Anioł życia z AuschwitzTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Anioł życia z Auschwitz
Anioł życia z Auschwitz. Historia inspirowana życiem Położnej z Auschwitz
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 76  60,80 
Anioł życia z Auschwitz
Anioł życia z Auschwitz
E-book
38 
Szczegóły
Anioł życia z Auschwitz. Historia inspirowana życiem Położnej z Auschwitz
Anioł życia z Auschwitz. Historia inspirowana życiem Położnej z Auschwitz
Audiobook
Czyta Magdalena Schejbal
38 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Rozdział 1. Sierpień 1944

Rozdział 2. 1943

Rozdział 3. 1943

Rozdział 4. 1944

Rozdział 5. 1943

Rozdział 6. 1944

Rozdział 7. 1944

Rozdział 8. 1944

Rozdział 9. 1944

Rozdział 10. 1944–1945

Rozdział 11. Styczeń 1945

Rozdział 12. Styczeń 1945

Raport położnej z Oświęcimia

Relacja Heleny Letkiewicz

Relacja Ilony Pal

Relacja Stefanii Sikorskiej

Relacja Ágnes Szabó Rutkowskiej

Relacja Leokadii Rutkowskiej

Relacja Anny Polszczykowej

Relacja Marii Ślisz-Oyrzyńskiej

Ewa

Relacja Barbary Pierończyk

Anna

Relacja Krystyny Zambrzyckiej-Stempkowskiej

Relacja Stefanii Homik

Relacja Zofii Bator

Relacja Anny Fefferling

Relacja Janiny Kowalczyk

Relacja Marii Matlakowej

Relacja Marii Wijas

Relacja Elizy Temler

Relacja Magdaleny Gąsiorskiej

Relacja Heleny Włodarskiej

Relacja Aliny Cielemięckiej-Naciążek

Tadeusz

Relacja Tadeusza Snieszki

Relacja Anny Piekarz

Relacja Zofii Hryniewieckiej

Basia

Wspomnienia Niny Gusiewej

Relacja Wacławy Kędzierskiej

Relacja Danuty Drzazgi

Relacja Bogusławy Świętek

Relacja doktor Ireny Koniecznej

Barbara

Kalendarium

Podziękowania

Okładka


Projekt okładki i stron tytułowych

Piotr Majewski

Redaktor prowadzący

Maria Magdalena Miłaszewska

Redakcja merytoryczna

Agnieszka Horzowska

Redaktor techniczny

Marcin Adamczyk

Korekta

Joanna Markiewicz

Zamieszczone w tej książce relacje i dokumenty pochodzą ze zbiorów Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau, któremu dziękujemy za pomoc i zgodę na publikację tych materiałów.

Copyright © by Agnieszka Majewska, Warszawa 2020

Copyright © for this edition by Dressler Dublin sp. z o.o.,

Ożarów Mazowiecki 2020

Wydawca:

Bellona

ul. Hankiewicza 2

02-103 Warszawa

www.bellona.pl

Dołącz do nas na Facebooku:

www.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona

Księgarnia internetowa:

www.swiatksiazki.pl

Dystrybucja:

Dressler Dublin sp. z o.o.

ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarow Mazowiecki

tel. (+ 48 22) 733 50 31/32

e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl

www.dressler.com.pl

ISBN 978-83-11-15865-8

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

W ciemności gwiazdy błyszczą najjaśniej


Wszystkim, tym którzy kiedyś byli dziećmi


Jerzy Zieleziński, Apel kobiecy, 1946, zbiory Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau (PMO-I-1-1991)

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Sierpień 1944
1

To nie tak miało wyglądać. Nie miało się wydarzyć w takiej chwili, o takim czasie. Ale stało się: trzy miesiące temu wzięłam ślub. Mieliśmy, a raczej mamy z Maćkiem wrażenie, że nasz czas się kurczy. Wojna przybierała na sile. Tydzień po wybuchu powstania w Warszawie w domu pojawiły się kuzynka Wanda z dwiema koleżankami i nieustannie opowiadają straszne rzeczy. W nocy mają koszmary, którymi wybudzają wszystkich domowników. Krążą po pokojach niczym piekielne mary. Podobno w walkach na Pradze zginął nasz kuzyn Franciszek. Rodzice i ciocia trzymają się kurczowo nadziei, że to tylko plotka, pomyłka, że to nie miało prawa się wydarzyć, że przecież Franio ma dopiero szesnaście lat. Ale ja mam złe przeczucia. Coraz trudniej mi pozytywnie myśleć. A to wszystko odbiera resztki nadziei.

W jej miejsce zakrada się strach, a za nim nie kroczy już nic.

Maciej oświadczył się niespodziewanie w niedzielne popołudnie. Jak zwykle spacerowaliśmy ścieżką wiodącą nad niewielki staw na tyłach ogrodu, nieśmiało trzymając się za ręce. Znamy się jeszcze z gimnazjum, jednak wtedy nawet nie patrzyliśmy na siebie z zaciekawieniem. Raczej byliśmy towarzyszami tych ładniejszych – w moim przypadku, a w jego – tych bardziej energicznych i rzutkich. Ginęliśmy w ich cieniu, niczym szczególnym się nie wyróżniając. Wielkim zaskoczeniem było nasze spotkanie jakiś czas temu na targowisku. Okazało się, że Maciek, podobnie jak ja, zamieszkał u rodziny na wsi, niemal za miedzą mojej ciotki.

Dopadliśmy do siebie z ogromną ciekawością: co słychać u naszych znajomych, kto żyje, kto uciekł, a komu się nie udało. Wtedy po raz pierwszy usłyszałam o obozie i kamieniołomach w Mauthausen-Gusen[1], gdzie trafił nasz szkolny przyjaciel Władek. Maciek mówił o rzeczach, które nie mieściły mi się w głowie. O masowej eksterminacji Żydów i Polaków, o pracy przymusowej i tragicznych warunkach, jakie tam panowały.

– To jednoznaczne z wyrokiem śmierci.

– Niby skąd możesz to wiedzieć?

– Uwierz mi, to nie plotka. Stamtąd się nie wraca. Zresztą coraz więcej mówi się o obozach. To nie są żadne obozy pracy, tylko obozy śmierci.

Nie mogłam w to uwierzyć albo zwyczajnie wolałam nie wierzyć, bo tak zdawało się bezpieczniej.

– Przesadzasz. Pewnie jeśli pracujesz…

– Nie wiem, ale podobno tam są głodowe racje żywieniowe, a z każdej strony…

– Proszę, nie strasz mnie.

– Myślę, że powinniśmy mieć tego świadomość i jeszcze bardziej uważać.

– Oczywiście, tylko że jakoś nie jestem przekonana, że coś od nas zależy. Wychodzę z założenia, że co ma być, to będzie.

– Może i tak, ale zdecydowanie powinniśmy być bardzo ostrożni, mając świadomość, co może nas…

– Błagam. Przestań mnie straszyć.

– Madziu, przecież wiesz, że nie taki mam zamiar.

– Wiem. – Wtuliłam się w jego silne ramiona, jakby one mogły ocalić mnie przed całym złem.

Choć nie mogłam w to wszystko uwierzyć, to nieświadomie zaczęłam się jeszcze bardziej bać. Wyobrażałam sobie, że jeńcy pracują całe dnie, chociaż nie umiałam pojąć, co tysiące ludzi mogą robić w jednym miejscu przez wiele miesięcy. Może mają tam jakieś fabryki? Zupełnie też nie potrafiłam sobie wyobrazić, co powinnam rozumieć pod pojęciem „głodowe racje żywieniowe” i jak można za ciężką pracę nie wynagradzać choćby w miarę porządnym jedzeniem. Wkrótce miałam się o tym przekonać na własnej skórze.

Póki co spijałam słowa z ust Maćka. Wydawał się taki doświadczony, tyle wiedział, tłumaczył mi świat. Imponował mi siłą i tym, że był w partyzantce, że tak się angażował. Nigdy, pewnie żeby mnie nie narażać, nie chciał mówić, co dokładnie robią i jak wyglądają te ich akcje, ale i tak byłam z niego dumna i pełna podziwu. Nie pytałam.

 

Z dnia na dzień, z opowieści na opowieść, stawaliśmy się sobie coraz bliżsi. Zresztą ja też miałam swoją tajemnicę. W szopie za domem ciotka ukrywała młodą Żydówkę z dwójką małych dzieci, a ponadto co jakiś czas jeździłam do Litzmannstadt[2] z przesyłką, którą odbierał ode mnie ktoś, kto miał kontakt w getcie[3]. Po każdym takim wyjeździe wracałam coraz bardziej przerażona. Czuć było, że dzieje się coś złego. Zniknął nasz kurier, co chwilę pojawiał się ktoś nowy. Szeptano, że Żydzi są wywożeni, że się ich morduje, a próby kontaktu z kimś z getta są coraz surowiej karane. Nie robiło to jednak szczególnego wrażenia na ciotce. Irena podkreślała, że kiedyś Żydzi jej pomogli i teraz ona musi oddać im to, co od nich otrzymała. Nigdy nie chciała zdradzić, o co chodziło, a ja w końcu przestałam pytać.

W miarę upływu kolejnych miesięcy stawaliśmy się z Maćkiem coraz bardziej nierozłączni. Wojna, która niosła ze sobą strach i niepewność, sprawiła, że łaknęliśmy siebie nawzajem jeszcze bardziej. Przy nim czułam się bezpieczna. Otaczał mnie troską i wydawał się taki mądry, taki zorganizowany. Miałam wrażenie, że staje się również kimś ważnym w partyzantce, ale jak zwykle o nic nie pytałam. Wolałam nie wiedzieć.

I wreszcie Maciek się oświadczył. Dostałam maleńki pierścionek, który bardziej przypominał splątany drucik niż biżuterię, i znalazłam się w niebie. Tak bardzo chciałam być z Maćkiem! Tak pragnęłam, byśmy razem zamieszkali. Tak się cieszyłam, że się na to odważył.

Mamy przeświadczenie, że los, wojna zabiera nam to, co najcenniejsze – czas.

Ślub był bardzo kameralny. W kościele poza znajomym księdzem, który jakoś uniknął aresztowania i prawdopodobnie wywózki do Dachau[4], były obecne nasze matki, dwie młodsze siostry Maćka i mój ojciec, który jakimś cudem dzień wcześniej do nas dołączył. Powiedzieliśmy sobie sakramentalne „tak” w pulsującej ciszy i jakimś niedobrym, podskórnym oczekiwaniu na coś złego. To uczucie towarzyszy nam od chwili, gdy zbombardowali naszą kamienicę, naszą ulicę. Wojna nauczyła mnie wyczekiwania na złe wiadomości, a te dobre nie rekompensowały chwil strachu.

Nie było organisty, nikt nie zaśpiewał Ave Maryja, nie miałam ślubnej sukni. Miałam za to mały bukiecik polnych kwiatów, pożyczoną od ciotki bladoróżową letnią sukienkę i wianek z bukszpanu na głowie, ale obecność Maćka, jego zdecydowanie sprawiły, że czułam się wyjątkowo.

Po raz pierwszy poczułam, że do kogoś tak naprawdę należę. W tak odmienny sposób niż do rodziny, do rodziców. Byłam szczęśliwa. Przyjęcie było bardziej niż skromne, choć wszyscy usiłowaliśmy zachować pozory normalności. Ciotka na tę okoliczność zabiła jedną z ostatnich kur i mimo upalnego dnia podała rosół z lanymi kluseczkami. Nie wiedzieć skąd zdobyła całkiem sporą szynkę, białą kiełbaskę i pachnącą majerankiem kaszankę. Potem na stole pojawiły się pierogi z serem, szpinakiem i ostatnimi prawdziwkami z jesiennych zapasów. Wszystko smakowało wybornie, tym bardziej że nieczęsto mieliśmy okazję najeść się do syta. Ukoronowaniem obiadu był tort marchewkowy z migdałowym kremem. Nie wiem, skąd ciotka wzięła słodkie migdały, ale ich aromat pozostanie mi na języku do końca moich dni i zawsze będzie się kojarzył z tą szczególną, szczęśliwą chwilą.

Wiele ambarasu było z tym, gdzie zamieszkamy. Żadna z matek nie chciała spuszczać oka z latorośli i przez chwilę trwała burzliwa dyskusja. W końcu, biorąc pod uwagę metraż domów, ustalono, że Maciek zamieszka z nami, ale codziennie będziemy się meldować u jego matki z informacją, że nic nam nie jest.

W udziale przypadł nam pokoik tuż obok kuchni, który przed wojną zajmowała stara kucharka Chlebowiecka. Gdy wybuchła pierwsza bomba, uciekła za granicę z kompletem naszych rodowych sreber, kierując się w stronę Mińska. Nikt nie mógł pojąć jej decyzji o ucieczce na Wschód. Ona sama najwyraźniej również, bo po kilku miesiącach matka spotkała ją w Łodzi na ulicy. I Chlebowiecka albo jej nie zauważyła, albo udała, że nie widzi. Ze względu na srebra skłanialiśmy się raczej ku tej drugiej opcji.

*

Dlaczego postanowiliśmy choć przez moment być razem? Może przeczuwaliśmy, że wszystko może w każdej chwili mieć swój kres? A może w tych piekielnych czasach zabiegaliśmy o namiastkę normalności? Nie ulegało wątpliwości, że kochaliśmy się ponad miarę.

Nigdy wcześniej nie byłam z mężczyzną i ten pierwszy raz bardzo mnie stresował. Nie wiedziałam, jak to jest, a nie mogłam nikogo zapytać. Musiałam zdać się na intuicję, a to nie było proste. Przepełniały mnie wstyd i niepewność, tym większe, że w naszym domu nikt nie wypowiadał słowa „seks”, nie wspominając już o zdradzaniu, co się dzieje w małżeńskiej alkowie.

Maciek stanął na wysokości zadania. Nie ponaglał mnie, za to dał mi poczucie bezpieczeństwa i sprawił, że czułam się wyjątkowo. W jego ramionach taka byłam.

Nie było mowy o miesiącu miodowym. Każdy musiał się zająć swoimi obowiązkami. Maciek ruszył w las, ja zostałam w gospodarstwie, żeby pomagać ciotce. W domu robiło się coraz ciaśniej i coraz trudniej było całe towarzystwo wyżywić. Dwoiłyśmy się i troiłyśmy, by zapewnić rodzinie byt. Zbierałyśmy każdy wydany przez ogród owoc, suszyłyśmy lub zaprawiałyśmy, niecierpliwie czekając na plony jesieni. Ciotka wyprzedawała się ze swoich skarbów: skromnej biżuterii, kilku poślednich obrazów i kolekcji starodruków. Kończyły się zapasy w spiżarni. Ziemniaki, jabłka, których skórka pomarszczyła się niczym twarz smutnej staruszki, grzyby i resztki warzyw w kopcu. Zresztą z obawy przed kradzieżą warzywa od kilku tygodni zalegały w kątach piwniczki. Widmo głodu stawało się coraz bardziej realne, a mimo to robiliśmy wszystko, by pomagać sobie nawzajem i tym, którzy mieli mniej. Wychodziliśmy z założenia, że nam i tak jest zdecydowanie łatwiej niż tym w murach miast, i dlatego wraz z sąsiadami odmawialiśmy sobie wielu rzeczy, żeby wysyłać je do Łodzi. Wydawało nam się, że najcenniejsze jest mięso, bez którego my możemy się obyć.

Nie potrafiłam sobie wyobrazić, jak żyją ludzie w miastach, bez ogrodów i możliwości wyhodowania czegokolwiek: warzyw czy owoców, bez choćby kury czy kozy. Choć musiałam uczciwie przyznać, że Łódź zmieniła oblicze i na skwerach wyrosły zagony cebuli i marchewki[5]. Było to jednak niczym w obliczu możliwości, jakie dawała wieś.

Wszystkim żyło się coraz ciężej, mimo to dziś Maciek i ja pojechaliśmy z niewielką tekturową walizką do Łodzi. Nasze zadanie było banalnie proste, a zarazem śmiertelnie niebezpieczne. Wymagało też szczególnej logistyki. Mieliśmy dostarczyć do getta kilka suszonych kiełbas z upolowanego przez leśniczego dzika. W sumie było to dobre sześć kilogramów mięsa, w dodatku niezwykle aromatycznego, co mogło stanowić problem. Przerzucenie go do getta było nielegalne, tak samo jak handlowanie nim w mieście. Dlatego każda taka wyprawa była skrupulatnie planowana, a kiełbasa zawijana w gazety i szmatki, tak by możliwie najmniej było ją czuć. Co było szczególnie ważne, gdy mijało się Hundestaffel, czyli patrol z psami. Te skurczybyki nigdy nie przepuszczały okazji, żeby się nażreć, a wyczuwając mięso, stawały się nerwowe, co zwracało uwagę „czarnych”, jak ich z ciotką nazywałyśmy.

– Pamiętajcie. Musicie uważać.

Po raz pierwszy taką podróż miałam odbyć z mężem. Byłam podekscytowana, tym bardziej że tym razem to ja miałam być przewodnikiem, to ja wiedziałam więcej. Lepiej znałam miasto, łatwiej było mi się po nim poruszać. Byłam dumna z siebie i wręcz nie mogłam się doczekać chwili, gdy wyruszymy. Plan był prosty. Z Wolskim, naszym sąsiadem, który był wtajemniczony w całą operację i na moje oko od lat bez wzajemności podkochiwał się w ciotce, mieliśmy dotrzeć bryczką do rogatek miasta. Choć Łódź nie ucierpiała mocno w bombardowaniach[6], to i tak co rusz natykałam się na gruzowiska i leje po bombach. Nigdy nie byłam pewna, co się wydarzy i na co trafię. Kiedyś dość swobodnie poruszałam się tramwajami, teraz jednak wolałam ich unikać.

Nie wiem, dlaczego tym razem zaryzykowałam. Może miałam ochotę zaimponować Maciejowi, a może uznałam, że tak będzie szybciej? W każdym razie wsiedliśmy do zatłoczonego tramwaju. Przepchnęliśmy się na przód, żeby cokolwiek widzieć. Tramwaj miał zamalowane farbą szyby, żeby nikt nie widział, co się dzieje w getcie. Ludzie wydawali się spokojni, choć czujnie się rozglądali. Byłam spięta i nerwowa, tym bardziej że Maciek co jakiś czas zadawał pytania w stylu „kto, gdzie i kiedy”. Byłam zła, bo zachowywał się trochę jak uczniak na wycieczce. Był zbyt swobodny, zbyt radosny i miałam wrażenie, że swoim zachowaniem zwraca na nas uwagę. A przecież wtedy należało być przezroczystym. Nieistniejącym. Byle nikt nam się nie przyglądał, nie zastanawiał się, co tu robimy i dlaczego. Nie zapytał o dokumenty. Teraz, po latach, myślę sobie, że w ten nieudolny sposób usiłował rozładować napięcie.

Na pierwszym przystanku wsiadł wysoki, pewny siebie esesman i stanął tak blisko nas, że zaczęłam się obawiać, iż poczuje zapach kiełbasy. Odruchowo przesunęliśmy nieco walizkę, tak że znalazła się w mojej rozdygotanej ręce. Struchlałam. Zaczęłam się pocić i musiałam wyglądać nieszczególnie, bo Maciek niespodziewanie zagaił:

– Myślisz, że kotka okoci się jeszcze w tym tygodniu?

Nie miałam pojęcia, o czym on mówi, przecież nasze dwie kotki jakiś czas temu zaginęły. Nawet się zastanawialiśmy, czy przypadkiem ktoś ich nie złapał i nie wrzucił do gara, ale nikt nie miał odwagi głośno o tym dywagować. Maciek niemal niezauważalnie mrugnął i delikatnie mnie przytulił.

– Nie wiem, może. Dzieciaki się ucieszą. – Pletliśmy trzy po trzy, byle nie myśleć o tym, co tuż-tuż.

Przejechaliśmy tak jeszcze dwa przystanki, tłumek w tramwaju gęstniał, gdy stało się najgorsze. Do wagonu wsiadło dwóch hałaśliwych, wypinających piersi gestapowców z dużym czarnym psem. Zachowywali się tak, jakby wszyscy węszyli. Czujnie rozejrzeli się po podróżnych, którzy nagle zainteresowali się czubkami własnych butów, i zaczęli powoli przesuwać się wśród ludzi. Struchlałam, gdy niespiesznie zmierzali w naszą stronę. Modliłam się, by zatrzymał się czas albo by już teraz, zaraz, był kolejny przystanek. Ale tak się nie stało. Tkwiliśmy w pułapce małego blaszanego pudełka na kółkach, pocąc się jak nigdy w życiu. Ściany napierały na nas, odbierając oddech, a ja czułam, że zbliża się atak paniki, którego nie sposób opanować. Serce zgubiło rytm i teraz niepewnie telepało się w klatce piersiowej, obijając o płuca i skurczony żołądek. Wiedzieliśmy, że zbliża się najgorsze, a nie sposób było porzucić walizki ani wysiąść, nie sposób było uciec.

Kolejne dwa kroki. Wylegitymowali pobieżnie pobladłą starszą kobietę i następny krok w naszym kierunku, i jeszcze jeden. Przystanek nawet nie majaczył na horyzoncie, w dodatku na nieznośnie długą chwilę zatrzymaliśmy się na skrzyżowaniu, żeby przepuścić jakichś oficjeli w dwóch czarnych jak smoła kabrioletach, którzy wstrzymali ruch na ulicach.

I znowu kolejny krok i coraz bliższe powarkiwanie psa. Strach ludzi niemal materializował się między nami. Miałam poczucie, że podłoga umyka mi spod stóp, a ciemne, coraz gęstsze plamy niczym stado nietoperzy zataczają coraz mniejsze koła. Byłam bliska omdlenia i gdyby nie ramię Maćka, pewnie bym się osunęła.

Niespodziewanie na rączce walizki, tuż obok mojej dłoni, zacisnęły się czyjeś szorstkie palce i poczułam gwałtowne szarpnięcie. Walizka zmieniła właściciela. Teraz dzierżył ją niewzruszony esesman, który nawet na nas nie spojrzał. Wczepiłam się w Maćka, nie do końca rozumiejąc, co się właśnie stało.

Kolejne dwa kroki i warknięcie. Na gołej nodze poczułam ciepły oddech psa, który coraz niespokojniej węszył. Nie miałam wątpliwości, że bestia wyczuła zapach kiełbasy.

I stał się kolejny cud.

Stojący przy nas esesman wyrzucił przed siebie wyprostowane ramię w powitalnym geście i przy wtórze stukających obcasów głośno i dobitnie powiedział do gestapowców:

– Heil Hitler!

– Heil Hitler!

Stali, mierząc się wzrokiem, lecz zaraz się nami zainteresowali.

– Dokumenty!

– Są ze mną.

Spojrzeli na nas niepewnie, jakby rozważali, czy jednak nie powinni poświęcić nam więcej uwagi. Najwyraźniej górująca nad nami postać esesmana i jego groźna mina powstrzymały ich od dalszych działań. Po chwili wahania rzucili tylko:

 

– Rozumiemy.

Naprawdę nie wiem, co się wydarzyło później. Przestałam widzieć, czuć, rejestrować cokolwiek. Nagle, popychani przez esesmana, znaleźliśmy się na chodniku. Rozpoznałam przystanek i wpatrzona w znajome, nierówne płyty zmartwiałam z żalu, że tak niewiele dzieliło nas od celu. Gestapowcy z psem, stresując wszystkich wokół, pojechali dalej w poszukiwaniu swoich ofiar.

Staliśmy z Niemcem, nie wiedząc, co począć. Odejść? Przeprosić? Mówił poważnie, że jesteśmy z nim? I czy to znaczy, że właśnie nas aresztował? Wpatrywaliśmy się w jego buty, a on… sama nie wiem, może też się zastanawiał, co z nami zrobić? W każdym razie się nie ruszał. Czas także stanął w miejscu. Trwaliśmy tak przez nieskończenie długie minuty.

Tymczasem Niemiec poczekał, aż tramwaj oddali się za kolejne skrzyżowanie, i jakby ożył. Jak gdyby nigdy nic wyciągnął w moją stronę walizkę, która lekko zachybotała się w jego ręce. Ostrożnie, jakby miała mnie poparzyć, ujęłam ją, niepewna, czy nie stanie się powodem naszego zatrzymania. Odruch był jednak silniejszy. Chwyciłam brązową rączkę na dwóch metalowych kółkach.

– Einen schönen Tag noch.

Miłego dnia.

I nim zszokowani zdążyliśmy odpowiedzieć, Niemiec odszedł.

Nogi mieliśmy jak z waty. Czuliśmy się niezdolni do najmniejszego ruchu, jednak świadomość, że stanie na środku chodnika przy ruchliwej ulicy przyciągnie ku nam niepotrzebnie uwagę, sprawiła, że sztywno ruszyliśmy przed siebie.

Niespodziewanie niebo stało się jakby bardziej błękitne, a wyrastające tu i ówdzie kępy zielonej trawy zdawały się dziwnie jaskrawe i radosne.

Żyliśmy.

Wczepiona w ramię Maćka, które teraz dźwigało niebezpieczny pakunek, usiłowałam wyrównać oddech.

– Boże, ale się bałam.

– Kochanie, mamy to już za sobą. – Maciek pochylił się i pocałował mnie w czoło.

Ta drobna pieszczota sprawiła, że poczułam się nieco swobodniej, na powrót zaczęłam wierzyć, że przy nim jestem bezpieczna. Że to w ogóle możliwe.

– Teoretycznie. Ale wiesz, że to się może powtórzyć.

– Przy mnie nic ci nie grozi. – Maciej przycisnął mnie do siebie tak mocno, że jego biodro wbiło się w moje ciało.

– Głuptasie, wiesz, że w takich okolicznościach nawet ty jesteś bezradny.

– Nie ma co tego roztrząsać. – Nagle zmienił ton, jakby właśnie sobie uświadomił, że mam rację. – Najważniejsze, że żyjemy.

– Ale sam musisz przyznać, że niewiele brakowało. Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby wsiąść do tramwaju.

– To nie twoja wina, przecież najzwyczajniej w świecie mogliśmy spotkać gestapowców na ulicy.

– Ale nie musiało się tak stać.

– Uznajmy, że tak miało być i że mieliśmy wiele szczęścia w tym całym nieszczęściu. Nie zamartwiaj się.

– Obiecaj, że nikomu nic nie powiemy.

– Oczywiście, to będzie nasza tajemnica. Nie mamy zamiaru denerwować naszych matek i ciotki.

– Jeszcze tylko tego by brakowało! Nie wypuściłyby już nas za próg.

– I tego się trzymajmy.

Usiłowaliśmy zbagatelizować zajście, ale mieliśmy świadomość, że uciekliśmy spod katowskiego topora. Rozmowa się nie kleiła. Chyba oboje musieliśmy to wszystko przerobić w sobie, przetrawić, uspokoić się.

Przekazanie walizki poszło gładko. W umówionym miejscu o umówionym czasie czekał na nas właściwy człowiek i wymieniliśmy się walizkami: on zabrał tę pełną kiełbasy, a nam wręczył taką samą, brązową tekturową, tyle że pustą.

Odetchnęliśmy z ulgą i zawróciwszy na pięcie, pospiesznie ruszyliśmy w drogę powrotną. „Pospiesznie” w czasie wojny miało inny wymiar niż przedtem. Pospiesznie nie oznaczało szybko sensu stricto. Pośpiech był w nas, ale trzeba było poruszać się w miarę normalnym tempem. Bieg, truchcik, przyspieszony krok, a nawet gorączkowe spojrzenie zwracały uwagę przedstawicieli niemieckich władz. Owo „szybko” działo się bardziej w naszych głowach niż nogach.

Tak było i tym razem. Szliśmy przed siebie zdecydowanym, trochę marszowym krokiem z założeniem, że za żadne skarby nie wsiądziemy ponownie do tramwaju. Mijaliśmy kolejne skrzyżowania, pobladłych, wychudzonych ludzi, którzy patrzyli głównie pod nogi i się nie rozglądali, zadowolonych z siebie Niemców emanujących pewnością siebie i siłą, gestapowców, którzy zachowywali się, jakby byli panami świata. Życia i śmierci. I niestety często tak było.

Przebyliśmy tak kilka przecznic, coraz bardziej się ciesząc, że jesteśmy bliżej rogatek, gdy nagle na ulicy wszczął się jakiś nerwowy ruch, a powietrze niespodziewanie się naelektryzowało. Ludzie gnali przed siebie, chowali się po bramach, krzyczeli. Matki ciągnęły za ręce dzieci, które nie nadążały za ich długimi krokami. Ktoś się przewrócił, wszędzie leżały porzucone rzeczy: siatki z zakupami, teczki, gazety, ktoś zgubił kapelusz.

– Łapanka!

Przez sekundę staliśmy oszołomieni, niepewni, co począć, dokąd biec. I chyba to nas zgubiło. Maciek rzucił walizkę i mocno pociągnął mnie za sobą, tak że niemal się przewróciłam. Wbiegliśmy do najbliższej ciemnej bramy i ruszyliśmy ku schodom wiodącym w głąb kamienicy. Mieliśmy nadzieję, że ukryjemy się w którymś z mieszkań, przecież ich właściciele musieli widzieć, co się dzieje na ulicy.

Ku naszej rozpaczy wyrosły przed nami odrapane ciemnobrązowe, niemal czarne drzwi z wielkim mosiężnym judaszem pośrodku, przywodzącym na myśl oko groźnego cyklopa. Szarpnęliśmy za klamkę raz i drugi, coraz silniej i bardziej natarczywie, jednak drzwi pozostały zamknięte. Z nadzieją wpatrywaliśmy się w dziurkę zamka, ale ten nawet nie zgrzytnął. Podobnie rzecz się miała z dwojgiem innych drzwi. Były zamknięte na głucho. Pamiętam tylko, że waliłam w nie pięściami, dobijałam się, wrzeszcząc: „otwórzcie, błagam, otwórzcie”. Tłukłam w deski tak, że spuchły mi dłonie, a z naderwanego paznokcia ciekła krew.

Znaleźliśmy się w potrzasku. W niewielkiej sieni kamienicy nie było nawet załamania w murze, za którym można by się skryć. Nie było gdzie się schować ani dokąd uciec. Maciej nie krzyczał i nie histeryzował tak jak ja, ale czułam, że też jest spanikowany. Widziałam to w jego zaciśniętych zębach i drgającej żuchwie. Był blady, a w zasadzie siny.

Nie było drogi ucieczki. Z powrotem na ulicę też nie mieliśmy po co wybiegać. Nie zdążylibyśmy dopaść do innej bramy, znaleźć innej kryjówki. Było na to za późno, na ulicy przed budynkiem pojawili się gestapowcy z psami. Od czasu do czasu słychać było bliskie strzały. Tego się nie da opisać. Mój organizm jakby zawiesił swoje funkcje. Miałam wrażenie, że serce stanęło w pół uderzenia, że przestałam oddychać. Czułam tylko, jak po plecach spływają mi strużki potu. Nie byłam w stanie się poruszyć.

Na ulicy zapanowała jakaś okropna cisza. Jakby przyroda skuliła się w sobie. Ptaki zamilkły, owady się przyczaiły, a drzewa zamarły w zadziwieniu.

Nie potrafię odtworzyć chwili, gdy nas zabierali. Byli brutalni, popychali nas boleśnie kolbami karabinów, tłukli w plecy, nogi, gdzie się dało, i krzyczeli. Cały czas krzyczeli:

– Raus!

– Schnell!

– Raus!

– Hände hoch!

Kątem oka widziałam, jak uderzyli Maćka. Z jego nosa popłynęła krew, która niespiesznie, zahaczywszy o żuchwę, spłynęła na koszulę. Chciałam się do niego przytulić, może rzucić się na gestapowca, ale mój mąż powstrzymał mnie jednym krótkim spojrzeniem. Byłam taka bezradna, taka przerażona.

Z uniesionymi rękami wypchnęli nas przed kamienicę. A po chwili w tłumie obcych, tak samo przerażonych ludzi poprowadzili w nieznanym kierunku. Szczelny kordon gestapowców z psami skutecznie odebrał nam resztki nadziei. Nie sposób było uciec. Nie sposób było się wydostać. Nogi trzęsły mi się tak, że ledwie stawiałam kroki, a uniesione nad głową ręce mrowiły i coraz bardziej ciążyły. W końcu, podobnie jak inni, nieco je opuściłam, splatając palce z tyłu głowy. Przyniosło to niewielką ulgę.

– Chodź, kotku, nie zostawaj z tyłu.

Maciek, bezradny i pokonany, choć nie mógł zrobić nic, nawet w takiej chwili potrafił być czuły i troskliwy. Łzy spływały mi po policzkach i szłam za nim, zastanawiając się, co pomyśli nasza rodzina, gdy nie wrócimy. Bałam się ich strachu, niepokoju i wreszcie paniki równie mocno jak tego, że możemy zaraz zostać rozstrzelani. Przecież nikt nie powiadomi ich o tym, co się stało. Nikt nas tu nie zna. Jesteśmy zupełnie anonimowi w tym obcym mieście.

Domyślałam się, że mama zrobi wszystko, żeby nas odszukać, wydobyć, uwolnić, ale miałam świadomość, że jej wysiłki zapewne na niewiele się zdadzą.

Zagnali nas na pakę ciężarówki i upchnęli tak ciasno, że nie dało się poruszyć. Staliśmy z Maćkiem wtuleni w siebie, co rusz powtarzając, że będzie dobrze, uciekniemy.

– Kochanie, przecież wiesz, że nie dam ci zrobić krzywdy.

Kiwnęłam głową. Wtedy po raz pierwszy zwątpiłam jednak w jego słowa. Ale on wydawał się co do tego tak przekonany, że zaczęłam słuchać, pozwalając, by ulotne wizje plątały mi się pod powiekami.

– Nie z takich opresji wychodziliśmy.

– Maciej, tym razem się nie uda.

– Trzeba być dobrej myśli.

– Chyba nie potrafię.

– Pamiętasz, co mówiłaś?

Paplałam mnóstwo rzeczy, bo zawsze byłam okropną gadułą, tak że teraz nie wiedziałam, o co mu chodzi.

– Nie.

– Że trzeba brać, co niesie los. Teraz przyniósł nam to, ale zobaczysz, że kiedyś będziemy się z tego śmiać, opowiadając wnukom kolejną wojenną historię.

Ani Maciej, ani ja nie wiedzieliśmy, jak przeznaczenie z nas zakpi za kilka godzin i że nie da nam wyboru, szansy, cienia możliwości. Że nie pojawi się ów przysłowiowy łut szczęścia.

Jeszcze tego samego dnia, po krótkim pobycie w więzieniu, gdzie spisano nasze dane, zostaliśmy wepchnięci do pociągu i ruszyliśmy na południe. W wagonie niósł się początkowo nieśmiały szept „Oświęcim”, a potem głośny lament zmieszany z żarliwą modlitwą.

Było to dla mnie tak abstrakcyjne, że w zasadzie mogli wieźć mnie dokądkolwiek. Niby coś słyszałam od Maćka o obozach, ale zupełnie nie potrafiłam ich sobie wyobrazić.

*

Tak jak nie da się opowiedzieć szczęścia, tak nie da się opowiedzieć strachu. Wagony, mimo jasnego słońca świecącego wysoko na niebie, jakby spowiła szarość. Gdyby strach i ból mogły się zmaterializować, wypełniłyby pociąg po brzegi, zabierając najmniejszy skrawek przestrzeni.

Potem dowiedziałam się, że mieliśmy szczęście. Do Oświęcimia dotarliśmy zwyczajnym, a nie bydlęcym składem. I to tyle w kwestii szczęścia. Już nigdy więcej nie poznałam jego smaku.

– Maciek, muszę ci coś powiedzieć.

– Niewygodnie ci?

– Nie, to znaczy to też. – Przestępowałam z nogi na nogę. Wstydziłam się tego, co musiałam mu wyznać, i nie bardzo wiedziałam, jak zacząć. Już kilka razy nosiłam się z tym zamiarem, ale jakoś nigdy się nie złożyło. Teraz, świadoma, że mogą nas rozdzielić na nie wiadomo jak długo, uznałam, że nie mogę czekać. Po chwili wahania i układania niedających się złożyć w logiczną całość słów wreszcie stwierdziłam, że najlepiej będzie powiedzieć to prosto z mostu.

– O co chodzi?

– Będziemy mieli dziecko. – Spłoniłam się, zupełnie jakbym zrobiła coś złego albo nagle znalazła się w tłumie naga. Nie wiedziałam, jak Maciek zareaguje, ale przytuliłam się i zanurzyłam twarz w jego niegdyś białej, teraz mocno zakurzonej koszuli. Nadal pachniała piżmem z cytrusową nutą.

– Żartujesz?

– Nie, mówię poważnie. – Nagle w moją głowę wbiła się okropna myśl, że on jest zły, i pospiesznie dodałam: – Przepraszam.

Ujął mnie pod brodę i uniósł moją twarz, jednocześnie się pochylając. Pocałował mnie długo, namiętnie, jakbyśmy nie znajdowali się w drodze do piekła, tylko na łące pełnej kwiatów. Jego ciepłe usta smakowały słodyczą i mogłabym tak trwać już zawsze.

– Kocham cię. To najwspanialsza wiadomość, nie przepraszaj, głuptasie. – I nie zważając na to, że obok tłoczą się ludzie, że każdy jest pogrążony w swoim własnym nieszczęściu, głośno krzyknął: – Będę ojcem!

– Cicho, wariacie.

Jeszcze bardziej się zawstydziłam.

Cmoknął mnie jeszcze raz. W zasadzie musnął moje usta wargami. I gdybym tylko wiedziała, że to nasz ostatni prawdziwy pocałunek, może ta chwila wyglądałaby inaczej.

Nikt nam nie pogratulował, nikt nawet na nas nie spojrzał, a może wtuleni w siebie tego nie zauważyliśmy. O dziwo, nawet pilnujący nas gestapowcy nie zareagowali na ten niespodziewany okrzyk. Byliśmy tylko my z naszą małą fasolką, która kiedyś będzie miała moje oczy, jego usta i brwi.