału, na który mam nadzieję już nigdy nie wrócić. I choć nie mam piersi nabrzmiałych mlekiem i rozdartego krocza, czuję się umęczona tak, że marzę tylko o łóżku.

Dzień jak na złość jest wietrzny i zapowiada deszcz. Rześkie powietrze owiewa nas gwałtownymi podmuchami i po raz pierwszy od tygodnia jest mi zimno, nawykłe do atmosfery sauny ciało protestuje przed tak gwałtowną zmianą i pokrywa się gęsią skórką. Przytulam Antosia i zasłaniam mu tetrową pieluchą buzię, żeby nie nałykał się zimnego powietrza, co mogłoby skutkować nawrotem choroby.

Na szpitalnym parkingu, zapchanym do granic możliwości, Olaf zaparkował na samym końcu, na łacie piachu, która w założeniu projektantów zapewne miała być trawnikiem. Wleczemy się obładowani jak wielbłądy i gdy docieramy do miejsca, gdzie miał stać samochód, okazuje się, że go nie ma.

– Jesteś pewien, że tu zaparkowałeś?

– Tak. – Olo rozgląda się bezradnie. Odkłada toboły na piach i wyjmuje z kieszeni kluczyki. Klika z nadzieją, że gdzieś nieopodal usłyszy lekkie mruknięcie zamka, ale nic takiego się nie dzieje. Nigdzie nie dostrzegamy mrugających świateł. – Cholera, chyba go ukradli.

 

Krew odpływa mi z twarzy i bezsilnie patrzę to na niego, to na pustą przestrzeń przede mną. Olaf sprawia wrażenie spokojnego, choć widzę, że wszystko się w nim gotuje.

– Co teraz?

– Nic, dzwonimy na policję.

Oczywiście jesteśmy naiwni, sądząc, że zaraz z piskiem opon podjedzie radiowóz na sygnale, że ktoś zapyta, czy nam pomóc. Nikt nie jest specjalnie zainteresowany naszą historią. Mamy złożyć zeznania na najbliższej komendzie i tyle.

Zastanawiam się, czy zostawiłam w aucie coś cennego: ulubione buty, parasol, okulary, i dochodzę do radosnego wniosku, że wszystko, poza fotelikami dzieci, zostało w mojej hondzie.

– Wiesz, nic tu po was. Weź taksówkę i jedź do domu, ja pojadę na policję.

– Jesteś pewien?

– Tak, zadzwonię po taksówkę.

Podjeżdża nowiutkie renault, brakuje tylko folii na siedzeniach, i kierowca marudzi, że mamy dziecko, tyle bagażu, i poucza, że mam uważać, żeby Antoś nie pobrudził bucikami siedzenia. W końcu pozwala nam umościć się na tylnej kanapie. Oczywiście nie ma fotelika dla dziecka, ale raczej nie spodziewam się takiego wyposażenia w innych pojazdach, więc się poddaję, a nawet jestem mu wdzięczna, że zdecydował się podrzucić nas do domu. Tak jak auto jest świeże i ekskluzywne, a jego właściciel naburmuszony, tak samo wyczesana okazuje się cena za usługę, którą słyszę pod furtką.

– Żartuje pan?

– Nie, taki mamy taryfikator.

– Rachunek proszę, znaczy fakturę.

– Pani, teraz to ja pani nie wypiszę.

– Potrzebuję teraz.

– To jest problem. Mogę wysłać pocztą.

– Proszę wybaczyć, ale jakoś nie mam zaufania do waszej sieci i proszę o fakturę teraz.

– Co za uparte babsko – mruczy pod nosem, a mnie ciśnienie unosi włosy. Wreszcie pochyla się do schowka przy siedzeniu pasażera i wyjmuje druczek. Niechętnie wysłuchuje danych, które mu podaję, dwukrotnie się myli i musi wypisywać fakturę od nowa. Jest wściekły i nie pomaga mi wypakować bagażu. Mam to w nosie, bo już widzę drzwi domu, a za nimi wygodne łóżko i filiżankę gorącej herbaty z miodem i cytryną.

Antoś drepcze obok mnie. Piszczy z zachwytu, że nareszcie może się ruszać, a nie musi siedzieć unieruchomiony w łóżku, podpięty do kroplówki. Nie czuję ciężaru torby i materaca, bo wiem, że za chwilę staną się tylko niemiłym wspomnieniem.

Rzucam wszystko pod drzwiami i długo gmeram w zamku kluczem, aż wreszcie otwieram, jak się okazuje, niezamknięte drzwi i uderza mnie zapach pronto zmieszany z chemicznym aromatem cytryny. Mieszkanie jest wysprzątane, pachnie świeżością, białe goździki stoją na stole, a kuchenka ledwie mieści garnki i garnuszki na palnikach. Zaciekawiona podchodzę, unoszę pierwszą z brzegu przykrywkę i spoglądam w oka klarownego rosołu, pełnego warzyw i natki pietruszki. Kolejne garnki skrywają kotleciki w ilości przemysłowej, ziemniaki i fasolkę oraz jakąś papkę, która pachnie grochówką. Nie sądziłam, że Olaf tak gotuje.

Wchodzę pod prysznic, do wanny wkładam małego, który rozchlapuje wodę na pół łazienki, i zmywamy szpitalne pozostałości, tak żeby pozbyć się bakterii, smrodu i wspomnień. Ubieram Toniego w miękki dresik, sama wskakuję w wygodne szare dresowe spodnie i bawełnianą koszulkę, która na skutek częstego prania rozciągnęła się do idealnego rozmiaru, gwarantującego wygodę w domowym wydaniu. Klapiemy bosymi stopami po deskach podłogi, a zdziwione ablucjami o tej porze koty ocierają się o nasze nogi, kreśląc ósemki i prężąc grzbiety.

Dzwonek do drzwi wyrywa mnie z zamyślenia. Podbiegam do domofonu i staję przed Anią.

– Hej, co tu robisz?

– Dzień dobry. Chciałam się przywitać. Jak mały?

– Dobrze. Mam nadzieję, że najgorsze mamy za sobą. Miło, że wpadłaś. Skąd wiedziałaś, że dziś wracamy?

– Olaf zadzwonił i poprosił, żebym zajęła się Antosiem.

– Naprawdę?

– Tak. Chciał, żeby pani odpoczęła. Wezmę też dziewczynki.

– Nawet nie wiesz, jaką fundujecie mi rozkosz.

Ania wchodzi do środka, Antoś piszczy na jej widok, a ja relacjonuję pobyt w szpitalu i incydent z samochodem. Nie pojmuję, jak to się dzieje, że gdy tylko pomyślę, że jakoś to będzie i wychodzimy na prostą, od razu dostajemy obuchem w łeb, a przeznaczenie pokazuje nam środkowy palec.

– I co teraz?

– Nic, musimy czekać. Nie sądzę, żeby znaleźli auto.

– No tak, ale jak sobie poradzicie?

– Mamy moją hondę. Masa ludzi funkcjonuje z jednym autem, a jeszcze więcej bez samochodu, więc damy radę. Ale żal mi Olafa. Tak lubił ten samochód.

– Z pewnością był ubezpieczony, więc nie ma co rozpaczać.

– Łatwo się mówi. Nie dostaniemy jego pełnej wartości.

– Nie, ale zawsze coś.

Szlag mnie trafia, gdy pomyślę, że jakiś baran rozkręca teraz nasz samochód na części, a policja udaje, że nic się nie stało. Nawet gdyby namierzyli sprawcę, to i tak pewnie zabrakłoby przepisów i argumentów, żeby postawić mu jakiekolwiek zarzuty. Cholernie debilnie skonstruowany ten świat.

Ania wychodzi, a ja rezygnuję z kawy, decydując się na filiżankę herbaty z dodatkami. Plączę się po kuchni między zlewem a czajnikiem z wodą i po chwili okazuje się, że moja własna, osobiście zaprojektowana i poukładana kuchnia jest zupełnie obcym miejscem. W szufladzie z kubkami są pojemniki z mąką, na półce z talerzami stoją garnki, a w przegródce z widelcami zamieszkały noże. Początkowy szok ustępuje frustracji, bo w żaden sposób nie mogę namierzyć puszki z herbatą. Coraz gwałtowniej trzaskam drzwiami szafek i szufladami, aż w końcu znajduję pojemnik z herbatą obok mąki i cukru. Nie wiem, jaka systemowa logika powodowała osobą, która zrobiła takie przemeblowanie, ale nie jest to moja logika. Cholera, co przeszkadzało Olafowi w dotychczasowym porządku?

Z wrażenia odechciało mi się herbaty czy kawy, nalewam sobie szklankę wody z kranu i idę do sypialni, w której na pierwszy rzut oka wszystko jest na swoim miejscu. Jednak gdy szarpię za kapę, moim oczom ukazuje się paskudna pościel z kory w tysiące mniejszych i większych serduszek. Nienawidzę kory. Jej praktyczności, tego, że nie trzeba jej prasować, o krochmalu nie wspominając, obrzydliwej faktury i tego, że taka pościel, nawet susząc się na sznurze, nie wygląda świeżo. Zawijam się na jednej nodze i zdruzgotana wpadam do pokoju Klary. Szczęśliwie jej pościel jest na swoim miejscu, w dodatku pachnie małą, snem i spokojem. Nie wiem, kiedy zasypiam ani kiedy się budzę. Na dworze jest szarawo i słyszę przyciszone odgłosy domu.

Leniwie dźwigam się z pościeli, po czym padam na nią ponownie. Postanawiam udać, że jeszcze się nie obudziłam, chłonąc delikatnie zaburzaną ciszę. Nasłuchuję i ze zdziwieniem odkrywam, że nie rozpoznaję niektórych głosów. Zaintrygowana postanawiam jednak wstać. Nim zejdę na dół, wbijam się do łazienki i patrzę w lustro, które ukazuje twarz nieco podobną do mojej. Rozmazany tusz, podpuchnięte oczy, poszarzała cera. Zmęczenie niczym trądzik wychodzi z mojego ciała, odciskając piętno na i tak dyskusyjnej urodzie. Ogarniam się z grubsza i powoli schodzę.

Przy kuchennym stole siedzą Olaf z rodzicami. Stoję w drzwiach i w milczeniu przyglądam się, jak pani Mariola krząta się po mojej kuchni. Bezbłędnie odnajduje potrzebne jej rzeczy, wyjmując je z miejsc, w które nawet bym nie zajrzała. Najwyraźniej podświadomie wyczuwa moją obecność, bo odwraca się i na jej twarzy wykwita uśmiech.

– Aleś mnie wystraszyła. Dzień dobry, jak się spało?

– Dziękuję, dobrze.

– Chodź, kochanieńka, właśnie skończyliśmy późny obiad, ale zaraz ci odgrzeję, bo rosołek to byś zjadła, prawda?

– Chętnie.

– Taka chudziutka jesteś, musimy cię trochę podtuczyć. Ja już wszystko naszykowałam. No chodź, siadaj o tu, na tym krześle. Olaf, podaj Nince łyżkę, ja tylko zaparzę herbatę i zaraz się tobą zajmę.

– Nie trzeba, sama sobie naleję.

Wysuwam szufladę i chyba jednak sama się nie obsłużę. Tam, gdzie powinnam znaleźć chochle, piętrzą się zwinięte w kulki woreczki, w których przynosimy do domu warzywa i pieczywo.

– Olaf, dlaczego zdemolowałeś porządek w mojej kuchni? Przecież ja się tu nie odnajdę. Wszystko poprzekładałeś.

Olaf wzrusza ramionami i otwiera usta, żeby mi odpowiedzieć, ale uprzedza go pani Mariola:

– To nie Olaf, to ja.