Ostatni brzegTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ostatni brzeg
Ostatni brzeg
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 75,80  60,64 
Ostatni brzeg
Ostatni brzeg
Audiobook
Czyta Maciej Kowalik
37,90  28,05 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


W tym ostatnim miejscu spotkania

Na oślep szukamy

Nieufni i niemi

Na żwirach zgromadzeni nad opuchłą rzeką

I tak się właśnie kończy świat

I tak się właśnie kończy świat

I tak się właśnie kończy świat

Nie hukiem ale skomleniem.

Thomas Stearns Eliot

(Wydrążeni ludzie, przeł. Czesław Miłosz [w:] Poeci języka angielskiego, Warszawa 1974, t. III, ss. 281 i 283)

Rozdział 1

Komandor porucznik Peter Holmes z Królewskiej Marynarki Wojennej Australii zbudził się o świcie. Dość długo leżał senny, rozmarzony miłym ciepłem śpiącej przy nim Mary, i patrzył, jak pierwszy blask australijskiego słońca rozjaśnia kretonowe zasłony w oknie. Z kąta padania promieni słonecznych wywnioskował, że dochodzi piąta; lada chwila słońce zbudzi Jennifer, jego maleńką córeczkę, i trzeba będzie wstać, zacząć dzień. Na razie jednak pośpiechu nie ma; jeszcze trochę można poleżeć.

Zbudził się zadowolony, chociaż w pierwszej chwili nie wiedział dlaczego. Z powodu Gwiazdki nie, bo święta Bożego Narodzenia przecież już minęły. Jodełka w ogrodzie, którą ozdobił girlandami kolorowych światełek podłączonych przedłużaczem do kontaktu przy kominku w hallu, wyglądała jak miniatura wielkiej, oświetlonej choinki stojącej milę dalej, przed ratuszem w Falmouth. I w wieczór gwiazdkowy urządzili grilla dla kilkorga przyjaciół, a zabawa była wyśmienita. Święta więc minęły i dzisiaj – jego mózg pracował powoli – musi być czwartek, 27 grudnia. Poczuł, że skóra na plecach jeszcze go piecze po całym wczorajszym dniu spędzonym na plaży i żaglówce, którą płynął w regatach. Najmądrzej byłoby nawet na moment nie zdejmować dziś koszuli. I nagle, już w pełni odzyskawszy świadomość, uprzytomnił sobie, że dziś musi być całkowicie ubrany, i to w mundur. O jedenastej powinien się stawić w Dowództwie Marynarki Wojennej w Melbourne. To chyba oznacza przydział, pierwsze zadanie od pięciu miesięcy. Kto wie, czy nie na morzu, jeżeli szczęście dopisze, tam, dokąd coraz bardziej serce go ciągnie.

W każdym razie praca. Uradowany tą perspektywą zasnął wieczorem i radość przetrwała noc. Od sierpnia, mimo że otrzymał wtedy awans na komandora porucznika, nie miał przydziału i wobec ogólnej sytuacji niemal porzucił już nadzieję, że kiedykolwiek znowu będzie w służbie. Marynarka wypłacała mu jednak co miesiąc pełne pobory i Bogu za to dziękował.

Niemowlę się poruszyło, zaczęło gaworzyć i cichutko kwilić. Komandor porucznik niemal odruchowo włączył czajnik elektryczny przygotowany na tacy z filiżankami do herbaty i butelką dziecka, a wtedy Mary obudziła się także. Zapytała, która godzina. Powiedział jej i całując ją w policzek, dodał:

– Znów jest śliczny poranek.

Usiadła i odgarnęła włosy z czoła.

– Strasznie spiekłam się wczoraj na słońcu. Jennifer nasmarowałam wieczorem maścią galmanową, ale nie wiem, czy jest sens znów dziś z nią jechać na plażę. – I nagle ona też sobie przypomniała. – Och… Peter, jest czwartek, masz być w Melbourne, prawda?

Przytaknął.

– A powinienem dzisiaj posiedzieć w domu, w cieniu.

– Ja chyba się z domu nie ruszę.

Wstał i poszedł do łazienki. Gdy wrócił, Mary też już wstała; dziecko siedziało na nocniczku, a ona czesała się przed lustrem. Usiadł na brzegu łóżka w przecinającym pokój promieniu słońca i zaparzył herbatę.

Mary powiedziała:

– Okropny upał będzie dziś w Melbourne, Peter. Może jednak pojadę z Jennifer do klubu koło czwartej, a ty tam do nas dołączysz, żeby trochę popływać. Wzięłabym do przyczepki twoje spodenki kąpielowe.

W garażu stał ich nieduży samochód, ale odkąd rok temu ta krótka wojna się skończyła, nie jeździli nim. Peter Holmes miewał jednak dobre pomysły i potrafił posługiwać się narzędziami, więc wykombinował całkiem znośny wehikuł zastępczy. W domu były dwa rowery, Mary i jego. Skonstruował do nich małą dwukołową przyczepkę, którą mogli ciągnąć na zmianę i która służyła jako wózek dla dziecka i bagażnik. Trudność sprawiała tylko długa jazda pod górę z Falmouth.

Skinął głową.

– To niezła myśl. Zostawię swój rower na stacji.

– Którym pociągiem musisz jechać?

– Dziewiąta pięć. – Łyknął herbaty i spojrzał na zegarek. – Wypiję to i zaraz jadę po mleko.

Wkrótce włożył szorty i koszulkę gimnastyczną i wyszedł. Zajmowali na wzgórzu nad miasteczkiem parter starego domu podzielonego na mieszkania; im przypadły w tym podziale także garaż, spora część ogrodu i weranda. Na werandzie trzymali rowery i przyczepkę. Logiczniej byłoby zaparkować samochód pod drzewami, żeby rowery stawiać w garażu, ale Peter nie mógł się na to zdobyć. Mały morris był jego pierwszym własnym samochodem i pamiętał czasy randek z Mary. Pobrali się w roku tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym pierwszym, na sześć miesięcy przed wojną i rozłąką, nie tak wszakże nieskończenie długą, jak myśleli, gdy on odpływał w nieznane na pokładzie HMAS Anzac. Niespodziewanie rozpętała się ta oszałamiająco krótka wojna – wojna, której dziejów nikt nie spisał i spisać już nie miał, i która natychmiast ogarnęła całą półkulę północną, a skończyła się z ostatnim sejsmicznym wstrząsem wybuchu bomby w trzydziestym siódmym dniu. Pod koniec trzeciego miesiąca Peter Holmes wrócił do Williamstown na pokładzie goniącego resztkami paliwa Anzaca, gdy mężowie stanu półkuli południowej zjechali się do Wellington w Nowej Zelandii, żeby omówić nową sytuację, w jakiej znalazł się świat. Z Williamstown Peter wrócił do Falmouth, do Mary i do swego morrisa minora. W baku zostały jeszcze trzy galony benzyny; zużył je nieopatrznie, tak jak i następne pięć kupione na stacji benzynowej, zanim Australijczycy uprzytomnili sobie, że benzynę sprowadza się w całości z półkuli północnej.

Z werandy wyciągnął rower na trawnik i przymocował przyczepkę; czekała go czteromilowa wyprawa. Sam musiał jeździć po mleko i śmietanę, bo brak środków transportu uniemożliwiał dostarczanie nabiału z okolicznych farm; masło nauczyli się już ubijać za pomocą robota. Zjechał w dół szosą w ciepłym porannym słońcu, słuchając, jak w przyczepce z tyłu grzechoczą blaszanki, i myśląc z zadowoleniem o czekającej go pracy.

Na szosie był bardzo mały ruch. Minął pojazd, który kiedyś był samochodem, a teraz, bez silnika i przedniej szyby, stał się po prostu krytym wozem zaprzężonym w byczka rasy angus. Po żwirze, skrajem asfaltu przekłusowali ostrożnie dwaj jeźdźcy. Peter nie chciał mieć konia – te rzadkie, delikatne zwierzęta zmieniały ostatnio właścicieli za co najmniej tysiąc funtów – ale czasem myślał, że przydałby się wół dla Mary. Morrisa można by łatwo przystosować do zaprzęgu, choć chyba serce by mu pękło.

Do farmy dojechał w pół godziny i poszedł prosto do mleczarni. Farmer, flegmatyczny szczupły dryblas, kulawy od czasu drugiej wojny światowej, był jego dobrym znajomym. Siedział teraz przy separatorze w cichym szumie silnika elektrycznego, podczas gdy mleko spływało do jednej kadzi, a śmietana do drugiej.

– Dzień dobry, panie Paul – rzekł Peter. – Jak się pan czuje?

– Dobrze, panie Holmes. – Farmer wziął od niego bańkę i napełnił ją mlekiem z kadzi. – U państwa wszystko w porządku?

– Jak najbardziej. Jadę do Melbourne, do Dowództwa Marynarki. Zdaje się, że wreszcie mają dla mnie coś do roboty.

– Och, winszuję – powiedział farmer. – Takie czekanie z założonymi rękami może człowieka wykończyć.

Peter przytaknął.

– Trochę mi to jednak skomplikuje sprawy, jeżeli mnie gdzieś wyślą. Ale Mary będzie przyjeżdżała po mleko, przynajmniej dwa razy w tygodniu. I będzie miała pieniądze.

– O zapłatę nie potrzebujecie się państwo martwić, dopóki pan nie wróci – odparł Paul. – Mam więcej mleka, niż wszystkie moje świnie mogą wychłeptać, nawet kiedy taka susza. Wylałem wczoraj w nocy dwadzieścia galonów do rzeczki… no bo jak je wywiozę? Wygląda na to, że powinienem hodować więcej świń, tylko że już nie warto. Nie wiadomo, co robić… – Po chwili milczenia zauważył: – Niewygodnie będzie pani Holmes tu przyjeżdżać. Przy kim ona zostawi Jennifer?

– Chyba będzie ją woziła ze sobą.

– Ale i tak to dla niej niewygodne. – Farmer wyszedł przed mleczarnię i w ciepłym słonecznym blasku popatrzył na rower i przyczepkę Petera. – Dobra ta przyczepka – pochwalił. – Poręczniejszej nigdy nie widziałem. Sam ją pan zmajstrował?

– Sam.

– A skąd pan wziął te koła, jeżeli można zapytać?

– To koła motocyklowe. Kupiłem je na Elizabeth Street.

– Dałoby się tam jeszcze dostać dwa dla mnie?

– Spróbuję – obiecał Peter. – Może dostanę. Są lepsze niż te małe kółka… łatwiej ciągną. – I gdy farmer z uznaniem kiwał głową, dodał: – Ale ciężko je znaleźć. Ludzie nie chcą się pozbywać motocykli.

– Mówiłem żonie – rzekł Paul powoli – że gdybym miał taką małą przyczepkę, zrobiłoby się z tego coś w rodzaju fotelika i jak w rikszy jeździłaby wtedy ze mną do Falmouth po sprawunki. Strasznie nudno kobiecie siedzieć na takim odludziu w tych czasach – wyjaśnił. – To już nie to, co przed wojną, kiedy zawsze mogła wziąć samochód i w dwadzieścia minut być w mieście. Wóz z wołem wlecze się trzy i pół godziny w jedną stronę i tyle samo z powrotem. To całe siedem godzin na samą tylko jazdę. Żona starała się nauczyć jeździć na rowerze, ale żeby aż do miasta, to przecież nie dla niej, nie w jej wieku i gdy jeszcze kolejne dziecko w drodze. Ja bym jej nie pozwolił. Ale gdybym miał taką przyczepkę, jak państwo macie, mógłbym dwa razy w tygodniu wozić żonę do Falmouth i przy okazji podrzucać mleko i śmietanę pani Holmes do domu… – Urwał. – Chciałbym to zrobić dla mojej starej. Ostatecznie wiadomo z radia, że już niedużo przed nami.

 

– Poszperam dziś w sklepach i zobaczę, jak jest z tymi kołami. Wszystko panu jedno, ile będą kosztowały?

Farmer skinął głową.

– Byleby tylko były dobre, żebym nie miał z nimi kłopotu. Dobre opony, to najważniejsze… żeby wystarczyły do końca. Tak jak te pana.

– Rozejrzę się dzisiaj – jeszcze raz zapewnił go Peter.

– Nadłoży pan przeze mnie drogi.

– Mogę tam podjechać tramwajem. To żadna fatyga. Bogu dzięki węgla brunatnego nie brakuje.

Farmer odwrócił się w stronę nadal szumiącego separatora.

– Właśnie. Marnie byśmy wyglądali, gdyby nie elektryczność. – Podsunął jedną z pustych kadzi pod strumień zbieranego mleka, zręcznie odpychając już napełnioną. – Niech mi pan powie, panie Holmes – zapytał – używa się dużych maszyn do wydobywania węgla? Takich jak buldożery i tym podobne? – Peter skinął głową. – No to skąd oni biorą na to ropę?

– Zainteresowałem się tym kiedyś – odparł Peter. – Destylują ją na miejscu z węgla brunatnego. Galon kosztuje około dwóch funtów.

– Niesłychane! – Farmer się zamyślił. – Przyszło mi do głowy, że jeżeli oni tam mogą ją destylować dla siebie, mogliby też i nam trochę jej użyczyć. Ale za taką cenę to raczej niepraktyczne…

Peter zabrał kanki z mlekiem i śmietaną, ustawił je na przyczepce i ruszył do domu. Dojechał o wpół do siódmej. Wziął prysznic, włożył mundur tak rzadko od czasu awansu wyciągany z szafy, szybko zjadł śniadanie i pędem zjechał rowerem ze wzgórza, chcąc zdążyć na pociąg o ósmej piętnaście, by przed udaniem się do dowództwa poszukać kół dla farmera w sklepach motocyklowych.

Rower zostawił w warsztacie, w którym dawniej zajmowano się jego samochodem. Teraz żadnych samochodów tu nie było. Na parkingu stały konie – wierzchowce urzędników i przedsiębiorców mieszkających za miastem. Co chwila zajeżdżali ludzie ubrani w bryczesy i kurtki ze sztucznego tworzywa, zostawiali swoje rumaki i szli na stację, żeby dalszą drogę do pracy odbyć pociągiem elektrycznym. Pompy benzynowe służyły za słupki do uwiązywania koni. Wieczorem każdy wracał i z teczką przytroczoną do siodła jechał znów konno do domu. Dobrze się składało, że gospodarka zwalniała z dnia na dzień: pociąg pospieszny z miasta o siedemnastej trzy już skasowano, więc przeważnie wszyscy wracali tym o szesnastej siedemnaście.

Przez całą podróż do miasta Peter Holmes gubił się w domysłach na temat swego nowego przydziału; brak papieru spowodował, że nie wychodziła żadna z codziennych gazet i wiadomości docierały tylko przez radio. Królewska Marynarka Wojenna Australii była obecnie bardzo mała. Ogromnym nakładem kosztów i pracy siedem niedużych okrętów przystosowano do napędzania węglem, przy czym rezultat był bardzo niezadowalający. Prób uczynienia tego samego z lotniskowcem Melbourne zaniechano, gdy okazało się, że płynąłby zbyt wolno, by przy normalnej sile wiatru samoloty mogły na nim bezpiecznie lądować. Co więcej, zapasami paliwa dla lotnictwa należało gospodarować bardzo oszczędnie, więc programy szkoleniowe praktycznie ustały i wyglądało na to, że dalsze utrzymywanie lotnictwa marynarki wojennej jest bezcelowe. Peter nie słyszał o żadnych przesunięciach oficerów owych siedmiu trałowców i fregat, które wciąż były w służbie. Przypuszczał, że ktoś zachorował i trzeba go zastąpić lub ostatecznie zdecydowano się zatrudniać oficerów na zmianę, by żaden nie odzwyczaił się od morza. Bardziej prawdopodobne było jednak to, że dadzą mu jakąś okropną pracę na wybrzeżu, pracę biurową w koszarach albo jeszcze nudniejszą w magazynach w takim na przykład ponurym, przez Boga i ludzi opuszczonym miejscu jak intendentura marynarki wojennej we Flinders. Czułby się głęboko rozczarowany, gdyby nie odkomenderowano go na okręt, a przecież tak byłoby lepiej. Na lądzie mógłby nadal opiekować się Mary i dzieckiem, a czasu zostało już niewiele.

Jazda pociągiem do Melbourne trwała niecałą godzinę. Z dworca Peter poszedł na przystanek tramwajowy. Tramwaj, szczękając, pędził bez żadnych przeszkód przez miasto, w którym nie było ruchu kołowego, Peter szybko więc wysiadł w dzielnicy, gdzie koncentrował się dawniej handel samochodami. Sklepy przeważnie były zamknięte, jeśli nie przejęły ich nieliczne większe firmy próbujące jeszcze sprzedawać bezużyteczny, zapełniający wystawy towar. Spacerował jakiś czas w poszukiwaniu dwóch lekkich kół motocyklowych w dobrym stanie i w końcu kupił je, wprawdzie tej samej wielkości, ale wyprodukowane przez różne fabryki, co komplikowało sprawę osi. Miał nadzieję, że z tym poradzi sobie jedyny mechanik pozostały w warsztacie samochodowym w Falmouth.

Znów wsiadł do tramwaju i z kołami związanymi sznurem pojechał do dowództwa. W biurze zastępcy dowódcy marynarki zameldował się sekretarzowi. Młody porucznik go znał.

– Dzień dobry, panie komandorze – powiedział. – Admirał ma pańską nominację na biurku. Chce wręczyć ją panu osobiście. Zamelduję, że pan już przyszedł.

Peter uniósł brwi. Wydało mu się to niezwykłe, ale w tej skarlałej marynarce wojennej wszystko zaczynało być niezwykłe. Położył koła przy biurku sekretarza, trochę niespokojnie obciągnął mundur, zdjął nitkę z klapy i wsunął czapkę pod pachę.

– Admirał prosi pana, panie komandorze.

Holmes wmaszerował do gabinetu i stanął na baczność. Admirał, siedząc przy biurku, odpowiedział skinieniem głowy.

– Dzień dobry, komandorze poruczniku. Spocznij. Niech pan usiądzie.

Peter usiadł na krześle przed biurkiem. Admirał pochylił się ku niemu, poczęstował go papierosem ze swojej papierośnicy i podsunął zapalniczkę.

– Od pewnego czasu nie ma pan zajęcia.

– Tak jest, panie admirale.

Admirał sam zapalił.

– Cóż, mam dla pana przydział na okręt. Nie mogę niestety dać panu dowództwa ani odkomenderować pana na któryś z naszych okrętów. Mianuję pana oficerem łącznikowym na USS Scorpion. – Spojrzał bystro na komandora. – O ile wiem, zna pan już kapitana Towersa.

– Tak jest, panie admirale.

Z kapitanem okrętu podwodnego Scorpion Peter zetknął się w ciągu ostatnich miesięcy parę razy. Był to spokojny, cichy, mniej więcej trzydziestopięcioletni mężczyzna pochodzący, o czym świadczył jego akcent, prawdopodobnie z Nowej Anglii. Znany był też Peterowi raport tego Amerykanina z czasów wojny. Gdy się rozpoczęła, Scorpion, jednostka o napędzie atomowym, patrolował obszar pomiędzy Kiską a Midway. Na dany sygnał Towers otworzył zapieczętowane rozkazy, po czym ruszył pod wodą z pełną prędkością w stronę Manili. Czwartego dnia, gdzieś na północ od Iwō-jimy, wyszedł na głębokość peryskopową – jak na każdej wachcie w ciągu dnia – i stwierdził, że widoczność jest dziwnie słaba, niczym za zasłoną kurzu; zobaczył też, że czujnik na głowicy peryskopu wskazuje wysoką radioaktywność. Usiłował powiadomić o tym Pearl Harbor, ale bez skutku; promieniowanie rosło, w miarę jak zbliżał się do Filipin. Tejże nocy nawiązał łączność z Dutch Harbor i szyfrem przekazał meldunek swemu admirałowi, okazało się jednak, że przekazywanie wiadomości jest bardzo utrudnione, i nie otrzymał żadnej odpowiedzi. Następnej nocy nie zdołał już nawiązać łączności z Dutch Harbor. Wykonując dalej swoje zadanie, obrał kurs na północ od Luzonu. W kanale Balintang stwierdził, że radioaktywnego pyłu jest bardzo wiele, promieniowanie znacznie przekracza poziom śmiertelny, a siła zachodniego wiatru wynosi cztery do pięciu. Siódmego dnia wojny z wód zatoki patrzył przez peryskop na Manilę, wciąż jeszcze nie mając żadnych rozkazów. Poziom promieniowania był tu niższy, ale nadal niebezpieczny, nie kwapił się więc ani do wynurzenia, ani do wyjścia na mostek. Widoczność była niezła; przez peryskop widział całun dymu nad miastem – wyciągnął z tego wniosek, że nie dalej jak parę dni temu musiała tu nastąpić co najmniej jedna eksplozja nuklearna. Na oddalonym o pięć mil wybrzeżu nie zobaczył żadnego ruchu. Zbliżając się do lądu głównym kanałem, którego głębokość, jak wynikało z mapy, dochodziła do dwunastu sążni, niespodziewanie osiadł na mieliźnie i to tylko jego wniosek potwierdziło. Wytłoczył wodę z balastów, wydostał się bez trudu i zawrócił na pełne morze.

Owej nocy również nie udało mu się nawiązać łączności z żadną radiostacją amerykańską ani z żadnym okrętem, który mógłby retransmitować jego sygnał. Szasując zbiorniki balastowe, zużył wiele sprężonego powietrza, a nowego w tych skażonych okolicach wolał nie nabierać. Okręt płynął pod wodą ósmy dzień; załoga była nadal w niezłej formie, ale wskutek niepokoju o rodziny w kraju zaczynały się już pojawiać stany nerwicowe. Nawiązał łączność z australijską radiostacją w Port Moresby na Nowej Gwinei. Powiedziano mu, że warunki są tam normalne, nie da się jednak przesłać dalej jego sygnałów.

Uznał, że najlepiej będzie wziąć kurs na południe. Okrążył ponownie Luzon od północy i skierował się na Karoliny, gdzie na wyspie Yap była placówka telekomunikacyjna pod kontrolą Stanów Zjednoczonych. Dotarł tam trzy dni później. Stwierdziwszy, że poziom promieniowania jest niski, właściwie normalny, wynurzył się na powierzchnię spokojnego morza, przewietrzył okręt, napełnił zbiorniki i partiami zaczął wypuszczać załogę na mostek. Z ulgą zobaczył amerykański krążownik. Z okrętu wskazano mu kotwicowisko i wysłano szalupę. Zacumował, całą załogę wypuścił na pokład i szalupą popłynął na krążownik, żeby oddać się pod dowództwo jego kapitana, niejakiego Shawa. Od niego usłyszał po raz pierwszy o wojnie chińsko-rosyjskiej, która wybuchła w następstwie wojny pomiędzy Rosją i siłami NATO będącej rezultatem wojny izraelsko-arabskiej rozpoczętej przez Albanię. Dowiedział się, że zarówno Rosjanie, jak Chińczycy użyli bomb kobaltowych; wiadomości te nadeszły okrężną drogą z Australii, retransmitowane z Kenii. Krążownik czekał na Karolinach na przybycie tankowca Stanów Zjednoczonych; kotwiczył już od tygodnia, a przez pięć ostatnich dni nie zdołał nawiązać łączności z krajem. Shaw miał dosyć paliwa, żeby przy najoszczędniejszej prędkości doprowadzić okręt do Brisbane, ale już nie dalej.

Kapitan Towers pozostał na Yap sześć dni, w ciągu których wiadomości, jakkolwiek skąpe, nadchodziły coraz gorsze. Nie było łączności z żadną radiostacją w Stanach Zjednoczonych i w Europie, ale przez dwa dni odbierali jeszcze dzienniki radiowe z Mexico City; komunikaty te były tragiczne. Potem radiostacja w Mexico City ucichła i słyszeli tylko Panamę, Bogotę i Valparaíso, gdzie właściwie nie wiedziano, co się dzieje na północnym kontynencie. Nawiązali łączność z kilkoma okrętami Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych na południowym Pacyfiku, z których większość miała równie mało paliwa jak oni. Kapitan krążownika wciąż pozostającego na Karolinach okazał się najstarszy stopniem z dowódców tych wszystkich jednostek; on zdecydował, że trzeba przeprowadzić resztkę floty Stanów Zjednoczonych na wody Australii i oddać ją pod dowództwo australijskie. Przekazał, że wszyscy mają się spotkać w Brisbane. Po dwóch tygodniach zebrało się tam jedenaście okrętów amerykańskich, bez paliwa i z bardzo znikomą nadzieją, że je uzyskają. To działo się rok temu; wciąż tam były.

Paliwo nuklearne niezbędne dla Scorpiona na razie nie było w Australii osiągalne, ale można je było przygotować. Jak się okazało, tylko ten jeden okręt na wodach australijskich miał wartość operacyjną, więc wysłano go do stoczni marynarki wojennej w Williamstown pod Melbourne, możliwie najbliżej dowództwa floty. Był to w istocie jedyny okręt w Australii wart tego, żeby się nim zająć. Długo stał bezczynnie, gdy przygotowywano paliwo do reaktora, aż w końcu pół roku temu przywrócono mu pełną sprawność bojową. Popłynął do Rio de Janeiro z dostawą paliwa dla innego amerykańskiego atomowego okrętu podwodnego, który się tam schronił, po czym wrócił do Melbourne w stanie wymagającym dość gruntownego remontu.

Tyle Peter Holmes wiedział o kapitanie Towersie z Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych i teraz w gabinecie admirała szybko to sobie przypomniał. Zaproponowane mu stanowisko było czymś nowym – swój rejs do Ameryki Południowej Scorpion odbywał bez oficera łącznikowego z Australii. Przejęty troską o Mary i córeczkę, Peter zapytał:

– Na długo jestem tam przydzielony, panie admirale?

 

Admirał wzruszył nieznacznie ramionami.

– Na rok, powiedzmy. Wydaje mi się, że to już ostatnie pana stanowisko, Holmes.

– Wiem, panie admirale. Bardzo jestem wdzięczny za tę sposobność. – I po chwili wahania spytał: – Czy przez cały ten czas okręt będzie na morzu? Mam żonę i dziecko. Życie jest teraz niełatwe w porównaniu z tym, jakie było dawniej, więc może być dosyć ciężko kobiecie samej w domu. I tak czy owak, niedużo już przed nami.

Admirał skinął głową.

– Wszyscy oczywiście jedziemy na tym samym wózku. Dlatego właśnie chciałem się z panem zobaczyć przed skierowaniem na to stanowisko. Nie będę miał panu za złe, jeśli pan poprosi, żebym go z tego zwolnił, ale w takim wypadku nie mogę robić panu nadziei na dalsze zatrudnienie. Jeśli chodzi o czas na morzu, remont skończy się – rzucił okiem na kalendarz – czwartego, to jest za nieco ponad tydzień… i wtedy okręt popłynie do Cairns, Port Moresby i Port Darwin, żeby wrócić do Williamstown z meldunkiem o warunkach w tych miejscach. Kapitan Towers wyliczył, że rejs potrwa jedenaście dni. Potem planujemy rejs dłuższy, mniej więcej dwumiesięczny.

– Czy będzie jakaś przerwa między tymi dwoma rejsami, panie admirale?

– Myślę, że okręt pozostanie w stoczni ze dwa tygodnie.

– I po tym drugim rejsie już nic w programie?

– Na razie nic.

Młody oficer siedział chwilę, rozmyślając o tym, co czeka Mary: o załatwianiu zakupów, ewentualnych dolegliwościach córeczki, dostawach mleka. Teraz jest ciepło – nie trzeba rąbać drewna na opał. Jeżeli drugi rejs zacznie się w połowie lutego, to wróci do domu w połowie kwietnia, nim zrobi się zimno. Gdyby jednak potrwał dłużej, może farmer będzie zaopatrywał Mary w drewno… skoro dostanie koła do przyczepki. Mógł więc śmiało wyjechać, o ile sytuacja się nie pogorszy. Ale gdyby zabrakło prądu albo promieniowanie dotarło na południe wcześniej, niż ci znawcy przewidują… Odegnał od siebie tę myśl.

Wiedział, że Mary byłaby wściekła, gdyby nie przyjął tej propozycji i poświęcił swą karierę. Bo Mary była córką oficera marynarki, urodzoną i wychowaną w Southsea na południu Anglii; poznał ją na balu na pokładzie Indefatigable, gdy odbywał służbę na morzu. Ona z pewnością wolałaby, żeby nie odrzucił tego przydziału…

Podniósł wzrok.

– Popłynę w oba te rejsy, panie admirale – oświadczył. – Czy po nich można by na nowo rozważyć tę sprawę? To znaczy… chcę przez to powiedzieć, że niełatwo planować naprzód… w domu… kiedy to się do nas tak zbliża.

Admirał się zastanowił. W tych okolicznościach była to rozsądna prośba, zwłaszcza ze strony człowieka, który niedawno się ożenił i miał małe dziecko. Przypadek bez precedensu, gdyż przydziałów dla oficerów było teraz bardzo mało, no ale raczej należało się spodziewać, że ten oficer nie zgodzi się pełnić służby poza Australią w ostatnich miesiącach przed…

Skinął głową.

– To mogę dla pana zrobić, Holmes – powiedział. – Przydzielam panu stanowisko na pięć miesięcy, do trzydziestego pierwszego maja. Po powrocie z drugiego rejsu zamelduje się pan u mnie.

– Rozkaz, panie admirale.

– Na Scorpiona zgłosi się pan we wtorek, w Nowy Rok. Jeśli zaczeka pan piętnaście minut w sekretariacie, dostanie pan list do kapitana. Okręt cumuje w Williamstown, przy lotniskowcu Sydney, który jest teraz jego okrętem matką.

– Wiem, panie admirale.

Admirał wstał.

– W porządku, komandorze poruczniku. – Wyciągnął rękę. – Powodzenia na stanowisku.

Uścisnęli sobie dłonie.

– Dziękuję, panie admirale – rzekł Peter – że pomyślał pan o mnie. – Wychodząc z gabinetu, zatrzymał się przed drzwiami. – Nie wie pan może, czy kapitan Towers jest dzisiaj na pokładzie? – zapytał. – Skoro już tu jestem, mógłbym tam skoczyć, dać mu się poznać i może obejrzeć okręt. Wolałbym to zrobić, zanim dołączę do załogi.

– O ile wiem, jest – powiedział admirał. – Można zatelefonować na lotniskowiec… niech pan poprosi mojego sekretarza. – Zerknął na zegarek. – Sprzed głównej bramy o wpół do dwunastej odjeżdża nasz autobus. Jeszcze pan zdąży go złapać.

Dwadzieścia minut później Peter Holmes siedział przy kierowcy w ciężarówce z napędem elektrycznym, która pełniła funkcję autobusu regularnie kursującego do Williamstown i z powrotem. Dawniej przewożono nią towary jednego z wielkich sklepów w Melbourne; po wojnie została zarekwirowana i pomalowana na wojskowy kolor ochronny. Wobec zupełnego braku ruchu kołowego jechała ze stałą prędkością dwudziestu mil na godzinę. Do stoczni dotarła w południe i Peter poszedł na molo, przy którym stał unieruchomiony lotniskowiec Sydney. Wkroczył na pokład i skierował się do pomieszczeń oficerskich.

W wielkiej mesie siedziało ledwie dwunastu oficerów; sześciu z nich miało amerykańskie mundury robocze z gabardyny khaki. Kapitan Scorpiona też tam był. Z uśmiechem ruszył na powitanie Petera.

– Witam, komandorze poruczniku. Bardzo się cieszę, że pan przyjechał.

– Miałem nadzieję, panie kapitanie, że nie będzie pan miał nic przeciwko temu. Zgłosić mam się dopiero we wtorek. Ale ponieważ byłem w dowództwie, przyszło mi na myśl, że może przyjadę do was zjeść obiad i rozejrzeć się po okręcie.

– Jasne, bardzo proszę – rzekł kapitan Towers. – Z radością przyjąłem wiadomość, że admirał Grimwade przydziela pana do nas. Chciałbym, żeby pan poznał moich oficerów. – Odwrócił się do Amerykanów. – To mój zastępca, pan Farrell, i mój mechanik, pan Lundgren. – Uśmiechnął się. – Tylko wysoko wykwalifikowani inżynierowie dają sobie radę z naszymi silnikami. To panowie Benson, O’Doherty i Hirsch. – Młodzi oficerowie ukłonili się dość niezgrabnie. Kapitan zapytał Petera: – Napije się pan przed obiadem, komandorze?

Australijczyk odpowiedział:

– Och… dziękuję, bardzo chętnie. Poproszę różowy gin. Ilu oficerów ma pan na Scorpionie, kapitanie?

Naciskając guzik dzwonka, kapitan poinformował:

– W sumie jedenastu. To spory okręt podwodny i mamy czterech mechaników.

– Musicie mieć dużą mesę.

– Trochę tam ciasno, kiedy siedzimy wszyscy razem, ale na okrętach podwodnych nieczęsto nam się to zdarza. Dla pana jednak, komandorze, jakaś koja się znajdzie.

– Cała dla mnie czy będę miał towarzysza? – z uśmiechem zapytał Peter.

Kapitana nieco zszokowało to przypuszczenie.

– No jakżeż? Każdy oficer i marynarz na Scorpionie ma miejsce wyłącznie dla siebie.

Wezwany dzwonkiem zjawił się steward.

– Jeden różowy gin i sześć oranżad – polecił kapitan.

Peter, zakłopotany, miał ochotę kopnąć się za swój nietakt. Zatrzymał stewarda.

– U was na okrętach się nie pije, kapitanie?

– Nie. Wuj Sam tego nie lubi. Ale pan ma wolną rękę. To przecież okręt brytyjski.

– Wolałbym się dostosować do was, jeżeli pan pozwoli – rzekł Peter i zwrócił się do stewarda: – Siedem oranżad.

– Jak siedem, to siedem – rzucił kapitan niedbale. Steward odszedł. – W niektórych marynarkach wojennych piją, w innych nie piją – zauważył. – Ale nie wydaje mi się, żeby to miało jakikolwiek wpływ na ostateczny wynik.

Zjedli obiad na lotniskowcu – dwunastu oficerów przy końcu jednego z długich, pustych stołów. Potem zeszli na przycumowanego obok Scorpiona. Był to największy okręt podwodny, jaki Peter Holmes dotychczas widział – o wyporności około sześciu tysięcy ton, z turbinami o mocy znacznie powyżej dziesięciu tysięcy koni mechanicznych. Załoga, oprócz jedenastu oficerów, liczyła prawie siedemdziesięciu podoficerów i marynarzy. Wszyscy jedli i spali w labiryncie rur i kabli, jak zawsze na okrętach podwodnych, ale ten był wyjątkowo dobrze wyposażony – z uwzględnieniem warunków tropikalnych – miał odpowiednie urządzenia klimatyzacyjne i bardzo dużą chłodnię. Peter Holmes, który nie pływał jeszcze na takiej jednostce, nie potrafił ocenić zalet technicznych Scorpiona. Kapitan zwrócił mu jednak uwagę na łatwość sterowania i stosunkowo dobrą, pomimo znacznej długości, zwrotność.

Większość uzbrojenia i magazynów amunicji usunięto w czasie remontu, pozostawiając tylko dwie wyrzutnie torped. Dzięki temu było więcej miejsca na kwatery i udogodnienia, a w maszynowni, po usunięciu wyrzutni i torped z rufy, warunki pracy mechaników znacznie się poprawiły. W tej części okrętu Peter spędził całą godzinę z mechanikiem, komandorem porucznikiem Lundgrenem. Po raz pierwszy znalazł się na okręcie o napędzie atomowym, więc niejedno z licznych tu tajnych urządzeń było dla niego nowością. Potrzebował sporo czasu, by zapoznać się z systemem krążenia ciekłego sodu chłodzącego reaktor, z różnymi wymiennikami ciepła i z zamkniętym obiegiem helu dwóch bliźniaczych szybkoobrotowych turbin, które napędzały okręt za pomocą olbrzymich reduktorów, znacznie większych i bardziej czułych niż inne elementy zespołu napędowego.