NinaTekst

Z serii: Nina Braun #4
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Zapraszam do stołu. Czego się państwo napiją?

Mariola patrzy niepewnie na męża i wreszcie zdobywa się na odwagę, żeby poprosić o zimną wodę.

– Gazowaną? Z lodówki?

Chyba zadaję zbyt wiele zbyt trudnych pytań, bo nie może podjąć decyzji i zdaje się na mnie.

– Czego mi, dziecko, nalejesz, to wypiję. Zresztą nie kłopocz się.

– To nie kłopot. Przygotowałam też kompot z rabarbaru.

– To ty, dziecko, gotujesz? Myślałam, że jecie na mieście.

Spogląda na mnie wytrzeszczonymi ze zdziwienia oczami, zupełnie jakbym miała dzieci i rodzinę karmić tylko w restauracjach. Najwyraźniej ci ludzie są przekonani o moich nieograniczonych możliwościach finansowych i wprost proporcjonalnych wymaganiach związanych z wygodą i wielkomiejskim życiem.

– Nie, skąd. Mam co prawda restaurację, ale jadamy tam sporadycznie. Wie pani, jak to jest. Małe dzieci mają inne gusta.

– O tak! Jak Olafek był malutki, to jadł tylko pomidorową i kurczaczka.

– Mamo, daj spokój.

– A dlaczego ma o tym nie mówić? Czy to coś złego? – Roman zawzięcie, głośno podzwaniając, miesza herbatę z trzema łyżeczkami cukru.

– Nie, oczywiście, że nie, ale Niny to chyba nie interesuje. – Olaf usiłuje dać rodzicom do zrozumienia, że nie wszystkie ich wspomnienia związane z jego dzieciństwem i dorastaniem powinny ujrzeć światło dzienne.

– Przestań. Wszystko mnie interesuje. Dobrze, że zaprosiłeś rodziców. Pogadam sobie z nimi o tobie i pewnie dowiem się ciekawych rzeczy.

Nie wiem, czy mi się wydaje, czy Olo pochmurnieje, ale zgrabnie zmienia temat, a ja się zastanawiam, jakie fakty z przeszłości chciałby ukryć. Gdyby moi rodzice żyli, z pewnością sprzedaliby kilka ciekawostek na mój temat. Ojciec, który lubił wszelkie dykteryjki, rozkoszował się opowieściami o tym, jak któregoś dnia powitałam ich w progu z grzywką obciętą przez koleżankę z klasy na Jerzego Waldorffa, jak porysowałam mu samochód, przy okazji demolując wiatę, tak że moja pierwsza jazda wypasionym mercedesem zakończyła się po pięciu metrach. Wszystkie te i inne historie, o których nie mam pojęcia albo których zwyczajnie nie pamiętam, zabrali do grobu, tak że nie stanowią żadnego zagrożenia przy potencjalnych narzeczonych, którzy wcale nie muszą wiedzieć na przykład o przyniesionej przeze mnie ze szkoły wszawicy.

Państwo Tarkowscy siadają do stołu. Olaf nalewa czerwone wino do wysokich, pękatych kieliszków, a ja obserwuję tę scenkę ukradkiem, krzątając się przy piekarniku. Podnoszę przykrywkę żaroodpornego naczynia i aromat ziół zalewa kuchnię. Pozwalam, by pieczeń odpoczęła, nim przełożę ją na półmisek, i w tym czasie tłukę ziemniaki na puszyste purée. Dodaję gęstej śmietanki, pół kostki masła, pokrojony szczypior, grubo mielony pieprz i ucieram na kremową masę. Buraki dochodzą na patelni i jestem gotowa podawać do stołu.

– Klara, Marysia, zapraszam na obiad!

Antoś nadal śpi. Wbrew pozorom cieszę się z tego, bo dzięki temu zamieszanie przy stole będzie nieco mniejsze. Biegnę do sypialni i sprawdzam, czy nic mu nie jest. Zgarniam dziewczynki i razem siadamy do stołu. Krzątam się ja, krząta się pani Mariola. Usiłuje być pomocna, przekładając po swojemu serwetki przy talerzach, a mnie irytuje jej zaangażowanie, bo zaburza moje poczucie bycia gospodynią. Ich początkowe onieśmielenie ustępuje nadmiernej trosce.

– Proszę usiąść, ja się wszystkim zajmę.

– Ale ja tylko chciałam ci pomóc.

– Dziękuję.

Zaciskam szczęki i milczę, choć to chwila, gdy powinnam określić swoją pozycję względem potencjalnych teściów.

– Nic, chłopie, nie mówiłeś, że tak pięknie mieszkacie.

– Mówiłem.

– No tak, coś wspominałeś, ale nie, że aż tak. No, powiedz, Mariolka, jak nasz Olo się urządził.

Olaf czerwienieje jak burak, a wściekła Klara syczy przez zęby:

– To mama wszystko urządziła.

– Tak, tak, kochanie. My tylko podziwiamy, jak macie ślicznie.

– Mama ma ślicznie, to wszystko jest mamy.

Z naciskiem na mamy. Spoglądam z rozczuleniem na moją bojowo nastawioną córeczkę i uświadamiam sobie, że to ja powinnam być bardziej waleczna. Stawiam na stole talerz z pieczenią i delikatnie klepię Klarę po plecach.

– Klara mi bardzo pomagała i teraz mieszkamy jak księżniczki.

Oczywiście w duchu dodaję, że to nie pałac i służby brak, no i przy okazji bycia księżniczką jestem obsadzona również w roli sprzątaczki i pokojówki, a głośno dopytuję, komu nałożyć kawałek, bardzo niewielki, dzika.

– A był badany? – Pan Roman z zaciekawieniem spogląda na półmisek i pewnie wyciągnąłby w jego kierunku szyję, gdyby nie grube warstwy tłuszczu, które scaliły kark z głową i doprowadziły do zaniku tej części ciała.

– Tak, oczywiście.

– A to poproszę. Ale może najpierw nałóż dziewczynkom.

Małe krzywią się na myśl o tym, że mają zjeść dzikie zwierzę, nieświadome, że już wielokrotnie je jadły w przekonaniu, że spożywają indyka.

– A nie ma nic innego?

– Nie, nie ma.

– A czy ja już jadłam dzika?

– Tak.

– A smakował mi?

– Tak, daj talerz.

– No dobra, ale mały kawałek.

Nakładam im odrobinę mięsa z nadzieją, że za chwilę poproszą o więcej, uzupełniam talerze gości i gdy zabieram się do podania puszystego purée, dopada mnie nieznośne pytanie:

– A kiedy ślub?

Sztywnieję. Jaki ślub? Nie mam zamiaru wiązać się z żadnym facetem papierem i przysięgą, nawet jeśli jest tak fantastyczny jak Olaf. Zresztą ustaliliśmy to na początku naszej znajomości i moja deklaracja nie uległa zmianie. Klara zamiera z widelcem w powietrzu i patrzy na mnie z przestrachem.

– Nigdy.

Państwo Tarkowscy się zapowietrzają, a Olaf dobija ich z rozczulającym uśmiechem:

– Nie planujemy ślubu. Mówiłem wam.

– Ale to nie po bożemu!

– A po jakiemu? Diabelsku?

– Nie, synu, też nie, ale tak się nie godzi.

W przeciwieństwie do Bartka Olaf występuje przed szereg i zdecydowanie macha rodzicom szabelką przed nosem.

– Jak w takim razie masz zamiar być ojcem tych dzieci?

Oczy wystraszonej Klary niemal wyskakują z orbit i nienawistnie spoglądają to na Romana, to na Olafa.

– Ja mam swojego tatusia i nie chcę innego!

Miły niedzielny obiad rozpędza się w emocjach niczym pendolino i mknie przed siebie, zostawiając mnie na poboczu. Przytulam małą i siłą przytrzymuję, nie pozwalając jej uciec na piętro. Jednocześnie Marysi, nic nierozumiejącej z rozmowy, ale wyczuwającej napięcie, broda zaczyna niebezpiecznie drżeć i ją też przyciskam. Oparcie krzesła boleśnie wbija mi się w żebra, ale jeszcze dotkliwiej uwiera mnie poruszony temat, który do tej pory tak zgrabnie udawało się omijać.

– Oczywiście, że masz tatusia. Co prawda go nie widzimy, ale zawsze jest z tobą, z nami, podobnie jak mamusia Marysi. Olaf jest waszym przyjacielem i to się nigdy nie zmieni, nigdy nie będzie wam nikogo zastępował. Olaf to Olaf, rozumiecie? Przyjaciel.

Starsi państwo popatrują na nas spoza piętrzących się na talerzach buraków i chyba nie rozumieją, co właśnie się wydarzyło, bo namolnie wracają do sprawy.

– Ale naszym zdaniem tak by było lepiej. Proboszcz mówił, że nie ma przeszkód, skoro jesteś wdową…

– Jest przeszkoda, tato. Taka, że nie mamy ochoty na ślub, więc nigdy go nie będzie! Uznaj temat za zakończony.

Niespodziewanie dzwonek do drzwi przerywa dyskusję. Wyprzedzam Olafa w wyścigu do domofonu, dając mu czas na ustawienie rodziców do pionu. Sama dyszę jak koń po ciężkiej orce i nie patrząc w wizjer, otwieram furtkę i drzwi. Na progu stoi teściowa. Spoglądam na nią ze zdziwieniem i uświadamiam sobie, że po raz pierwszy cieszę się na jej widok i mam ochotę ją przytulić.

– Co mama tu robi?

– Byłam w okolicy i pomyślałam, że zajrzę.

Trudno bywać w naszej okolicy, bo mieszkamy na całkowitym zadupiu, na ostatniej ulicy ostatniego osiedla tego miasta, ale uprzejmie przyjmuję kłamstewko i wpuszczam ją do środka.

– A co to za samochód pod domem? Macie gości? Może przeszkadzam? Uważaj z tą apaszką. Robert mi ją kupił w Mediolanie. – Podaje mi skrawek materiału, który prawdopodobnie kosztował krocie.

– Tak, mamy gości.

Pani Aleksandra oczywiście nie pyta, z kim się spotykamy. Hasło „goście” działa na nią jak afrodyzjak i jest doskonałym pretekstem do zaprezentowania swojego majestatu. Udając troskę, wrzucam apaszkę w kolorze wyparzonego prosiaka na górną półkę garderoby z nadzieją, że Ziuta nie wskoczy tak wysoko, i obserwuję, jak teściowa napina się i wydyma usta w przedziwny rybi pyszczek, palcami poprawiając burzę loków, które najwyraźniej dopiero co ułożył fryzjer. Na koniec przybliża twarz do lustra, tak że obłoczek pary zasnuwa taflę, i opuszką przeciąga po dolnej powiece, ścierając niewidoczny pyłek tuszu. Wreszcie się prostuje i oświadcza, że jest gotowa.

Nie wiem na co, bo przypomina raczej dobrze zakonserwowanego aktora, który czeka pod sceną na rolę życia, a nie babcię odwiedzającą wnuki, ale gestem zapraszam ją do kuchni. Wchodzimy. Dzieci nie podrywają się na jej widok, natomiast rodzice Olafa radośnie podskakują, by ją wyściskać.

Ojciec nieporadnie całuje ją w rękę, unosząc ją wysoko do umazanych sosem ust, natomiast Mariolka ściska się z nią jak z dobrą znajomą. Wygląda to komicznie i chyba nigdy nie widziałam pani Oli tak zesztywniałej. Matka Olafa obejmuje ją i poklepuje po plecach, głośno cmokając w policzki.

– Kochana, tyle o tobie słyszeliśmy.

Teściowa wytrzeszcza oczy. Zdecydowanie nie spodziewała się takiego powitania i zupełnie nie wie, jak ma się zachować. Siada sztywno na podsuniętym krześle i oszołomiona przygląda się towarzystwu.

 

– To opowiadaj.

Mariola klepie ją po pomarszczonej dłoni i najwyraźniej spodziewa się, że sobie poplotkują. Nie wiem, na jaki temat i jaka dziedzina mogłaby się stać płaszczyzną porozumienia, więc z tym większą fascynacją przyglądam się scenie.

– A może wolisz najpierw coś zjeść?

– Nie, dziękuję. Już jadłam.

– Oj, to w takim razie koniecznie musisz napić się kawy. A może wolisz herbatkę? Zaraz coś zaradzimy. Pani Nino… ach, przecież mam ci, dziecko, mówić po imieniu, no więc Nino, gdzie masz kawę?

Teraz ja popadam w oszołomienie, bo jeszcze chwila i to nie ja będę tu gospodynią.

– Ja zrobię. Proszę usiąść.

– A gdzież tam będę siedzieć! Roman niech siedzi, ja pomogę.

Dzieci, korzystając z zamieszania, znikają na piętrze, a ja toczę nierówną walkę o przestrzeń, która gwałtownie się kurczy. Zaczyna narastać we mnie złość. Pani Mariola przechodzi na ty również z teściową i teraz zalewa ją zachwytami, jak to dobrze, że tak nam się układa, co rusz powtarzając, że tak pięknie mieszkamy, a ona jednak nie spodziewała się, że aż tak. Następnie przerzuca się na historię z podmiejskiego marketu, w którym do niedawna pracowała, i zapewnia, że emerytura to rzeczywiście początek nowego życia.

– Na stare lata planujemy się przenieść do miasta, bliżej dzieci.

– Myślałam, że Olaf jest jedynakiem.

– Bo jest. Mówię „dzieci”, bo Nina jest przecież jak córka, prawda, kochana?

Patrzy na mnie wilgotnymi ze wzruszenia oczami, a ja nie wiem, gdzie się podziać, wszak widzimy się po raz pierwszy i jeszcze nie zdecydowałam, czy i jak bardzo chcę być czyimś dzieckiem. Olaf jest równie zaskoczony.

– Jak to, przeprowadzacie się?

– Ach, nie chcieliśmy ci mówić, dopóki nie załatwimy wszystkiego.

– Chryste Panie, ale co załatwiacie?

– Kochany, ty się tak nie denerwuj. Ciotka Jola uważała, że powinien nam ktoś doradzić, i pomogła wynająć takiego jednego adwokata, i on nam we wszystkim pomaga. O nic nie musisz się martwić.

– Teraz to dopiero właśnie zacząłem się martwić. Co konkretnie robi ten adwokat? Przygotowuje umowy, sprawdza księgi wieczyste?

– A nic takiego. Przygotowuje pisma dotyczące zamiany naszego domu na trochę mniejsze mieszkanie, ale u was w mieście.

– Nie.

– Tak, kochanieńki, tak. Niby starych drzew się nie przesadza, ale nas to nie dotyczy. Całe życie marzyliśmy o mieszkaniu w mieście i jak tylko nadarzyła się okazja, korzystamy.

– Dlaczego nic nie powiedzieliście?

– Bo ty masz swoje sprawy, po co mieliśmy ci głowę zawracać?

– Mamo, ale o tym trzeba było powiedzieć. Jest tylu oszustów.

– Ale nie nasz pan Tadeusz. Porządny chłop i sprawdzony. Jola była nim zachwycona. A w dodatku taki elegancki.

– To jeszcze o niczym nie świadczy.

– Nie przesadzaj, synu, co niby może się stać? Zamieniamy się tylko mieszkaniami.

– Jak to zamieniacie się? To nie sprzedaliście swojego?

– A po co, jak można to zrobić bez pieniędzy? Znalazła się taka, co to chce nasz domek, a my weźmiemy jej trochę mniejsze mieszkanie w centrum miasta.

– Nie sądziłem, że takie zbiegi okoliczności się zdarzają.

– A widzisz.

– Oglądaliście to mieszkanie? Byliście w nim?

– Na zdjęciach widzieliśmy. Nie ma co, ładne. Nie powiem, wolałabym większy balkon, ale tak też jest dobrze.

– Żartujecie! Nie byliście tam?

– Właśnie dlatego przyjechaliśmy, jutro mamy je oglądać.

– Ale żadnych papierów nie podpisywaliście?

– Roman, co to było, cośmy podpisali?

– A bo ja wiem? Nie pamiętam.

Olaf robi się zielony, a teściowa najwyraźniej świetnie się bawi. Nareszcie jest w oku rodzinnego cyklonu, który oznacza potencjalną kłótnię. Z gracją unosi do ust filiżankę zielonej herbaty, trzymając ją finezyjnie dwoma palcami za niewielkie pozłacane uszko i prostując mały palec.

– A gdzie konkretnie będziecie mieszkać?

– Kochana, nie zgadniesz.

– Z pewnością.

– Na osiedlu Słowackiego.

– Gdzie?

– Na Słowackiego, takie niewysokie bloki…

– Wiem, to niedaleko mnie.

Pani Mariola rumieni się ze szczęścia. Wyglądają z teściową jak naczynia połączone: gdy jedna zakwita purpurą, druga sprawia wrażenie, jakby krew jej odpłynęła, bo jej policzki zasnuwa niezdrowa bladość.

– Cudownie, będziemy się odwiedzać. A na którym piętrze mieszkasz?

– Jak to: na piętrze? W willi mieszkam!

– Z ogrodem?

– Oczywiście, że z ogrodem. Nasza posiadłość, to znaczy moja posiadłość jest rozległa, mamy nawet własny sad.

Zastanawia mnie wyobraźnia starszej pani, która w pięciu poskręcanych ze starości jabłoniach, dwóch nieowocujących już gruszach i kilku krzakach porzeczki i agrestu widzi sad. Jednak już po chwili pani Ola najprawdopodobniej żałuje tego przechwalania się, bo rodzice Olafa snują wizje, jak to będą biesiadować wspólnie na jej równo przystrzyżonych trawnikach, popijając różowe wino w cieniu starodrzewu.

Wreszcie po nieznośnie długiej nasiadówce, przetykanej uwagami dotyczącymi prowadzenia domu i pielęgnowania ogrodu oraz obrazami tego, co, jak i za ile urządzą, odjeżdżają jedną taksówką. Oni do taniego hotelu na obrzeżach miasta. Ona do rezydencji, którą najchętniej schowałaby w gęstym lesie, żeby nie musieć spotykać się z nachalnymi rodzicami Olafa.

Wkładam brudne naczynia do zmywarki i zastanawiam się, czy wolę chłodną i powściągliwą panią Aleksandrę, czy jednak może natarczywe towarzystwo rodziców mojego nowego chłopaka.

3

ntoś jest chory. Cichaczem i niepostrzeżenie, w zasadzie bez żadnych objawów poza wysoką gorączką, przy tych upałach dopadło go zapalenie płuc. Jestem w szoku. Zawsze sądziłam, że to się wiąże z silnym przeziębieniem i kaszlem, tymczasem okazuje się, że nie. Stan jest na tyle poważny, że mamy skierowanie do szpitala. Nie wiem, jak to ogarnę, i dopada mnie panika, co mam zrobić z dziewczynkami, bo jest dla mnie oczywiste, że nie zostawię małego samego na oddziale.

Ania może do nas na chwilę wpaść, ale musi zakuwać do egzaminu poprawkowego i zbliżający się termin wisi nad nią jak topór kata. Olaf pracuje i nie sądzę, żeby mógł wziąć wolne. Jestem przerażona. Na razie dziewczynki są w szkole i przedszkolu, ale za chwilę ktoś będzie musiał je odebrać. Tymczasem miotam się między łazienką a sypialnią i zbieram potrzebne rzeczy. Wpycham do torby pieluchy, piżamkę Antosia, mój dres, po chwili jednak go wyjmuję i wkładam, a do torby wrzucam lekko wygnieciony, dopiero co zdjęty z suszarki T-shirt, kosmetyczkę i ręcznik. Wracam po papier toaletowy i zbiegam do kuchni po ściereczkę, kubek i takie tam. Przy okazji odkrywam, że gdzieś zapodziałam trampki i w związku z tym jestem zdana na gumowe granatowe klapki, które nieprzyjemnie wrzynają się w skórę między palcami. Wyglądam koszmarnie i tak się czuję. W dodatku mały zaczyna marudzić i zdecydowanie jak najszybciej powinniśmy dotrzeć do kogoś, kto udzieli nam fachowej pomocy.

Pakuję go do samochodu, mocuję się z zapięciem fotelika i dodając gazu, wyjeżdżam wężykiem z garażu. Oczywiście tuż za bramą przypomina mi się, że nie zabrałam torebki, i muszę zawrócić.

Po dwudziestu minutach docieram na izbę przyjęć szpitala dziecięcego i utykam w kolejce kaszlących, lecących przez ręce, w zdecydowanej większości płaczących dzieci. Kolorowe ściany, pełne stworzeń z wytrzeszczonymi oczami, które spoglądają na nas spod grzybów i choinek, powinny zasiać w małych pacjentach optymizm, ale tak się nie dzieje. Wszystko wydaje się przytłaczające, a świadomość, że gdzieś tu czai się też śmierć, staje się nieznośna.

Ze ściany straszy kartka z informacją, że dzieci z oddziału onkologicznego są obsługiwane poza kolejką, i kulę się w sobie, gdy niespodziewanie wpycha się przed nas ojciec z dziewczynką w błękitnej chustce na głowie. Nasze zapalenie płuc wydaje się banalne. Wreszcie, gdy docieramy do rejestratorki, nie mogę sobie przypomnieć, czy Antoś miał różyczkę, odrę i świnkę. Pomieszały mi się przypadłości i choroby wszystkich dzieci.

Po oklejeniu ręki małego plastikową tasiemką i podpisaniu sterty papierów logujemy się na oddziale dziewiątym, trzecie piętro, w nowo dobudowanej części szpitala, pewnikiem zaprojektowanej przez kogoś pozbawionego wyobraźni i empatii. Wielkie przeszklone okna zapraszają ostre promienie słoneczne, przez co w pomieszczeniu pozbawionym klimatyzacji panuje temperatura nie do wytrzymania. Na szczęście w trzyosobowym pokoju jesteśmy sami i cała podłoga jest moja. Wieczorem będę mogła swobodnie rozłożyć przytargany z domu materac i przekoczować do rana. W oknach nie ma rolet, zasłon, firan, niczego. Jest tak piekielnie gorąco, że nie wiem, jak moje dziecko to przetrwa, mając prawie czterdzieści stopni gorączki. Oczywiście ze względów bezpieczeństwa nie można otworzyć okien, więc po chwili robi się duszno.

Zdziwiony Antoś rozgląda się i najwyraźniej dochodzi do wniosku, że to nie jest najfajniejsze miejsce, bo zaczyna płakać, zawodzić i wyć – ze zdwojoną mocą, gdy w jego chudą, delikatną rączkę młoda pielęgniarka wbija wenflon i podłącza kroplówkę.

Malec, zmęczony płaczem, zasypia, a ja czuję, jak po policzkach kulają mi się łzy. Kolejny raz znalazłam się w pułapce, z której co prawda jest wyjście, ale odległe i chwilowo nieosiągalne. Dzwonię do Olafa, ale zamiast się odezwać, milczę, za to moje ramiona coraz mocniej drżą.

– Mała, jesteś tam?

– Yhm.

– Wszystko dobrze?

– Nic nie jest dobrze.

– Kochanie, nie płacz. No coś ty? Wszystko będzie OK.

– Nie mam siły.

– Ale co się dzieje?

– Mam dosyć.

– Będzie dobrze.

– Jest okropnie, nie dam rady.

– Dasz. Jak nie ty, to kto?

– Muszę się zająć Marysią i Klarą.

– A od czego masz mnie? Przecież je odbiorę.

– A obiad? – Szlocham jak wariatka. Nie wiem, czy kolejny gejzer łez wyzwoliło poczucie ulgi czy wręcz odwrotnie, bezradność.

– Daj spokój. To najmniejszy problem. Pojedziemy do twojej knajpki albo moja mama coś ugotuje.

– A twoja praca?

– Nie ucieknie. Nie stresuj się, jakoś to ogarniemy.

– Dziękuję.

– Przywieźć ci coś?

– Mógłbyś? Zapomniałam o piżamce na zmianę dla Antosia.

– Spoko, tylko już nie płacz, OK?

Rozłączam się i bezmyślnie wpatruję w zieloną ścianę, zielone liście drzewa, które włazi w okno, i zielony fartuch pielęgniarki, która pcha korytarzem wózek. Wszystko tu jest zielone. Spoglądam na okładkę książki i nie mam ochoty czytać. Najchętniej zwinęłabym się w precla na łóżku i zasnęła, ale irracjonalnie muszę czuwać. W nagrzanym powietrzu mam wrażenie, że zaraz się uduszę. Czuję się jak w saunie.

Dwie godziny później, z odciśniętą na policzku rurką łóżka, budzę się cała zesztywniała i ścierpnięta. Boli mnie kark i nie mogę swobodnie poruszać głową. W pierwszej chwili nie wiem, gdzie jestem, a potem dopada mnie wspomnienie szpitala w Barcelonie, śmierci Jasia i Bartka, i oblewam się zimnym potem. Zaczynam drżeć i gwałtownie wstając, budzę Antosia, który zdziwiony wpatruje się we mnie szeroko otwartymi oczami.

Jesteśmy w szpitalu od trzech dni, a Antkowi się nie poprawia. Mimo kroplówek i antybiotyku organizm małego nie podejmuje walki. Gorączka nie spada, jedyną zmianą jest to, że dostał potwornego kaszlu. Jestem wykończona. Krążę między szpitalem a domem, knajpę zupełnie odpuściłam, zdając się na kucharzy. Olaf wychodzi wcześniej z pracy, żeby odbierać dzieci. Pani Mariola z zapałem włączyła się w gotowanie obiadów i karmienie całej rodziny, za co jestem jej wdzięczna. A ja siedzę w szpitalu niczym w więziennej celi. Wychodzę w zasadzie tylko po to, żeby wziąć prysznic we własnej łazience i napić się mocnej kawy z domowego ekspresu. Moja kobiecość poszła się bujać, gdy zamieniłam sukienki w dresowy styl à la kloszard. Szpital, mimo że sama nie jestem chora, wysysa ze mnie wszystkie życiowe soki. Energię mam na poziomie zerowym i funkcjonuję tylko dzięki myśli o tym, że Antoś mnie potrzebuje. Powietrze stało się lepkie i kleiste. W dodatku na dwóch sąsiednich łóżkach pojawili się mali chłopcy, którzy non stop płaczą i marudzą, nie pozwalając nawet w nocy na chwilę odpoczynku, a na podłodze wykwitła kolejna karimata. Uchylone okno pod sufitem wpuszcza minimalną ilość świeżego powietrza, ot, tyle, żeby się nie udusić.

 

– Długo pani tu jest?

Niegramatyczne pytanie młodej dziewczyny budzi mnie z porannego letargu.

– Trzy dni, właściwie trzy noce.

– I kiedy wychodzicie?

– Nie wiem.

– Bo widzi pani, ja mam jeszcze czwórkę dzieci i martwię się, bo zostały w domu.

– Duże są?

– Nie, raczej małe. Aksel ma pięć lat, Luiza sześć, a bliźniaki trzy.

Patrzę na nią z niedowierzaniem, bo sama wygląda jak nastolatka. Jej mały synek, który ma nie więcej niż rok, śpi niespokojnie w łóżeczku z metalowymi szczebelkami.

– Przepraszam, że pytam, ale ile pani ma lat?

– Dwadzieścia cztery. A co, dziwi się pani, że mam tyle dzieci? Wszyscy się dziwią. Ale widzi pani, my z mężem jesteśmy głęboko wierzący i przyjmujemy to, czym obdarowuje nas Pan.

Szybko przeliczam w myślach, dodając i odejmując, ile lat zostało jej do klimakterium, i dochodzę do wniosku, że jeśli nadal z taką pokorą będzie przyjmowała dary Pana, ma szansę dorobić się jakichś kolejnych dwudziestu pociech.

– To ma pani pełne ręce roboty.

– A żeby pani wiedziała. Mąż na budowie robi, ale co on tam zarobi? Ja nie pracuję, bo z dzieciakami w domu ktoś musi siedzieć.

– A dziadkowie?

– Oczywiście pomagają, ale mama też ma małe dzieci, choć nie tak małe jak moje. Niestety Jasiek ma porażenie, więc mama nie ma czasu, żeby jeszcze mi pomagać.

– Fatalnie.

– A żeby pani wiedziała. Proboszcz mówi, że dzieci to dar boży, ale czasami trudno za tymi prezentami nadążyć.

– To już więcej pani nie planuje?

– Pani, co mnie planować? Będzie, co ma być. Chałupa duża, to wszystko się pomieści.

– Świetnie, a gdzie mieszkacie?

– W Zakolach, to koło Puszczy Noteckiej.

– Pięknie. Zazdroszczę. Świeże powietrze, ogród, coś wspaniałego.

– Pani, jaki tam ogród, mieszkanie w bloku mamy, ale duże. Trzy pokoje, łazienka, kuchnia, nie za duża, ale wystarczy. A, i na podwórzu aż dwie szopki mamy. No i garaż rzecz jasna.

Obawiam się, że moja twarz się wydłuża, jak na obrazie Muncha, bo dziewczyna spieszy z zapewnieniem:

– Naprawdę jest OK.

– Tak, tak. Tak się tylko zamyśliłam.

Mam ochotę zapytać, jak się mieszczą, z czego żyją i dlaczego, na miłość boską, na prawdopodobnie malowniczej wsi mieszkają w bloku? Ale nim zdążę zebrać myśli i ułożyć je w zgrabne pytanie, młoda matka wypluwa z siebie wszelkie możliwe informacje i filozofię życiową, w którą absolutnie nie potrafię się wpasować.

– Wie pani, łatwo nie jest. Ale mamy zasiłek na dzieci, a że nie jesteśmy po ślubie, to jako samotna matka mam więcej.

– Nie macie ślubu? – dziwię się idiotycznie, zachodząc w głowę, jak się ma do tego Bóg, który tak hojnie obdarowuje ich dziećmi, a nie dopomina się o należny sakrament.

– Nie, no co pani? Przecież to się nie kalkuluje. Teraz, wie pani, to jeszcze lepiej, bo to pińcset plus to nam wszystko zmienia. Władzio samochód nowy kupił. Duży, że wszyscy się zmieścimy. A i ksiądz dobrodziej pomaga, i Caritas. I jakoś tak leci.

– A wakacje?

– Pani kochana! Wakacje to piękne mamy. Proboszcz na zajęcia, no, takie trochę rekolekcje dzieci, znaczy te starsze, zabiera, a w przedszkolu to się na nas zrzucają, na książki i wyprawkę, to i na kolonie jakoś się uzbiera.

– Aha.

– Widzi pani, jak człowiek chce, to może. A ciuchów ile mamy! Szkoda gadać. Z darów tyle, że nie ma co.

– To się pani urządziła.

– A żeby pani wiedziała. Jak człowiek pobożny, to Pan Bóg rychliwy i pomaga.

Myślę sobie, że to raczej zakrawa na żerowanie na innych, ale boję się powiedzieć to na głos. Młoda zasuwa jak rycerz z taranem na kratownicę zamku i zachęcona moim zainteresowaniem opowiada dalej o tym, jak to zgłosili się do takiego programu, co to mogą im remont zrobić, a jak się postarają, to nawet dom wybudować. Jak można od księdza dostać też puszki z ZAGRANICY (magiczne miejsce), a w razie choroby przecież państwo ma obowiązek pomóc.

Nie wiem, gdzie popełniam błąd, skoro jakoś nie potrafię namierzyć instytucji, które mogłyby mi tyle podarować. Okazuje się, że liczenie na własne siły jest najgorszą z możliwych życiowych filozofii, a w moim przypadku niestety jedyną… Nie potrafiłam załapać się na mieszkanie komunalne, jak zakochana wariatka wzięłam ślub, wykluczając się z grona samotnych, dofinansowywanych przez państwo matek, a na domiar złego otworzyłam własną działalność, przez co znalazłam się poza kręgiem bezrobotnych i beneficjentów wszelkich dopłat, zasiłków i zbiórek.

Nie jest mi dane dowiedzieć się więcej, bo na łóżku obok obudził się trzyletni chłopczyk, którego mama, zaraz po tym jak został przyjęty na oddział, zniknęła pod pretekstem przywiezienia rzeczy dla syna. Nie wiem, gdzie musiałaby mieszkać, żeby pokonywać drogę ze szpitala do domu i z powrotem przez siedem godzin. Maluch w tym czasie, coraz bardziej niespokojny, co rusz wybudzał się z płytkiego snu, popłakiwał zagubiony w czasoprzestrzeni zielonych sterylnych ścian. Na widok pielęgniarki reaguje histerycznie, nie chce jeść ani pić, dwa razy zasikał szpitalną pościel i ciągle woła mamę.

Mimo że Antoś znudzony siedzeniem w niewielkim łóżku domaga się stałego zainteresowania z mojej strony, razem z młodą matką na zmianę zajmujemy się małym. Pielęgniarki zaglądają do nas sporadycznie. Właściwie wcale się im nie dziwię. Sala nagrzana jest do czerwoności i gdybym nie musiała, też nie chciałabym oddychać jej powietrzem. Jezu, co za głupek zaprojektował ten „nowoczesny” oddział. W dodatku nie wiem dlaczego, gdy tylko wychynę na korytarz, jestem zagadywana przez pielęgniarki w kwestiach, o których w moim odczuciu z obcymi ludźmi się nie rozmawia, a przy których standardowe pytania o miejsce zakupu sukienki czy dresu są trywialne.

Wczoraj, gdy w poszukiwaniu czystego prześcieradła grzebałam w szafie na końcu korytarza, podeszła do mnie siostra oddziałowa i widząc moje gładko ogolone nogi, przesunęła dłonią po lewej łydce, aż wyszła mi nieprzyjemna gęsia skórka, i zapytała:

– Goli się pani maszynką czy depilatorem?

Zwariowałam. Przez chwilę trzepotałam rzęsami, by upewnić się, że to nie halucynacja.

– Chodzę na wosk.

– To pewnie dlatego ma pani takie gładkie nogi. Ja się golę w domu. A jak wysoko?

– Co jak wysoko? Nie rozumiem.

– No jak wysoko je pani goli? Bo ja tylko do kolan, wyżej nie widać.

Chryste Panie.

– Tak?

– No przecież. Za tydzień jadę na wakacje, to trzeba będzie wyżej, ale tak, po co?

– A mąż?

– Co mąż? Myśli pani, że dla męża będę się golić? Wie, jak wyglądam, więc co mi tam. Nie przeszkadza mu.

– Pytała pani?

– Nie, no co pani? Ale przecież to oczywiste. Zresztą, jak się jest dwadzieścia trzy lata po ślubie, to człowiekowi już się nie chce, no i tak się do siebie przyzwyczailiśmy, że nie ma po co.

– A nie boi się pani, że jednak zacznie się za kimś rozglądać?

– Tomasz? Z tym brzuchem i łysiną? Która by na niego spojrzała? Gdyby miał kasiorę, to co innego, ale nam ledwie do pierwszego starcza, to kto by się za nim obejrzał?

– Wie pani, miłość jest ślepa.

– No, niby.

Zawieszam się filozoficznie, wsuwając głowę głębiej do szafy, w nadziei, że siostra sobie pójdzie, a tymczasem słyszę:

– A okres ma pani jeszcze?

Z wrażenia przywalam głową w metalową półkę i gwałtownie się prostuję.

– Słucham?

– Taka pani modna i zadbana, to ciekawa jestem, bo na twarzy to jednak zmarszczki pani ma.

– A jakie to ma znaczenie?

– No bo jak nie, to dopiero pani zobaczy, że w związku chodzi o przyzwyczajenie, nic więcej. Po menopauzie sypie się wszystko, i zmarszczki, i kilogramy, a potem to już nic się nie chce i człowiek tylko patrzy, żeby było wygodnie, a nie na urodę. Zobaczy pani sama. Wiem, co mówię, ja od dwóch lat nie krwawię…

Odwraca się na pięcie, a ja zostaję jak wmurowana w linoleum z prześcieradłem w ręce. Patrzę za siostrą, jak w świetle jarzeniówek oddala się w kierunku dyżurki, i oczami wyobraźni widzę jej ogolone do kolan nogi i wielkiego bobra skrywającego się pod przydługim, nieco wytartym fartuchem. Rozumiem, że choroba odbiera nam klasę, w piżamach wszyscy wyglądamy żałośnie, jednak dlaczego sami odzieramy się z godności? Co ja tu robię?

Prawie biegiem wracam do sali, modląc się, żeby nikogo nie spotkać po drodze. Dopadam do szklanych drzwi i staję oko w oko z tłumem ludzi. Nad do niedawna porzuconym chłopczykiem pochylają się jego matka, ojciec, dwie kobiety w średnim wieku i starszy jegomość, najprawdopodobniej dziadkowie malucha, i jakieś dwie dziewczyny, jak się później okazuje, siostry matki Karolka.