Zły wilkTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

PROLOG

CZWARTEK 10 CZERWCA 2010

PIĄTEK 11 CZERWCA 2010

PONIEDZIAŁEK 14 CZERWCA 2010

DWA TYGODNIE PÓŹNIEJ

PIĄTEK 25 CZERWCA 2010

SOBOTA 26 CZERWCA 2010

NIEDZIELA 27 CZERWCA 2010

PONIEDZIAŁEK 28 CZERWCA 2010

WTOREK 29 CZERWCA 2010

ŚRODA 30 CZERWCA 2010

CZWARTEK 1 LIPCA 2010

PIĄTEK 2 LIPCA 2010

SOBOTA 3 LIPCA 2010

EPILOG

PODZIĘKOWANIA

Tytuł oryginału

BÖSER WOLF

Copyright © Ullstein Buchverlage GmbH, Berlin

Published in 2012 by List Taschenbuch Verlag

Copyright © 2014 for the Polish edition by Media Rodzina Sp. z o.o.

Projekt logotypu Gorzka Czekolada

Dorota Wątkowska

Projekt graficzny okładki

Agata Wodzińska-Zając

Na okładce wykorzystano zdjęcia z iStockphoto

Wszystkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki — z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych — możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

ISBN 978-83-7278-992-1

Media Rodzina Sp. z o.o. ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań tel. 61 827 08 60 mediarodzina@mediarodzina.pl www.mediarodzina.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dla Matthiasa. Heaven is a place on earth with you.

Niniejsza książka jest powieścią. Wszystkie postaci i wydarzenia są fikcyjne, a jakiekolwiek podobieństwo do osób żyjących lub zmarłych i do prawdziwych wydarzeń jest przypadkowe i niezamierzone.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

PROLOG

Odstawił siatki i zaczął wyjmować zakupy i upychać je w maleńkiej lodówce. Lody, jej ulubione Häagen-Dazs, zdążyły mocno rozmięknąć, lecz wiedział, że dokładnie takie lubi je najbardziej, delikatne i kremowe, z kawałkami chrupiących ciasteczek. Nie widział jej już od kilku tygodni. Mimo że było mu ciężko, nigdy nie naciskał. Nie chciał wywierać na nią presji, uważał, że musi być cierpliwy. Powinna przyjść sama, z własnej woli. Wczoraj w końcu się odezwała, przysłała SMS-a. I zaraz będzie! Serce dziko waliło mu ze szczęścia.

Przesunął spojrzeniem po wnętrzu kampera, który wczoraj wieczorem starannie posprzątał. Zatrzymał wzrok na zegarze nad aneksem kuchennym. Dwadzieścia po szóstej! Musi się pospieszyć, jeśli nie chce, żeby zobaczyła go w takim stanie, spoconego i nieogolonego. Po pracy wskoczył do fryzjera, lecz nie pozbył się woni zjełczałego i przypalonego tłuszczu z budki z fast-foodem, którą przeszły wszystkie jego rzeczy. Pospiesznie zrzucił z siebie ubranie, wcisnął przesiąknięte potem i fryturą rzeczy do jednej z pustych reklamówek i wszedł do ciasnej kabiny prysznicowej obok maleńkiej kuchni. Mimo ciasnoty i słabego ciśnienia wody wolał swój kamper od ogólnodostępnych i niehigienicznych, bo rzadko czyszczonych toalet kempingu.

Umył się starannie od stóp do głów, ogolił się i wyszczotkował zęby. Czasem się do tego zmuszał, bo kusiło go, by rzucić wszystko i pogrążyć się w letargu i żalu nad losem. I gdyby nie ona, pewnie w końcu by się poddał.

Kilka minut później włożył czystą bieliznę, świeżą koszulkę polo, wyjął dżinsy z szafki. Na koniec zapiął na nadgarstku zegarek. Właściciel lombardu na dworcu kilka miesięcy wcześniej zaproponował mu za niego sto pięćdziesiąt euro — bezczelność, biorąc pod uwagę, że trzynaście lat temu kupił to dzieło rzemieślników ze szwajcarskiej manufaktury za okrągłych jedenaście tysięcy marek. Zatrzymał go. Był ostatnią pamiątką z poprzedniego życia. Jeszcze jedno spojrzenie w lustro, potem otworzył drzwi i wyszedł na dwór.

Serce zabiło mu szybciej, bo ona już tam była; siedziała na chybotliwym krześle ogrodowym. Od tygodni żył myślą o tym spotkaniu. Nie ruszał się, żeby jej nie spłoszyć i móc napawać się jej widokiem. Chłonął go całym sobą.

Jakże była piękna! Jak cudownie delikatna! Malutki słodki aniołek. Miękkie blond włosy, których dotyk i zapach dobrze znał, opadały jej łagodnie na ramiona. Miała na sobie sukienkę bez ramiączek, odsłaniającą nagą opaloną skórę pleców i linię kręgosłupa. Ze skupioną miną pisała coś w telefonie komórkowym, dlatego go nie zauważyła. Nie chciał jej przestraszyć, więc odchrząknął. Podniosła głowę, a wtedy ich oczy się spotkały. Uśmiech pojawił się najpierw w kącikach jej ust, a potem rozlał się po całej twarzy. Zeskoczyła z krzesła.

Przełknął głośno, kiedy ruszyła w jego stronę i stanęła naprzeciw. Wyraz zaufania w jej ciemnych oczach niemal sprawił mu ból. Boże, jaka słodka! Była jedynym powodem, dla którego już dawno nie rzucił się pod pociąg albo w inny, równie ekonomiczny sposób nie pożegnał się przedwcześnie z życiem.

— Cześć, mała — powiedział zachrypniętym głosem i położył dłoń na jej ramieniu. Tylko na chwilę. Miała ciepłą, aksamitną skórę. Na początku zawsze miał opory, by jej dotknąć.

— Jak wytłumaczyłaś się matce? Co jej powiedziałaś?

— Poszła z ojczymem na jakiś taki festyn, chyba w remizie — wyjaśniła i schowała telefon do czerwonego plecaka. — Powiedziałam, że idę do Jessie.

— Świetnie.

Rozejrzał się, żeby sprawdzić, czy nie obserwują ich jacyś wścibscy sąsiedzi albo przypadkowi przechodnie. Już drżał z podekscytowania i miękły mu kolana.

— Kupiłem twoje ulubione lody — powiedział cicho. — Chodź do środka.

CZWARTEK 10 CZERWCA 2010

Miała wrażenie, że leci do tyłu. Ledwie otworzyła oczy, świat wokół zawirował. Zrobiło jej się niedobrze. To nie były zwykłe mdłości, nie, miała wrażenie, że zaraz umrze. W powietrzu unosił się zapach wymiocin. Alina jęknęła i spróbowała podnieść głowę. Gdzie była? Co się stało? Gdzie pozostali?

Wcześniej widziała wszystkich razem siedzących pod drzewem. Mart był obok niej i obejmował ją ramieniem. Było jej dobrze. Uśmiechnęła się, a on ją pocałował. Katharina i Mia ciągle narzekały na komary, słuchali muzyki i pili słodkie drinki — wódkę z red bullem.

Alina z trudem usiadła. Dudniło jej w głowie. Otworzyła oczy i się przeraziła. Słońce było już bardzo nisko. Zrobiło się późno, ale która to godzina? Nie mogła znaleźć komórki. Nie potrafiła sobie przypomnieć, jak się tu znalazła i gdzie w ogóle była. Ostatnie godziny jakby nie istniały. Urwał jej się film!

— Mart? Mia? Gdzie jesteście?

Doczołgała się do pnia potężnej wierzby płaczącej. Opierając się o niego, resztką sił dźwignęła się na nogi i rozejrzała. Kolana miała jak z waty, a wszystko dookoła wirowało w szaleńczym pędzie. Obrazy rozmazywały się jej przed oczyma. Pewnie kiedy wymiotowała, zgubiła szkła kontaktowe. W ustach czuła odrażający posmak, a policzki miała oblepione nieprzetrawionym jedzeniem. Wyschnięte liście szeleściły pod jej stopami. Spojrzała na nie. Nie miała butów!

— Cholera jasna! Cholera jasna! — wymamrotała i zacisnęła zęby, walcząc z napływającymi do oczu łzami. Spodziewała się wielkiej awantury, jeśli w takim stanie wróci do domu.

Z oddali dobiegały czyjeś głosy i śmiechy, a w powietrzu poczuła woń grillowanego mięsa, która wzmogła tylko nudności. Ale przynajmniej nie wylądowała na jakimś pustkowiu — gdzieś w pobliżu znajdowali się ludzie.

Alina odepchnęła się od pnia i zrobiła kilka nieporadnych, chwiejnych kroków. Wszystko dookoła wirowało, jakby siedziała na szalonej karuzeli. Mimo to zmusiła się, by iść dalej. Co za cholerni idioci! Że niby tacy przyjaciele! A zostawili ją samą w lesie, pijaną i to bez butów i komórki! Pewnie jeszcze ta gruba krowa Katharina i jej złośliwa koleżanka Mia świetnie się bawiły, porzucając ją w takim stanie. Oj, jutro, jak je zobaczy w szkole, to choć jeszcze nie wie, co im zrobi, zapamiętają to na długo. A z Martem nigdy już nie zamieni ani słowa! Nigdy w życiu!

Dopiero w ostatniej chwili Alina zauważyła stromo opadające zbocze i się zatrzymała. Tam ktoś leżał! Między pokrzywami, tuż nad wodą! Ciemne włosy, żółta krótka koszulka — to Alex! Cholera, jak on się tu znalazł? Co się stało? Przeklinając pod nosem, zaczęła do niego schodzić. Pokrzywy parzyły jej nagie stopy i łydki, a w dodatku nastąpiła na coś ostrego.

 

— Alex! — Przykucnęła obok i szarpnęła go za ramię. On również śmierdział wymiocinami i jęczał cicho. — Hej, no już! Obudź się!

Nerwowym gestem odgoniła komary, które uparcie krążyły wokół jej twarzy.

— Alex! Obudź się! No dalej! Otwórz oczy! — Szarpała go za nogi, ale to nic nie dawało. Leżał dalej bezwładnie jak kłoda.

Rzeką przepłynęła motorówka. Wzbudzona przez nią fala dotarła do brzegu i obmyła stopy Aleksa. Dokładnie przed twarzą Aliny z wody wychynęła blada dłoń, jakby chciała ją schwycić.

Odskoczyła i krzyknęła ze strachu. W wodzie, między trzcinami, niecałe dwa metry od Aleksa, leżała Mia! Alina była pewna, że dostrzegła jej twarz pod powierzchnią wody, jak w welonie długich, jasnych włosów wpatruje się w nią martwymi oczyma.

Dziewczyna stała jak sparaliżowana, nie mogąc oderwać wzroku od strasznego obrazu. Myśli wirowały w jej głowie jak szalone. Co tu się do diabła wydarzyło? Kolejna fala poruszyła martwym ciałem Mii, unosząc śmiertelnie bladą dłoń jeszcze wyżej, jakby dziewczyna błagała o pomoc.

Alina drżała na całym ciele, choć panował trudny do zniesienia upał. Ogarnęły ją mdłości. Zatoczyła się, schyliła i zwymiotowała w pokrzywy. Zamiast wódki z red bullem wyrzuciła z siebie samą żółć. Zrozpaczona, płacząc, wspięła się na czworakach na zbocze, kalecząc sobie dłonie i kolana. Ileż by dała, żeby znaleźć się teraz w domu, w swoim pokoju, pod kołdrą! W bezpiecznym kącie! Jedyne, o czym myślała, to uciec jak najdalej od tego okropnego miejsca i zapomnieć o wszystkim, co zobaczyła.

* * *

PIA KIRCHHOFF pisała ostateczny raport z dochodzenia w sprawie śmierci Veroniki Meissner. Od samego rana słońce prażyło niemiłosiernie, nagrzewając płaski dach budynku, w którym znajdowały się biura komisariatu 11, a wyświetlacz elektronicznej stacji pogodowej, która stała na parapecie przy biurku Kaia Ostermanna, pokazywał trzydzieści jeden stopni Celsjusza. Taka temperatura panowała wewnątrz, ale na dworze było co najmniej trzy stopnie więcej. Każda szkoła w takiej sytuacji zarządziłaby wolne z powodu upałów. Mimo otwartych na przestrzał drzwi i okien nie było przewiewu, który choć częściowo mógłby im ulżyć. Pia czuła, jak jej przedramiona lepią się do blatu biurka. Westchnęła, kliknęła drukowanie, a potem schowała gotowy dokument do cienkiej teczki. Teraz brakowało już tylko raportu z sekcji zwłok, lecz nie pamiętała, gdzie go odłożyła. Wstała i zaczęła przeglądać dokumenty na raszkach, by móc z czystym sumieniem zamknąć tę sprawę. Od dwóch dni jako jedyna przychodziła do pracy w K11, bo Kai Ostermann, z którym dzieliła biuro, od środy był na kursie w Wiesbaden, w siedzibie Federalnej Policji Kryminalnej. Kathrin Fachinger i Cem Altunay pojechali na ogólnokrajową konferencję do Düsseldorfu, a szef od poniedziałku był na urlopie, o którym nic nie chciał powiedzieć. Przez deficyt potencjalnych gości trzeba było zrezygnować z niewielkiej fety, którą dyrektor, doktor Nicola Engel zamierzała urządzić wczesnym popołudniem dla uczczenia awansu Pii na pierwszego nadkomisarza. To jednak policjantce nie przeszkadzało. Nie przepadała za robieniem szumu wokół swojej osoby, a zmiana stopnia zaszeregowania była w gruncie rzeczy krokiem czysto biurokratycznym, który właściwie nic nie zmieniał.

— Gdzie jest ten cholerny raport? — mruknęła rozzłoszczona. Zbliżała się piąta, a o siódmej wieczorem planowała pojawić się na spotkaniu swojej klasy maturalnej w Königstein. Obowiązki w gospodarstwie nie pozostawiały jej zbyt wiele czasu na podtrzymywanie kontaktów towarzyskich, więc cieszyła się już na spotkanie z koleżankami i kolegami, z którymi przed dwudziestu pięciu laty chodziła do szkoły.

Rozległo się pukanie w otwarte drzwi.

— Cześć, Pia.

Nie wierzyła własnym oczom. Stał przed nią Frank Behnke we własnej osobie. Wyraźnie zmienił styl — dotąd nosił dżinsy, koszulki z krótkimi rękawami i znoszone kowbojki, a dziś ubrany był w jasnoszary garnitur i koszulę z krawatem. Miał też nieco dłuższe włosy i zdrowszą cerę — wyglądał lepiej niż kiedyś.

— O, cześć Frank — odpowiedziała zaskoczona. — Kopę lat.

— A jednak od razu mnie poznałaś. — Wyszczerzył szeroko zęby, wsunął ręce w kieszenie i przyjrzał się jej dokładnie. — Świetnie wyglądasz. Słyszałem, że pniesz się po szczeblach kariery? Wygryziesz niedługo starego, co?

Jedno się za to nie zmieniło — wciąż posiadał zdolność, by w ułamku sekundy ją rozzłościć. Pia chciała zapytać go uprzejmie, jak się miewa, ale porzuciła ten zamiar.

— Nieprawda, że się gdziekolwiek wspinam. Zmieniła się de facto tylko nazwa stanowiska i nic więcej — odparła lodowatym tonem. — I kogo masz na myśli, mówiąc o starym? Bodensteina?

Behnke wzruszył ramionami. Żuł gumę i nie przestawał się uśmiechać. Tego zwyczaju również nie porzucił.

Po nieprzyjemnym rozstaniu z K11 przed dwoma laty zaskarżył swoje zawieszenie i sąd przyznał mu rację. Został przeniesiony do krajowej policji kryminalnej w Wiesbaden, czego w Hofheim nikt nie żałował.

Minął ją, odsunął sobie krzesło Kaia i usiadł.

— Co, wszyscy wyjechali?

Pia mruknęła coś w odpowiedzi i wróciła do poszukiwań raportu.

— A tak w ogóle, czemu zawdzięczam twoją wizytę? — zapytała po chwili.

Behnke skrzyżował ręce za głową.

— No tak, wielka szkoda, że tylko tobie mogę zakomunikować radosną wiadomość — oznajmił. — Ale pozostali też się szybko dowiedzą.

— O co ci chodzi? — Pia popatrzyła na niego nieprzyjaźnie.

— Miałem już dość roboty na ulicy. Wystarczająco długo zajmowałem się tym gównem — wyjaśnił, nie spuszczając z niej oczu. — Oddział realizacyjny, K11, to wszystko mam już za sobą. Zawsze miałem najlepsze oceny, więc mogłem liczyć na to, że szybko zapomną o moim małym potknięciu.

Małe potknięcie! Dobre sobie! Behnke w przypływie złości pobił jedną z policjantek, Kathrin Fachinger, i popełnił kilka innych wykroczeń, które w pełni uzasadniały karę zawieszenia.

— Ach wiesz, miałem wówczas problemy osobiste — ciągnął Frank. — I to też zostało uwzględnione. Najpierw w policji federalnej nauczyłem się kilku nowych rzeczy, a teraz przeszedłem do K134, do wydziału spraw wewnętrznych, gdzie jestem odpowiedzialny za doniesienia o przestępstwach, wykroczenia i budzące wątpliwości sytuacje, w które uwikłani są funkcjonariusze policji. No i oczywiście działania antykorupcyjne.

Pia miała wrażenie, że się przesłyszała. Frank Behnke w wydziale spraw wewnętrznych? To jakiś idiotyzm!

— Wspólnie z kolegami z pozostałych landów pracowaliśmy przez ostatnich kilka miesięcy nad nową strategią, która od pierwszego lipca będzie wprowadzana w całym kraju. Jej zadaniem jest poprawa nadzoru merytorycznego nad podległymi jednostkami, uwrażliwienie funkcjonariuszy na zagrożenia i tak dalej… — Założył nogę na nogę i kołysał stopą. — Doktor Engel jest bardzo profesjonalną i kompetentną szefową, ale z różnych komisariatów i jednostek docierają do nas informacje o wykroczeniach funkcjonariuszy. Sam zresztą pamiętam jeszcze z pracy tutaj wiele sytuacji budzących spore wątpliwości. Utrudnianie postępowań, odstępowanie od ścigania wykroczeń i przestępstw, niezgodne z prawem gromadzenie danych, przekazywanie wewnętrznych dokumentów osobom nieuprawnionym… że wymienię choćby parę przykładów.

Pia przerwała poszukiwanie zaginionego raportu z sekcji.

— Pijesz do czegoś?

Behnke uśmiechnął się nieprzyjemnie, a w jego oczach pojawił się zły błysk. Pia wiedziała już, że nic dobrego to nie wróży. Frank od zawsze miał paskudną skłonność do wykorzystywania swojej pozycji wobec słabszych i tych, którzy byli mu podporządkowani — to jedna z cech, z powodu których czuła do niego wstręt. Jako współpracownik Behnke był prawdziwym utrapieniem dla całego wydziału, bo nie hamował się w okazywaniu niezadowolenia i złego humoru. Jego nominacja do wydziału wewnętrznego zwiastowała katastrofę.

— Ty powinnaś wiedzieć to chyba najlepiej. — Wstał, obszedł biurko i stanął przed nią. — W końcu jesteś ukochaną pupilką starego.

— Nie mam pojęcia, o czym mówisz — odparła Pia lodowatym tonem.

— Doprawdy? — Behnke podszedł tak blisko, że poczuła się nieswojo, lecz opanowała się i nie cofnęła. — Od poniedziałku zaczynam tutaj kontrolę wewnętrzną. Nie będę musiał głęboko kopać, żeby trafić na pierwsze trupy.

Mimo nieznośnego upału panującego w biurze Pia poczuła dreszcz. Na szczęście udało jej się zachować zimną krew, choć wewnątrz gotowała się z wściekłości. Co więcej, zmusiła się do pogardliwego uśmieszku. Frank Behnke był mściwym, żałosnym człowieczkiem, który nie zapomina o urazach. Przepełniała go dawna frustracja, która zamiast zniknąć, przez ostatnie lata wciąż rosła. Frank od początku czekał na szansę, by zemścić się za rzekomą niesprawiedliwość, doznane upokorzenia i poniżenie. Lepiej nie było robić sobie z niego wroga, ale złość Pii zagłuszała zdrowy rozsądek.

— W takim razie — powiedziała z kpiną i wróciła do poszukiwań — życzę ci powodzenia w nowej pracy… psa do poszukiwania zwłok.

Behnke ruszył w stronę drzwi.

— Na mojej liście nie znalazło się twoje nazwisko. Ale to się może szybko zmienić. Miłego weekendu.

Pia nie zareagowała na jednoznaczną groźbę zawartą w jego słowach. Odczekała, aż zniknie, sięgnęła po komórkę i wykręciła numer Bodensteina. Bez skutku, nikt nie odebrał. Cholera! Szef z całą pewnością nie ma zielonego pojęcia, jaka przemiła niespodzianka czeka go w poniedziałek. Ona za to potrafiła się domyślić, co Behnke chciał dać do zrozumienia. A to mogło mieć dla Olivera von Bodensteina wyjątkowo nieprzyjemne konsekwencje.

* * *

TRZY BUTELKI ZWROTNE to paczka makaronu. Pięć butelek zwrotnych to warzywa. Butelki to waluta, na którą wszystko przeliczał.

Wcześniej, w dawnym życiu, nigdy nie zwracał uwagi na kaucję. Puste butelki wyrzucał bezrefleksyjnie do śmieci. Był dokładnie takim samym człowiekiem jak ludzie, którzy dziś zapewniali mu utrzymanie. Dwanaście i pół euro dostał w sklepie z napojami za dwie siatki pustych butelek. Sześć euro na godzinę płacił mu chciwy właściciel budki z jedzeniem ustawionej na obrzeżach dzielnicy przemysłowej w Fachenheim, u którego pracował na czarno, po jedenaście godzin dziennie smażąc hamburgery, grillując kiełbaski i przygotowując frytki. Jeśli wieczorem kasa się nie zgadzała, musiał co do centa wyrównać różnicę. Dzisiaj na szczęście wszystko było tak, jak powinno, więc nie musiał żebrać o należne pieniądze, co w zasadzie stało się jego codziennością. Grubas był w dobrym humorze i bez gadania zapłacił pełną kwotę za pięć dni pracy.

Razem z pieniędzmi ze sprzedaży butelek miał w portfelu trzysta euro. Prawdziwy majątek! Tylko dlatego zdecydował się na wizytę u tureckiego fryzjera, który prowadził salon naprzeciwko dworca głównego. W przypływie dobrego humoru zdecydował się nie tylko na ścięcie włosów, ale też pozwolił sobie na golenie. Następnie poszedł do Aldiego zrobić zakupy, a kiedy wrócił, miał jeszcze dość pieniędzy, by opłacić wynajem kampera za dwa miesiące z góry.

Zaparkował rozklekotany skuter obok wejścia do przyczepy, zdjął kask i z bagażnika wyjął siatki z zakupami.

Upał dawał mu się we znaki. Nawet noce nie przynosiły ochłody. Rankiem budził się zawsze skąpany w pocie, a w budce z fast foodem, w której pracował, panowały temperatury rzędu sześćdziesięciu stopni Celsjusza. Ściany i dach zrobione były z cienkiej blachy falistej, a niewydajna wentylacja sprawiała, że panująca wewnątrz wilgoć mieszała się ze smrodem przypalonej frytury, który wnikał głęboko w skórę i włosy.

Zniszczona przyczepa kempingowa na parkingu w Schwanheim zastawionym podobnymi przybytkami na samym początku miała być tymczasowym rozwiązaniem — to było dawniej, kiedy jeszcze wierzył, że los się odmieni, a on odzyska kontrolę nad swoją sytuacją finansową. Lecz w życiu nic nie jest tak trwałe jak prowizorki — w tej chwili mijał właśnie siódmy rok, odkąd tutaj zamieszkał.

Rozpiął zamek płóciennego przedsionka, który wiele, wiele lat temu miał najprawdopodobniej ciemnozieloną barwę. Od tamtego czasu słońce i słota zmieniły jego kolor na trudny do zdefiniowania odcień jasnej zieleni. W twarz uderzyła go fala gorącego powietrza: wewnątrz przyczepy panowała temperatura o dwa czy trzy stopnie wyższa niż na zewnątrz. Co gorsza, wszędzie czuć było stęchliznę i panował zaduch. Niezależnie od tego, ile wietrzył i szorował przyczepę w środku, nieprzyjemne wonie wżarły się przez lata w fugi i zakamarki do tego stopnia, że nie dało się ich pozbyć. Mimo siedmiu lat spędzonych w tym miejscu wciąż uważał, że to ohydne. Jednak na horyzoncie nie pojawiała się żadna alternatywa.

 

Po upadku na samo dno znalazł tu swoje miejsce: jako skazany przestępca należał do drugiej kategorii obywateli, tych z faweli i slumsów na obrzeżach metropolii. Tutaj nikt nie zapuszczał się z własnej woli. Nikt nie robił tu wycieczek, by podziwiać połyskujące fasady wieżowców Frankfurtu, te betonowe-szklane, sięgające nieba symbole władzy i pieniędzy, wznoszące się zaraz po drugiej stronie rzeki. Jego sąsiadami byli w większości ubodzy emeryci, którzy nie ze swojej winy potracili wszystko, co mieli, ale i wykolejeńcy, wyrzutki społeczne jak on sam, którzy z jakiegoś powodu stanęli na początku równi pochyłej, a potem nie potrafili się już zatrzymać. Często alkohol odgrywał główną rolę w historiach ich życia, które w niepokojący sposób były do siebie podobne. On sam nie pił, a jeśli już, to jedno piwo wieczorem i to wszystko. Nie palił też papierosów, dbał o formę i nigdy się nie zaniedbywał. Ze złością odrzucał wszystkie oferty skorzystania z pomocy społecznej, bo sama myśl, że miałby zdać się na łaskę zblazowanego i zobojętniałego urzędnika, była dla niego nie do zniesienia.

Odrobina poczucia własnej wartości była ostatnią rzeczą, jaka mu została z dawnego życia. Gdyby stracił i ją, równie dobrze mógłby popełnić samobójstwo.

— Halo?

Głos dobiegał sprzed namiotu pełniącego rolę przedsionka przyczepy kempingowej. Przy niskim, zasuszonym żywopłocie, oddzielającym mikroskopijną działeczkę z przyczepą od drogi, stał nieznajomy.

— Tak?

Mężczyzna podszedł bliżej. Zawahał się. Miał rozbiegane świńskie oczka, którymi rozglądał się niepewnie na wszystkie strony.

— Mam problem z urzędem skarbowym i ktoś mi powiedział, żebym zgłosił się do pana, bo pan może mi pomóc. — Mówił wysokim falsetem, co było w komicznej sprzeczności z masywnym, nalanym ciałem. Na łysiejącej głowie perlił mu się pot, a nieprzyjemny zapach nieświeżego ciała stapiał się z wonią czosnku, którą roztaczał dookoła.

— Aha. Kto panu tak powiedział?

— Rosi, z kiosku. Idź do Doktorka, powiedziała. I dodała, że pan mi na pewno pomoże.

Spocony grubas jeszcze raz rozejrzał się ostrożnie, jakby się bał, że ktoś go obserwuje, a następnie wyjął z kieszeni zwitek banknotów. Setek, a nawet pięćsetek.

— Dobrze zapłacę.

— Niech pan wejdzie.

Nieznajomy od samego początku wzbudzał jego antypatię, lecz nie zwracał na to najmniejszej uwagi. Nie miał luksusu dobierania sobie klientów, nie reklamował się w książkach telefonicznych i nie miał strony internetowej. Lecz mimo to nie każdy mógł skorzystać z jego usług, a wiadomość o jego działalności rozeszła się tylko w odpowiednich kręgach. Świadom ciążącego na nim wyroku i warunkowego zwolnienia z odbywania kary, nie pozwalał sobie na nic, co mogłoby ponownie zaprowadzić go za kratki. Nowych klientów zapewniali mu gadatliwi barmani i sprzedawcy fast foodów, którzy musieli prostować swoje papiery przed urzędami, zrozpaczeniu emeryci, którzy dali się namówić na horrendalnie drogie kołdry z wełny z lamy, bezrobotni emigranci, którzy ni w ząb nie rozumieli skomplikowanego systemu biurokratycznego, i młodzi ludzie, którzy wpadli w spiralę zadłużenia. Każdy, kto przychodził prosić go o pomoc, wiedział, że akceptuje zapłatę jedynie w gotówce.

Szybko pozbył się początkowych skrupułów wynikających ze współczucia: nie był Robin Hoodem, lecz najemnikiem. Za gotówkę wypełniał urzędowe formularze, przekładał niezrozumiały prawniczy żargon na przystępny język, udzielał porad prawnych na każdą sytuację życiową i dzięki temu mógł podreperować swój dochód.

— O co chodzi? — zapytał przybysza, który lustrował go niepewnym wzrokiem. Nie mógł przeoczyć oznak biedy, bo w jego oczach pojawił się wyraz odrazy.

— Matko, ależ tu upał — powiedział już znacznie pewniej. — Ma pan jakiegoś browca? Albo chociaż wodę?

— Nie. — Nie zadawał sobie trudu, by zachowywać się przyjaźnie.

Czasy rozmów w klimatyzowanych pomieszczeniach, przy mahoniowych stołach zastawionych butelkami wody, soku i odwróconych do góry dnem szklaneczek minęły bezpowrotnie.

Grubas stęknął i z wewnętrznej kieszeni zaplamionej skórzanej kamizelki wyjął plik dokumentów. Papier z recyklingu, przyjazny środowisku, co oznaczało pisma urzędowe. Gęsty, drobny druk. Urząd skarbowy.

Rozprostował zwilgotniałe od potu pisma, przesunął po nich dłonią i przejrzał treść.

— Trzysta euro — zażądał, nie podnosząc wzroku. Zwinięte w rulonik banknoty wciśnięte do kieszeni zawsze pochodziły z nieopodatkowanych źródeł. Grubas mógł sobie pozwolić na większy wydatek. Normalnie za podobną usługę brał niższe stawki, lecz najczęściej przychodzili do niego bezrobotni i emeryci.

— Słucham?! — zaprotestował klient, tak, jak się spodziewał. — Za kilka papierów?

— Niech pan znajdzie sobie kogoś, kto zrobi to taniej, proszę, droga wolna.

Tłuścioch wymamrotał coś niezrozumiałego, a potem wyjął niechętnie trzy zielone banknoty z rulonika w kieszeni.

— Dostanę chociaż pokwitowanie?

— Ależ oczywiście. Moja sekretarka wystawi je później i przekaże pana szoferowi — odparł, nie kryjąc sarkazmu. — A teraz proszę siadać. Potrzebuję od pana kilku informacji.

* * *

RUCH WOKÓŁ BASELER PLATZ przed mostem Friedensbrücke stanął w miejscu. Od kilku tygodni miasto przypominało jeden wielki plac budowy. Wściekała się na siebie, bo gdyby wcześniej o tym pomyślała, w ogóle nie jechałaby przez centrum, tylko Frankfurter Kreuz i obwodnicą w kierunku Sachsenhausen. Posuwając się ślimaczym tempem mostem nad Menem, zderzak w zderzak z pordzewiałą furgonetką na litewskich numerach, Hanna nie mogła przestać myśleć o nieprzyjemnej porannej rozmowie z Normanem. Wciąż jeszcze gotowała się ze złości z powodu jego głupoty i kłamstw. Naprawdę, miała wielkie opory, żeby zwolnić go z dnia na dzień po jedenastu latach współpracy — tym razem jednak nie pozostawił jej żadnego wyboru. Zanim wyszedł, trzaskając ze złości drzwiami, zdążył ją zwymyślać od najgorszych i obrzucić groźbami.

Niespodziewanie zabrzęczał smartfon Hanny. Kobieta sięgnęła po niego i uruchomiła program pocztowy. Asystentka przesłała jej wiadomość, której tytuł brzmiał: „Katastrofa!!!”, a cały tekst stanowił link do artykułu internetowego wydania magazynu „Focus”. Hanna kliknęła łącze kciukiem. Czytając tytuł materiału, poczuła, że robi jej się niedobrze.

Hanna Herzmann — jednak bez serca, głosiły grube czarne litery umieszczone obok zdjęcia, na którym wyglądała bardzo niekorzystnie. Serce zaczęło walić jej jak szalone i zauważyła, że nie jest w stanie opanować drżenia prawej dłoni. Zacisnęła ją mocniej na słuchawce. Zależy jej tylko na słupkach. Goście programu najpierw otrzymywali do podpisania umowy, a dopiero potem mogli pojawić się przed kamerami. Wszystko, o czym mówili, było wcześniej przygotowywane przez Hannę Herzmann (46). Murarz Armin V. (52) miał mówić o swoich problemach z nieuczciwymi wynajmującymi (Temat odcinka: Właściciel mieszkania chce się mnie pozbyć). Jednak kiedy włączono kamery, został oskarżony przez prowadzącą o unikanie płacenia za lokal. Po emisji programu zgłosił swój sprzeciw, lecz wtedy przyszło mu poznać drugą twarz współczującej i ludzkiej Hanny Herzmann, która nie czekając na rozwój wydarzeń, natychmiast wytoczyła przeciwko murarzowi najcięższe działa w postaci sztabu prawników. Teraz Armin V. jest bezrobotny, a wynajmujący wyrzucił go w końcu z mieszkania. Podobne przygody miała z Hanną Herzmann Bettina B. (34). Samotna matka pięciorga dzieci była gościem w jednym ze styczniowych odcinków programu Hanny Herzmann (Temat: Kiedy ojcowie się wymigują). Wbrew wcześniejszym ustaleniom Bettina B. została przedstawiona w nim jako alkoholiczka, która nie radzi sobie z wychowywaniem dzieci. Również w jej przypadku występ w programie miał nieprzyjemne skutki — w jej domu pojawiła się komisja z urzędu ds. dzieci i młodzieży.

— Niech to szlag — mruknęła Hanna. Co raz pojawi się w Internecie, już nigdy z niego nie zniknie. Przygryzła wargi i zaczęła intensywnie myśleć.

Niestety, artykuł w „Focusie” nie odbiegał zbytnio od prawdy. Hanna posiadała niewiarygodny zmysł, dzięki któremu wybierała interesujące tematy, a co więcej, nigdy nie cofała się przed zadawaniem niewygodnych pytań i praniem czyichś brudów. Przy tym ludzie, z którymi rozmawiała, i ich często tragiczne losy interesowały ją w rzeczywistości tyle, co zeszłoroczny śnieg. W wielu przypadkach gardziła nimi nawet, choć skrzętnie to ukrywała, bo brzydziła się tym, że za pięćdziesiąt minut wątpliwej sławy byli gotowi sprzedać swoją intymność. Hanna potrafiła sprawić, że przed kamerą spowiadali się z najbardziej osobistych tajemnic, a ona przysłuchiwała się temu, udając zainteresowanie i współczucie.

Jednakże czasem prawdziwa historia nie wystarczała — wtedy konieczne było podniesienie jej dramatyzmu. To zadanie należało właśnie do Normana, który z właściwym sobie cynizmem nazwał te działania „Pimp my boring life”. Nie wahał się też, by całkowicie wypaczać rzeczywistość. Hanny nie obchodziło, czy było to w zgodzie z etyką, czy nie. Koniec końców liczył się tylko sukces mierzony słupkami oglądalności, a ta taktyka zawsze przynosiła dobre efekty. Tymczasem zebrało się kilka skoroszytów listów z zażaleniami i oskarżeniami, bo niektórzy goście, wystawieni po programie na kpiny znajomych i sąsiadów, orientowali się poniewczasie, co z siebie zrobili. Wyjątkowo rzadko jednak były składane prawdziwe skargi, a to dzięki obszernej, starannie dopracowanej umowie uczestnictwa, którą każdy gość musiał podpisać, zanim trafił przed kamerę.