Nina

Tekst
Z serii: Nina Braun #4
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tej autorki polecamy również:

Wakacje

Zwyczajny dzień

Jak się nie zakochać

Grzech

Notes kuchenny

Tę książkę dedykuję Tobie,

droga Czytelniczko

1

ierzyć się nie chce, ile człowiek ma narządów, które można przebadać i zdiagnozować, choć mam wrażenie, że moja teściowa posiada ich zwielokrotnioną liczbę. Oczywiście nim zabierze się do nich lekarz, pobolewają ją, niepokoją albo zwyczajnie są i należy sprawdzić, czy aby na pewno działają. Ostatnio na tapecie mamy plamkę żółtą, parodontozę, potencjalne problemy z sercem i skórą. Bezradna w obliczu tych dolegliwości służba zdrowia zdiagnozowała alergię, zwyrodnienie kręgosłupa i początki depresji, do których pani Aleksandra oczywiście się nie przyznaje.

Wydzwania do mnie z każdym niepokojącym objawem i zwyczajną potrzebą wygadania się. Zaczęłam się nawet zastanawiać nad zmianą numeru telefonu. Przy okazji wyszło na jaw, że jej grono nie jest najlepszym powiernikiem dla jej bólu, bo samo cierpi na różne schorzenia, a w dodatku od roku znalazły się w nim trzy implanty bioder, dwa zawały i jedna amputacja palca cukrzycowego. Problemy teściowej wypadają przy tym blado.

– Nie dziwota, że mam problemy z sercem po tym wszystkim, co mi zafundowaliście.

– Ja niczego mamie nie fundowałam.

Boże, dlaczego mówię do niej „mamo”? Odbiło mi? Od czasu rozstania z mężem kobieta upatrzyła mnie sobie, traktując jak mosiężną rurę ściekową, którą można spuścić wszelkie troski, także te zdrowotne, lęki i złość na Roberta oraz jego nową partnerkę, Barbarę. A ja jak ostatnia kretynka dałam się wciągnąć w ten proces.

– Nie. Zupełnie. Czy ty naprawdę nie widzisz, że gdyby nie twój pomysł z sanatorium, nic by się nie wydarzyło?

Starsza pani nie dostrzega absurdu całej sytuacji. Teść przecież nie zostawił jej z powodu ich wielkiej miłości, pełnej zrozumienia i tolerancji, tylko dlatego, że wyjechał na trzytygodniowy wypoczynek. Raczej urok własny teściowej, zanikający z każdym miesiącem ich wieloletniego pożycia, a w zasadzie jego brak, sprawił, że pulchna, pogodna Basia przykuła jego uwagę i na stare lata odzyskał radość życia. Słyszałam to tyle razy, że nauczyłam się milczeć, więc tylko czekam, co będzie dalej, choć spodziewam się, co nastąpi.

– Dziś mam test Amslera, wiesz, w tej klinice na Wielkiej.

Oczywiście, że w klinice na Wielkiej. W przypadku teściowej nie ma opcji, by coś było przeciętne, małe i swojskie. Wszystko musi być nieprzeciętne. Wyjątkowe. I z wielką metką, nawet adres skądinąd rzeczywiście znanej kliniki.

– Tak?

– A tak przy okazji: skoro jadę badać oczy, to mogę mieć problem z dotarciem potem do domu i pomyślałam, że może mnie odbierzesz.

Taa, jeszcze tego brakowało, żebym rzuciła wszystko i gnała na złamanie karku, by wozić nieżyczliwe mi babsko po lekarzach.

– Niestety to niemożliwe. Zaraz wychodzę do pracy, a po drodze muszę zawieźć dzieci do przedszkola.

Słyszę głośne sapnięcie w słuchawkę i zalewa mnie wodospad pomysłów i pretensji.

– Jak to? A ten twój nowy chłopak nie może ich podrzucić?

– Nie, nie może.

Po co się jej tłumaczę…?

– Gdzie ty go w ogóle znalazłaś? Zupełnie nie rozumiem, co w nim widzisz. No, oczywiście, przystojny jest, może nie tak jak Wojtek, ale światła przy nim gasić nie musisz, jednak jego podejście wcale mi się nie podoba. Jak można być takim samolubem? Czy on naprawdę nie rozumie, że masz pewne zobowiązania? Ci dzisiejsi mężczyźni! Ale czego się spodziewać po kimś z takiej rodziny… Phi, matka na kasie w markecie pracuje, też coś. A jego ojciec? Mechanik. Trzymajcie mnie, ludzie.

Klik.

Rozłączam się. Nie wiem, czy pani Aleksandra zarejestrowała, że mnie nie ma, ale nie mam wątpliwości, że nadal trajkocze. W miarę rozmowy z nią coraz mocniej rozbijałam plastry schabu na kotlety, aż w końcu mięso przestało wyglądać seksownie. Zła na siebie, że daję sobą manipulować starej kobiecie, ze zdwojoną zawziętością roztrzepuję jajka w niebieskiej miseczce odziedziczonej po babci. Rozchlapuję je po całym blacie i na myśl o tym, że za chwilę będę musiała sprzątnąć cały ten bajzel, robi mi się słabo.

Tłuszcz skwierczy na patelni, a ja mam ręce oklejone tartą bułką, gdy ponownie dzwoni telefon. Nie patrząc na wyświetlacz, usiłuję łokciem wcisnąć zieloną ikonkę, ale osiągam tylko tyle, że aparat spada na umazane jajkiem kafelki. Cholera, nawet nie zauważyłam, że białko malowniczo spłynęło po blacie i zasiedliło kapeć oraz podłogę.

Kuchnia wygląda, jakby gotowała w niej Klara, a nie odpowiedzialna matka. Nie wiem, dlaczego funkcjonuję na coraz krótszym loncie emocji, ale czuję, jak nerwy napinają się do granic i jestem bliska eksplozji. Chce mi się płakać i chyba nie mam siły na kolejny dzień burzliwych przeżyć.

Podobno miłość uskrzydla, dzięki niej odkrywamy smaki i aromaty życia, o których zapomnieliśmy, nastraja nas pozytywnie i sprawia, że mamy ochotę fruwać. Niewątpliwie prawie mam odlot. Czuję się jak balon, z którego ktoś nagle wypuścił powietrze i wystrzelił w niekontrolowany lot pod sufit. W uszach aż świszczy ze strachu i niepokoju. Ania na dobre się wyprowadziła, a Olo, zdaje się, na dobre się wprowadził. Pomijam banalną dodatkową szczoteczkę w kubku w łazience, bardziej paraliżuje mnie świadomość, że w moim domu pojawiły się czyjeś oczekiwania i zasady.

– Mamo, co na obiad?

Klara, radosna jak wiatrówka na myśl o śrucie, podskakuje na jednej nodze, co rusz potrącając deskę do krojenia, na której piętrzą się obierki po ziemniakach i skorupki jajek. Jedna z nich spada i dołącza do rozlanego jajka. Tłuszcz się spalił i teraz ponuro dymi w kierunku niewłączonego okapu.

– No, to co na obiad?

– Przestań skakać! Czy ty nie możesz ustać pięciu minut?

– Mogę, ale wolę skakać. To co z obiadem? Robisz kotleciki?

– Tak, usiłuję…

– Pomóc ci?

Mam ochotę przytaknąć i pognać na piętro do łóżka, wsadzić głowę pod poduszkę i nie wychylać się, dopóki Antoś nie skończy osiemnastu lat. Ale zdobywam się jedynie na słaby uśmiech i oświadczam:

– Nie, schabowe są na jutro, dziś McDonald.

– Naprawdę?! Juhu, super! To jedziemy?

– Za chwilę, włóż buty.

Wylewam spalony tłuszcz do zlewu, wycieram podłogę papierowym ręcznikiem i w zasadzie, zostawiając za sobą całe to pobojowisko, jestem gotowa do wyjścia.

Wyprowadzam powoli samochód, uważając, by nie przytrzeć zderzaka o słupki bramy, i wyjeżdżam na ulicę. Mała trajkocze, a ja znowu, wcale jej nie słuchając, przytakuję. Ćwiczenie czyni mistrza i doskonale wiem, kiedy jest pora na ach i dlaczego. Po piętnastu minutach docieramy na autopilocie do McDrive’a. Zapełniam samochód torbami z frytkami, mcchickenami i nuggetsami, a przede wszystkim zapachem, który będę wietrzyła do końca tygodnia.

Klara jest taka szczęśliwa, że nie rozumiem, po co szarpałam się ze schabowymi, ekologicznymi ziemniakami i bałaganem, który krok w krok podąża za moim gotowaniem.

Mimo że obiecywałam sobie przejście na dietę, moje kubki smakowe zwariowały na widok żółtego neonu, a ślinianki napompowały taką ilość śliny, że nie mogłam się oprzeć, i teraz, stojąc na poboczu, pochłaniam wieśmaca. Boże, jakie to dobre. Kalorie rozpychają się we mnie i fundują cudowne poczucie zaspokojenia. Jest mi tak dobrze, że mogłabym przysnąć. Ale oczywiście kolejne przystanki – żłobek i przedszkole – czekają wraz z pasażerami, których muszę zgarnąć do domu.

– Mamo, a wiesz, że nasi sąsiedzi będą mieć hodowlę piesków?

– Jakich piesków?

Z niepokojem obserwuję ekscytację Klary, gdy mówi o szczeniętach… dobermanów. Już jeden wiecznie ujadający czarny diabeł w sąsiednim ogrodzie wystarczy, a co dopiero armia posikujących gdzie popadnie psich klonów.

– Tych ślicznych. U pani za płotem.

– Koszmar.

– Dlaczego? Przecież one są takie śliczne.

– Zwłaszcza gdy ujadają i ma się wrażenie, że zaraz nas zagryzą.

– A babcia mówiła, że do zwierząt trzeba mieć podejście, może ty go nie masz.

– Obawiam się, że w przypadku tego konkretnego psa to nie ma znaczenia.

– A babcia mówi, że najważniejsze to się nie bać, bo zwierzęta to czują.

Znając teściową, podejrzewam, że lata temu zwietrzyła, że się jej boję, bo do niedawna jeździła po mnie jak po łysej kobyle. Teraz najwyraźniej sama krwawi, skoro wygłasza takie złote myśli.

– Pewnie ma rację, ale cokolwiek byś czuła, nigdy, przenigdy nie zbliżaj się do tych psów.

– Dlaczego?

– Bo mogą cię ugryźć.

– A babcia mówiła…

– Klara, babcia nie zna Rocky’ego i nie wie, jaki potrafi być groźny, więc proszę, żebyś mnie posłuchała.

– No dobrze, ale babcia mówi, że ty wolisz koty i dlatego nienawidzisz psów.

Mam ochotę rzucić się teściowej do gardła za jej głupie teorie, ale że nie ma jej obok, przełykam głośno ślinę i przez zaciśnięte zęby cedzę:

– Babcia nie ma pojęcia, co lubię, a czego nie.

– A skąd wiesz?

– Bo nigdy mnie nie zapytała.

– Ona mówi, że po tobie to widać.

Wszystko we mnie pulsuje, a postanowienie, że muszę porozmawiać z panią Aleksandrą, niczym tam-tam wali mi w skroniach.

 

– Spójrz na mnie. – Mała wpatruje się w moje odbicie w lusterku wstecznym i najwyraźniej analizuje moją twarz, jakby widziała mnie po raz pierwszy w życiu. – I co widzisz? Wolę kawę z mlekiem czy czarną?

Zdumiona przygląda mi się, jakbym zapytała o gęstość zaludnienia Grenlandii, i rzuca:

– A skąd mam wiedzieć?

– Przecież babcia mówi, że to widać.

– Ty nic nie rozumiesz.

Obrażona wsadza nos w szarą torbę z McDonalda i chudymi paluszkami wydłubuje dwie długie frytki, z których na siedzenie opada solny pył. Mam tylko nadzieję, że nie wytrze tłustych rąk w tapicerkę. Włączam radio, które zaczyna ryczeć reklamą jakiejś sieci oferującej największe i najlepsze telewizory w cenach bez podatku VAT, za to w atrakcyjnych ratach zero procent. Przełączam na inną stację, gdzie, o zgrozo, wrzeszczy ten sam głos, z tą różnicą, że proponuje mi zakup pralki. Klikam, przełączając się z Trójki na Radio Zet, wbijam się w RMF FM, omijam Radio Classic i wreszcie moje ucho pieści rzewna melodia, która jednak bynajmniej nie jest wstępem do rockowej ballady, lecz zaproszeniem do odmówienia kolejnej dziesiątki różańca. Mam dosyć. Wyłączam radio i w ciszy, brnąc przez coraz gęściejsze korki, przebijamy się do przedszkola.

Marysia każdego ranka płacze, że musi do niego iść, i jeszcze głośniej zawodzi, gdy ma je opuścić i wrócić do domu. Tak jest i dzisiaj. Siedzi naburmuszona w piaskownicy i ignoruje moje prośby.

– Spieszymy się, Klara czeka w samochodzie, chodź wreszcie.

– A nie możesz odebrać mnie później?

– Nie, musimy jechać do domu.

– Ale Kasia i Julka jeszcze nie poszły i chciałam lepić z nimi zamek.

– Kochanie, nie teraz, ale możemy zaprosić je do nas do domu.

– Dzisiaj?

– Zadzwonię do ich mam i się umówimy, OK?

– No dobra.

Niechętnie zmienia przedszkolne tenisówki na niebieskie sandały i z niezadowoleniem spogląda na Antka, którego właśnie odebrałam ze żłobka. Z perspektywy swoich czterech lat czuje wyższość nad roześmianym maluchem, któremu prawdopodobnie jest obojętne, czy pobawi się ulubionym drewnianym pieskiem w domu czy tutaj. Samochód eksploduje zapachem frytek, na które dzieci reagują entuzjastycznie, mimo że dopiero co zjadły obiad. Napychają buzie przetworzonymi ziemniakami, a Antek ciamka chrupki kukurydziane. Zajęte jedzeniem na szczęście nic nie mówią, pozwalając mi zatopić się w myślach. Boże, jak ja tęsknię za ciszą i chwilami tylko dla siebie.

Docieramy do domu. Brama jest otwarta, na podjeździe stoi z otwartymi drzwiami i bagażnikiem samochód Olafa. Na trawniku suszą się zlane wodą ze szlaucha gumowe wycieraczki, a foteliki dzieci, oparte o płot, noszą ślady ssawki odkurzacza. Radio dudni, zagłuszając niemrawy silnik mojego nowego kärschera. Olo szamocze się w środku auta, klnąc pod nosem na zalegające wszędzie okruchy ciastek i czipsów. Myślę, że sporo kosztuje go dewastowanie jego nowego samochodu przez moje dzieci, które co prawda starają się nie bałaganić, ale siłą rzeczy znaczą teren okruchami i zostawiają wszędzie zabawki.

Pierwszy raz widzę go tak wkurzonego, jednak gdy tylko nasze oczy się spotykają, uśmiecha się radośnie, a ja zastanawiam się, jaki jest naprawdę.

– O, już jesteście.

– Cześć.

– Fajnie, głodny jestem.

Mam ochotę wcisnąć mu do ręki resztki z McDonalda, ale nie robię tego. Za to zostawiam pod jego opieką dzieciaki i zrezygnowana człapię do kuchni. Wyjmuję z lodówki przerobiony na carpaccio schab. Kuchnia jest wyczyszczona i błyszczy, nie ma śladów mojej wcześniejszej walki. W pierwszej chwili tego nie zauważam, znowu brudząc jajkami niebieską miseczkę. Po raz pierwszy od kilku miesięcy, gdy Olo został na noc, czuję się we własnym domu skrępowana. Nie wiem, czy słusznie odczuwam wstyd, że zostałam zdemaskowana i wcale nie jestem taka porządna, jak staram się wyglądać.

Miałam nadzieję na wolne popołudnie, a tymczasem jak zawsze muszę przygotowywać obiad. Fast food mnie nie uratował.

2

agda oszalała. Właśnie wymyśliła, że po serii zabiegów mezoterapii i botoksu kolejnym elementem dbania o formę jest zmiana diety i przejście na wegetarianizm z elementami weganizmu. W pakiecie z tym pomysłem pojawiła się Mariola, dietetyczka, która ustawia jej jadłospis, a w dodatku gorąco namawia do głodówek, ćwiczeń na siłowni i medytacji. Martwię się, bo moja przyjaciółka nie tylko straciła kilka kolejnych kilogramów, ale najwyraźniej również płat mózgu odpowiedzialny za logiczne myślenie.

– Mówię ci, to rewelacja. Też powinnaś pić sok z buraków.

– Oszalałaś? Nie mam czasu na takie rzeczy.

– A powinnaś. Fajnie, że Olaf zwrócił na ciebie uwagę, ale powinnaś o siebie zadbać.

– Przesadzasz.

Jestem na nią zła. Dawno już mamy za sobą etap pod tytułem przykro mi, ale i czuję, że brniemy w sferę najgorszą z możliwych, gdzie moja przyjaciółka, z uwagi na naszą bliskość i zażyłość, rości sobie prawo do szczerości, która mnie rani. Zakończyła kolejny kilkumiesięczny związek z młodszym facetem i teraz mam wrażenie, że zwyczajnie jest zazdrosna o to, że ktoś się mną zainteresował.

– Popatrz na siebie. Mam wrażenie, że znowu przytyłaś. I mówiłam ci, żebyś zrobiła coś z czołem. Nie widzisz, jak ci się marszczy?

– Może mi się to podoba?

– Starzenie? Sama się oszukujesz.

Niestety ma całkowitą rację, ale za żadne skarby nie przyznam się, że to, co widzę w lustrze, podoba mi się coraz mniej.

– Magda, przestań. Nie to jest najważniejsze.

– A niby co? Dzieciaki zaraz wyjdą z domu, a ty zostaniesz sama jak zaschnięty rodzynek w ostatnim kawałku sernika. Tego chcesz?

– Oczywiście, że nie.

– No widzisz.

– Jasne, że fajnie być młodym, ale nie mam zamiaru robić z siebie tablicy Mendelejewa, wstrzykując sobie co się da i gdzie się da.

– A kto ci każe? Wystarczy, że wreszcie zaczniesz prawidłowo się odżywiać.

– Myślałam, że jesteś fanką mojej kuchni.

– Byłam. Ale uświadomiłam sobie, że te wszystkie masła i śmietany tylko zatykają ci tętnice i prowadzą prostą drogą do udaru. Przecież nie chcesz być warzywem.

Automatycznie wyobrażam sobie, jak bezwładna, ze ściekającą z ust strużką śliny leżę w przepoconej pościeli, a moje ciało upstrzone odleżynami pali mnie, nie dając chwili wytchnienia od bólu, co nie znaczy, że od razu radykalnie zmienię dietę i filozofię życia. Zresztą jako matka trójki dzieci raczej nie dam rady skupiać się na potrzebach własnego organizmu. Sięgam po smolistą kawę i słyszę kolejny syk Magi:

– Przestań pić to świństwo.

– A co mam pić?

– Wodę z imbirem.

– Mam uczulenie na imbir i jak tylko go zjem, boli mnie głowa.

– Imbir jest najzdrowszy.

– Ale nie dla mnie.

– Oj tam, gadanie. Musisz się przełamać.

– Dzięki. Dobre czterdzieści lat przyzwyczajałam organizm do mięsa, kawy i alkoholu, a teraz mam to wszystko rzucić w cholerę i przekonać się do ziół?

– Nie zdajesz sobie sprawy, jak życie zgodnie z fazami księżyca i potrzebami własnego organizmu zmienia percepcję.

– Obawiam się, że mój organizm stanowczo domaga się czarnej kawy, inaczej zaśnie.

– Widzisz! Sama przyznajesz, że jesteś śpiąca.

– Tak… – mówię podejrzliwie.

– Nie rozumiesz? Powinnaś się położyć, a nie pić kawę.

– Jak mam się położyć? Muszę odebrać dzieciaki.

– Nic im się nie stanie.

– Żartujesz? Mam leżeć w łóżku i wypoczywać, podczas gdy one czekają? Nie ma mowy.

– Nina. Zrozum, nie jesteś służącą.

– Rozumiem – odpowiadam coraz bardziej wściekła – ale ty musisz pojąć, że mam obowiązki i w przeciwieństwie do ciebie nie mogę pozwolić sobie na luz.

– Myślisz stereotypami. Musisz się oderwać.

– Od macierzyństwa?

– Tego też. Dzieci są tylko dodatkiem.

– Całym moim światem.

– I tu też się mylisz. Są dzieci, a potem ty i twoje potrzeby. Słyszałaś o liofilizowanych burakach? Rano jedną łyżkę zalewasz gorącą wodą, pijesz i masz odporność komandosa.

– Magi, daj spokój, ja tam wolę mój poranny rytuał kawowy.

– Jasne. Rób tak dalej, ale potem nie przychodź do mnie, ja ci nerki nie oddam!

– Zwariowałaś?

– Teraz „zwariowałaś”, a później będziesz panikować. Zresztą rób, jak chcesz.

– Tak zrobię.

– A jak tam narzeczony?

– Chyba dobrze. – Rumienię się jak przyłapana na pierwszym pocałunku nastolatka.

– Opowiadaj, opowiadaj.

– Niby co mam opowiadać? Wprowadził się, Klara niespecjalnie jest tym zachwycona, co daje mu odczuć na każdym kroku, a maluchom jest to chyba obojętne.

– I co z tym zrobisz?

– Z czym?

– No, z Klarą i z nim.

– Nie wiem. Olo bardzo się stara. Mam nadzieję, że ją do siebie przekona.

– Tak, tylko kiedy?

– Magda, naprawdę nie mam pojęcia, ale jest coraz lepiej.

– Wiesz, że musisz być czujna.

– Oczywiście. Mam nadzieję, że mała zrozumiała, że Olaf nie ma zamiaru zająć miejsca Bartka.

Ziuta, jak zwykle zainteresowana welonem niemrawo pływającym w słoju na kuchennym blacie, wylądowała tuż obok filiżanki z kawą. Spojrzała rozszerzonymi miodowymi oczami prosto w moje źrenice i niezadowolona uciekła pod stół.

– Ziuta, czyś ty oszalała? Wynocha!

Grzeczny, mądry kot uwolnił mnie od kłopotliwej spowiedzi. Magda, korzystając z chwili zamieszania, wsadziła do ust białą kulkę raffaello i teraz ją mieli, udając, że nic nie je. Śmiać mi się chce, ale nie mam ochoty dyskutować o konsekwencji w przestrzeganiu diety, więc potulnie skupiam się nad obieranymi jabłkami, z których upiekę szarlotkę. Żółtawe skórki tworzą spirale na talerzyku i mam ochotę je schrupać, ale powstrzymuję się w obawie, że znowu zostanę skrytykowana i wywołam niepotrzebną scysję.

Magda, najwyraźniej zasłodzona, cichaczem upija kawę z mojej filiżanki i widzę, jaką rozkosz sprawia jej ten skradziony łyk. Nim uda mi się skomentować jej zachowanie, w progu kuchni pojawia się Olo w bokserkach.

– O, cześć.

Kłapiąc bosymi stopami, podchodzi do Magdy i cmoka ją w policzek. Czuję się zażenowana jego strojem i mimo że obiecywałam sobie tego nie robić, porównuję go z Bartkiem, który nigdy nie pokazałby się gościowi w negliżu, nawet gdyby to była moja stara przyjaciółka.

– Cześć, przystojniaku.

Odbiło jej. Albo mi. Jestem zazdrosna? A może mam podstawy? Spoglądam na nich, gdy tak patrzą sobie w oczy i cmokają się w policzki. Naprawdę zwariowałam. Po tylu latach małżeństwa najwyraźniej zapomniałam, jak to jest na początku związku. Co prawda pozbyłam się dręczącej niepewności co do uczuć Olafa, ale jeszcze nie ujarzmiłam odruchowej zazdrości, która co rusz kiełkuje, kiedy widzę go z inną kobietą.

– Co jecie?

– No, właśnie nic. Magda mi tłumaczy, że niewłaściwie się odżywiam i powinnam o siebie zadbać.

– Racja.

– Drań. Uważasz, że nie dbam o siebie?

– Nie to miałem na myśli, ale jemy zdecydowanie za dużo mięsa.

– Wiecie co? Odbiło wam. Jesz kawałek na obiad i to wszystko.

– I to o kawałek za dużo. Mięso zakwasza organizm.

– To gotuj sobie sam.

– Nie obrażaj się, potwierdzają to najnowsze wyniki badań.

– A mnie się wydaje, że człowiek od zawsze był wszystkożercą.

– Jak świnia, nie, Olo? – Szczęśliwa Magda dorzuca swoje trzy grosze, czekając na moją reakcję.

Jestem wściekła i mam ochotę wyjść, ale jestem u siebie, więc niby gdzie miałabym pójść?

– Zmówiliście się czy co? – Czuję się osaczona we własnym domu.

– Nie gniewaj się, kochanie, ale jesteśmy w takim wieku, że najwyższy czas zadbać o zdrowie.

– Właśnie: zdrowie! Nie oczekujcie, że zmienię wszystko.

– Wcale nie masz zmieniać wszystkiego. Wystarczy, że przerzucimy się na inną kuchnię. Moja mama może ci pokazać, co i jak się robi. Wyciszymy się i zaczniemy uprawiać sport. W zasadzie ty zaczniesz.

Im więcej gadają o wyciszeniu, tym bardziej jestem zła. Nienawidzę sportu, tego idiotycznego biegania, kiedy czuję się jak chomik w kołowrotku, siłowni ze spoconymi, gapiącymi się facetami i jogi. Nudnej jogi, podczas której mam kontrolować myśli i oddech, a zamiast tego mój umysł porządkuje kolejne niezałatwione sprawy, na których czele są problemy związane z dziećmi. Długoterminowe szkolne projekty Klary, biegunki Antosia i nocne moczenie Marysi, która rozpaczliwie tęskni za mamą. Czy ja muszę uprawiać sport? Czy bez tego dorobię się figury amerykańskiej miłośniczki fast foodów? I wreszcie, czy gdy będę jadła mięso, moje tętnice się zatkają jak toi toi po koncercie rockowym? Oczywiście w rozmowie z nimi dwojgiem nie mam żadnych argumentów. Doszło do tego, że boję się zaproponować im cokolwiek do picia czy jedzenia. Docierają do mnie strzępy wypowiedzi, podczas gdy w myślach układam nowe menu knajpy.

 

– Nie, białko kurze można zupełnie wykluczyć… Hummus! Uwielbiam… – Niestety to głos Olafa.

Po wyjściu Magdy zapewne zażąda przygotowania mdłej papki z ciecierzycy, której nie cierpię. I wcale nie chodzi o ilość przypraw, rodzaj ziarna i sposób wykonania. Po prostu nie znoszę tego czegoś, ble.

Wreszcie Magda sięga po swoją wielką patchworkową torbę, którą za chore pieniądze kupiła w Berlinie. Nie rozumiem, po co tyle płacić za rzeczy, które udają stare i tanie, ale to jej specjalność.

Zostajemy sami. Olaf przygląda mi się w skupieniu, a ja nadal nie mogę przyzwyczaić się do jego obecności w moim domu. Widzę, że bardzo się stara nie zaburzać mojej przestrzeni, nie wchodzić w paradę dzieciom, a jednak… To zdecydowanie dziwne i nieokreślone uczucie przebywać w domu z nowym facetem, mieć nowego faceta, planować z nim życie i zastanawiać się, jak i z kim po śmierci zostaniemy pochowani. Ja z nim czy ja z Bartkiem? A może w radosnym trójkącie?

Olaf wniósł do naszego domu spokój i ciepło. Nagle przestał kapać kran w ogrodzie, śmieci same ładują się do kubłów przed domem, a trawnik zyskał na soczystości i zieleni. Samochód jest czysty i dziwnym trafem płyn do spryskiwaczy się nie kończy. Przy Olafie przestałam bać się nocy i bezsenności. Tego, że nie zasnę, albo odwrotnie, że zasnę, ale obudzę się o drugiej nad ranem. Ograniczyłam leki, dzięki którym funkcjonowałam od śmierci Jaśka i Bartka.

Z drugiej strony, mam kogoś, kto posapuje i pochrapuje na poduszce obok i doprowadza mnie do szału tym, że zakłóca ciszę. Przywykłam do samotności i teraz nawet tak niewielka zmiana mnie denerwuje, i najchętniej eksmitowałabym go z sypialni do pokoju po Ani. Olo z podziwu godną zawziętością usiłuje uporządkować moje życie: od prania w łazience poczynając, przez zawsze czyste blaty w kuchni, po rośliny w ogrodzie. Jestem oszołomiona jego skrupulatnością i nadal nie mogę przyzwyczaić się do tego, że ktoś w moim własnym domu zwraca mi uwagę, że rzucam rzeczy gdzie popadnie. Natomiast dzieci zyskały kumpla, z którym od czasu do czasu można się pobawić w piaskownicy. Klara co prawda spogląda na niego z dystansem. Nadal tęskni za Anią, bo dziewczyna wyprowadziła się do kawalerki Sławka, z którym zaczęła się spotykać wiosną, i teraz wpada do nas tylko okazjonalnie, żeby sobie dorobić, pilnując wieczorem maluchów.

– Mamo, co mam włożyć?

Dziś ważny dzień. Na obiad przychodzą rodzice Olafa, których znam tylko ze słyszenia. Jestem podekscytowana i przejęta, ale nie na tyle, by od rana pucować kąty. Oczywiście ogarnęłam rynek, usunęłam bardziej widoczne pajęczyny, po czym przeniosłam swoją działalność do kuchni i zabrałam się do przygotowywania pieczeni z dzika. Nie wiem, czy to najlepszy pomysł, ale tylko to znalazłam w zamrażarce, a jakoś sklep mięsny był mi nie po drodze. W postaci bryły lodu, zawiniętej w dodatku w wielką foliową reklamówkę, polędwica z dzika sprawiała wrażenie zacnej i całkiem sporej, jednak w miarę rozmrażania stawała się coraz mniejsza, by wreszcie przybrać rozmiar niewielkiej kulki, więc teraz się stresuję, czy wystarczy dla wszystkich. Umyte mięso przekładam do glinianej formy, polewam octem winnym, wódką, miodem, musztardą, pieprzę, solę i dorzynam charakterystyczny, ciężki zapach mięsa majerankiem. Otulam je warzywami korzeniowymi i wsuwam na cztery godziny do piekarnika. Zyskuję czas na nakrycie stołu, co jest moją ulubioną i relaksującą czynnością. Tym razem niestety jest inaczej. Niechcący pociągam za sobą obrus i słyszę, jak z brzękiem na drewnianej podłodze rozbija się moja ulubiona zastawa. Oczywiście nie cała, zaledwie pięć talerzy, ale to wystarczy, żeby zdekompletować serwis po babci. Chce mi się płakać, a to dopiero początek lawiny katastrof.

Ktoś, po chwili rozpaczy okazuje się, że Olaf, włożył do zmywarki kryształowe kieliszki, które po cyklu intensywnego mycia, namaczania i szorowania nie dość, że są matowe, to w dodatku noszą wyraźne ślady zarysowań. Cholera jasna.

Wreszcie rozstawiam na obrusie siedem talerzy, serwetek i dalej, mnożąc przez siedem, nakrywam do obiadu, i nareszcie mogę się zająć swoim wyglądem. Teoretycznie oczywiście, bo okazuje się, że mam zaledwie dziesięć minut, czyli akurat tyle, żeby wskoczyć w czarną sukienkę i nie zdążyć na nowo pomalować paznokci. Odpryśnięty żel nie wygląda elegancko, więc w desperacji nakładam kolejną warstwę czerwonego lakieru, licząc na słaby wzrok starszych państwa. Dzieci, jakby wyczuwając moje napięcie, zamiast grzecznie siedzieć przed telewizorem, co w naszym domu jest limitowaną przyjemnością, łażą za mną, dopytując:

– A kto przyjdzie?

– Rodzice Olafa.

– A po co?

– Żeby nas poznać.

– Ale po co?

– Bo są ciekawi, gdzie teraz mieszka ich syn.

– A dlaczego?

– Bo dobrze to wiedzieć.

Uznaję, że najprostsze odpowiedzi są najlepsze, i tym sposobem udaje mi się, z chórem głosów za plecami, wytuszować rzęsy i przypudrować nos. Antoś dla odmiany zasnął i podejrzewam, że po dwóch godzinach drzemki uśpienie go wieczorem będzie niemożliwe.

Gdy zamykam puderniczkę, dzwoni dzwonek i wszystkie trzy zbiegamy na bosaka po schodach. Dziewczynki dopadają drzwi i przyklejają nosy do szyby, ja natomiast mocuję się ze szpilkami, które jak na złość nie chcą się wsunąć na stopy. Wreszcie udaje mi się spasować nogi z butami i prostuję się w chwili, gdy Olo otwiera drzwi.

Stojący w progu beżowi starsi państwo są bardziej wystraszeni niż ja i daje to cień nadziei, że nasze stosunki ułożą się pozytywnie, a przynajmniej nie zaczną zgrzytać od pierwszego momentu.

– Dzień dobry, zapraszam. Jestem Nina.

Ponieważ nadal stoją bez ruchu na zewnętrznej wycieraczce, do powitań dołącza Olaf, siłą wciągając ich do środka.

– No, co tak stoicie? Wchodźcie.

– Cześć, synu, dzień dobry pani. – Pierwszy trzeźwieje ojciec i wyciąga do mnie ciepłą, twardą dłoń. – Roman jestem. No, Mariola, chodźże, kobieto. Nie stój tak. A wy, moje panny, to pewnie Marysia i Klara?

– Tak. – Klara jak zwykle radośnie podskakuje na jednej nodze, natomiast Marysia najchętniej wskoczyłaby mi pod spódnicę, gdyby ta była długa i na krynolinie, a ponieważ jestem w krótkiej sukience, boleśnie wbija się w moje udo.

– Dzień dobry, pani Nino. – Głos pani Marioli jest tak niepewny, jak i budzący zaufanie swoim ciepłem, co sprawia, że automatycznie się rozluźniam.

– Zapraszam. Nie stójmy tak w progu.

– A, przecież, kwiaty dla pani domu.

Roman podaje mi bukiet smutnych czerwonych róż, które podczas takiego upału domagają się reanimacji w wannie z zimną wodą. Przyjmuję je jednak z zadowoleniem, wychwalając głośno bujność kwiecia i jego nietuzinkowy kolor, w duchu zaś klnąc na kwiaciarkę, bo nie poobcinała kolców, które boleśnie wbijają się w palce.

– Dla was, dziewczęta, też coś mamy. Mariolka, no, chodź tu, kobieto. Gdzie masz czekoladki?

Po chwili dwie fioletowe tabliczki lądują w rękach córek, które szczebiotliwie dziękują i dając sobie znaki na migi, znikają na piętrze.

Mama Olafa jest zadbaną kobietą, której niewyszukany sposób ubierania się przydaje szykowności. Prosta sukienka zapinana na szereg małych guziczków przypomina przedwojenną szmizjerkę, a związane w koński ogon ciemne, przetykane siwymi nitkami włosy są dowodem na to, że nie młodość jest dla niej najważniejsza. Pozbawiona makijażu twarz błyszczy, odbijając się w srebrnych kolczykach. Nie potrafię oderwać wzroku od brodawki na podbródku, z której wyrastają trzy czarne włoski, i wiem, że głównie do niej będę mówiła dzisiejszego wieczoru. Besztam się za te niepoprawne spostrzeżenia i przenoszę wzrok na ojca Olafa, który z mieszaniną zadowolenia i podziwu ogląda mieszkanie.

– Pięknie mieszkacie. Nie można powiedzieć. Ma pani gust.

– Dziękuję.

– Sama pani to wszystko robiła?

– Nie, skąd. Ja tylko wymyśliłam, co ma być i jak.

– O to, to. Właśnie o to pytam. Ma pani znakomity gust. My, pani kochana, to skromne ludzie jesteśmy, u nas takich luksusów nie ma, więc niech się pani nie dziwi, że się rozglądamy.

– Proszę bardzo. I proszę mi mówić Nina.

Goście najwyraźniej toczą wewnętrzną walkę, czy też mają pozwolić, bym się do nich zwracała po imieniu. Nie wystarcza im jednak śmiałości, żeby to zaproponować, więc nadal będę im „panować” i „paniować”.