Rynek i ratuszTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Książkę tę dedykuję Campbellowi Fergusonowi, mojemu ojcu, którego bardzo mi brakuje, a którego imię – taką żywię nadzieję – otrzyma jego szósty wnuk wówczas, kiedy praca ta ukaże się drukiem.

I

Wprowadzenie: Sieci i hierarchie

1

Tajemnica iluminatów

Dawno, dawno temu, blisko dwa i pół wieku przed nami, była sobie pewna sekretna sieć, która próbowała zmienić świat. Założono ją w Niemczech, zaledwie dwa miesiące przed tym, jak trzynaście brytyjskich kolonii w Ameryce ogłosiło niepodległość, a organizacja ta miała być odtąd znana jako Illuminatenorden – Zakon Iluminatów. Postawiła ona przed sobą nader wzniosłe cele. Wystarczy tylko nadmienić, że jej założyciel nadał jej pierwotnie nazwę Bund der Perfektibilisten (Liga Dążących do Doskonałości). Jak zapamiętał jeden z członków zakonu, jego założyciel głosił, że miał on być: „stowarzyszeniem, które poprzez najbardziej subtelne i niezawodne metody stawia sobie za cel zwycięstwo cnoty i mądrości nad głupotą i nikczemnością; stowarzyszeniem, które dokonywać będzie najważniejszych odkryć we wszelkich dziedzinach nauki, które wśród swoich członków wykształcać będzie dążenia do szlachetności i wielkości, które zapewni im niezawodną nagrodę za osiągnięcie całkowitej doskonałości na tym świecie, które uchroni ich przed prześladowaniami, złym losem i opresją, a nadto zwiąże ręce despotyzmom we wszelkich możliwych formach”[1][5*].

Najważniejszym celem zakonu było „oświecenie rozumnych słońcem rozsądku, które rozproszy chmury przesądów i uprzedzeń”. A sam założyciel zakonu oświadczył: „Moim zadaniem jest doprowadzenie do triumfu rozumu”[2]. Metody, które miały służyć osiągnięciu tego celu, były z jednej strony edukacyjne. „Jedyną intencją ligi” – czytamy w jej Statucie Generalnym (1781) – miała być „edukacja, ale nie w sferze deklaratywnej, lecz poprzez faworyzowanie i nagradzanie cnoty”[3]. Z drugiej strony zaś iluminaci mieli działać jako bractwo o charakterze ściśle tajnym. Jego członkowie przyjmowali kryptonimy, często wywodzące się z kultury grecko-rzymskiej – sam założyciel był Bratem Spartakusem. Miały w nim istnieć trzy poziomy członkostwa: Nowicjat, Minerwa[6*] i Oświecona Minerwa, przy czym należący do najniższego poziomu mieli uzyskać tylko bardzo ogólny wgląd w cele i metody zakonu. Wypracowano wymyślne rytuały inicjacyjne, wśród których znalazła się przysięga milczenia – za jej złamanie groziła kara śmierci. Każda osobna komórka nowicjuszy podlegała własnemu przełożonemu, którego prawdziwej tożsamości żaden z nich nie znał.

Początkowo iluminaci nie byli zbyt liczni: zakon tworzyła garstka członków założycieli, wśród których większość stanowili studenci[4]. Dwa lata po swoim powstaniu zrzeszał zaledwie dwudziestu pięciu ludzi, a jeszcze w grudniu 1779 roku było ich co najwyżej sześćdziesięciu. Za to w ciągu kolejnych kilku lat liczba członków zwiększyła się do ponad tysiąca trzystu[5]. W tym pierwszym okresie jego istnienia działalność zakonu ograniczała się wyłącznie do miast Ingolstadt, Eichstätt i Freising, przy dosłownie kilku członkach mieszkających w Monachium[6]. Ale na początku lat osiemdziesiątych XVIII wieku sieć iluminatów rozprzestrzeniła się na większość terytorium Niemiec. Ponadto zaczęło się do niej przyłączać zadziwiająco wielu niemieckich książąt: Ferdynand, książę Brunszwiku-Lüneburga-Wolfenbüttel; Karol, książę Hesji-Kassel; Ernest II, książę Saksonii-Coburga-Altenburga i Karol August, wielki książę Saksonii-Weimaru-Eisenach[7]. W ich ślady zaś poszły dziesiątki arystokratów, takich jak Franz Friedrich von Ditfurth czy wschodząca gwiazda nadreńskiego kleru Carl Theodor von Dalberg[8]. Wraz z tymi wielkimi osobistościami do zakonu wstępowało też, w charakterze ich doradców, wielu kolejnych członków[9]. Iluminatami zostawali wreszcie liczni ówcześni przedstawiciele świata sztuki i nauki, w tym zwłaszcza prawdziwy człowiek renesansu Johann Wolfgang Goethe, filozofowie Johann Gottfried Herder i Friedrich Heinrich Jacobi, tłumacz Johann Joachim Christoph Bode czy szwajcarski pedagog Johann Heinrich Pestalozzi[10]. Z kolei dramaturg Friedrich Schiller, który sam nie należał do zakonu, w swoim dziele Don Carlos (1787) jednego z bohaterów, republikańskiego rewolucjonistę markiza Posę, przedstawił na wzór czołowego członka iluminatów[11]. Niektórzy dopatrują się wpływów myśli iluminatów również w operze Wolfganga Amadeusza Mozarta Czarodziejski flet (1791)[12].

A jednak w czerwcu 1784 roku rząd Bawarii wydał pierwszy z trzech edyktów, na mocy których działalność iluminatów została w praktyce zakazana, ich samych zaś potępiono jako ludzi „zdradzieckich i wrogich wobec religii”[13]. Powołano komisję śledczą mającą oczyścić środowiska akademickie i urzędnicze z członków zakonu. Niektórzy z nich uciekli wówczas z Bawarii, inni stracili zatrudnienie albo zostali wypędzeni. Co najmniej dwóch wtrącono do więzienia. Sam założyciel znalazł schronienie w mieście Gotha. Z praktycznego punktu widzenia Zakon Iluminatów przestał funkcjonować do końca 1787 roku. Znacznie dłużej utrzymywała się wszakże jego zła sława. Na biurko pruskiego króla Fryderyka Wilhelma II bez przerwy spływały ostrzeżenia, że iluminaci wciąż pozostają niebezpieczną siłą wywrotową na terytorium Niemiec. W 1797 roku wybitny szkocki fizyk John Robison opublikował pracę zatytułowaną Proofs of a Conspiracy against All the Religions and Governments of Europe, carried on in the Secret Meetings of Free Masons, Illuminati, and Reading Societies (Dowody na działalność spiskową przeciw wszystkim religiom i rządom Europy, prowadzoną podczas tajnych spotkań Wolnomularzy, Iluminatów i Stowarzyszeń Czytelniczych), w której utrzymywał, że „na przestrzeni pięćdziesięciu lat, pod bałamutnym pretekstem oświecenia świata lampą filozofii i rozproszenia chmur przesądów świeckich i religijnych”, pewne „stowarzyszenie” od lat „wysila się niestrudzenie i systematycznie, tak by stało się to nieomal nie do odrzucenia” na rzecz „w y k o r z e n i e n i a w s z e l k i c h i n s t y t u c j i r e l i g i j n y c h i o b a l e n i a w s z y s t k i c h i s t n i e j ą c y c h r z ą d ó w w E u r o p i e”. Kulminacją wysiłków tego stowarzyszenia miała zaś być, wedle Robisona, sama rewolucja francuska. Ten sam zarzut postawił w swoich pamiętnikach Memoirs Illustrating the History of Jacobinism (Historia jakobinizmu), również opublikowanych w 1797 roku, były francuski jezuita, niejaki Augustin de Barruel. Według Barruela wszystko, co stało się podczas Rewolucji Francuskiej, włącznie z najstraszliwszymi czynami wówczas popełnionymi, zostało przewidziane i postanowione, obmyślone i z rozmysłem zaplanowane – było owocem głęboko przemyślanej niegodziwości. Barruel utrzymywał ponadto, że jakobini byli spadkobiercami iluminatów. Owe oskarżenia – pochwalane między innymi przez Edmunda Burke’a[14] – szybko przeniknęły również do Stanów Zjednoczonych, gdzie wśród czołowych ich krzewicieli znalazł się Timothy Dwight, ówczesny rektor Uniwersytetu Yale[15]. Przez większą część XIX i XX wieku iluminaci mieli odtąd odgrywać w amerykańskiej polityce niezamierzoną rolę „spiskowców”, co Richard Hofstadter nader trafnie określił mianem polityki w „stylu paranoidalnym”. Jej wyznawcy nieodmiennie przedstawiali się jako obrońcy słabych i uciśnionych przed „rozległą, podstępną, nienaturalnie skuteczną międzynarodową siecią konspiracyjnych powiązań, zaplanowaną do wdrażania aktów o najbardziej szatańskim charakterze”[16]. Wystarczy tu podać zaledwie dwa przykłady: iluminaci pojawiali się i w antykomunistycznej literaturze grupy John Birch Society, i w książce chrześcijańskiego konserwatysty Pata Robertsona zatytułowanej New World Order (Nowy porządek świata)[17].

Mit iluminatów przetrwał aż do dnia dzisiejszego. Co prawda niektóre z prac zainspirowanych działalnością zakonu ukazały się jako fikcja literacka – mowa tu zwłaszcza o dziełach takich jak trylogia Illuminatus wydana w latach siedemdziesiątych XX wieku przez Roberta Shea i Roberta Antona Wilsona, powieść Umberta Eco Wahadło Foucaulta (1988), film Lara Croft: Tomb Raider (2001) czy thriller Dana Browna Anioły i demony (2000)[18] – znacznie trudniej jednak wyjaśnić rozpowszechnione przeświadczenie, że iluminaci wciąż jeszcze istnieją i są dziś tak potężni, jak mieli być w założeniu swojego twórcy. Można nawet znaleźć kilka witryn internetowych roszczących sobie pretensje do reprezentowania iluminatów, choć żadna z nich nie wygląda zbyt profesjonalnie[19]. A mimo to słychać co jakiś czas pogłoski, że członkami Zakonu Iluminatów było rzekomo kilku amerykańskich prezydentów, i to nie tylko takich jak John Adams czy Thomas Jefferson[20], ale również… Barack Obama[21]. Jeden z tego rodzaju dość reprezentatywnych elaboratów (a jest ich naprawdę cała masa) opisuje iluminatów jako „niezmiernie bogatą Elitę Władzy z ambicjami stworzenia społeczeństwa niewolników”: „Iluminaci posiadają swoje własne międzynarodowe banki, firmy naftowe, najbardziej prężne przedsiębiorstwa przemysłowe i handlowe, infiltrują politykę i edukację, należy do nich większość rządów – a przynajmniej mają nad nimi kontrolę. Należy do nich nawet Hollywood i przemysł muzyczny. (…) Iluminaci kontrolują też przemysł narkotykowy. (…) Czołowi kandydaci na urząd prezydenta są starannie wybierani spośród trzynastu rodów iluminatów wywodzących się z tajemnych linii krwi. (…) Głównym celem jest stworzenie Jednoświatowego Rządu, pod ich przywództwem, który zaprowadziłby na świecie niewolnictwo i dyktaturę. (…) Pragną oni stworzyć «zewnętrzne zagrożenie», fałszywą Inwazję Obcych, tak aby kraje całego świata zechciały zjednoczyć się w JEDEN”.

 

Standardowa wersja tej teorii spiskowej wiąże iluminatów z rodziną Rothschildów, Okrągłym Stołem, Grupą Bilderberga i Komisją Trójstronną – nie wspominając już o finansiście, darczyńcy politycznym i filantropie George’u Sorosie[22].

W takie teorie wierzy, a przynajmniej bierze je na poważnie, zadziwiająco duża liczba ludzi[23]. W badaniu przeprowadzonym w 2011 roku nieco ponad połowa (51 procent) z tysiąca zapytanych Amerykanów zgodziła się ze stwierdzeniem, że „wiele z tego, co dzieje się dziś na świecie, jest wynikiem decyzji niewielkiej i operującej potajemnie grupy jednostek”[24]. Z kolei równo jedna czwarta wyraźnie większej próby 1935 Amerykanów podziela przekonanie, że „obecny kryzys finansowy został potajemnie ukartowany przez niewielką grupę bankierów z Wall Street po to, by poszerzyć władzę Rezerwy Federalnej i dać im większą kontrolę nad światową gospodarką”[25]. A niemal jeden na pięciu amerykańskich respondentów (19 procent) potwierdził, że „miliarder George Soros stoi za ukrytym spiskiem mającym doprowadzić do zdestabilizowania amerykańskiego rządu, przejęcia kontroli nad mediami i oddania pod jego kontrolę całego świata”[26]. Sam Soros wręcz rutynowo kojarzony jest z iluminatami przez wszelkich piewców teorii spiskowych, takich jak Alex Jones[27]. Może się to wydawać szaleństwem, ale to szaleństwo najwyraźniej przemawia nie tylko do niewielkiej garstki nawiedzonych. Autorzy niedawno powstałego akademickiego studium traktującego o powszechności teorii spiskowych konkludują: „Połowa społeczeństwa amerykańskiego zgadza się z co najmniej jedną teorią spisku. (…) Postrzeganie polityki przez pryzmat spisków nie tylko nie stanowi aberracyjnego wyrazu jakiegoś politycznego ekstremizmu ani nie jest wynikiem horrendalnego niedoinformowania, ale stało się całkiem rozpowszechnioną tendencją w szerokim spektrum ideologicznym. (…) Wiele z dominujących systemów poglądów i przekonań w Stanach Zjednoczonych, od chrześcijańskich opowieści o Bogu i Szatanie (…) po lewicowe narracje o neoliberalizmie (…) czerpie pełnymi garściami z przeświadczenia o tym, że dzisiejsze wydarzenia kształtują jakieś niewidzialne, ale intencjonalne siły”[28].

1. „Spisek rządzi światem”

Plik w większej rozdzielczości do zobaczenia tutaj.

Nie jest to bynajmniej zjawisko charakterystyczne tylko dla Stanów Zjednoczonych. W czasie wojny w Iraku znacząca część niemieckiej opinii publicznej przyjęła do wiadomości, że odpowiedzialność za ataki z 11 września spoczywa na „gęsto powiązanych, ale jednocześnie zdecentralizowanych i nieprzywiązanych do terytorium sieciach niejasnych grup interesów, które niekoniecznie stanowią zamierzony wytwór jednostek czy zbiorowości”[29]. Również w Wielkiej Brytanii i Austrii całkiem spora liczba wyborców wydaje się wierzyć w teorie spiskowe – nawet te wymyślane na potrzeby badań[30]. Rosyjskich pisarzy pociągają z kolei szczególnie teorie spiskowe, w których kluczową rolę odgrywa Ameryka[31]. Nigdzie indziej na świecie wyczulenie na „spiski” nie jest równie wielkie jak w świecie muzułmańskim, zwłaszcza po atakach z 11 września[32]. Tego rodzaju przekonania mogą mieć jednak tragiczne konsekwencje. Jeden z amerykańskich piewców teorii spiskowych Milton William Cooper został zastrzelony, ponieważ stawiał opór podczas aresztowania za unikanie płacenia podatków i wykroczenia przeciwko prawu regulującemu dostęp do broni palnej. Opierał się zaś dlatego, że w jego mniemaniu rząd federalny kontrolowany był przez iluminatów[33]. A przecież patrząc na światowe statystyki terroryzmu i oceniając stojące za nim motywacje, można wnioskować, że muzułmańscy wyznawcy spisku amerykańsko-syjonistycznego wymierzonego w ich religię są znacznie bardziej skłonni do przemocy od amerykańskich piewców teorii spiskowych.

Historia iluminatów doskonale ilustruje główny problem związany z badaniem sieci społecznych, zwłaszcza tych, które starają się pozostać w ukryciu. Ponieważ tematyka ta nieuchronnie przyciąga różnej maści szarlatanów, zawodowym historykom trudno jest brać ją na poważnie. A ci, którzy jednak się na to zdecydują, muszą zmierzyć się z podstawowym problemem: tego rodzaju sieci rzadko pozostawiają po sobie łatwo dostępne archiwa. W bawarskich archiwach zachowały się wprawdzie zapisy kampanii prowadzonej przeciwko iluminatom, w tym również autentyczne dokumenty odebrane członkom zakonu, ale dopiero bardzo niedawno badacze zaczęli systematycznie – i przy niemałym nakładzie pracy – redagować zachowaną korespondencję i regulacje Zakonu Iluminatów, rozproszone po wielu różnych miejscach, także w archiwach lóż masońskich[34]. Z powodu tych barier badawczych pewien wybitny historyk z Oksfordu z całą mocą podkreśla, że jest w stanie pisać zaledwie „o tym, co uważano i mówiono o tajnych stowarzyszeniach, nie zaś o samych tych stowarzyszeniach”[35]. A mimo to żaden inny przypadek nie pozwala nam lepiej zrozumieć historycznego znaczenia sieci niż właśnie dzieje iluminatów. Sam w sobie nie był to ruch szczególnie istotny. Z całą pewnością nie doprowadził do wybuchu rewolucji francuskiej – na dobrą sprawę nie spowodował nawet żadnych większych niepokojów w samej Bawarii. Znaczenia nabrał dopiero wtedy, gdy zyskał określoną reputację, a stało się to w czasie, w którym zamęt polityczny zapoczątkowany przez oświecenie – wynik działania niezwykle wpływowej sieci intelektualistów – osiągnął rewolucyjną kulminację, i to po obu stronach Atlantyku.

W tej książce staram się znaleźć złoty środek między historiografią głównego nurtu, która ma tendencje, by nie doceniać roli sieci, a teoriami spiskowymi, zwyczajowo wyolbrzymiającymi tę rolę. Proponuję w niej nowy sposób narracji historycznej, w której przełomowe zmiany – poczynając już od epoki odkryć i reformacji, o ile nawet nie wcześniej – można zrozumieć w pewnym uproszczeniu jako rezultaty destrukcyjnych wyzwań rzucanych utrwalonym hierarchiom przez rozmaite struktury sieciowe. Jednocześnie przeciwstawiam się w niej nadto optymistycznym założeniom przyjmowanym przez niektórych dzisiejszych komentatorów, że w takim zakłócaniu przez sieci porządku hierarchicznego jest z definicji coś dobroczynnego. Wreszcie rozważam doświadczenia XIX i XX wieku z rozmaitymi sposobami kontrolowania energii uwalnianej przez sieci.

2

Nasz usieciowiony wiek

Jak się wydaje, sieci są już dziś praktycznie wszędzie. W pierwszym tygodniu 2017 roku w gazecie „New York Times” ukazało się 136 artykułów, w których pojawiło się słowo „sieć”. Nieco ponad jedna trzecia z tych artykułów dotyczyła sieci telewizyjnych, dwanaście z nich traktowało o sieciach komputerowych, a dziesięć – o różnego rodzaju sieciach politycznych. Były jednak także teksty o sieciach transportowych, finansowych, terrorystycznych czy o sieciach opieki zdrowotnej – nie wspominając już o społecznych, edukacyjnych, kryminalnych, telefonicznych, radiowych, elektrycznych czy o sieciach wywiadowczych. Czytając takie artykuły, odnosi się wrażenie, że świat stał się miejscem, w którym „wszystko jest ze wszystkim połączone”. Niektóre sieci łączą ze sobą bojowników, inne – medyków, a jeszcze inne – zautomatyzowane bankomaty. Istnieje sieć onkologiczna, sieć dżihadystów i sieć orek. Niektóre sieci – nader często definiowane jako „rozległe”[1] – mają zasięg międzynarodowy, inne – zaledwie regionalny; niektóre są ulotne, a inne podziemne. Są sieci korupcji, sieci tuneli, sieci szpiegowskie; jest nawet sieć ustawiająca wyniki meczów tenisowych. Sieci mają swoich obrońców i swoich oponentów. A wszystko to znajdziemy w licznych sieciach naziemnych, kablowych i satelitarnych.

W Samotni Dickensa wszechobecna była mgła. Dziś w podobny sposób jak on mgłę moglibyśmy opisać sieci – są „i w dół, i w górę rzeki”. W „Harvard Business Review” czytamy z kolei: „Alternatywą dla bycia w sieci jest porażka”[2]. W tym samym piśmie stwierdza się także: „Kluczowym powodem, dla którego kobiety odstają od mężczyzn pod względem przywództwa, jest fakt, że są one mniej skłonne do utrzymywania rozległych powiązań [sieci], które wspierałyby je i promowały jako potencjalnych liderów”[3]. Jeszcze inny artykuł z tego pisma przekonuje, że „zarządzający portfelami aktywów funduszy powierniczych lokowali większe środki w akcjach przedsiębiorstw, z którymi byli związani poprzez sieci edukacyjne”, i te inwestycje dawały większy zysk[7*] od uśrednionego[4]. Nie wszyscy zgadzają się jednak, że taka sieć „starych znajomych” niesie same pozytywy i wobec tego należałoby podążać w tym właśnie kierunku. W finansach ujawniono bowiem „sieci eksperckie”, które stawały się platformami nielegalnych transakcji dokonywanych z wykorzystaniem informacji niejawnych albo wręcz ustawiania stóp procentowych[5]. Sieci obwinia się także za globalny kryzys finansowy z 2008 roku; dokładniej, mowa tu o coraz bardziej skomplikowanej sieci powiązań, poprzez którą światowe banki zostały wciągnięte w szeroko zakrojony system prowadzący do narastających strat na kredytach hipotecznych wysokiego ryzyka[6]. Świat opisywany przez Sandrę Navidi w jej książce Superhubs (Supercentra) może się niektórym wydawać prestiżowy. W jej ujęciu „garstka wybrańców” – wymienia tu ona zaledwie dwadzieścia osób – „zarządza najbardziej ekskluzywnym i najpotężniejszym dobrem: jedyną w swoim rodzaju siecią osobistych znajomości, która oplata cały świat”. Te znajomości są zawierane i utrzymywane dzięki jeszcze mniejszej liczbie instytucji, takich jak: Massachusetts Institute of Technology, Goldman Sachs, Światowe Forum Ekonomiczne, trzy organizacje dobroczynne, wśród których jest Clinton Global Initiative, a wreszcie restauracja Four Seasons w Nowym Jorku[7]. Sukces Donalda J. Trumpa w kampanii wyborczej z 2016 roku opierał się w dużej mierze na konsekwentnie formułowanym przekazie, że to właśnie te „globalne niejasne interesy” stały za „skompromitowanym i skorumpowanym establishmentem politycznym”, uosabianym przez Hillary Clinton, pokonaną przez niego kandydatkę na urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych[8].

Nie sposób w pełni zrozumieć przebiegu tych amerykańskich wyborów prezydenckich z 2016 roku bez przyjrzenia się roli, jaką odegrały w nich różnego rodzaju sieci medialne, od Fox News przez Facebooka aż po Twittera, to jest ulubioną sieć zwycięskiego kandydata[8*]. Pośród licznych ironicznych wątków tych wyborów warto dostrzec również i ten, że przebiegająca w dużej mierze w sieciach kampania Trumpa polegała głównie na przypuszczaniu kolejnych ataków na elitarną sieć Clinton – sieć, do której sam Trump też kiedyś należał, o czym mogła świadczyć choćby obecność Clintonów na jego trzecim weselu. Zaledwie kilka lat przed omawianymi wyborami podmiot prawny znany jako „The Trump Network” – założony w 2009 roku, by sprzedawać produkty takie jak suplementy witaminowe z wykorzystaniem nazwiska Trumpa – ogłosił spektakularne bankructwo. W razie porażki w wyborach Trump planował stworzyć kolejny taki podmiot – tym razem miała to być sieć telewizyjna pod nazwą Trump TV. Jednym z wielu powodów, dla których jednak nie przegrał, były nieopisane szkody dla reputacji jego kontrkandydatki zadane jej przez sieć wywiadu rosyjskiego, przede wszystkim za pośrednictwem strony internetowej WikiLeaks oraz sieci telewizyjnej RT. Cytując częściowo odtajniony raport agencji amerykańskiego wywiadu, „rosyjski prezydent Władimir Putin nakazał przeprowadzenie zmasowanej kampanii w 2016 roku”, mającej na celu „oczernienie sekretarz Clinton i umniejszenie jej zdolności pełnienia urzędu prezydenta”, co miało odzwierciedlać „oczywistą preferencję” Kremla na rzecz Trumpa. Według tegoż raportu w lipcu 2015 roku „rosyjski wywiad uzyskał dostęp do sieci Krajowego Komitetu Demokratów [Democratic National Committee – DNC], który to dostęp posiadał przynajmniej do czerwca 2016 roku”, a pozyskiwane stamtąd dokumenty elektroniczne systematycznie publikował na stronie internetowej WikiLeaks. Jednocześnie zaś „rosyjska państwowa machina propagandowa – w tym aparat mediów krajowych, kanały adresowane do odbiorców zagranicznych, takie jak RT i Sputnik, a także sieć quasi-rządowych trolli – włączyła się w tę zmasowaną kampanię, służąc Kremlowi za swoistą platformę urabiania rosyjskiej i międzynarodowej opinii publicznej”[9].

Kolejnym powodem zwycięstwa Trumpa było uaktywnienie się islamskiej sieci terrorystycznej znanej jako Państwo Islamskie, która przeprowadziła w ciągu dwunastu miesięcy przed wyborami szereg ataków, w tym również dwa na terenie Stanów Zjednoczonych (w San Bernardino i w Orlando). Ataki te przydały wagi powtarzanym przez Trumpa obietnicom „ujawnienia”, „wyrwania z korzeniami” i „usunięcia jedna po drugiej (…) sieci wspierających radykalny islam w tym kraju”, a także „całkowitego unieszkodliwienia irańskiej sieci terroru na świecie”[10].

 

Krótko mówiąc, żyjemy w „epoce sieci”[11]. Joshua Ramo nazwał ją wręcz „epoką władzy sieci”[12]. Adrienne LaFrance z kolei preferuje określenie „epoka powiązań”[13]. Parag Khanna zaproponował nawet powołanie nowej dyscypliny naukowej – połączeniografii („Connectography”) – po to, by można było lepiej śledzić „ogólnoświatową rewolucję sieciową”[14]. Jak twierdzi Manuel Castells, „społeczeństwo sieciowe stanowi zmianę jakościową w całym doświadczeniu ludzkości”[15]. Sieci przeobrażają sferę publiczną, a wraz z nią samą demokrację[16]. Ale na lepsze czy na gorsze? „Obecna technologia sieciowa (…) rzeczywiście faworyzuje obywateli – piszą Jared Cohen i Eric Schmidt z Google. – Nigdy przedtem tak wielu ludzi nie było ze sobą połączonych tak natychmiastowo reagującą siecią”, co ich zdaniem ma prawdziwie „przełomowe” implikacje dla polityki na całym świecie[17]. Alternatywny zaś pogląd głosi, że globalne korporacje, takie jak Google, systematycznie dążą do osiągnięcia „strukturalnej dominacji” przez wykorzystywanie sieci do podkopywania suwerenności narodowej i zastępowania jej propagowaną przez siebie jedną zbiorową polityką[18].

Takie samo pytanie można by zadać w odniesieniu do wpływu sieci na system międzynarodowy: czy jest on na lepsze, czy na gorsze? Anne-Marie Slaughter widzi głęboki sens w rekonfiguracji globalnej polityki przez uzupełnienie tradycyjnej „szachownicy” międzypaństwowej dyplomacji o nowe „pajęczyny sieci”, co pozwoliłoby wykorzystać zalety tych ostatnich (takie jak transparentność, łatwość przystosowywania się i skalowalność)[19]. Argumentuje ona, że w przyszłości wysoką pozycję w polityce zajmą „aktorzy sieciowi sprawujący władzę i narzucający przywództwo na równi z rządami” – dzięki swoim „strategiom połączeń”[20]. Parag Khanna natomiast wygląda z utęsknieniem „świata połączonego wspólnym łańcuchem zaopatrzenia”, w którym globalne korporacje, megamiasta, „aeropolis” i „regionalne organizmy państwowe” angażują się w bezustanną, ale zasadniczo pokojową rywalizację o osiągnięcie przewagi ekonomicznej, przypominającą „jedną wielką grę z udziałem wielu graczy”[21]. Wydaje się jednak wątpliwe – i to nie tylko w oczach Joshuy Ramo, ale również jego mentora Henry’ego Kissingera – by takie tendencje mogły umocnić globalną stabilność. Tenże Kissinger napisał bowiem: „Wszechobecność komunikacji sieciowej w sektorze społecznym, finansowym, przemysłowym i militarnym ma zdecydowanie korzystne skutki, choć zrewolucjonizowała również podatność tych obszarów na zagrożenia. Ponieważ tendencja ta pozostawiła w tyle próby stanowienia odpowiednich reguł i przepisów (a w istocie również wiedzę techniczną wielu twórców reguł), pod pewnymi względami przyczyniła się do wytworzenia opisywanego przez filozofów stanu natury, od którego ucieczka – według Hobbesa – stała się motywacją do ustanowienia porządku politycznego. (…) W ten sposób asymetria i swego rodzaju wrodzony światowy nieporządek wbudowują się w relacje pomiędzy cybermocarstwami zarówno na płaszczyźnie dyplomatycznej, jak i strategicznej. (…) Przy braku wyraźnych reguł postępowania międzynarodowego kryzys wyniknie z samej wewnętrznej dynamiki systemu”[22]. A jeśli, jak twierdzą niektórzy, „pierwsza cyberwojna światowa” już się zaczęła, to toczy się ona właśnie między sieciami[23].

Najbardziej niepokojący aspekt całej tej sytuacji sprowadza się do tego, że jedna globalna sieć prędzej czy później uczyni Homo sapiens elementem zbędnym, a zatem w konsekwencji wymarłym. W swoim Homo deus… Yuval Harari argumentuje, że epoka działających na wielką skalę „masowych sieci współpracy” opartych na pisanym języku, pieniądzu, kulturze i ideologii – a więc wytworach ludzkich sieci neuronowych bazujących na węglu – ustępuje nowej dobie krzemowych sieci komputerowych opierających się na algorytmach. W tej sieci my sami szybko staniemy się „w oczach” algorytmów równie mało istotni, jak mało istotne w naszych oczach są obecnie zwierzęta. A odłączenie od sieci będzie oznaczać dla jednostki śmierć, jako że to właśnie sieć będzie dbała o bezustanne utrzymywanie naszego zdrowia w dobrym stanie. Z kolei przyłączenie się do sieci prędzej czy później skutkować będzie wyginięciem całego gatunku: „Właśnie te wskaźniki, które sami wynieśliśmy na piedestał, skażą nas na ten sam los, który spotkał mamuty i delfiny chińskie: popadniemy w niepamięć, w nicość”[24]. Sądząc po tym, jak negatywnie sam Harari ocenia dotychczasową działalność człowieka, byłby to zresztą dla nas całkowicie zasłużony los[25].

Moja książka traktuje jednak w większej mierze o przeszłości aniżeli o przyszłości; albo może, by być bardziej precyzyjnym, staram się czegoś dowiedzieć na temat przyszłości, przede wszystkim analizując przeszłość, a nie wdając się w mgliste domysły czy swobodne projekcje przyszłych wydarzeń na podstawie najnowszych trendów. Są wprawdzie tacy (sporo ich zwłaszcza w Dolinie Krzemowej), którzy wątpią w to, by historia mogła ich czegokolwiek nauczyć w dobie tak błyskawicznych innowacji technologicznych[26]. Zresztą większa część toczącej się aktualnie dyskusji, którą właśnie zreasumowałem, zakłada z góry, że sieci społeczne są zjawiskiem z gruntu nowym, a ich dzisiejsza wszechobecność to coś bezprecedensowego. Jest to wszakże założenie fałszywe. Mimo że rozmawiamy o nich bezustannie, w rzeczywistości większość z nas może się pochwalić bardzo ograniczonym zrozumieniem tego, jak funkcjonują sieci, a już prawie zupełnie nie wiemy, skąd się one wzięły. W dużej mierze nie zdajemy też sobie sprawy, jak rozpowszechnione są one w świecie przyrody, jak kluczową rolę odegrały w naszej ewolucji jako gatunku, a także jak integralną część ludzkiej przeszłości stanowią. W rezultacie mamy tendencję do niedoceniania znaczenia sieci istniejących w przeszłości, wobec czego przyjmujemy błędne założenie, że historia nie ma nam w tym obszarze nic do zaproponowania.

Dla jasności: nigdy wcześniej na świecie nie istniały sieci równie wielkie i rozległe jak obecnie. Również przepływy informacji – czy też odbywające się na podobnej zasadzie rozprzestrzenianie się chorób – nigdy dotąd nie były tak błyskawiczne. Ale skala i prędkość to jeszcze nie wszystko. Nigdy nie pojmiemy wielkich i szybkich sieci działających w naszych czasach – a już zwłaszcza nie będziemy potrafili ocenić, czy obecna epoka sieci przyniesie nam beztroską emancypację, czy też doprowadzi do jednej wielkiej anarchii – jeśli nie zagłębimy się w historię mniejszych i wolniejszych sieci z przeszłości. One bowiem także były wszechobecne. A czasami bywały zarazem bardzo potężne.