Kto sieje wiatrTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Prolog

Poniedziałek 11 maja 2009

Wrzesień 1997

Wtorek 12 maja 2009

Październik 1998

Wezwanie...

Środa 13 maja 2009

Deauville, maj 2008

Czwartek 14 maja 2009

Piątek 15 maja 2009

Berlin, sierpień 2008

Sobota 16 maja 2009

Zurych, grudzień 2008

Męcząca niepewność...

24 grudnia 2008

Niedziela 17 maja 2009

Poniedziałek 18 maja 2009

Już na samym początku...

Poczdam, 31 grudnia 2008

Mark miał wyłączony telefon...

Niemiecki Instytut Klimatyczny, 31 grudnia 2008

Jak długo będziemy jeszcze...

31 grudnia 2008

Wychodzimy...

Środa 10 czerwca 2009

Epilog Sobota 14 listopada 2009

Podziękowania

Uwagi

Tytuł oryginału

WER WIND SÄT

Copyright © Ullstein Buchverlage GmbH, Berlin

Published in 2011 by List Taschenbuch Verlag

Copyright © 2014 for the Polish edition by Media Rodzina Sp. z o.o.

Projekt logotypu Gorzka Czekolada

Dorota Wątkowska

Projekt okładki

Agata Wodzińska-Zając

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie całości lub fragmentów książki — z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych — możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

Dla Vanessy

ISBN 978-83-7278-961-7

Media Rodzina Sp. z o.o.

ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań

tel. 61 827 08 60

mediarodzina@mediarodzina.pl

www.mediarodzina.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Prolog

Biegła wyludnionymi ulicami, najszybciej, jak tylko mogła. Na tle nocnego nieba eksplodowały feerią barw sylwestrowe sztuczne ognie. Gdyby tylko udało jej się dotrzeć do parku, mogłaby skryć się pośród świętującego tłumu — tam by jej nie znaleźli. Nie znała okolicy, nie wiedziała, gdzie jest. Słyszała za sobą echo kroków pogoni, odbijające się od ścian domów. Deptali jej po piętach, sprytnie odciągając coraz dalej i dalej od głównych ulic, od postojów taksówek, zejść do metra i ludzi. Każde potknięcie mogło oznaczać jej koniec.

Przeraźliwy strach nie pozwalał jej normalnie oddychać, a serce waliło, jakby zaraz miało eksplodować. Długo już nie uda jej się utrzymać takiego tempa. Tam! W końcu! W ciągnącym się w nieskończoność rzędzie fasad kamienic dostrzegła wąski wyłom. Nie zwalniając, skręciła w niewielką uliczkę, jednak jej ulga trwała tylko ułamek sekundy, bo właśnie pojęła, że popełniła najpoważniejszy błąd w życiu. Znalazła się w pułapce! W uszach szumiała jej krew. Słychać było jedynie jej urywany oddech. Skryła się między koszami na śmieci, przycisnęła twarz do chropowatej ściany i zamknęła oczy. Uczepiła się beznadziejnej myśli, że prześladowcy niczego nie zauważą i pobiegną dalej.

— Tam jest! — rozległ się głos mężczyzny. — Teraz już nam nie ucieknie.

Uliczkę zalało światło reflektorów. Uniosła ramię i zamrugała oślepiona. Myśli w jej głowie wirowały jak szalone. Czy powinna krzyczeć o pomoc?

— Tutaj jest już nasza — rozległ się kolejny głos.

Kroki na kostce brukowej. Mężczyźni byli coraz bliżej. Szli powoli, nie spieszyli się. Strach sprawiał jej fizyczny ból. Zacisnęła spocone pięści, wbijając paznokcie w skórę.

I wtedy go zobaczyła. Stanął obok i spojrzał na nią. Przez jedną krótką chwilę miała nadzieję, że zjawił się tutaj, żeby jej pomóc.

— Błagam! — wyszeptała chrapliwie i wyciągnęła dłoń. — Ja wszystko wyjaśnię…

— Za późno — przerwał jej. W jego oczach widziała pogardę i złość. W tym momencie zgasła ostatnia iskierka nadziei: zmieniła się w popiół, zupełnie jak piękna biała willa nad jeziorem.

— Proszę! Proszę, nie zostawiaj mnie! — W jej głosie słychać było panikę. Chciała czołgać się w jego stronę i błagać o wybaczenie. Chciała przysiąc, że zrobi dla niego wszystko. Lecz on bez słowa odwrócił się i odszedł. Została sama z mężczyznami, którzy nie znali litości. Paniczny strach sparaliżował jej ciało. Zamrugała i histerycznie potrząsnęła głową. Nie! Nie chce tu umierać! Nie w tej ciemnej alejce, cuchnącej moczem i śmieciami!

Z wyzwoloną przez strach siłą broniła się rozpaczliwie, rozdając kopniaki i ciosy. Lecz nadaremnie. Mężczyźni przycisnęli ją w końcu do ziemi i brutalnie wykręcili jej ręce na plecy. Poczuła ukłucie. Po chwili nie mogła się ruszyć, a obraz przed jej oczyma zaczął się rozmywać. Czuła, że zdzierają z niej ubranie. Leżała teraz naga i bezbronna. Gdzieś ją ciągnęli. Przez kilka sekund między wysokimi ścianami kamienic widziała fragment czarnego nocnego nieba i migotliwe gwiazdy. Potem otoczyła ją ciemność, w którą coraz głębiej się zapadała. Przez chwilę miała wrażenie, że unosi się w powietrzu, lecz w następnym momencie brutalny upadek pozbawił ją oddechu. Była trochę zaskoczona, że umieranie jest tak proste!

Gwałtownie usiadła. Serce waliło jej jak oszalałe i dopiero po kilku sekundach uświadomiła sobie, że właśnie się obudziła. Koszmar, który dręczył ją od miesięcy, nigdy jeszcze nie był tak realny. I nigdy nie śniła go do końca. Roztrzęsiona przycisnęła ramiona do piersi i w ciszy czekała, żeby mięśnie w końcu się rozluźniły, a ciało przestało drżeć z zimna. Przez zakratowane okno do pokoju wpadało światło ulicznych latarni. Jak długo jeszcze będzie tu bezpieczna? Opadła na plecy, przewróciła się na bok i schowała twarz w poduszce. Zaczęła szlochać, bo wiedziała, że ten strach nigdy się nie skończy.

Poniedziałek 11 maja 2009

Ledwie słońce pokazało się nad horyzontem, on ruszał do lasu. Zamknął za sobą furtkę ogrodu i, jak każdego ranka, z fuzją przewieszoną przez ramię szedł stromą ścieżką w stronę drzew. Tell, szorstkowłosy brązowy wyżeł, biegł kilka metrów z przodu, zatrzymywał się co kawałek i węszył, wciągając czułym nosem tysiące zapachów pozostawionych tam w nocy. Ludwig Hirtreiter nabrał do płuc chłodnego, świeżego powietrza, rozkoszując się koncertem budzących się ptaków. Na łące pod samym lasem stały dwie sarny. Tell spojrzał w ich kierunku, jednak nie miał zamiaru rzucać się za nimi w pogoń; był mądrym, posłusznym psem, którego dzika zwierzyna interesowała jedynie wtedy, gdy pan pozwalał.

— Dobra psina, dobra — pochwalił Ludwig. Mieszkał niedaleko lasu. Przeszedł pod szlabanem pomalowanym w białe i czerwone pasy. Postawiono go tutaj kilka lat wcześniej, kiedy się okazało, że leniwi weekendowi turyści z Frankfurtu nie mają zamiaru zostawiać aut, zanim wejdą między drzewa. Dzisiaj ludziom — szczególnie tym z miast — brakowało jakiegokolwiek szacunku dla natury. Nie potrafili rozróżniać gatunków roślin, krzyczeli na całe gardło i puszczali luzem swoje niewychowane psy nawet w czasie ochronnym dla zwierzyny. Wielu świetnie się wręcz bawiło, kiedy ich pupile płoszyły sarny i goniły za nimi po lesie. Ludwig Hirtreiter nie znajdował usprawiedliwienia dla takich zachowań. Według niego las był świętym miejscem. Znał okolicę jak własną kieszeń, wiedział, jak trafić na samotne, ukryte w gąszczu polany, wiedział o matecznikach dzikich zwierząt i ścieżkach, którymi chadzały dziki. Kilka lat wcześniej własnoręcznie przygotował tablice informacyjne, które ustawił przy ścieżce dydaktycznej, żeby przybliżyć zwiedzającym tajemnice lasu.

 

Słońce przebijało się przez gęstwinę koron drzew i zmieniało las w spokojną, złotozieloną katedrę. Na pierwszym rozwidleniu Tell, jakby czytając w myślach swojego pana, wybrał drogę w prawo. Po chwili minęli majestatyczny dąb i dotarli do poręby powstałej w zeszłym roku, kiedy gwałtowna burza wyłamała w lesie przesiekę. Nagle Ludwig stanął i znieruchomiał. Tell również nastawił uszu. Hałas silników spalinowych! Kilka sekund później ciszę lasu rozdarł dźwięk drewna ciętego piłami mechanicznymi. Nie, to nie mogli być pracownicy nadleśnictwa, bo o tej porze roku nie urządzano żadnych wycinek. Ludwiga Hirtreitera ogarnęła złość. Ruszył w kierunku, z którego dochodziły hałasy. Serce waliło mu dziko. Domyślił się, że nie dotrzymali ustaleń i zaczęli karczowanie jeszcze przed konsultacjami społecznymi, żeby postawić ludzi przed faktami dokonanymi.

Kilka minut później jego najgorsze obawy znalazły potwierdzenie. Schylił się i przeszedł pod biało-czerwoną plastikową taśmą, która otaczała niewielką polankę poniżej szczytu wzniesienia, i z niedowierzaniem przyjrzał się pomarańczowym ciężarówkom i uwijającym się wokół nich mężczyznom. Nagle znów zawyły piły spalinowe, a w powietrze poleciały trociny. Potężny świerk zakołysał się, a potem z łoskotem padł w poprzek polanki. Co za podstępne bandziory! Ludwig zdarł strzelbę z ramienia i trzęsąc się ze złości, odbezpieczył spust.

— Stać! — ryknął, wykorzystując chwilę, gdy piły przez chwilę nie cięły. Mężczyźni spojrzeli w jego stronę, unosząc przejrzyste przyłbice ochronne. Hirtreiter wyszedł spomiędzy drzew. Tell nie odstępował pana na krok.

— Wynocha stąd! — krzyknął jeden z pracowników. — Nie ma pan tu czego szukać!

— To wy się lepiej stąd wynoście! — odpowiedział Ludwig ponuro. — I to natychmiast! Dlaczego wycinacie drzewa?

Brygadzista dopiero teraz zauważył strzelbę i to, jak bardzo zdeterminowany jest nieznajomy.

— Nie no, spokojnie, przecież nie chcemy robić żadnych awantur, prawda? — zapytał, unosząc dłonie w uspokajającym geście. — My tylko wykonujemy swoją pracę.

— To ją wykonujcie, ale nie tutaj. Wynocha mi z lasu, i to natychmiast!

Pozostali zbliżyli się do miejsca, w którym stał. Żadna piła już nie pracowała. Tell warknął cicho, ale groźnie. Hirtreiter oparł palec na spuście. Był śmiertelnie poważny. Rozpoczęcie prac budowlanych było zaplanowane dopiero na pierwsze dni czerwca, więc wycinka drzew już teraz nie miała nic wspólnego z legalnym działaniem, nawet jeśli burmistrz czy rada miasta z milczącym przyzwoleniem przyglądali się tym poczynaniom.

— Macie pięć minut, żeby spakować manatki i zabrać się stąd gdzie pieprz rośnie! — krzyknął do ekipy drwali. Jednak żaden z mężczyzn nie drgnął. Wtedy złożył się do strzału, wycelował w piłę w dłoniach jednego z nich i pociągnął za spust. Rozległ się huk. Dopiero w ostatnim momencie Ludwig Hirtreiter poderwał lufę w górę tak, że pocisk przemknął metr nad głową sparaliżowanego strachem robotnika. Kilka sekund panowała całkowita cisza, a drwale wpatrywali się w niego z niedowierzaniem. W końcu, na łeb na szyję, rzucili się do ucieczki.

— Ja tego tak nie zostawię! Popamięta pan to! — krzyczał brygadzista, umykając za samochody. — Wzywam policję!

— Rób pan, co się żywnie podoba! — Ludwig Hirtreiter skinął tylko głową i zarzucił strzelbę na ramię. Nikt nie będzie dzwonił na policję, bo w ten sposób donieśliby sami na siebie. Załgani przestępcy.

Niewiele brakowało, a uwierzyłby w gorące zapewnienia. Żadne drzewo nie zostanie ścięte, zanim nie zostaną zatwierdzone wszystkie decyzje, zarzekali się jeszcze w piątek. A przecież już wtedy musieli zlecić karczowanie lasu wyspecjalizowanej firmie. Poczekał, aż ostatnia ciężarówka wyjedzie z polany, a hałas silników zniknie gdzieś pośród drzew. Wtedy oparł strzelbę o pień i zabrał się za zwijanie taśmy zagradzającej dostęp do polanki. Nikt nie ma prawa ścinać tu drzew. I on o to zadba. Był gotów do walki.

Pia Kirchhoff stała przy taśmociągu z bagażami. W chwili kiedy sięgnęła po swoją walizkę, rozdzwonił się telefon w jej torebce. Przez kilka sekund nie potrafiła skojarzyć, co to za dźwięk, i musiało upłynąć trochę czasu, zanim zorientowała się, że to komórka, którą włączyła chwilę po lądowaniu. Przez trzy cudowne tygodnie nikt do niej nie dzwonił, więc telefon w naturalny sposób wypadł z listy przedmiotów niezbędnych do codziennego życia. Jak na razie, jej bagaż miał wciąż daleko większe znaczenie niż odebranie połączenia. Walizki Christopha przyjechały zaraz na samym początku, a on sam stał już przy wyjściu ze strefy odbioru bagażu. Pia miała zamiar zaraz do niego dołączyć. Niestety, niemal kwadrans musiała czekać na swoje rzeczy, bo walizki pasażerów lotu numer LH729 z Szanghaju pojawiały się na taśmie w denerwujących odstępach i bardzo nierównomiernie.

Dopiero kiedy szara plastikowa skorupa na kółkach stanęła bezpiecznie koło niej, sięgnęła do torebki i po omacku znalazła komórkę. Głośniki w hali bagażowej co chwilę ryczały jakimiś komunikatami, a ktoś brutalnie uderzył ją wózkiem w łydkę i nie mruknął nawet przepraszam. Kolejny samolot wypluł stu kilkudziesięciu pasażerów i pasażerek, a przed stanowiskami odprawy celnej ustawiły się kolejki. W końcu udało jej się odebrać.

— Jestem przy odprawie celnej! — Pia usiłowała przekrzyczeć ogólny harmider. — Proszę o telefon za pół godziny!

— Ups, przepraszam! — odparł Oliver von Bodenstein. W głosie szefa słychać było rozbawienie. — Byłem pewien, że wróciliście wczoraj.

— Oliver! — jęknęła Pia z ulgą. — Bardzo mi przykro. Nasz lot miał straszne opóźnienie, chyba dziewięć godzin. Dopiero wylądowaliśmy. Co się dzieje?

— Pojawił się mały problem — odparł Bodenstein. — Mamy zwłoki, a o jedenastej jest ślub cywilny Lorenza i Thordis. Jeśli się na nim nie pojawię, zostanę wyklęty przez rodzinę.

— Zwłoki? Gdzie? — Pia chciała przejść obok stanowiska kontroli celnej, ale przysadzista funkcjonariuszka straży celnej uniosła dłoń. Najwyraźniej usłyszała ostatnie pytanie Pii i bardzo ją te zwłoki zaintrygowały. Wyjątkowo niepotrzebne utrudnienie, kiedy ktoś się spieszy.

— W biurowcu w Kelkheim — wyjaśnił Bodenstein. — Dopiero co przyszło zgłoszenie. Zaraz wyślę na miejsce nowego, ale wolałbym, żebyś też się tam pojawiła.

— Ma pani coś do oclenia? — zapytała celniczka.

— Nie. — Pia potrząsnęła energicznie głową.

— Jak to nie? — Bodenstein był zaskoczony natychmiastową odmową.

— Nie, to znaczy tak! — Pia zaczęła się denerwować. — Nie, nie mam nic do oclenia, i tak, zaraz tam pojadę.

— O co pani chodzi? — Urzędniczka uniosła brwi. — Proszę otworzyć walizkę.

Pia przycisnęła komórkę ramieniem do ucha i zabrała się za otwieranie zamka, lecz tak nieszczęśliwie, że złamała sobie paznokieć. Ewidentnie skończył się czas relaksu i wypoczynku. Wrócił stres.

— Dobra, zaraz tam jadę. Podaj mi tylko adres.

Otworzyła walizkę. Celniczka zaczęła grzebać w niestarannie spakowanych rzeczach, w nadziei, że między brudnymi rzeczami trafi na przemycaną wazę z epoki Ming albo przynajmniej niezgłoszoną do oclenia butelkę wódki czy sztangę papierosów. Przy stanowisku celniczki zaczęła się robić kolejka. Pia spojrzała złym wzrokiem na urzędniczkę, która akurat skończyła bezowocne poszukiwania i ze znudzoną miną dała znak głową, że wszystko w porządku. Policjantka zatrzasnęła wieko walizki, energicznym ruchem ściągnęła ją z pulpitu i ruszyła w stronę wyjścia. Drzwi z mlecznego szkła rozsunęły się bezszelestnie na boki. Po drugiej stronie bramek czekał Christoph, uśmiechając się z przymusem, bo obok niego stał równie niezadowolony były mąż Pii, doktor Henning Kirchhoff. Jeszcze tylko tego brakowało! Zgodnie z ustaleniami, z lotniska miała ich odebrać Miriam, która na czas urlopu przyjaciółki zamieszkała w jej gospodarstwie i zajmowała się końmi i psami. Dzień wcześniej rozmawiały przez telefon i potwierdziły taką wersję.

— Mój bagaż wyjechał na samym końcu — przeprosiła Pia. — A potem celniczka postanowiła przeorać mi walizkę. Wybaczcie. A ciebie co tutaj przyniosło?

Ostatnie zdanie skierowane było oczywiście do byłego męża. W porównaniu z Christophem spalonym na brązowo chińskim słońcem Henning wyglądał blado i marnie.

— Ja też się cieszę, że cię widzę — odparł sarkastycznym tonem i skrzywił się kwaśno. — Od ponad godziny parkuję pod zakazem. Jeśli dostałem mandat, ty go pokryjesz.

— Wybacz, proszę. — Pia pocałowała go delikatnie w policzek. — I dzięki, że w ogóle po nas przyjechałeś. Co się stało z Miriam?

W związku Henninga i jej najlepszej przyjaciółki Miriam sprawy ostatnio bardzo się pokomplikowały, bo istniało prawdopodobieństwo, że doktor Kirchhoff jest ojcem nienarodzonego jeszcze dziecka byłej kochanki, prokuratorki Valerie Löblich. Po kilku miesiącach całkowitego milczenia, kiedy to Henning poważnie rozważał opcję ucieczki z podwiniętym ogonem gdzieś za granicę, Miriam dała mu cień szansy i znów się do siebie zbliżyli — jednak nie było na razie mowy o harmonijnym związku opartym na zaufaniu.

— Miriam miała na dziewiątą spotkanie w Moguncji i nie mogła dłużej czekać — wyjaśnił Henning z wyrzutem i ruszył w stronę wyjścia. — Poprosiła, żebym po was podskoczył, bo nie mam daleko z Instytutu. A właśnie, jak wam się udał urlop?

— Bosko — odparła Pia i wymieniła szybkie spojrzenie z Christophem. „Bosko” nie było najwłaściwszym słowem, żeby opisać trzy tygodnie spędzone w Chinach, bo ich pierwszy wspólny wyjazd był pod każdym względem perfekcyjny. Mimo że już jakiś czas byli ze sobą, wciąż czuła motylki w brzuchu na jego widok. Czasem zastanawiała się, jak to możliwe, że miała tyle szczęścia i związała się z mężczyzną marzeń. Spotkali się trzy lata wcześniej, latem, podczas dochodzenia w sprawie morderstwa. Zaczynała już wówczas powoli godzić się z wizją samotnej starości w otoczeniu zwierząt, które trzymała w swoim gospodarstwie. Od razu między nimi zaiskrzyło. Bodenstein uznał jednak Christopha za jednego z głównych podejrzanych, co bardzo skomplikowało początki ich znajomości.

Chłodne powietrze majowego poranka sprawiło, że Pia dostała gęsiej skórki. Po czternastu godzinach w samolocie czuła się nieświeżo i tęskniła za prysznicem. Najwyraźniej jednak ta przyjemność musiała jeszcze poczekać.

Pod wycieraczkami auta Henninga nie czekał na nich mandat, co prawdopodobnie należało zawdzięczać plakietce pod przednią szybą z napisem „Lekarz na służbie”. Mężczyźni zapakowali walizki do bagażnika, a Pia wykorzystała ten moment, żeby wślizgnąć się na tylną kanapę.

— Masz jakieś plany na najbliższe godziny? — zapytała kilka minut później, kiedy Henning skręcał na autostradę w kierunku Kelsterbach. Podróżowali dość wolno, bo o tej porze ludzie jechali do pracy we Frankfurcie.

— A dlaczego cię to interesuje? — Spojrzał podejrzliwie w lusterko wsteczne. Pia przewróciła oczyma. Jak zwykle nie odpowiedział wprost na łatwe pytanie! Zaczęła masować pulsujące bólem skronie. Przez ostatnie trzy tygodnie naprawdę odzwyczaiła się od takich sytuacji. Nie myślała o codziennych sprawach, o pracy, a nawet o wiszącej nad nią jak miecz Damoklesa groźbie nakazu rozbiórki gospodarstwa. Niestety, nadszedł czas, by znów się z tym wszystkim zmierzyć. Gdyby mogła, bez wahania przedłużyłaby urlop choćby i do końca świata, lecz może tajemnicą prawdziwego szczęścia było to, że nie trwało wiecznie?

— Muszę się dostać do Kelkheim, bo przyszło wezwanie do znalezionych zwłok — wyjaśniła. — Przed chwilą dzwonił do mnie szef. Urlop się skończył, więc wracam do swojego kieratu.

Główna brama schroniska dla zwierząt była zamknięta, a parking przed budynkiem administracji pusty. Mark chodził nerwowo wzdłuż wysokiego ogrodzenia i co chwila sprawdzał komórkę. Piętnaście po siódmej. Gdzie ta Ricky się podziewa? Najpóźniej za dwadzieścia minut będzie musiał się zbierać. Nauczyciele robili wielkie halo, nawet jeśli spóźniał się tylko o minutę, i natychmiast pisali mejle do jego matki. A to wszystko dlatego, że w ostatnim czasie kilka razy poszedł na wagary. Niech ich szlag. Dlaczego rodzice nie mogli zrozumieć, że miał już dość szkoły? Odkąd przestał mieszkać w internacie, miał wrażenie, że z jego życiem jest coś nie tak. Tysiąc razy bardziej wolałby robić coś konkretnego, niż marnować kolejne godziny w szkolnej ławce. Mark marzył o zajmowaniu się zwierzętami. I o własnym mieszkaniu, pełnym psów i kotów, jak u Ricky i Jannisa. To byłoby super. Ale gdyby wyskoczył z taką propozycją, ojciec zszedłby na zawał. Matura i studia nie podlegały żadnej dyskusji, a przydałoby się, żeby zrobił jeszcze jakiś kurs za granicą. A tak w ogóle, to to był oczywiście wariant minimum, poniżej którego schodził tylko motłoch i plebs. Bez studiów byłby nikim. Musiałby żyć z pomocy społecznej.

 

Z miejsca, w którym stał, doskonale widział asfaltową drogę, która prowadziła do Schneidhain. Lecz poza nielicznymi spacerowiczami z psami nikt się nie zbliżał. Pół nocy siedział przed komputerem, nie mogąc zasnąć. Ledwie zamknął powieki, natychmiast wracały wspomnienia. Wysłał Ricky SMS-a. Odpowiedziała, że o siódmej rano będzie w schronisku. Tymczasem zbliżało się już wpół do ósmej. Mark postanowił wyjść jej naprzeciw.

Kiedy sędzia skazała go na osiemdziesiąt godzin prac społecznych, które miał odbyć w schronisku dla zwierząt, niewiele brakowało, a by się załamał. Był przerażony i wściekły. Ale tam poznał Ricky i jej chłopaka Jannisa. I niespodziewanie znów pojawiło się w jego życiu coś, na co czekał i na co się cieszył. Praca w schronisku sprawiała mu wielką radość i mimo że odpracował już cały wyrok, nadal przychodził pomagać. Czuł się tak, jakby dzięki Ricky i Jannisowi znalazł swoje miejsce na ziemi i nową rodzinę, która zawsze czekała na niego z otwartymi ramionami. Jannis był dla niego przykładem i autorytetem. Godzinami potrafili dyskutować o różnych sprawach, o których Mark wcześniej w ogóle nie myślał: o wojnie w Afganistanie, o osadnikach na Zachodnim Brzegu Jordanu, o więźniach z Guantanamo, którzy mieliby trafić do Niemiec, czy na ulubiony temat Jannisa, jakim był wielki spisek klimatyczny. Jannis wiedział wszystko o wszystkim i miał własne przekonania, całkowicie odmienne od przekonań ojca Marka, który najchętniej wypowiadał się na temat polityki podatkowej rządu federalnego albo wyrażał swoje oburzenie działalnością Zielonych i lewicy. Jednak najważniejsze było to, że Jannis nie rzucał słów na wiatr i zawsze robił to, co zapowiedział. Już kilka razy Mark wziął z nim udział w demonstracjach i pikietach i za każdym razem był pod wielkim wrażeniem, ilu ludzi go zna.

Włożył kask i uruchomił silnik motoroweru, kiedy na drodze pojawiło się ciemne kombi Ricky. Po chwili kobieta zatrzymała się obok, a on z bijącym szybciej sercem czekał, aż opuści szybę.

— Cześć — powiedziała z uśmiechem. — Wybacz, że się spóźniłam.

— Cześć. — Poczuł pieczenie twarzy, co było niechybnym znakiem, że zrobił się czerwony. Nie zdziwił się, bo zawsze rumienił się w takich sytuacjach.

— Pomożesz mi szybko przy karmieniu? — zapytała. — Moglibyśmy przy okazji porozmawiać. Co ty na to?

Mark się zawahał. A co tam, pomyślał. Chrzanić szkołę. I tak nie nauczy się tam niczego, co byłoby jeszcze przydatne. Bo prawdziwe życie toczyło się gdzieś indziej.

— Super — odpowiedział.

Poranne słońce odbijało się w szklanej, nowoczesnej fasadzie wysokiego budynku o futurystycznych kształtach. W przemysłowej okolicy wyglądał jak statek kosmiczny gotowy do startu. Henning zostawił samochód na parkingu, na którym większość miejsc była jeszcze pusta. Z bagażnika wyjął obie walizki i postawił na ziemi, a kiedy Pia chciała go uścisnąć i podziękować za podwiezienie, mruknął tylko, że nie trzeba. Od kwadransa, czyli od chwili, kiedy Christoph wysiadł pod bramą jej gospodarstwa, Henning był milczący i miał niezadowoloną minę. Ale że przez szesnaście lat byli małżeństwem, Pia znała jego chimeryczne nastroje i nie przejmowała się nimi. Wcześniej zdarzało się, że w ogóle przestawał się odzywać i milczał przez trzy dni z rzędu. Ruszyli wybrukowanym podejściem ozdobionym elegancko obsadzonymi kwietnikami i fontannami. Przed budynkiem parkowały dwa radiowozy. Pia rzuciła okiem na tabliczkę z nazwą firmy: WindPro GmbH. Stylizowany wiatrak obok zdradzał, czym się zajmowali. Przy schodach do drzwi wejściowych stał umundurowany policjant i ziewał. Skinął głową i wpuścił ich do środka. Ledwie znaleźli się w przestronnym i elegancko urządzonym holu, Pia poczuła niemożliwą do pomylenia z innym zapachem woń rozkładającego się ciała.

— Wygląda na to, że ten ktoś leżał sobie przez cały weekend — mruknął Henning. Pia spojrzała w górę. Nad ich głowami otwierała się przestrzeń sięgająca trzeciego piętra. Na wyższe kondygnacje można było dotrzeć szerokimi schodami albo przeszkloną windą. Po prawej stronie, przy długiej ladzie ze stali nierdzewnej, siedziała na krześle zgarbiona kobieta, z łokciami opartymi na kolanach i twarzą skrytą w dłoniach. Obok niej stało kilku umundurowanych funkcjonariuszy i mężczyzna w cywilu. To musiał być ten nowy komisarz, o którym wspomniał Bodenstein.

— No proszę, kogo ja widzę — powiedział Henning.

— Znasz go?

— Tak. To Cemalettin Altunay. Wcześniej pracował w K11 w Offenbach.

Jako zastępca dyrektora Instytutu Medycyny Sądowej we Frankfurcie, Henning znał większość policjantów z terenów między Renem a Menem i z południowej Hesji, zajmujących się morderstwami i przestępstwami z użyciem przemocy.

Pia przyjrzała się nowemu koledze. Funkcjonariusz nachylał się właśnie nad wstrząśniętą kobietą i coś do niej cicho mówił. Na pewno nie skończył jeszcze czterdziestki, pomyślała. A jeśli chodziło o wrażenia estetyczne, to jego poprzednik Frank Behnke nie dorastał mu do pięt, co było miłą odmianą. Śnieżnobiała koszula, czarne dżinsy, wypolerowane na wysoki połysk buty i gęste, czarne włosy starannie przycięte na wojskową modłę — jednym słowem, prezentował się wyjątkowo schludnie. Momentalnie poczuła się nieswojo, bo po przylocie nie zdążyła zmienić brudnej od potu i pogniecionej szarej koszulki z krótkim rękawkiem i poplamionych dżinsów. Zanim tu przyjechała, powinna była wziąć prysznic i się przebrać. Ale teraz było już za późno.

— Witam, panie doktorze! — przywitał się nowy głębokim, przyjemnym głosem, po czym zwrócił się w kierunku Pii.

— Komisarz Cem Altunay. Bardzo się cieszę, że w końcu mogę cię poznać. Kai i Kathrin wiele mi o tobie opowiadali. Urlop był udany?

— Tak… to znaczy… ja… dzięki — wyjąkała. — Pół godziny temu wylądowaliśmy, bo mieliśmy dziewięć godzin opóźnienia…

— I zaraz wezwanie do zwłok. Przykro mi. — Cem uśmiechnął się przepraszająco, jakby to on ponosił winę. Przez kilka sekund lustrowali się wzrokiem. W końcu Pia odwróciła głowę. Denerwowało ją spojrzenie jego oczu w kolorze gorzkiej czekolady. Mijały kolejne sekundy, a milczenie stawało się kłopotliwe. W końcu Henning chrząknął kpiąco gdzieś z tyłu, dzięki czemu Pia momentalnie otrząsnęła się i wzięła w garść.

— Dobra, co my tu mamy? — zapytała.

— Denat nazywa się Rolf Grossmann i od kilku lat był zatrudniony jako stróż nocny. Wszystko wskazuje na nieszczęśliwy wypadek — wyjaśnił Cem Altunay. — Zwłoki znalazła jedna z pracowniczek firmy, kiedy przyszła rano do pracy. Chodźcie, zaprowadzę was.

Słodkawy zapach wiercił w nosie. Zwłoki, które cuchnęły już tak mocno, zazwyczaj nie wyglądały apetycznie. Pia ruszyła za Cemem schodami w górę i przygotowywała się wewnętrznie na to, co zaraz zobaczy. Jednak widok, który ukazał się jej oczom, był naprawdę trudny do zniesienia. Nieboszczyk, w którego spuchniętej i fioletowej twarzy trudno było doszukać się ludzkich rysów, leżał z groteskowo rozrzuconymi ramionami na podeście schodów między drugim i trzecim piętrem. Pia wiele już widziała w swojej pracy, jednak na widok ciała oblepionego setkami much zrobiło jej się niedobrze. Gdyby nie lata doświadczenia i profesjonalna samokontrola, nowy kolega byłby świadkiem, jak pada na kolana i wymiotuje.

— Dlaczego sądzisz, że to był nieszczęśliwy wypadek? — zapytała i przełknęła ślinę, walcząc z odruchem wymiotnym. Upał, który panował w wysokiej przeszklonej hali, wszystkimi porami wyciskał z człowieka pot. — Uff, może ktoś by włączył klimatyzację albo chociaż otworzył szklaną kopułę?

— Ani mi się waż! — warknął Hennig, wkładając biały jednorazowy kombinezon. — Biada! Zniszczyłabyś mi miejsce zbrodni!

Pia zauważyła zaskoczone spojrzenie nowego kolegi.

— Byliśmy małżeństwem — wyjaśniła krótko. — No dobrze, to skąd takie wnioski?

— Wygląda to tak, jakby potknął się na schodach i spadł — odparł Cem Altunay.

— Hm. — Pia powędrowała wzrokiem w górę klatki schodowej, łagodnym łukiem docierającej do trzeciego piętra. — Udało ci się porozmawiać z kobietą, która go znalazła? I co tu robiła o wpół do siódmej rano?

Henning otworzył z trzaskiem swoje walizki, a potem pochylił się nad ciałem, płosząc całą chmarę much, które uniosły się w powietrze, bzycząc dookoła.

— Ponoć codziennie tak zaczyna. Pracuje w księgowości. — Altunay oparł się o poręcz i wskazał na kobietę na krześle. — Jest w szoku. Najwyraźniej dobrze się rozumieli z denatem. Rano pijali razem kawę.

— Dlaczego stróż miałby tak po prostu spaść ze schodów?

— Najwyraźniej miał problemy z alkoholem. Tak przynajmniej twierdzą współpracownicy. — Cem relacjonował, czego się zdążył dowiedzieć. — Ciało pachnie alkoholem, a w kuchni dla pracowników znalazłem napoczętą butelkę Jacka Danielsa.

Kurier w ciemnobrązowym uniformie firmy dostarczającej paczki sapał ciężko, podsuwając jej elektroniczny terminal z rysikiem, by pokwitowała odebranie zamówienia.

Podpisała się na porysowanym ekranie urządzenia i uśmiechnęła z satysfakcją. Mężczyzna nie próbował nawet ukryć niezadowolenia, że zmusiła go, by zaniósł karton z przesyłką do magazynu, zamiast kazać zostawić go na podjeździe, gdzie zaparkował furgonetkę. Lecz Frauke Hirtreiter w ogóle się tym nie przejmowała.

Wróciła do sklepu, włączyła światło i rozejrzała się. Mimo że interes należał do Ricky, kochała go, jakby był tylko jej. W końcu znalazła w życiu miejsce, do którego tęskniła i gdzie się dobrze czuła. „Raj dla Zwierząt” w pełni zasługiwał na swoją nazwę; nie był zatęchłym, brudnym i źle oświetlonym sklepikiem, jakie Frauke pamiętała z dzieciństwa. Otworzyła drzwi do bocznego pomieszczenia, w którym urządziły salon piękności dla psów. To było jej królestwo. Na wieczorowych kursach nauczyła się sztuki cięcia i strzyżenia i została psią fryzjerką — z angielska zwaną „groomer”. Klientom przypadły do gustu jej usługi i polecali ją znajomym, więc interes stał się opłacalny. Do tego dochodziła szkoła dla psów prowadzona przez Ricky, a kilka tygodni wcześniej wystartował w końcu sklep w wersji online. Od tego czasu bezustannie przybywało im klientów. Frauke przeszła do biura. Nika siedziała już przy komputerze i wpisywała dostarczone zamówienia.