Jesienna miłośćTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

POWIEŚĆ SFILMOWANA JAKO SZKOŁA UCZUĆ Z MANDY MOORE I SHANE’EM WESTEM W ROLACH GŁÓWNYCH.

Jeden z najpopularniejszych chłopaków w szkole zaczyna umawiać się z nieśmiałą córką pastora.

Rok 1958. Landon Carter rozpoczyna naukę w ostatniej klasie liceum w Beaufort. Nie liczy, że po szkole dostanie się na jakiekolwiek studia, ma natomiast nadzieję, że nadal będzie mógł się umawiać z najładniejszymi dziewczynami z miasteczka. Z pewnością nie przyszło mu na myśl, że los zetknie go z Jamie Sullivan, nieśmiałą córką lokalnego pastora, której nikt właściwie nie zna, bo cały swój czas poświęca na opiekę nad owdowiałym ojcem i bezdomnymi zwierzętami… Przypadek decyduje jednak, że Landon musi zostać jej partnerem na nadchodzącej szkolnej potańcówce. Ten pozornie nic nieznaczący epizod sprawi, że życie Landona już nigdy nie będzie takie samo… Bo dla Jamie chłopak wkroczy na drogę, dzięki której nauczy się być mężczyzną.

Wzruszająca opowieść o miłości ponad podziałami i o uczuciu, które nie kończy się nigdy.


NICHOLAS SPARKS

Współczesny amerykański pisarz, którego książki o łącznym nakładzie przekraczającym 105 milionów egzemplarzy ukazały się w ponad 50 językach. Serca czytelników podbił w 1997 roku swoim debiutem – powieścią Pamiętnik. Kolejne – m.in. Noce w Rodanthe, Anioł Stróż, Ślub, Prawdziwy cud, I wciąż ją kocham, Wybór, Ostatnia piosenka, Szczęściarz, Bezpieczna przystań oraz Dla ciebie wszystko – znajdowały się przez wiele miesięcy w czołówce światowych rankingów sprzedaży. Kolejne powieści, Najdłuższa podróż, Spójrz na mnie, Z każdym oddechem i Powrót wkrótce po ukazaniu się trafiły na pierwsze miejsca list bestsellerów. Większość książek Sparksa została przeniesiona na duży ekran, a w filmowych adaptacjach wystąpiły takie gwiazdy amerykańskiego kina, jak: Rachel McAdams i Ryan Gosling (Pamiętnik), Diane Lane i Richard Gere (Noce w Rodanthe) czy Robin Wright i Kevin Costner (List w butelce). W 2016 roku swoją premierę miała ekranizacja książki Wybór.

nicholassparks.com

Tego autora

PAMIĘTNIK

ŚLUB

LIST W BUTELCE

JESIENNA MIŁOŚĆ

NOCE W RODANTHE

NA RATUNEK

NA ZAKRĘCIE

ANIOŁ STRÓŻ

TRZY TYGODNIE Z MOIM BRATEM

PRAWDZIWY CUD

OD PIERWSZEGO WEJRZENIA

SZCZĘŚCIARZ

WYBÓR

I WCIĄŻ JĄ KOCHAM

OSTATNIA PIOSENKA

BEZPIECZNA PRZYSTAŃ

DLA CIEBIE WSZYSTKO

NAJDŁUŻSZA PODRÓŻ

SPÓJRZ NA MNIE

WE DWOJE

Z KAŻDYM ODDECHEM

POWRÓT

Tytuł oryginału:

A WALK TO REMEMBER

Copyright © Nicholas Sparks Enterprises, Inc. 1999

All rights reserved

This edition published by arrangement with

Grand Central Publishing, New York, New York, USA

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2021

Polish translation copyright © Andrzej Szulc 2000

Redakcja: Lucyna Lewandowska

Zdjęcie na okładce: Foodie Girl/Stocksnap.io

Projekt graficzny okładki: Kasia Meszka

Projekt graficzny serii: Andrzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-8215-433-7

Wydawca WYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O. Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa www.wydawnictwoalbatros.com Facebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Spis treści

Podziękowania

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Przypisy

1  Okładka

2  O książce

3  Strona tytułowa

4  O autorze

5  Tego autora

6  Strona redakcyjna

7  Spis treści

8  Dedykacja

9  Podziękowania

10  Prolog

11  Rozdział 1

12  Rozdział 2

13  Rozdział 3

14  Rozdział 4

15  Rozdział 5

16  Rozdział 6

17  Rozdział 7

18  Rozdział 8

19  Rozdział 9

20  Rozdział 10

21  Rozdział 11

22  Rozdział 12

23  Rozdział 13

24  Przypisy

Moim rodzicom, z wyrazami miłości i pamięci:

Patrickowi Michaelowi Sparksowi (1942–1996)

Jill Emmie Marie Sparks (1942–1989)

oraz mojemu rodzeństwu, z całego serca i duszy:

Micahowi Sparksowi

Danielle Lewis

Podziękowania

Jak zawsze muszę podziękować mojej żonie Cathy. Cieszyłem się, gdy przyjęła moje oświadczyny, i cieszę się jeszcze bardziej po dziesięciu latach, nadal czując do niej to samo. Dziękuję ci za najlepsze lata mojego życia.

Jestem wdzięczny moim synom, Milesowi i Ryanowi, którzy zajmują specjalne miejsce w moim sercu. Dla nich jestem po prostu tatą. Kocham was obu.

 

Dziękuję również Theresie Park, która jest moją agentką w Sanford Greenburger Associates, a także moją przyjaciółką i powierniczką. Słowa nigdy nie zdołają oddać, ile dla mnie zrobiłaś.

Na moją głęboką wdzięczność za minione cztery lata zasłużyła również Jamie Raab, redaktorka w Warner Books. Jesteś najlepsza.

A oto inne osoby, które przez cały czas mnie wspierały: Larry Kirshbaum, Maureen Egen, John Aherne, Dan Mandel, Howie Sanders, Richard Green, Scott Schwimer, Lynn Harris i Denise Di Novi. Dziękuję losowi, że pozwolił mi z wami wszystkimi pracować.

Prolog

Kiedy miałem siedemnaście lat, moje życie odmieniło się na zawsze.

Wiem, że są ludzie, którzy słysząc to, bardzo się dziwią. Patrzą na mnie ze zdumieniem, jakby próbowali zgadnąć, co takiego mogło się wówczas zdarzyć, ja jednak rzadko kiedy mam ochotę to wyjaśniać. Przeżyłem tu prawie całe życie i naprawdę nie sądzę, bym musiał to czynić – chyba że na moich własnych warunkach. To jednak zajęłoby więcej czasu, niż większość ludzi gotowa byłaby mi poświęcić. Mojej historii nie sposób zawrzeć w dwóch albo trzech zdaniach; nie sposób streścić jej w prostych, jasnych słowach, które wszyscy natychmiast by zrozumieli. Mimo że upłynęło czterdzieści lat, miejscowi, którzy mnie wtedy znali, przyjmują bez zastrzeżeń to, że nie chcę niczego wyjaśniać. Moja historia jest pod pewnymi względami ich historią; jest czymś, co wszyscy przeżyliśmy.

Ja jednak przeżyłem ją najmocniej.

Chociaż mam pięćdziesiąt siedem lat, pamiętam ze wszystkimi szczegółami to, co wydarzyło się tamtego roku. Przeżywam ten rok na nowo, wskrzeszając przeszłość, i robiąc to, czuję zawsze dziwne połączenie smutku i radości. Są chwile, kiedy chciałbym cofnąć wskazówki zegara i wyzbyć się smutku, mam jednak wrażenie, że gdybym to uczynił, ulotniłaby się również cała radość. Przyjmuję więc wspomnienia z całym dobrodziejstwem inwentarza, dając im się porwać, gdy tylko mogę. Zdarza się to częściej, niż skłonny jestem przyznać.

Jest dwunasty kwietnia w ostatnim roku poprzedzającym milenium i wychodząc z domu, rozglądam się dookoła. Niebo jest zachmurzone i szare, lecz idąc ulicą, dostrzegam kwitnące derenie i azalie. Podciągam trochę w górę suwak kurtki. Temperatura jest niska, ale wiem, że już za kilka tygodni zrobi się cieplej i szare chmury ustąpią dniom, którym Karolina Północna zawdzięcza to, że jest jednym z najpiękniejszych miejsc na ziemi.

Nabieram w płuca powietrza i czuję, że wszystko do mnie wraca. Zamykam oczy i lata zaczynają się cofać, tykając powoli niczym obracające się w odwrotną stronę wskazówki zegara. Oglądając się jakby cudzymi oczami, widzę, jak robię się coraz młodszy; widzę, jak moje włosy zmieniają kolor z siwego na brązowy; czuję, jak wygładzają się zmarszczki wokół moich oczu, a ręce i ramiona nabierają siły. To, czego nauczyłem się z wiekiem, zaciera się i wraz z tym obfitującym w wydarzenia rokiem powraca moja niewinność.

A potem, podobnie jak ja, zaczyna się zmieniać świat; zwężają się drogi i na niektórych pojawia się szuter; w miejscu podmiejskich osiedli rozciągają się pola, ulice wypełnia tłum ludzi mijających witryny piekarni Sweeneya i mięsnego sklepu Palki. Na wieży w budynku sądu bije dzwon.

Otwieram oczy i zatrzymuję się. Stoję przy kościele baptystów i spoglądając na jego fasadę, wiem dokładnie, kim jestem.

Nazywam się Landon Carter i mam siedemnaście lat.

Oto moja historia; przyrzekam, że niczego nie opuszczę.

Najpierw będziecie się uśmiechać, potem zapłaczecie… nie skarżcie się później, że was nie ostrzegałem.

Rozdział 1

W roku 1958 miejscowość Beaufort, położona nad oceanem blisko Morehead City w Karolinie Północnej, nie różniła się specjalnie od innych południowych miasteczek. Było to jedno z tych miejsc, gdzie wilgotność powietrza w lecie jest tak wysoka, że ktoś, kto wychodzi z domu, żeby wyjąć listy ze skrzynki, ma natychmiast ochotę wziąć prysznic, a dzieciaki biegają na bosaka od kwietnia do października pod dębami udrapowanymi hiszpańskim mchem. Jadący samochodem ludzie machali tym, którzy szli chodnikiem, bez względu na to, czy ich znali, czy nie, a w powietrzu czuć było zapach sosen, soli i morza, unikalny zapach obu Karolin.

Dla wielu tutejszych mieszkańców łowienie ryb w cieśninie Pamlico i krabów w Neuse River stanowiło źródło utrzymania i wzdłuż całego Nadbrzeżnego Toru Wodnego stały przycumowane łodzie. W telewizji można było oglądać tylko trzy kanały, ale telewizja nie była nigdy czymś ważnym dla ludzi, którzy tam dorastali. Nasze życie koncentrowało się zamiast tego wokół kościołów, których było osiemnaście w samych granicach miasta. Nosiły nazwy takie jak Chrześcijański Kościół Wspólnego Refektarza, Kościół Ludu Odkupionego oraz Kościół Niedzielnej Pokuty. Poza tym mieliśmy oczywiście kościoły baptystów. W czasach mojej młodości było to zdecydowanie najbardziej popularne wyznanie w okolicy. Ich kościoły stały praktycznie na każdym rogu, ale każdy uważał się za lepszy od drugiego. Mieliśmy wszelkiej maści baptystów: Baptystów Wolnej Woli, Baptystów Południowych, Baptystów Kongregacjonalistów, Baptystów Misjonarzy, Baptystów Niezależnych… chyba wiecie już, o co mi chodzi.

Wydarzenie roku finansowane było wówczas przez kościół baptystów stojący w środku miasta – jeśli naprawdę chcecie wiedzieć, Baptystów Południowych – w porozumieniu z miejscową szkołą średnią. Co rok wystawiali w miejskim teatrze bożonarodzeniowe jasełka, a właściwie sztukę napisaną przez Hegberta Sullivana, pastora pełniącego służbę Bożą od czasów, gdy przed Mojżeszem rozstąpiło się Morze Czerwone. No dobrze, nie był może aż tak stary, ale dość stary, by można było zobaczyć, co ma pod skórą. Była przez cały czas ziemista i jakby przezroczysta – dzieciaki przysięgały, że widzą płynącą żyłami krew – a włosy na jego głowie były białe jak króliki, które widuje się w sklepach zoologicznych koło Wielkanocy.

Tak czy inaczej, napisał tę swoją sztukę, która nosiła tytuł Wigilijny anioł, ponieważ nie chciał, żeby wystawiano dalej klasyczną Opowieść wigilijną Karola Dickensa. Jego zdaniem Scrooge był poganinem, który okazał skruchę wyłącznie dlatego, że zobaczył duchy, nie anioły – a kto mógł zaręczyć, że te duchy zostały posłane osobiście przez Pana Boga? I kto mógł zaręczyć, że Scrooge nie wróci na ścieżkę grzechu, jeśli nie zostały wysłane prosto z nieba? W sztuce nie mówi się tego wprost – podaje się całą rzecz trochę na wiarę – ale Hegbert nie ufał duchom, jeśli nie zostały posłane przez Pana Boga. Nie zostało to wyraźnie zaznaczone i miał z tym wielki problem. Kilka lat wcześniej zmienił zakończenie sztuki – dopisał jakby własną wersję, w której staruszek Scrooge zostaje kaznodzieją i wyrusza do Jerozolimy, aby odnaleźć miejsce, gdzie Jezus dyskutował niegdyś z uczonymi w piśmie. Ta wersja nie cieszyła się wielkim powodzeniem – nawet wśród członków wspólnoty parafialnej, którzy siedzieli na widowni, wytrzeszczając oczy – w gazecie zaś napisali, że „chociaż spektakl był z pewnością interesujący, nie była to dokładnie ta historia, którą wszyscy znamy i kochamy…”.

Hegbert postanowił zatem, że spróbuje napisać całkowicie własną sztukę. Przez całe życie pisał sam kazania i niektóre z nich, musieliśmy przyznać, były nawet ciekawe, zwłaszcza gdy rozprawiał o „gniewie Bożym spadającym na cudzołożników” i podobnych rzeczach. Naprawdę gotowała się w nim krew, mówię wam, gdy mówił o cudzołożnikach. Miał na tym punkcie prawdziwego hopla. Kiedy byłem młodszy, ja i koledzy chowaliśmy się za drzewami i widząc, jak idzie ulicą, wrzeszczeliśmy: „Hegbert cudzołożnik!”, po czym głupio chichotaliśmy, jakbyśmy byli najsprytniejszymi istotami, jakie kiedykolwiek zamieszkiwały tę planetę.

Stary Hegbert stawał wtedy jak wryty w miejscu, nadstawiał uszu – przysięgam na Boga, że autentycznie nimi poruszał – jego skóra przybierała jaskrawy odcień czerwieni, jakby napił się benzyny, a wielkie zielone żyły na karku zaczynały nabrzmiewać niczym na tych mapach Amazonii, które można obejrzeć w „National Geographic”. Rozglądał się na lewo i prawo, szukając nas oczami wąskimi jak szparki, a potem, tak samo nagle, zaczynał blednąć i jego skóra na naszych oczach przybierała z powrotem ten rybi kolor. Warto to było zobaczyć, słowo daję.

My zatem kryliśmy się za drzewem, a Hegbert (swoją drogą, jacy rodzice dają takie imię swojemu dziecku?) stał tam, czekając, aż się czymś zdradzimy, jakby miał nas za idiotów. Zakrywaliśmy usta dłońmi, żeby się w głos nie roześmiać, w końcu jednak zawsze nas namierzał. Kręcił głową, a potem nagle nieruchomiał, wpatrując się w nas tymi swoimi paciorkowatymi oczami na wskroś przez drzewo.

– Wiem, że to ty, Landonie Carterze – mówił – i nasz Pan też to wie.

Stał jeszcze przez minutę w miejscu, żeby jego słowa zapadły nam w pamięć, a potem w trakcie niedzielnego kazania spoglądał prosto na nas i mówił, że „Bóg jest miłosierny wobec dzieci, lecz dzieci muszą być tego warte” albo coś w tym stylu. A my kurczyliśmy się w ławkach, nie ze wstydu, ale żeby znowu nie parsknąć śmiechem. Hegbert w ogóle nas nie rozumiał, co było naprawdę dziwne, zważywszy, że sam miał dziecko. Choć z drugiej strony, to była dziewczynka. Ale więcej o tym potem.

Tak czy owak, jak już wspomniałem, Hegbert napisał w którymś roku Wigilijnego anioła i postanowił wystawić go zamiast tamtej drugiej sztuki. Sama sztuka nie była właściwie taka zła, co zdziwiło wszystkich, kiedy ją po raz pierwszy wykonano. Jest to w skrócie historia człowieka, który kilka lat wcześniej stracił żonę. Ten facet, Tom Thornton, był kiedyś bardzo religijny, ale zaczął mieć kłopoty z wiarą, gdy jego żona zmarła podczas porodu. Wychowuje teraz samodzielnie małą córeczkę, lecz nie jest nadzwyczajnym ojcem. Ta dziewczynka strasznie chce dostać na Gwiazdkę pozytywkę z wygrawerowanym na pokrywce aniołem, pozytywkę, której obrazek wycięła ze starego katalogu. Facet szuka tej pozytywki długo i uparcie, ale nie może jej nigdzie znaleźć. Nadchodzi Wigilia, a on wciąż szuka i chodząc po sklepach, trafia na dziwną kobietę, której nigdy w życiu nie widział i która obiecuje, że pomoże mu znaleźć prezent dla córki. Najpierw jednak pomagają jakiemuś bezdomnemu (swoją drogą, nazywano ich w tamtych czasach włóczęgami), potem idą do sierocińca, żeby spotkać się z dziećmi, następnie odwiedzają samotną starą kobietę, która chciała, żeby ktoś dotrzymał jej towarzystwa w Wigilię. W tym momencie tajemnicza kobieta pyta Toma Thorntona, co chciałby dostać na Gwiazdkę, a on odpowiada, że chciałby odzyskać żonę. Kobieta prowadzi go do miejskiej fontanny i mówi, żeby spojrzał w wodę, a ujrzy w niej to, czego szuka. Kiedy Thornton spogląda w wodę, widzi tam swoją małą córeczkę i wybucha płaczem. Podczas gdy on zalewa się łzami, tajemnicza kobieta oddala się. Thornton szuka jej wszędzie, ale nie może znaleźć. W końcu wraca do domu i pamiętając o lekcji, jaką otrzymał tego wieczoru, wchodzi do sypialni córeczki. Widząc ją pogrążoną we śnie, uświadamia sobie, że mała jest wszystkim, co pozostało po jego żonie, i zaczyna znowu płakać, ponieważ wie, że nie był dla niej dość dobrym ojcem. Nazajutrz rano pod choinką czarodziejskim sposobem odnajdują pozytywkę, a wygrawerowany na niej anioł wygląda dokładnie tak jak kobieta, którą Thornton widział poprzedniego wieczoru.

Nie było to więc takie złe, naprawdę. Oglądając przedstawienie, ludzie wylewali wiadra łez. Sztuka rok w rok święciła triumfy i jej popularność sprawiła, że Hegbert musiał ją w końcu przenieść z kościoła do miejskiego teatru, gdzie było o wiele więcej miejsc. Gdy chodziłem do ostatniej klasy szkoły średniej, pokazano ją dwa razy przy wypełnionej sali, co zważywszy na to, kto grał główne role, stanowiło historię samą w sobie.

Hegbert chciał, widzicie, żeby w sztuce występowali młodzi ludzie – uczniowie klasy maturalnej, a nie zawodowi aktorzy. Moim zdaniem uważał, że będzie to dla nich wartościowe doświadczenie, zanim pójdą na studia i będą musieli stawić czoło temu całemu cudzołóstwu. Taki po prostu był: zawsze chciał nas uchronić przed pokusami. Chciał, żebyśmy wiedzieli, że Bóg ma nas zawsze na oku, nawet jeżeli jesteśmy poza domem, i że jeśli będziemy pokładać w nim wiarę, nie stanie się nam nigdy nic złego. Była to prawda, którą sobie w końcu przyswoiłem, chociaż to nie Hegbert mnie jej nauczył.

*

Jak już wspomniałem, Beaufort nie różniło się wiele od innych południowych miasteczek, chociaż miało interesującą historię. Pirat Czarnobrody miał tutaj kiedyś swój dom, a jego statek Queen Anne’s Revenge leży podobno zakopany gdzieś w piasku niedaleko brzegu. Ostatnio paru archeologów, oceanografów czy jak tam nazywają się ludzie, którzy szukają takich rzeczy, ogłosiło, że go odnaleźli, lecz nikt nie jest tego tak do końca pewien, ponieważ statek zatonął przeszło dwieście pięćdziesiąt lat temu i w jego przypadku nie można po prostu sięgnąć do schowka i sprawdzić rejestracji. Beaufort bardzo się zmieniło od lat pięćdziesiątych, jednak nadal nie jest wielką metropolią. Było i zawsze będzie małym miasteczkiem, ale kiedy dorastałem, ledwie zasługiwało na miejsce na mapie. Żeby umieścić całą rzecz w odpowiedniej perspektywie, muszę dodać, że okręg wyborczy, w którym znajdowało się Beaufort, zajmował całą wschodnią część stanu – około dwudziestu tysięcy kilometrów kwadratowych – i nie było tam ani jednej miejscowości liczącej więcej niż dwadzieścia pięć tysięcy mieszkańców, jednak nawet w porównaniu z nimi Beaufort zawsze uważane było za wiochę. Cały teren na wschód od Raleigh i na północ od Wilmington aż do granicy Wirginii tworzył okręg wyborczy, który reprezentował mój ojciec.

 

Przypuszczam, że o nim słyszeliście. Nawet dzisiaj jest kimś w rodzaju legendy. Nazywał się Worth Carter i był kongresmanem prawie przez trzydzieści lat. Jego slogan podczas wszystkich kampanii wyborczych brzmiał „Worth Carter reprezentuje …………” – i każdy miał tam wpisać nazwę miejscowości, w której mieszkał. Pamiętam, jak jeżdżąc na spotkania wyborcze – ja i mama musieliśmy pokazywać się razem z ojcem, żeby dać do zrozumienia, jak bardzo ceni wartości rodzinne – widziałem na zderzakach te nalepki z nazwami takimi, jak: Otway, Chocawinity i Seven Springs. Dzisiaj taki numer na pewno by nie przeszedł, ale w tamtych czasach uważano to za bardzo wyszukaną formę propagandy. Sądzę, że gdyby ojciec próbował teraz robić coś takiego, ludzie z przeciwnego obozu wpisywaliby w puste miejsce najprzeróżniejsze świństwa, wtedy jednak nigdy się z czymś takim nie spotkaliśmy. No, może raz. Farmer w hrabstwie Duplin wpisał kiedyś w puste miejsce słowo „gówno” i moja mama, widząc to, zakryła oczy i odmówiła modlitwę, prosząc Boga o wybaczenie dla biednego, głupiego sukinsyna. No, może nie ujęła tego dokładnie w ten sposób, ale o to mniej więcej chodziło.

Tak więc mój ojciec, Pan Kongresman, był grubą szychą i wszyscy o tym dobrze wiedzieli, łącznie ze starym Hegbertem. Ci dwaj zbytnio się jednak nie lubili, a właściwie nie lubili się wcale, mimo że ojciec chodził do kościoła Hegberta za każdym razem, gdy był w mieście, co, szczerze mówiąc, nie zdarzało się często. Prócz tego, że cudzołożnicy skazani będą na czyszczenie wychodków w piekle, Hegbert wierzył również, że „komunizm jest chorobą, która wiedzie ludzi do poganizmu”. Chociaż słowo „poganizm” w ogóle nie istnieje – nie znalazłem go w żadnym słowniku – członkowie wspólnoty parafialnej dobrze wiedzieli, co ma na myśli. Wiedzieli również, że odnosi je do mojego ojca, który siedział z przymkniętymi oczami, udając, że nie słyszy. Ojciec należał do jednego z komitetów Kongresu powołanych do zbadania zasięgu „czerwonego zagrożenia”, które obejmowało ponoć wszystkie dziedziny życia kraju, poczynając od obrony narodowej i szkolnictwa wyższego, a na uprawie tytoniu kończąc. Musicie pamiętać, że trwała wówczas zimna wojna; sytuacja była napięta, a my, mieszkańcy Karoliny Północnej, potrzebowaliśmy czegoś, co sprowadziłoby całą rzecz do bardziej osobistego poziomu. Ojciec konsekwentnie szukał faktów, które były nieistotne dla ludzi pokroju Hegberta.

– Wielebny Sullivan był dzisiaj w wyjątkowej formie – mówił po powrocie do domu. – Mam nadzieję, że słyszeliście ten fragment, w którym przypomniał, co Jezus mówił o biednych…

No pewnie, tato…

Mój ojciec starał się, kiedy to tylko było możliwe, łagodzić napięcia. Myślę, że dlatego tak długo utrzymał się w Kongresie. Potrafił całować najbrzydsze niemowlęta znane rodzajowi ludzkiemu i za każdym razem miał coś miłego do powiedzenia. „To takie łagodne maleństwo”, mówił, gdy niemowlak miał wielką głowę, albo: „Założę się, że to najsłodsza dziewczynka pod słońcem”, gdy miała znamię na całej twarzy. Któregoś razu jakaś pani pojawiła się z dzieciakiem na wózku inwalidzkim.

– Stawiam dziesięć do jednego, że jesteś najmądrzejszy w swojej klasie – oznajmił ojciec, spojrzawszy na niego tylko raz. I chłopak rzeczywiście był najmądrzejszy! Tak, mój ojciec był świetny w te klocki. Okręcał sobie ich wszystkich dookoła palca, to pewne. I nie był taki zły, naprawdę, zwłaszcza kiedy się zważy, że mnie nie bił i w ogóle.

Ale nie było go, kiedy dorastałem. Mówię to bardzo niechętnie, ponieważ w dzisiejszych czasach ludzie często twierdzą coś takiego nawet wtedy, kiedy ich rodzic był w pobliżu, i usprawiedliwiają w ten sposób swoje zachowanie.

„Mój ojciec mnie nie kochał… i dlatego zostałam striptizerką i wystąpiłam w Potyczkach Jerry’ego Springera”.

Nie chcę się wcale usprawiedliwiać, stwierdzam po prostu fakt. Ojca nie było w domu przez dziewięć miesięcy w roku; spędzał je w Waszyngtonie, w apartamencie oddalonym od nas o pięćset kilometrów. Matka nie wyjechała z nim, ponieważ oboje chcieli, żebym dorastał „w ich rodzinnych stronach”.

Ojciec mojego ojca zabierał go oczywiście na ryby i na polowanie, nauczył go grać w piłkę, pojawiał się na przyjęciach urodzinowych, jednym słowem, robił wszystkie te rzeczy, które bardzo się liczą, zanim człowiek osiągnie dojrzałość. Mój ojciec był dla mnie kimś obcym, kimś, kogo prawie nie znałem. Przez pierwszych pięć lat mojego życia uważałem, że wszyscy ojcowie mieszkają gdzie indziej. Zdałem sobie sprawę, że coś jest nie w porządku, dopiero kiedy mój najlepszy kumpel Eric Hunter zapytał mnie w przedszkolu, kim jest ten facet, który przyszedł do nas do domu poprzedniego wieczoru.

– To mój ojciec – odparłem z dumą.

– Och… – stropił się Eric, szukając milky way w moim pudełku na drugie śniadanie. – Nie wiedziałem, że masz ojca.

To się nazywa oberwać prosto w twarz.

Dojrzewałem zatem pod opieką matki. Była naprawdę miłą kobietą, słodką i łagodną, matką, o jakiej można tylko marzyć. Nie zastąpiła jednak i nigdy nie mogła zastąpić obecności mężczyzny w moim życiu i to w połączeniu z rosnącym rozczarowaniem, jakie odczuwałem w stosunku do ojca, uczyniło ze mnie kogoś w rodzaju buntownika już w bardzo młodym wieku. Ale nie łobuza, w żadnym wypadku. Razem z kolegami wymykałem się czasami wieczorem i mazaliśmy mydłem szyby samochodów albo pogryzaliśmy prażone orzeszki na cmentarzu za kościołem, lecz w latach pięćdziesiątych to wystarczyło, żeby inni rodzice kręcili głowami i szeptali do swoich pociech: „Nie chcesz chyba brać przykładu z młodego Cartera. Jest na najlepszej drodze, żeby wylądować w więzieniu”.

Ja – łobuz. Dlatego, że jadłem orzeszki na cmentarzu. Wyobrażacie sobie?

Tak czy inaczej, mój ojciec i Hegbert niezbyt się lubili, ale poróżniła ich nie tylko polityka. Nie, wyglądało na to, że znali się z dawnych czasów. Hegbert było o jakieś dwadzieścia lat starszy od mojego ojca i zanim został pastorem, pracował u ojca mojego ojca. Mój dziadek – niezależnie od tego, że spędzał dużo czasu z moim ojcem – był prawdziwym sukinsynem i w zupełności zasługiwał na to miano. To on zresztą zgromadził rodzinną fortunę. Nie chcę jednak, byście odnieśli wrażenie, że był niewolnikiem własnej firmy, ciężko harującym i patrzącym, jak z biegiem czasu powoli się powiększa. Mój dziadek był o wiele cwańszy. Sposób, w jaki zarobił pieniądze, był bardzo prosty – zaczął jako przemytnik, sprowadzając rum z Kuby i bogacąc się na tym przez cały okres prohibicji. Potem zaczął kupować ziemię i puszczał ją w dzierżawę. Brał dziewięćdziesiąt procent forsy, którą dzierżawcy uzyskiwali ze sprzedaży tytoniu, a potem pożyczał im pieniądze, kiedy tylko chcieli, wyznaczając astronomiczne odsetki. Oczywiście nigdy nie zamierzał ich odbierać – zamiast tego zajmował ziemię i sprzęt, jaki jeszcze posiadali. Następnie, jak to potem określał, „w chwili olśnienia” założył firmę o nazwie Usługi Bankowe i Pożyczki Cartera. Jedyny drugi istniejący na terenie tego oraz sąsiedniego hrabstwa bank rychło spłonął w tajemniczych okolicznościach i z nadejściem Wielkiego Kryzysu już nie wznowił działalności. Chociaż wszyscy wiedzieli, co się naprawdę stało, nikt nie pisnął ani słowa z obawy przed zemstą, obawy, która była jak najbardziej uzasadniona. Bank nie był jedynym budynkiem, który spłonął w tajemniczych okolicznościach.

Odsetki, które ściągał dziadek, były oburzające i ludzie nie byli w stanie spłacać pożyczek, a on gromadził coraz więcej ziemi i nieruchomości. W szczytowym okresie kryzysu przejął kilkadziesiąt firm w całym hrabstwie; zatrzymał ich właścicieli w charakterze najemnych pracowników i płacił im dosyć, żeby u niego zostali, zresztą i tak nie mieli dokąd pójść. Mówił im, że kiedy sytuacja ekonomiczna się polepszy, odsprzeda im firmy, i ludzie zawsze mu wierzyli.

On jednak ani razu nie dotrzymał danej obietnicy. W efekcie kontrolował znaczną część gospodarki hrabstwa i nadużywał swojej władzy na wszelkie możliwe sposoby.

Chciałbym zapewnić was, że w końcu zginął w straszliwych męczarniach, lecz wcale tak się nie stało. Zmarł, dożywszy późnego wieku, baraszkując z kochanką na swoim jachcie przy brzegu Kajmanów. Przeżył dwie żony i jedynego syna. Niezły koniec jak na takiego faceta, prawda? Przekonałem się, że w życiu nie ma sprawiedliwości. Jeśli w szkole czegoś w ogóle uczą, powinni uczyć właśnie tego.

Ale wracajmy do naszej opowieści… Kiedy Hegbert zdał sobie sprawę, jakim sukinsynem jest mój dziadek, przestał u niego pracować, wstąpił do stanu duchownego a potem wrócił do Beaufort i został pastorem w tym samym kościele, do którego uczęszczaliśmy. Przez pierwsze lata doskonalił swój talent kaznodziei, wygłaszając co miesiąc kazania na temat zła, które wyrządzają innym chciwi ludzie, i w związku z tym nie miał prawie czasu na nic innego. Ożenił się dopiero w wieku czterdziestu trzech lat, a jego córka Jamie Sullivan urodziła się, gdy miał pięćdziesiąt pięć. Jego żona, młodsza od niego o dwadzieścia lat drobna kobietka, poroniła sześć razy przed urodzeniem Jamie i w końcu zmarła podczas porodu, czyniąc z Hegberta wdowca, który musiał samodzielnie wychowywać córkę.

Stąd oczywiście wziął się temat sztuki.

Ludzie znali tę historię, zanim po raz pierwszy wystawiono ją na scenie. Opowiadano ją sobie za każdym razem, kiedy Hegbert miał ochrzcić jakieś dziecko albo wyprawić pogrzeb. Wszyscy ją znali i dlatego, jak sądzę, ludzie reagowali tak uczuciowo, oglądając sztukę. Wiedzieli, że jest oparta na autentycznych wydarzeniach, co nadawało jej specjalne znaczenie.

Jamie Sullivan chodziła wtedy, podobnie jak ja, do ostatniej klasy szkoły średniej i wybrano ją już do roli anioła, co oczywiście nie znaczy, że ktoś inny miał wcześniej szansę go zagrać. To oczywiście sprawiało, że tegoroczna inscenizacja miała być czymś wyjątkowym. Miała stać się wielkim wydarzeniem, być może nawet największym z dotychczasowych, przynajmniej według panny Garber, która była naszą nauczycielką dramatu i wiele obiecywała sobie po przygotowywanym przedstawieniu już wtedy, gdy po raz pierwszy zobaczyłem ją w klasie.

Naprawdę nie zamierzałem zapisywać się w tamtym roku na zajęcia z dramatu. Naprawdę nie zamierzałem, ale miałem do wyboru to albo chemię dla zaawansowanych. Byłem przekonany, że dramat okaże się kaszką z mlekiem zwłaszcza w porównaniu z tą drugą opcją. Żadnych prac domowych, żadnych sprawdzianów, żadnych tablic, z których musiałbym zapamiętywać protony i neurony oraz łączyć pierwiastki w prawidłowe wzory… Czyż mogło być coś lepszego dla ucznia ostatniej klasy? Rzecz wydawała się oczywista. Zapisując się, miałem nadzieję, że uda mi się przespać większość zajęć, co zważywszy na moją nocną konsumpcję orzeszków, miało dla mnie wówczas duże znaczenie.

Pierwszego dnia pojawiłem się jako jeden z ostatnich w klasie. Wbiegłem zaledwie kilka sekund przed dzwonkiem i usiadłem z tyłu. Panna Garber stała odwrócona plecami do klasy i pisała wielkimi, pochyłymi literami swoje nazwisko, tak jakbyśmy nie wiedzieli, kim jest. Wszyscy ją znali – nie sposób było jej nie znać. Miała prawie metr dziewięćdziesiąt wzrostu, płomiennie rude włosy, bladą cerę oraz piegi, które świadczyły, że dawno już przekroczyła czterdziestkę. Miała również nadwagę – ważyła ze sto dwadzieścia kilogramów – i słabość do luźnych, kwiecistych sukni. Nosiła ciemne okulary w grubych rogowych oprawkach i pozdrawiała wszystkich długim „Witam”, przeciągając śpiewnie ostatnią sylabę. Panna Garber była jedyna w swoim rodzaju, to pewne, była też wolnego stanu, co jeszcze bardziej pogarszało sytuację. Każdy facet, niezależnie od wieku, nie mógł nie współczuć takiej kobiecie.