Rynek i ratuszTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3

Gdziekolwiek spojrzeć, wszędzie sieci

Świat przyrody jest w doprawdy zdumiewającym stopniu złożony ze „zoptymalizowanych, docierających wszędzie i rozgałęziających się sieci”, by użyć sformułowania fizyka Geoffreya Westa. Począwszy od ludzkiego układu krwionośnego aż po kolonie mrówek, wszystkie takie systemy wyewoluowały po to, by umożliwić dystrybucję energii i materiałów od ich makroskopowych rezerwuarów do mikroskopowych punktów zapotrzebowania, a istnieją one w zadziwiająco szerokim spektrum wymiarów obejmującym aż dwadzieścia siedem rzędów wielkości. Zwierzęce układy krwionośne, oddechowe, wydalnicze czy nerwowe stanowią bez wyjątku naturalne sieci. Podobnie rzecz ma się z roślinnymi systemami naczyniowymi oraz z wewnątrzkomórkowymi systemami mikrotubularnymi i mitochondrialnymi[1]. Jedyną siecią nerwową, którą jak dotąd udało nam się w pełni poddać mapowaniu, jest mózg robaka obłego (nicienia) Caenorhabditis elegans, ale naukowcy przygotowują się już do kompleksowego zbadania również bardziej złożonych mózgów[2]. Od mózgów robaków aż po łańcuchy pokarmowe (będące na dobrą sprawę „sieciami pokarmowymi”) współczesna biologia potrafi znaleźć układy sieciowe na wszystkich poziomach ziemskiego życia[3]. Podczas sekwencjonowania genomu ujawniono istnienie „genowej sieci regulacyjnej”, w której „węzły stanowią geny, a połączenia to łańcuchy reakcji”[4]. Delta to rzeka w stanie sieciowym – mapy takich sieci można obejrzeć w każdym szkolnym atlasie. Również guzy tworzą sieci.

2. Częściowa sieć pokarmowa „Szelfu Szkockiego” w północno-zachodniej części Atlantyku. Strzałki biegną od gatunków niższych w łańcuchu do gatunków drapieżnych.

Plik w większej rozdzielczości do zobaczenia tutaj.

Niektóre problemy można rozwiązać jedynie wówczas, kiedy podda się je analizie sieciowej. Naukowcy usiłujący wyjaśnić rozległe wykwity alg, które pojawiły się w Zatoce San Francisco w 1999 roku, musieli sporządzić całą mapę podwodnego życia, by znaleźć wreszcie przyczynę tego zjawiska. Podobna mapa, tyle że ludzkiej sieci nerwowej, konieczna była do ustalenia, że jej częścią odpowiedzialną za przechowywanie naszej pamięci jest hipokamp[5]. Prędkość rozprzestrzeniania się dowolnej choroby zakaźnej jest zależna w równym stopniu od jej złośliwości, co od struktury sieciowej populacji, którą atakuje – wykazała to ponad wszelką wątpliwość epidemia, jaka wybuchła wśród nastolatków w hrabstwie Rockdale w Georgii dwadzieścia lat temu[6]. Po początkowym okresie powolnego wzrostu zachorowań zasięg choroby gwałtownie się zwiększył z powodu kilku ognisk, między którymi istniała gęsta i szybka komunikacja[7]. Ujmując to bardziej naukowo – wtedy, gdy bazowy współczynnik reprodukcji infekcji (pokazujący, jak wielu ludzi zaraża się średnio chorobą od już zarażonej jednostki) ma wartość większą niż jeden, choroba staje się endemiczna; jeśli zaś jest on mniejszy od jedności, ma ona tendencję do wygasania. Ale tenże współczynnik zależy w takiej samej mierze od naturalnej zaraźliwości samej choroby, jak od struktury sieciowej populacji, której ona dotyka[8]. Struktura sieciowa może również wpływać na prędkość i precyzyjność zdiagnozowania danej choroby[9].

W czasach prehistorycznych Homo sapiens wyewoluował jako zdolna do współpracy małpa człekokształtna, dysponująca unikatową zdolnością do tworzenia sieci – czy to w celu komunikowania się, czy wspólnego działania – która odróżniała nas od innych przedstawicieli świata zwierząt. Jak to ujął biolog ewolucyjny Joseph Henrich, nie jesteśmy bynajmniej szympansami, które rozwinęły większe mózgi i utraciły część owłosienia, ponieważ tajemnica sukcesu naszego gatunku „polega (…) na wykorzystaniu k o l e k t y w n y c h m ó z g ó w wspólnot, do których należymy”[10]. W odróżnieniu od szympansów rozwijamy się społecznie, poprzez naukę i dzielenie się doświadczeniami. Według antropologa ewolucyjnego Robina Dunbara ewolucja naszych większych niźli małpie mózgów, dysponujących bardziej rozwiniętą warstwą kory nowej, umożliwiła nam funkcjonowanie w stosunkowo dużych grupach społecznych składających się z około stu pięćdziesięciu jednostek (dla porównania, u szympansów jest ich około pięćdziesięciu)[11]. Tak na dobrą sprawę nasz gatunek powinien się raczej nazywać Homo dictyous („człowiek sieciowy”), ponieważ – by zacytować socjologów Nicholasa Christakisa i Jamesa Fowlera – „nasze mózgi wydają się stworzone do budowania sieci społecznych”[12]. Etnograf Edwin Hutchins ukuł na tę umiejętność określenie „poznanie rozproszone”. Nasi dawni przodkowie żyli w „grupach zbieracko-łowieckich zmuszonych do współpracy”, jako że każdy członek takiej grupy musiał polegać na innych w kwestii pożywienia, schronienia czy ogrzania się[13]. Jest całkiem możliwe, że rozwój języka mówionego, a także kojarzone z nim usprawnienia w strukturze i możliwościach naszego mózgu stanowiły część tego samego procesu i wyewoluowały z powszechnych u małp czynności, takich jak iskanie[14]. Podobnie można postrzegać wykształcenie się praktyk takich jak sztuka, taniec czy rytuały[15]. Jak zatem twierdzą historycy William H. McNeill i J.R. McNeill, pierwsza „ogólnoświatowa sieć” pojawiła się w zasadzie już jakieś dwanaście tysięcy lat temu. Człowiek, dysponujący niezrównaną siecią nerwową, urodził się po to, by t w o r z y ć sieci i w nich żyć.

A zatem sieci społeczne to struktury w zupełności naturalne dla ludzi, poczynając od sposobu, w jaki postrzegamy samą wiedzę oraz od rozmaitych form jej odtwarzania i przekazywania, aż po dobrze nam wszystkim znane drzewa genealogiczne, których częścią z konieczności wszyscy jesteśmy, nawet jeśli tylko nielicznych z nas pasjonuje zamierzchła historia swoich rodzin. Jako sieci można postrzegać układy osadnictwa, migracji czy krzyżowania się ras, zgodnie z którymi nasz gatunek rozprzestrzenił się po powierzchni całego świata, a także całe mnóstwo ludzkich zachowań, od sekt i kultów po mody i trendy, jakie dość regularnie tworzymy, nie zawsze z głową i odpowiedzialnie. Jak zobaczymy, sieci społeczne mogą mieć bardzo różne formy i rozmiary, od zamkniętych i tajnych stowarzyszeń po szerokie ruchy otwarte na każdego. Niektóre mają charakter spontaniczny i samoorganizujący, inne są bardziej systematyczne i ustrukturyzowane. Jedyna zmiana, jak zaszła pod tym względem wraz z upływem czasu – a zapoczątkowało ją wynalezienie języka pisanego – polega na tym, że nowe technologie w znacznym stopniu ułatwiły nam realizację wrodzonej, pradawnej chęci do tworzenia sieci.

A jednak istnieje tu pewien zagadkowy paradoks. Przez większość spisanych dziejów, zarówno pod względem skali, jak i możliwości, sieci zdominowane były całkowicie przez hierarchie. Mężczyźni i kobiety organizowali się w większości w struktury hierarchiczne, w których władza skupiona była na samym szczycie, w rękach wodza, pana, króla czy cesarza. W porównaniu do tych struktur sieć, którą otaczała się jednostka, miała bardzo niewielki zasięg. Przeciętny chłop – a to określenie z grubsza obejmuje większość ludzi przez większą część naszej spisanej historii – tkwił w malutkiej komórce społecznej zwanej rodziną, która z kolei stanowiła część nieco większego skupiska zwanego wioską, i nie miał praktycznie żadnych innych powiązań ze światem zewnętrznym. W taki właśnie sposób większość ludzi przeżywała swoje życie jeszcze zaledwie sto lat temu. Nawet dziś mieszkańcy indyjskich wsi mają ze sobą w najlepszym razie jedynie luźne związki, tworząc coś w rodzaju „pozszywanej z kawałków kołdry (…), której każdy kawałek ma taką wielkość, by umożliwić współpracę wszystkim zasiedlającym go mieszkańcom”[16]. W tego rodzaju izolowanych społecznościach kluczową rolę odgrywają jednostki „rozprzestrzeniające informacje”, powszechnie znane jako plotkarze[17]. Owe tradycyjne, działające na niewielką skalę sieci potrafiły być tak opresyjne, że niektóre jednostki świadomie wybierały ucieczkę i całkowitą od owych sieci izolację. W swoim wierszu Naebody (Nikt) osiemnastowieczny poeta szkocki Robert Burns daje upust takiemu właśnie pragnieniu samotności i zerwania z życiem w zamkniętej społeczności:

Już swoją własną żonę mam

I nie podzielę się nią z nikim

Nikt nie przyprawi rogów mi

I ja nie przyprawię ich nikomu

Mam do wydania ładny grosz

I nie zawdzięczam go nikomu

Nikomu nie pożyczam nic

I od nikogo nic nie biorę

Jak pana nie ma we mnie nikt

Tak i niczyim nie będę sługą

Noszę przy sobie dobry miecz

I pobić nie dam się nikomu

Będę wesoły i wolny tak

Smucić nie będę się o nikogo

Nikt przecież o mnie nie chce dbać

Więc ja też nie dbam o nikogo[9*].

Postać wyalienowanego samotnika nie jest też obca zachodniej kinematografii, by wspomnieć choćby bohaterów takich filmów jak Jeździec znikąd czy Mściciel. Również w filmie Śmiertelnie proste (1984) braci Coen narrator żyje w świecie niepohamowanego, brutalnego indywidualizmu. „No dalej, poskarż się – mówi – zwierz się ze swoich problemów sąsiadowi, poproś go o pomoc, a zobaczysz, co będzie. W Rosji mają teraz wszystko tak zorganizowane, że każdy trzyma z innymi – przynajmniej w teorii. Ale ja wiem tylko, jak jest w Teksasie. A tutaj (…) jesteś zdany na samego siebie”[18].

Tego rodzaju wybujały indywidualizm jest wszakże wyjątkiem od reguły. Jak to doskonale ujął John Donne w swoich Medytacjach (Devotions upon Emergent Occasions):

„Nie ma człowieka, który byłby wyspą, z siebie samego ulepiony: każdy stanowi fragment kontynentu, cząstkę stałego lądu. Jeśli więc morze zmyje bryłkę ziemi, o tyle samo mniejsza będzie Europa, jak gdyby fale uniosły przylądek lub dom przyjaciół Twoich lub Twój własny. Gdy jakiś człowiek umiera, i ja staję się mniejszy, gdyż jestem wpleciony w ludzkość: a przeto nigdy nie wypytuj, komu bije dzwon – bije on tobie”.

 

Człowiek jest w rzeczy samej zwierzęciem społecznym, a mizantropi to nie tylko ci, którzy unikają innych, ale także ci, których to inni unikają. Tym większą zagadką pozostaje, dlaczego i w jaki sposób, mimo tak naturalnych skłonności do tworzenia sieci, byliśmy przez tak długi czas pod jarzmem wertykalnie ustrukturyzowanych i sztywno zinstytucjonalizowanych hierarchii.

3. Model statystyczny (Google n-gram) obrazujący częstotliwość pojawiania się słów „sieć” (network) i „hierarchia” (hierarchy) w publikacjach anglojęzycznych w latach 1800–2000.

Samo słowo „hierarchia” pochodzi od starogreckiego ἱεραρχία oznaczającego dosłownie „rządy wysokiego kapłana” i pierwotnie używano go na określenie niebiańskich chórów anielskich czy też, w większym uogólnieniu, rozwarstwionego porządku władz duchowych albo doczesnych. Z kolei słowo „sieć” aż do XVI wieku miało tylko jedno i do tego proste znaczenie – określało utkaną albo zrobioną ze sznurków plecionkę. Szekspirowi zdarzało się wprawdzie raz na jakiś czas użyć tego słowa w znaczeniu metaforycznym – spisek Jago wymierzony w Otella jest niczym „sieć, która oplecie ich wszystkich” – ale w żadnej z jego sztuk nie ma ono znaczenia bliskiego dzisiejszemu[19]. Naukowcy żyjący w wiekach XVII i XVIII potrafili już dostrzegać sieć połączeń w naturze – od sieci pajęczych po ludzki układ krążenia składający się z żył i arterii – jednak dopiero w XIX stuleciu terminem tym zaczęto się posługiwać w szerszym, bardziej metaforycznym sensie. Geografowie i inżynierowie opisywali w ten sposób szlaki wodne i kolejowe, a pisarze – stosunki między ludźmi. Poeta Coleridge (1817) pisał o „sieci własności”, a historyk Freeman (1876) o „sieci tytułów feudalnych”[20]. Tak czy inaczej, mniej więcej do 1880 roku w książkach ukazujących się w języku angielskim o wiele częściej można było znaleźć słowo „hierarchia” aniżeli słowo „sieć” (zob. ilustracja 3). Możemy wprawdzie retrospektywnie uznać stosunki polityczne i społeczne odmalowane przez Anthony’ego Trollope’a w jego powieści Phineas Finn (1869) za przykład analizy sieci[21], tyle że samo słowo „sieć” nie pojawia się w tym tekście ani razu. Prawdziwie zawrotną karierę pojęcie to zaczęło robić dopiero w II połowie XX stulecia: najpierw zaczęto mówić i pisać o sieciach transportowych i elektrycznych, później o sieciach telefonicznych i telewizyjnych, a wreszcie o sieciach komputerowych i internetowych sieciach społecznościowych. Przed 1980 rokiem słowa „sieć” nigdy nie używano też na określenie zaplanowanego utrzymywania kontaktów towarzyskich z myślą o rozwoju własnej kariery.

4

Po co nam hierarchie

Turyści odwiedzający Wenecję powinni zarezerwować jedno popołudnie na uroczą, ale niczym się specjalnie niewyróżniającą wysepkę Torcello. Właśnie tam, wewnątrz Cattedrale di Santa Maria Assunta znajduje się doskonała ilustracja naszego wyobrażenia o hierarchii (zob. ilustracja 1). Jest to jedenastowieczna mozaika ukazująca Sąd Ostateczny, który wyobrażono na pięciu wyraźnie rozróżnionych poziomach, przy czym ten najwyższy zajmuje Chrystus, a najniższy to czeluści piekielne.

Mniej więcej w ten właśnie sposób większość ludzi postrzega hierarchie: jako pionowo zorganizowane struktury, charakteryzujące się scentralizowaną i biegnącą od szczytu do podstawy władzą, kontrolą i komunikacją. W ujęciu historycznym wszystko zaczęło się od rodzinnych i plemiennych klanów, z których (albo w opozycji do których) wyewoluowały z czasem bardziej skomplikowane i zróżnicowane instytucje, ze sformalizowanymi podziałami wewnętrznymi i hierarchicznym uszeregowaniem należących do nich osób[1]. Pośród szerokiej gamy takich hierarchicznych struktur, które mnożyły się w epoce przednowożytnej, znajdowały się i rozmaitego rodzaju miejskie milicje, zarządzane w sztywny sposób i ściśle powiązane z handlem, i znacznie większe organizmy państwowe, zazwyczaj o charakterze monarchicznym, oparte na rolnictwie, i centralnie kierowane ośrodki kultu, znane jako kościoły, i armie czy aparaty biurokratyczne w ramach państw, i gildie sprawujące kontrolę nad dostępem do zawodów wymagających szczególnych kwalifikacji, i autonomiczne korporacje, od samego zarania epoki nowożytnej szukające maksymalizacji zysku gospodarczego przez monopolizowanie kluczowych transakcji rynkowych, i ciała akademickie, takie jak uniwersytety, i wreszcie ogromne organizmy państwowe o charakterze ponadnarodowym, znane jako imperia.

Kluczową zachętą do tworzenia i utrzymywania takich struktur hierarchicznych była ich duża skuteczność we wprowadzaniu oraz utrwalaniu mechanizmów sprawowania władzy: scentralizowana kontrola w rękach „jednego człowieka” eliminowała, a przynajmniej zmniejszała konieczność czasochłonnego wypracowywania strategii postępowania, który to proces w dodatku mógł się w dowolnym momencie przerodzić w niekontrolowany i wyniszczający wszystkie strony sporu konflikt[2]. Jak twierdzi filozof Benoît Dubreuil, delegowanie na jednostki czy też wąską elitę uprawnień do sądzenia i wymierzania kar – innymi słowy, władzy egzekwowania sprawiedliwości wobec tych, którzy naruszyli reguły – było rozwiązaniem optymalnym w społecznościach o charakterze głównie rolniczym, gdzie naczelnym nakazem dla większości ich członków było znoszenie w pokorze i w milczeniu wszelkich trudów pracy w polu[3]. Peter Turchin skupia się z kolei na podkreślaniu roli ewolucji sposobów prowadzenia wojen, argumentując, że to właśnie zmiany w technologii wojskowej miały duże przełożenie na rozprzestrzenianie się hierarchicznie zorganizowanych państw i armii[4].

Jednym ze źródeł takiej społecznej spójności mógł być również absolutyzm. „Istnieje pewna niewidzialna nić, zupełnie jak w sieci pająka, a wychodzi ona wprost z serca Jego Cesarskiej Mości Aleksandra Trzeciego” – wyjaśniał całą rzecz młodemu wówczas Maksimowi Gorkiemu carski policjant nazwiskiem Nikiforycz, mniej więcej w 1890 roku. „Istnieje też i kolejna, która wiedzie przez wszystkich ministrów, przez Jego Ekscelencję Namiestnika i dalej w dół, przez wszystkie szczeble, aż dociera i do mnie, a nawet do najniższego szarżą żołnierza. Wszystko jest połączone i związane ze sobą tą właśnie nicią (…) i jej niewidzialną władzą”[5]. Gorkiemu dane było dożyć czasów, w których Stalin przemienił ową niewidzialną nić w stalowe druty zapewniające kontrolę społeczną w skali niewyobrażalnej dla nawet najbardziej szalonego z carów.

Zarazem jednak trudno przeoczyć oczywiste ułomności systemu autokratycznego. Żadna jednostka, choćby najbardziej utalentowana, nie jest w stanie poradzić sobie ze wszystkimi wyzwaniami związanymi z zarządzaniem ogromnym imperium, niemal żadna nie potrafi też się oprzeć licznym pokusom nieodłącznie towarzyszącym sprawowaniu władzy absolutnej. Krytyka państwa hierarchicznego płynęła zarówno z pozycji politycznych, jak i ekonomicznych. Począwszy od XVIII wieku, świat zachodni, choć nie bez oporów i okresowych porażek, coraz przychylniej zapatrywał się na demokrację – w odróżnieniu od wcześniejszych teoretyków państwa z okresów od starożytności po odrodzenie – a w każdym razie zaczął coraz bardziej doceniać koncepcję rządów ograniczanych przez niezależne sądy oraz przez jakiś rodzaj ciała przedstawicielskiego. Pomijając już nawet całkiem zrozumiałą tendencję do powiększania wolności politycznej, wydawało się, że takie bardziej demokratyczne formy rządów idą też w parze z bardziej stabilnym rozwojem gospodarczym[6]. Lepiej radzą sobie one również w sytuacji narastającej złożoności, nieuchronnej przy wzroście demograficznym, i stałym postępie technologicznym. Wreszcie systemy takie są mniej podatne na „dekapitację”, kiedy bowiem u szczytu władzy znajduje się pojedynczy człowiek, jego zabójstwo może doprowadzić do zawalenia się całej hierarchicznej struktury. A jednocześnie ekonomiści tacy jak Adam Smith argumentowali, że spontanicznie organizujący się wolny rynek z definicji sprawdza się lepiej przy redystrybucji środków i zasobów niż system, w którym o ich alokacji decyduje jakiś prywatny monopolista czy wszechwładny rząd.

W praktyce dosyć spora część autokratycznych władców, którzy sprawowali niepodzielne rządy na przestrzeni dziejów, pozostawiała, rzecz jasna, całkiem niemałą władzę właśnie rynkowi, co najwyżej poddając go regulacjom, ściągając z niego podatki i raz na jakiś czas w ten czy inny sposób ingerując w jego działanie. Nic zatem dziwnego, że w typowym średniowiecznym czy wczesnonowożytnym mieście – takim choćby jak Siena w Toskanii – wieża ratusza bądź innej instytucji reprezentującej władzę o charakterze politycznym stoi w bezpośrednim sąsiedztwie rynku (a często wręcz nad nim dominuje), to jest centralnego placu, na którym odbywały się różnego rodzaju transakcje i inne formy interakcji społecznych (zob. ilustracja 6). Błędem byłoby zatem podążanie za myślą Friedricha Hayeka, który zakłada prostą dychotomię między państwem a rynkiem. A byłoby to niewłaściwe nie tylko dlatego, że to przecież rząd definiuje ramy prawne, w których działa rynek, ale również dlatego, że – jak dowodzi Max Boisot – zarówno same rynki, jak i aparaty biurokratyczne to wprost idealne sieci wymiany informacji, podobnie zresztą jak klany czy lenna[7].

Sieci o charakterze nieformalnym są wszakże zgoła odmienne. Jeśli wierzyć socjologowi organizacji Walterowi Powellowi, do transakcji nie dochodzi w nich „ani przez wzajemną wymianę, ani wskutek odgórnych decyzji administracyjnych, lecz poprzez skoordynowane działanie jednostek zaangażowanych w operacje mające na celu odwzajemnianie przysług, urzeczywistnianie preferencji i wzajemne wspieranie się (…), które jednak nie wypływają wprost ani z jakichś wyraźnych nakazów rynku, ani z paternalistycznych stosunków charakterystycznych dla hierarchii”[8]. Studenci zarządzania nie od dziś wiedzą zresztą o roli struktur sieciowych rywalizujących ze sobą o wpływy w różnych gospodarkach. Jednym z wielu przykładów takich biznesowych sieci są choćby japońskie grupy keiretsu. Trudno w tym miejscu nie przywołać słynnego spostrzeżenia Adama Smitha, który stwierdził: „Ludzie tego samego zawodu z rzadka się ze sobą spotykają, nawet dla uciechy czy rozrywki, a ich rozmowy kończą się zazwyczaj albo jakąś zmową wymierzoną w konsumentów, albo cichym porozumieniem na rzecz podniesienia cen”[10*]. Niektórzy badacze stosunków politycznych również niejasno przeczuwali, że sieci zwyczajnie wkraczają na swoistą ziemię niczyją, pełniąc w jakiś sposób funkcję pośredniczącą[9]. Bo czyż działalności członków niektórych sieci nie można nazwać dyskretnym handlem, nawet jeśli zamiast przekazywać sobie banknoty, wymieniają się podarkami i przysługami?[10] I czy takie sieci nie stanowią po prostu luźno zorganizowanych korporacji?[11] Badacze sieci już od wielu lat szukają odpowiedzi na tak postawione pytania, choć ich wysiłki bywały częstokroć niedoceniane – w tym również, przynajmniej do niedawna, przez historyków.