Dwie twarze. Życie prywatne morderców z AuschwitzTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Dwie twarze. Życie prywatne morderców z Auschwitz
Dwie twarze. Życie prywatne morderców z Auschwitz
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 77  61,60 
Dwie twarze. Życie prywatne morderców z Auschwitz
Audio
Dwie twarze. Życie prywatne morderców z Auschwitz
Audiobook
Czyta Magdalena Schejbal
38,50 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Projekt okładki i stron tytułowych

Piotr Majewski


Redaktor prowadzący

Maria Magdalena Miłaszewska


Redakcja merytoryczna

Agnieszka Horzowska


Redaktor techniczny

Joanna Wasilewska


Korekta

Joanna Markiewicz


Zamieszczone w książce relacje i dokumenty pochodzą ze zbiorów Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau. Wydawnictwo i Autorka dołożyli wszelkich starań, aby dotrzeć do właścicieli praw do materiałów zamieszczonych w tej książce.


Copyright © by Nina Majewska, Warszawa 2020

Copyright © for this edition by Dressler Dublin sp. z o.o.,

Ożarów Mazowiecki 2020


Wydawca:

Bellona

ul. Hankiewicza 2

02-103 Warszawa

www.bellona.pl


Dołącz do nas na Facebooku:

www.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona

Księgarnia internetowa:

www.swiatksiazki.pl


Dystrybucja:

Dressler Dublin sp. z o.o.

ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki

tel. (+ 48 22) 733 50 31/32

e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl

www.dressler.com.pl


ISBN 978-83-11-15974-7


Skład wersj ielektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Wystarczy, by dobrzy ludzie nic nie robili, a zło zatriumfuje.

Edmund Burke


Ignorancja częściej niż wiedza budzi większą pewność siebie.

Karol Darwin


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym
20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1

Ależ jestem podekscytowana. Serce bije jak oszalałe, co rusz tracąc rytm. Robi mi się na przemian zimno lub gorąco i nie potrafię usiedzieć w miejscu. Nie dalej jak miesiąc temu mój kochany Hans wreszcie się oświadczył. Marzyłam o tej chwili miesiącami, to tracąc nadzieję, to kurczowo trzymając się marzeń, że jednak w końcu ten dzień nadejdzie, i naiwnie wyobrażając sobie tę szczególną chwilę w wyjątkowo romantycznej i pompatycznej odsłonie.

Tymczasem, jak zazwyczaj bywa, stało się to w najmniej oczekiwanym momencie i bynajmniej nie było szczególnie lirycznie. Bez kwiatów i szampana, na niebie nie pojawiła się tęcza, a chóry anielskie nie zaśpiewały uroczyście. Co w obliczu tej cudownej decyzji na całe życie okazało się najmniej istotne. I choć pewnie nie powinnam być zaskoczona, bo przecież spodziewałam się tego od tygodni, to jednak gdy po obfitej kolacji z rodzicami, z dobrym winem i wybornym keksem w rolach głównych, Hans szarmancko przyklęknął na naszym tarasie, odebrało mi mowę.

Był przyjemny, ciepły wieczór. Przytłumione światło sączyło się przez szpary w zielonej aksamitnej zasłonie wielkiego salonowego okna, gdzie rodzice popijali herbatkę z państwem Kügel. Panowie, jak zwykle z cygarami w dłoni, popijając ciężką brandy, deliberowali o tym, co dzieje się na froncie i kto powinien bardziej wspierać działania wojska, i snuli plany o włączeniu niewielkiej fabryki tekstylnej pana Kügla w misterny plan Hitlera. Franz z wypiekami na twarzy przeliczał potencjalne zyski, które pojawiły się na horyzoncie zmian społeczno-gospodarczych, a ojciec, aptekarz z wielopokoleniową tradycją, cmokał z zazdrością. Panie dla odmiany skupiły się na narzekaniu na drożyznę i coraz większe kłopoty ze zdobyciem luksusowych kremów, bez których nie wyobrażały sobie życia.

Wojna wydawała się odległa i co najwyżej trochę uciążliwa w codziennym życiu, a w towarzystwie pielęgnowano przekonanie o jej słuszności. Poczuliśmy, że wreszcie jako wycieńczony poprzednią wojną naród wstajemy z kolan i świat winien się nam podporządkować. Poza wszystkim przecież wojna nakręcała koniunkturę i działa się w miejscach, które odwiedzało się sporadycznie w czasie urlopów. W gruncie rzeczy ginęli na niej obcy ludzie, choć oczywiście niemieckie matki drżały o życie wysłanych na nią synów.

Przegoniłam ponure myśli o tym, że mój Hans jako esesman gra w tej grze pierwsze skrzypce. Odpędziłam strach, skupiając się na czułych słowach, które rozkosznie pieściły moje uszy. Do dziś pobrzmiewają mi w głowie, wywołując przyjemne dreszcze.

– Ann, kocham cię ponad wszystko, czy zostaniesz moją żoną?

Z westchnieniem ulgi, które, mam nadzieję, mój narzeczony wziął za wzruszenie, zgodziłam się natychmiast. Może uczyniłam to nazbyt gorliwie i pospiesznie, ale takie chwile nie zdarzają się przecież często. Dostałam niewielki złoty pierścionek z małą perełką, który od razu stał się moim najcenniejszym skarbem i z którym się nie rozstaję, wraz z obietnicą dozgonnej miłości i troski.

Świat nagle wydał się jakby radośniejszy i bardziej kolorowy. Gwiazdy na nieboskłonie radośnie migotały, puszczając do nas oczko, obiecując magiczne, słodkie życie.

Teraz mamy tyle cudownych planów, tyle jest przed nami! Dom, spokój, rodzina, trójka, a może nawet czwórka dzieci. Po poprzedniej wojnie, która przetoczyła się przez Europę, wszyscy opadliśmy z sił, a kraj zmiażdżył bezlitosny walec kryzysu i marazmu. Wielu głód, brak pracy, środków do życia i beznadzieja zajrzały do oczu i kto choć raz doświadczył tego wszystkiego, ten wie, jak trudno się dźwignąć i rozpocząć życie na nowo. Że nie sposób przestać się bać. My mamy taką szansę. Ogromną szansę nie tylko na szczęśliwe małżeństwo, ale również na karierę i wygodne życie. W myśl starego powiedzenia, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, jesteśmy przekonani, że tamta wojna była potrzebna, by uświadomić nam, Niemcom, że tylko współdziałając, jesteśmy w stanie przezwyciężyć nędzę i brak perspektyw. A zjednoczeni nie damy się nikomu i niczemu zatrzymać.

Marzy mi się mały domek ze spadzistym dachem i zielonymi okiennicami, z ogródkiem, w którym uprawiałabym wonne herbaciane róże, dzieci bawiłyby się radośnie z psem, a Hans hodowałby swoje ukochane króliki. Nie wiem, skąd w nim takie upodobanie do tych kicających stworzeń, ale muszę przyznać, że bywają urocze.

Papa jest bardzo dumny, bo mój Hans nie dość, że jakieś trzy lata temu wstąpił do SS, to w ostatnich dniach awansował. Nie rozumiem dokładnie, co to znaczy, ale skoro mój narzeczony jest z tego tak zadowolony i dumny, ja również nie posiadam się ze szczęścia. Moja starsza siostra, Elsi, której zawsze się wydaje, że wszystko wie najlepiej, teraz chodzi jak niepyszna. Jej Günter nawet nie należy do SS, jest zwykłym żołnierzem Wehrmachtu, w dodatku nie wiedzieć czemu nie wysłali go na front. Dostał przydział do pobliskiej jednostki i jak dla mnie nie ma się czym pochwalić, bo przebywanie na miejscu, przy domu, niewiele ma wspólnego z prawdziwą wojną i bohaterstwem.

Jestem dumna, że Hans może lepiej przysłużyć się Führerowi, że jest ceniony i rzeczywiście coś znaczy. W dzisiejszych niespokojnych czasach to niezwykle ważne. Jego awans co prawda może oznaczać konieczność zamieszkania z dala od rodziny, ale jestem gotowa na ten nieunikniony krok. Wiem, że mnie kocha, otoczy troską i nie da nikomu skrzywdzić. Teraz widuję go sporadycznie, gdy przyjeżdża do Berlina na przepustki, a tak miałabym go stale przy sobie.

Wieczorem przed zaśnięciem przymykam oczy i marzę o naszym nowym domu, o dzieciach, bo przecież zakładamy, że zgodnie z wolą Führera będziemy mieli gromadkę maluchów, ale najbardziej cieszę się na myśl o ślubie. Marzenia są najsłodszą pożywką szczęścia, jednak ich nadmiar odbiera mi sen. Nie potrafię przestać się zastanawiać, planować, a im intensywniej rozmyślam, tym większe stada niespokojnych, lecz radosnych motyli krążą w moim brzuchu. Oczywiście nie weźmiemy ślubu w kościele, to jest passé. Myślimy raczej o jakiejś uroczej, dzikiej polanie, może ukwieconej łące, na której przysięgniemy sobie miłość, wierność, wzajemną troskę i że nawet śmierć nas nie rozłączy. Zastanawiam się, w co się ubiorę. Moje przyjaciółki coraz częściej rezygnują z białych sukienek i też jestem zdania, że niekoniecznie muszę taką mieć. Wydaje mi się, że bardziej twarzowe są ostatnio modne kwieciste tkaniny.

Ze ślubem jest sporo zamieszania, bo Hans marzy o tym, by wpisać nas do wielkiej księgi rodów SS. Zastanawiam się, czy dla mnie wspólnota rodów ma jakieś szczególne znaczenie, i ze zdziwieniem odkrywam, że tak. Coraz bardziej rozkwita we mnie duma z tego, że jestem Niemką, a wpisanie do tej szczególnej księgi byłoby ukoronowaniem dotychczasowego życia. To jak przepustka do wyższej kategorii ludzi, do lepszego świata, niedostępnego dla byle kogo z ulicy, ba, nawet dla zwykłych rodaków, którzy nie mają związków z SS. To swoiste potwierdzenie czystości krwi, przynależności do wyjątkowej aryjskiej rasy i gwarancja, że nasze dzieci będą miały w życiu łatwiej – nie będą musiały udowadniać swojego pochodzenia i ominie je ten cały ambaras ze zbieraniem dokumentów, ale przede wszystkim staną się elitą i przyszłością tego kraju.

Szczerze mówiąc, teraz, w czasie wojny, jest niezłe szaleństwo z dostarczeniem do Głównego Urzędu Rasy i Osadnictwa SS tych wszystkich aktów urodzenia, ślubów i zgonów. Mam wrażenie, że my, młodzi Niemcy, nie zajmujemy się niczym innym, tylko tworzeniem rodzinnych drzew genealogicznych, w których ze szczególną uważnością oglądamy każdy listek i korzonek, sięgając „pamięcią” nawet do połowy osiemnastego wieku. Tak jest w naszym przypadku, bo Hans jako oficer musi udokumentować nasze pochodzenie aż od 1750 roku.

 

– Kojarzysz rodziców ciotki Adelajdy? – Hans, pochylony nad dokumentami, delikatnie przygryza ołówek.

Nie znoszę tego jego przykrego nawyku, bo przez niego wszystkie ołówki w domu noszą ślady zębów i trzeba je chować przed znajomymi i rodziną, żeby nie pomyśleli sobie, że jesteśmy jakimiś flejtuchami.

– Nie mam o nich pojęcia.

– Zapytasz matkę?

– Mogę, oczywiście, tylko nie mam pewności, czy będzie coś wiedzieć.

Żółte, ciepłe światło niewielkiej lampki wiszącej nad stołem w kuchni sprawia, że okoliczne sprzęty spowija gęsty cień. Oczywiście moglibyśmy zapalić kolejną lampę, ale ta daje wrażenie intymności. W dodatku nasze twarze wydają się w jej blasku bardziej wypoczęte i świeże. Moja matka, jak zwykle pod pretekstem migreny, z wilgotną szmatką na czole leży na szezlongu w pokoju na górze, co w moim odczuciu po prostu umożliwia jej uniknięcie uciążliwego towarzystwa ojca. Nie wiem, co się stało z moim radosnym papą, ale od wielu tygodni dosłownie nie sposób się z nim porozumieć. Stracił zainteresowanie czymkolwiek innym niż wojna. Przestał troszczyć się o mamę, o nas, o dom, wiecznie tylko spotyka się w pijalniach piwa1 ze znajomymi, z którymi omawia kolejne aspekty ruchów wojsk, strategii i polityki, spekuluje, jak można by na wojnie zarobić, zupełnie jakby coś od niego zależało.

Jak dla mnie jest zwykłym aptekarzem, który poza sprzedażą większej ilości jodyny, bandaży i środków opatrunkowych ma niewiele wspólnego z zaszczytnymi ranami i tą całą wojną. Zresztą nie wiem, o co tyle krzyku. Najważniejsze, że wygrywamy. I gdyby tylko inne narody zrozumiały sens tego, co się dzieje, nie trwałoby to tak długo. W marcu 1938 roku Austriacy poddali się w zasadzie bez jednego wystrzału, rozumiejąc, że z nami nie wygrają i że mamy rację, a pod naszymi rządami kraj może się tylko gospodarczo rozwinąć, tak przynajmniej twierdzi pan Kügel. W mojej ocenie bardzo słusznie. Dzięki temu nie ryzykowali zdrowia bliskich, utraty domów i majątków, a może i odetchnęli z ulgą, że teraz przynależą do takiej wspólnoty narodowej jak nasza. Jestem przekonana, że dzięki temu ich życie może się tylko polepszyć.

– Ann, co się dzieje?

– Nic, nic, trochę się zamyśliłam.

– Ale nie zmieniłaś zdania?

Budzę się jak z letargu i spanikowana przyglądam mojemu przystojnemu narzeczonemu. Czyżby miał jakieś wątpliwości?

– Nie, skąd, a ty? – Zdziwiona wpatruję się w niego tak intensywnie, że bezwiednie łzy napływają mi do oczu. Nie zniosłabym, gdyby teraz się wycofał, zrezygnował. Kocham go tak bardzo, że aż zapiera mi dech. Jest taki czuły, dobry, troskliwy. Nie może mnie zostawić! Zaczynam nieświadomie panikować.

– Ej, głuptasie, co się dzieje? – Hans powoli się podnosi i podchodzi tak blisko, że wyraźnie czuję pieprzowo-piżmowy aromat jego wody kolońskiej.

Stoję jak słup soli, nie mogąc się poruszyć.

– Kotku? – Otula mnie całym sobą, przyciska do szorstkiego munduru, gładzi delikatnie po plecach. Lekko się kołyszemy, a on czule całuje mnie w czoło, w usta, szyję i… niespodziewanie pękam. Zaczynam płakać. – Rozmyśliłaś się?

Delikatnie potrząsam głową, a on, chyba zaniepokojony, wyciąga z kieszeni spodni wielką batystową chustkę w czarno-brązową kratę. Ociera mi łzy i wciska ją do ręki, żebym mogła wydmuchać nos.

– Ja… ja – jąkam się nieskładnie i pluję śliną. – Ja tak bardzo, tak bardzo… – Nabieram powietrza w płuca, aż rozciągnięte do granic możliwości pęcherzyki zaczynają pobolewać. – Ja…

– Tak? – zachęca mnie, wyraźnie wyczuwam jego zdenerwowanie.

Kolejny raz nabieram powietrza.

– Tak bardzo cię kocham. Nie zniosłabym, gdybyś mnie zostawił, odebrałabym sobie życie, jesteś całym moim światem. – Wbrew sobie mówię to wszystko, przed czym przestrzegała mnie matka.

Od kiedy pamiętam, powtarzała nam, że nie wolno przed mężczyzną do końca zdradzać swoich uczuć, myśli i pragnień:

– Jeśli powiesz wprost, szczerze, co ci leży na sercu, jak wielkim darzysz go uczuciem, przestaniesz być dla niego atrakcyjna. Pamiętaj: mężczyźni cenią sobie tajemniczość. Oni są jak myśliwi, którzy gonią za zwierzyną. Ty jesteś takim króliczkiem, który ma uciekać, wymykać się z rąk, on musi za nim biec. Masz być nieprzewidywalna, stanowić zagadkę. Stracisz wszystko, jeśli obnażysz swoje wnętrze. On znajdzie innego króliczka, za którym pobiegnie w nieznane z nadzieją, że zaskoczy go czymś nowym.

Oczywiście przy każdej nadarzającej się okazji podkreślała, że mała niedyspozycja, migrena czy słabość jest nie tylko znakomitym sposobem, by trochę odpocząć od towarzystwa, czyli głównie od męża, ale też stanowi miarę tego, jak jesteśmy kochane. Czy on się zatroszczy, zmartwi, czy będzie wokół nas chodził na paluszkach? I dopóki tak będzie, nie mamy czym się martwić, ale jeśli przestanie tak robić, powinien to być dla nas sygnał ostrzegawczy.

A ja? Zrobiłam wszystko źle! Jak naiwna, roztrzepana i rozdygotana nastolatka wyłożyłam wszystkie karty na stół, nie zostawiając sobie niczego w zanadrzu. Ta niepewność, ta cała miłość najwyraźniej odebrała mi rozum. Nigdy się tak nie czułam, nie kochałam tak mocno. Wystraszona drżę, czy moje wyznanie coś zmieni w naszej relacji. Mam nadzieję, że nie.

Tymczasem Hans ujmuje moją brodę i zmusza do uniesienia głowy. Kciukiem ściera ostatnią łzę, która nieśmiało wypływa spod powieki.

– Przepraszam, nie powinnam tego mówić.

– Wiesz, że jesteś głupiutka?

– Dziękuję, właśnie tego się obawiałam. – Biorę głęboki oddech i zła na siebie mimowolnie zaczynam się dąsać.

– Nie w tym sensie.

– To znaczy? – Pogubiłam się zupełnie i już nie wiem, co powinnam o tym wszystkim myśleć.

– Głupiutka, że się tym martwisz. – Hans uśmiecha się łobuzersko. – Cieszę się, że wprost powiedziałaś, co do mnie czujesz. To bardzo miłe. Mam nadzieję, że wiesz, że nie jesteś mi obojętna, ale…

Nie słyszę, co mówi dalej, bo powoli docierają do mnie jego słowa: „nie jestem obojętna” to zdecydowanie inna skala niż miłość, w dodatku znowu powiedział, że jestem głupiutka, co przywołuje na myśl synonimy: naiwna, nierozsądna, dziecinna, śmieszna…

– Słuchasz mnie?

– Przepraszam, zamyśliłam się. Nie wiem, dlaczego dopiero teraz ze mną zrywasz, po tym, jak dałeś mi nadzieję…

– Kotku, chyba nie usłyszałaś, co powiedziałem. – Lekko szczypie mnie w policzek. – Jesteś niemądra, że martwisz się tym wyznaniem. Myślałem, że nigdy nie usłyszę, jak bardzo mnie kochasz, a teraz tylko utwierdziłaś mnie w słuszności wyboru na żonę tak wspaniałej kobiety. Też cię kocham, jakbyś stała się moim powietrzem, słońcem, życiem. Jesteś dla mnie wszystkim i uczynię wszystko, żebyś była szczęśliwa.

– Żebyśmy byli szczęśliwi – mówię bardzo cichutko i wspinam się na palce, by złożyć na jego ustach słodki pocałunek.

Nie możemy pozwolić sobie na dłuższą pieszczotę, bo zza drzwi dobiega szuranie i postękiwanie świadczące o tym, że ojciec wstał z fotela. W obawie, że mógłby nas przyłapać na czułościach, pospiesznie wracamy do rozłożonych na stole dokumentów.

– Jesteś pewien, że Günter i Friedrich się nie wycofają?

– Oczywiście. Günter jest moim przyjacielem jeszcze z piaskownicy, a Friedricha znam od kilku lat. Służymy w tej samej jednostce i z pewnością zrobi to, o co go poprosiłem. Obaj potwierdzą twoje narodowosocjalistyczne przekonania. Zresztą wasza rodzina, z tego, co wiem, bardzo wspiera partię, więc nie masz się czego obawiać.

– W sumie tak, ale jak sobie pomyślę, że nasze podanie o zawarcie małżeństwa może trafić na biurko samego Heinricha Himmlera2, mam ciarki na plecach.

– Zupełnie niepotrzebnie. Ja mam nadzieję, że to właśnie on własnoręcznie podpisze zgodę na nasze małżeństwo i podejmie decyzję o wpisaniu nas do księgi rodów SS.

– Wiem, jakie to dla ciebie ważne, i dlatego jestem pełna obaw. A jeśli się okaże, że w naszej rodzinie, nie daj Boże, był jakiś Żyd?

– Nawet tak nie mów, wypluj te słowa! Ja boję się tylko tego, że może ktoś z naszych przodków pochodził z nieprawego łoża i że natkniemy się na wpis „ojciec nieznany”. Podobno sam Josef Mengele3, znajomy pana Kügla, miał właśnie taki problem i nie został wpisany do księgi.

– Widzisz, a ty dziwisz się, że się stresuję. – Wydymam usta. – W takim razie zaczynam się martwić podwójnie.

– Przecież twój ojciec należał do Thule4.

 

Rzeczywiście, jakoś wyleciało mi to z głowy. Dowiedzieliśmy się o tym przez przypadek, ale do końca nie pojmowałam, co to może dla nas oznaczać, w dodatku papa nie chciał o tym nic więcej powiedzieć.

Moje zmartwienia i obawy były udziałem wielu młodych kobiet, które pragnęły stanąć na ślubnym kobiercu z esesmanem. Wszyscy studiowali rodzinne dokumenty, przeglądali księgi parafialne i urzędowe akta.

W zasadzie powinniśmy do podania do RuSHA5 dołączyć około stu osiemdziesięciu, albo więcej, poświadczeń tego, co działo się z naszymi przodkami, z kim mieszali krew i łączyli się w miłości, znaleźć dwóch wiarygodnych świadków, którzy zaświadczą o naszych politycznych przekonaniach, a ja, jako kobieta, strażniczka rasy, muszę przejść stosowny sześcio-tygodniowy kurs małżeński, na którym, obok szkolenia politycznego, dowiem się, jak prowadzić dom, opiekować się dziećmi i wychować nasze potomstwo w nazistowskim duchu, tak by kiedyś mogło zasilić szeregi SS.

Jestem już w jego połowie, no, może trzech czwartych, i jestem bardzo podekscytowana. Nie tylko dowiedziałam się, jak być dobrą matką, ale też troskliwą, wyrozumiałą żoną, co jest szczególnie istotne teraz, w czasie wojny, gdy nasi mężowie narażeni są na ogromny stres. Oczywiście zostałam zachęcona do urodzenia jak największej gromady dzieci, ale akurat do tego nie musieli mnie namawiać. Zawsze żałowałam, że jesteśmy z siostrą tylko we dwie. Wyjaśniono mi też, co powinniśmy robić, by nasze pociechy wyrosły na dumnych Niemców. Jak sprawić, by miały właściwe podejście do rówieśników, jak wpoić im patriotyzm, oddanie, a także poświęcenie dla ojczyzny i miłość do Führera6.

Kilka dni temu mama trochę mnie uspokoiła, gdy wspomniała o pewnym człowieku, który zawodowo zajmuje się takimi poszukiwaniami dokumentów. Nie jest tani, ale z pewnością lepiej przygotowany od nas i łatwiej mu będzie pozyskać stosowne zaświadczenia7.


Poradnik dla przyszłych żon (z archiwum prywatnego)


Tak czy inaczej, nie mogę się doczekać, kiedy złożymy podanie o zawarcie małżeństwa, no i oczywiście samego ślubu. Długo dyskutowaliśmy z rodzicami, gdzie powinniśmy zamieszkać. Rodzice Hansa nie są szczególnie zamożni i mają tylko mieszkanko na tyłach ponurej kamienicy w Ulm, w którym mieszka już ich najmłodszy syn z żoną i dwójką małych dzieci. Nie znoszę tych wiecznie rozwrzeszczanych maluchów, które nikogo nie szanują i nie słuchają, dlatego skłaniam się ku propozycji zamieszkania w Berlinie, blisko moich rodziców.


Poradnik dla przyszłych żon (z archiwum prywatnego)


– Dziecko drogie, jak ty sobie wyobrażasz mieszkanie tylko z Hansem?

Bardzo sobie wyobrażam, tym bardziej że mama nieustająco narzeka na wszystko i wszystkich. Chyba drażni ją, że jej mała córeczka już nie jest taka mała, zaczyna żyć na własny rachunek i, co gorsza, mieć własne zdanie.

Pamiętam, co się działo, gdy Elsi brała ślub. Mama pragnęła nad wszystkim panować, co w jej mniemaniu oznaczało podejmowanie wszelkich decyzji: o miejscu i czasie uroczystości, sukni Elsi, liście gości i nowym adresie młodych. Wtedy postanowili kupić mieszkanie dla nowożeńców przy tej samej ulicy, przy której stoi nasza willa. I tak się stało, że siostrze przypadło całkiem ładne i słoneczne piętro trzy budynki dalej, w domu po starej pannie Klimke, która odeszła z tego świata rok przed ich ślubem. Pani Klimke nie miała dzieci, a siostrzenice, którym zapisała majątek, w 1935 roku przeprowadziły się do Stanów Zjednoczonych. Najwyraźniej nie spieszyło im się ze spieniężeniem nieruchomości, bo przez rok stała opuszczona i niszczała. Wreszcie podzielono dom na dwa niezależne mieszkania i to na piętrze, jasne i przestronne, przypadło Elsi.

Nie mam wątpliwości, że była niezwykle wdzięczna rodzicom za pomoc, ale też doskonale zdaję sobie sprawę z uciążliwości tak bliskiego sąsiedztwa i wynikających z niego ciągłych dyskusji. Matka stale kwestionuje jej wybory, powtarzając, że „na jej miejscu” podjęłaby inną decyzję, że są ładniejsze serwisy kawowe, chociażby takie ze złotą otoczką, niż ten, na który zdecydowała się siostra, że o złej porze kładą córkę spać, że ogrodnik krzywo przyciął żywopłot, że zięć zbyt często spędza wieczory poza domem i „na miłość boską, dokąd tak stale wychodzi”, a w dodatku domaga się nieustannie odwiedzin wnuczki, która jest babcią i jej ciągłym biadoleniem szczerze znudzona.

– Mamo, daj spokój.

– Nie, moje dziecko, nie dam. A co zrobisz, jak Hans wyjedzie?

– Będę na niego czekać w naszym domu. Mam nadzieję, że z dzieckiem.

– To ty jesteś przy nadziei?! – Mama się ożywia. Nie jestem pewna, czy z oburzenia, czy z podekscytowania, że może kolejny raz zostanie babcią.

– Nie, oczywiście że nie!

– Tak czy owak, mnie się to nie mieści w głowie!

Do dyskusji nieoczekiwanie włącza się mój narzeczony, który kategorycznie oświadcza:

– Dostanę mieszkanie służbowe.

Zapada niezręczna cisza, bo sama jestem tym bardzo zaskoczona. Słychać tylko głośne, niespieszne tykanie starego zegara stojącego w kącie salonu.

– Mieszkanie?

– Tak, to miała być niespodzianka i nie chciałem uprzedzać faktów, ale skoro o tym mówimy, to mam obiecany, jak to się mówi, wikt, opierunek i zakwaterowanie w miejscu, gdzie zostanę oddelegowany. Nawet oczekuje się ode mnie, że przyjadę na nowe miejsce z całą rodziną, czyli w moim przypadku z żoną. – Mruga do mnie i przyjemne ciepło rozlewa się po moim ciele.

– Zuch chłopak. – Ojciec głośno uderza dłońmi o kolana i po raz pierwszy zabiera głos, co brzmi niczym wystrzał armatni, by po chwili na powrót pogrążyć się w rozmyślaniach na temat wojny i własnych interesów.

W końcu staje na tym, że do czasu, aż Hans dostanie nowy przydział, zamieszkamy w dwóch pokojach gościnnych na parterze w domu rodziców. Nie jestem z tego szczególnie zadowolona, ale myśl o czułych chwilach z Hansem i jego obecności osładza wszystkie troski.

Wreszcie po nieznośnie długich tygodniach oczekiwania, poprzedzonych tygodniami gromadzenia dokumentów, za które słono zapłaciliśmy, otrzymujemy wymarzoną zgodę na ślub i ku radości wszystkich – decyzję o wpisaniu do księgi rodów SS. Jesteśmy z siebie niezwykle dumni i szczęśliwi. Jednocześnie stajemy się chlubą rodziny, co muszę przyznać, jest dość przyjemnym uczuciem.

Trudno mówić o wielkich przygotowaniach do ślubu. Zwyczajnie zapraszamy najbliższą rodzinę i moje dwie przyjaciółki z mężami. Niestety okazuje się, że brat Hansa, Rudolf, nie pojawi się na uroczystości, bo akurat dostał rozkaz wyjazdu do Prus Wschodnich. Może to i lepiej, bo jakoś za nim nie przepadam. Jako starszy brat jest zarozumiały i nadęty, no i za nic ma kobiety, twierdząc, że ich miejsce jest w kuchni, a rolą nie jest myślenie, tylko wykonywanie poleceń męża. Nie wiem, skąd u niego tak radykalne poglądy i taka pogarda, i w głowie mi się nie mieści, że jakimś cudem znalazł żonę. Ann Marie jest milcząca i pokorna jak owieczka, zupełnie jakby nie miała mózgu i własnego zdania. Może tak jest w życiu łatwiej? Ale z drugiej strony, jakże takie życie musi być nudne i monotonne. Mam wrażenie, że Rudolf nie tylko wyrugował z żony zdolność samodzielnego myślenia, ale też pozbawił ją marzeń. Dobrze, że mój Hans jest inny.

Teściowie przyjeżdżają dzień przed ślubem i od razu zaczynają się wtrącać i narzekać. Okazuje się, że nie akceptują ślubu poza kościołem, i na nic zdają się tłumaczenia, że teraz jest inaczej i sam Hitler popiera organizowanie ceremonii w innych miejscach. Jestem zdziwiona, że są tak gorliwymi katolikami. W tych czasach? Zdumiewające. Nie rozumiem, jak mogą nie pojmować, że wracamy do pierwotnego germańskiego kultu piękna i przyrody8. Teściowej nie podoba się moja prosta bladobłękitna sukienka i nie może zrozumieć, że teraz nie ozdabia się głowy welonem9. Teść dla odmiany nie może przeboleć, że nie pojawią się Rudolf z rodziną i że planujemy, tak jak to jest w modzie, bardzo skromną uroczystość.

– Nie możecie poczekać?

– Oczywiście, że nie. Kochamy się, mamy zgodę…

– Ale twój brat… – Helga, moja przyszła teściowa, głośno manifestuje swoje niezadowolenie, złowrogo przypatrując się synowi.

– Mamo, daj spokój. Trwa wojna, dziś jego wysłano na front, jutro mogą wysłać mnie. Nie sądzisz, że obecnie zebranie całej rodziny nie wchodzi w grę?

– Ja na waszym miejscu…

Na szczęście nie jest na naszym miejscu i, tak jak planowaliśmy, pobieramy się w ogrodzie rodziców kolejnego dnia w samo południe. Jest cudna pogoda, słońce leniwie pieści nasze zarumienione szczęściem twarze, a pobzykiwanie krążących między kwiatami pszczół i bąków tworzy sielską melodię, która już zawsze będzie mi się kojarzyć z tą chwilą.

Grają skrzypce, moja kuzynka recytuje podniosłym głosem wiersz, a następnie urzędnik odczytuje fragmenty Mein Kampf. Jesteśmy poruszeni i przekonani, że biorąc ślub, uczestniczymy w pewnej misji. Nawet teściowa wydaje się wzruszona.

Potem, jak większość nowożeńców, wsłuchujemy się w słowa:


O dziecku i o małżeństwie


Mam jedno pytanie dla ciebie jedynie, bracie mój. Rzucam je jako ołowiankę w twą duszę, abym jej głębię zmierzył.


Jesteś młody i życzysz sobie dziecka, i o małżeństwie zamyślasz. Ja zaś pytam ciebie: zaliś jest człowiekiem, któremu wolno życzyć sobie dziecka?


Zaliś jest zwycięzcą, samopogromcą, rozkazodawcą zmysłów, panem cnót swoich? Tako cię pytam.


Czy też przemawia z twego życzenia zwierzę i jego potrzeba? Lub też osamotnienie? Albo też niezgoda z samym sobą?


Pragnę, by twe zwycięstwo i twa wolność tęskniły za dzieckiem. Żywe pomniki stawiać winieneś swemu zwycięstwu i swemu wyzwoleniu.


Ponad siebie budować winieneś. Lecz przede wszystkim musisz mi być sam zbudowany, umierny na ciele i duchu.


Nie tylko w liczbę mnożyć się winieneś, lecz wzwyż. I niech ci ku temu służy ogrójec małżeństwa!


Wyższe ciało stworzyć winieneś, pierwszy ruch, z siebie toczące się koło – tworzącego stworzyć powinieneś.


Małżeństwo: tak oto zowię wolę dwojga, aby stworzyć jedno, co stanie się czymś więcej, niźli ci, co je stworzyli. Pokorą wzajemną zowię małżeństwo, pokorą przed piastującymi wolę taką.


To niechaj będzie treścią i prawdą twego małżeństwa. Lecz co ci nader liczni, ci zbyteczni małżeństwem zowią – och, jakże bym ja to nazwać miał?


O, to ubóstwo dusz we dwoje! Ten brud dusz we dwoje! Ta żałosna błogość we dwoje!


Małżeństwem zwą oni to wszystko i twierdzą przy tym, że ich małżeństwa w niebie zostały zawarte.


Obmierzły mi niebiosa tych zbytecznych! Obmierzły mi te w niebiańskie sieci zaplątane pary zwierząt!


Obcym niechaj mi będzie i ten Bóg, co oto przykulał, aby pobłogosławić, czego nie połączył!


Nie śmiejcie mi się z tych małżeństw! Któreż by dziecko nie miało powodu płakać nad swymi rodzicami?


Godnym wydał mi się ten człowiek i dojrzałym ku ziemskiej treści życia; gdym jednak żonę jego ujrzał, wydała mi się ziemia domem obłąkanych.


O, bodajżeby ziemia w posadach swych drżała, ilekroć się święty z gęsią parzy.


Ten oto wyruszał jak bohater po zdobycze prawd, wreszcie powrócił z łupem małego strojnego kłamstwa: zwie to małżeństwem swoim.


Ów był nieprzystępny i czynił wybredny wybór. Lecz oto za jednym zamachem zepsuł raz na zawsze swe towarzystwo: zwie to małżeństwem swoim.


Tamten poszukiwał dziewki z cnotami anioła. Lecz oto za jednym zamachem stał się dziewką kobiety; brak tylko, aby się sam w tej służbie nie rozanielił.


Pełnymi troski widzę dziś kupczących, a wszyscy oni mają przebiegłe oczy. Lecz żonę kupuje najprzebieglejszy w worku.


Wiele krótkich szaleństw – oto, co się zwie u was miłością. Zaś wasze małżeństwa czynią tym wielu krótkim szaleństwom ostateczny koniec, jako jedno długie głupstwo.


Wasza miłość dla kobiety i miłość kobiety dla mężczyzny: o, gdybyż one były współczuciem dla cierpiących i ukrytych bóstw! Lecz zazwyczaj odgaduje się wzajemnie para zwierząt.


Lecz nawet wasza najlepsza miłość jest tylko zachwytliwą przenośnią i żarem bolesnym. Pochodnią jest ona, co wam na wyższe drogi przyświecać powinna.


Ponad samych siebie winniście się kiedyś umiłować! Więc się wprzódy kochać nauczcie. I dlatego właśnie winniście byli wypić gorzki kielich waszego kochania.


Gorycz jest w kielichu najlepszej nawet miłości: i tym oto rodzi ona tęsknotę ku nadczłowiekowi, tym nieci pragnienie twórcze.


Pragnieniem twórcy, strzałą i tęsknotą ku nadczłowiekowi: o powiedz, bracie mój, jestże li tym twe pragnienie małżeństwa?


Święta jest niewola taka, święte takiego małżeństwa śluby.


Tako rzecze Zaratustra10.


Słuchamy tego wszystkiego z wielką atencją i z każdym słowem czujemy się coraz bardziej ludźmi lepszej kategorii. Gdy przemawia Johann, SS-Führer, któremu podlega Hans, łzy mimowolnie napływają mi do oczu. Kątem oka dostrzegam, że moja matka też jest poruszona i spogląda na nas niemal z czułością. Dobrze, że potem następuje kolejne muzyczne intermedium, bo nie wiem, jak bym sobie poradziła ze złożeniem przysięgi przed sztywnym i poważnym urzędnikiem stanu cywilnego, który co rusz łypie na nas podejrzliwie okiem. Nie wiem, co temu człowiekowi się wydaje i o czym myśli, ale kulę się w sobie jak w szkole przed wywołaniem do odpowiedzi. Mam wrażenie, jakby usiłował nas prześwietlić i upewnić się, czy nasza miłość jest szczera i prawdziwa.

1Życie polityczne, dyskusje o przyszłości Niemiec toczyły się głównie w pijalniach piwa, gdzie Niemcy bardzo chętnie się spotykali. Tu rodziły się nowe koncepcje i idee, tu zawierano sojusze.
  Heinrich Luitpold Himmler (ur. 7 października 1900 r. w Monachium, zm. 23 maja 1945 r. w Lüneburgu) – polityk, jeden z głównych przywódców nazistowskich Niemiec, zbrodniarz wojenny, Reichsführer SS, Komisarz Rzeszy do spraw Umacniania Niemieckości. Opętany ideą czystości i wyższości rasy aryjskiej. Sprawnie piął się po szczeblach kariery jako szef: SS (od 1929 r.), gestapo (od 1934 r.), policji (od 1936 r.), w 1943 r. został ministrem spraw wewnętrznych, w 1944 r. dowódcą Armii Rezerwowej. Jako prawa ręka Adolfa Hitlera stał się odpowiedzialny za eksterminację ŻydówEuropie.   Josef Mengele (ur. 16 marca 1911 r. w Günzburgu, zm. 7 lutego 1979 r. w Bertiodze w Brazylii) – lekarz, SS-Hauptsturmführer, doktor medycyny i antropologii, zbrodniarz wojenny, postrach w obozach koncentracyjnych, zwany Aniołem Śmierci. Znany z nieludzkiego okrucieństwa, niewyobrażalnych eksperymentów medycznych przeprowadzanych na więźniach, z celowym ich okaleczaniem i zarażaniem zakaźnymi chorobami. Ze szczególnym upodobaniem przeprowadzał badania na bliźniętach, pragnąc pojąć mechanizmy rządzące genetyką. I choć nie wpisał się do księgi rodów SS, zrobił w strukturach organizacji wielką karierę.   Towarzystwo Thule (Thule-Gesellschaft) – tajna organizacja rasistowskaokultystyczna, która powstała w Monachium w końcowej fazie I wojny światowej. Nazwa pochodzi od mitycznej wyspy Thule, która dla starożytnych Greków była najbardziej na północ wysuniętym lądem. Stąd nazwa ta miała duże znaczenie dla wyznawców nordyckich kultów. Towarzystwo powstało na przełomie 1917 i 1918 r. z grupy Germanenorden i założone zostało w Monachium przez Rudolfa von Sebottendorfa, któremu już podczas I wojny światowej Związek Wszechniemiecki służył jako znaczące centrum nacjonalistycznej agitacji. Do jego członków zaliczali się urzędnicy, prawnicy, profesorowie uniwersyteccy, policjanci, arystokraci, lekarze, naukowcy oraz bogaci kupcy. Na zewnątrz organizacja ta mieniła się „grupą badawczą nad starożytnościami germańskimi”, będąc w rzeczywistości zamaskowaną bawarską organizacją Zakonu Niemieckiego, który był zorganizowany na wzór loży masońskiej. Towarzystwo Thule można określić jako konspiracyjne, tajne stowarzyszenie o orientacji rasistowskiej, a w szczególności antysemickiej, przesycone ideologią okultystyczną.   Źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Towarzystwo_Thule.
5Rasse- und Siedlungshauptamt, Urząd Rasy i Osadnictwa SS.
6Władze zachęcały, by kobiety rodziły jak najwięcej dzieci, i przekonywały, że ich miejsce jest w domu przy garnkach i pieluchach. Ta polityka zaczęła się zmieniać w 1943 r., gdy z powodu klęsk na froncie i braku rąk do pracy dostrzeżono w nich doskonałą siłę roboczą. Znalazły zatrudnienie w licznych fabrykach produkujących między innymi broń.
7W tym czasie powstała nowa grupa zawodowa ludzi, którzy zajmowali się kompletowaniem dokumentów niezbędnych do zawarcia ślubu.
8Henrich Himmler był głównym orędownikiem idei powrotu do mitycznych germańskich korzeni.
9Welon i wianek z mirtu kojarzyły się z Orientem i dlatego rezygnowano z tych symboli.
  Fryderyk Nietzsche, Tako rzecze Zaratustra, Vis-à-Vis Etiuda, Kraków 2019, wersy 718–774.