ElenaTekst

Z serii: Elena #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

KIEDY RANO WESZŁAM zaspana do łazienki, Christian stał przed lustrem i starannie układał włosy.

– Won! – warknął, nawet na mnie nie patrząc.

– Pospiesz się może, dobra? – poprosiłam jeszcze i odwróciłam się na pięcie.

Mój brat potrzebował rano więcej czasu przed lustrem niż ktokolwiek inny. Nie znałam nikogo bardziej próżnego. A przecież żel do włosów to było najoczywistsze marnotrawstwo czasu i pieniędzy, bo na turnieju i tak wypielęgnowana fryzura, mimo wszystkich porannych starań, znikała pod toczkiem.

Poczekałam więc, aż Christian zbiegnie ze schodów. Ledwie położyłam dłoń na klamce, usłyszałam dobiegający z dołu wściekły głos taty. Ciekawe, co już o siódmej rano mogło go wyprowadzić z równowagi? Na palcach zeszłam na parter i zaczęłam nadsłuchiwać.

– …nie mogę pojąć, co mój ojciec zrobił z taką kupą pieniędzy! Czterysta tysięcy euro kredytu i do tego naliczone zaległe odsetki! Od lat ich nie płacił, nie mówiąc w ogóle o spłacie głównego zadłużenia! Jak on w ogóle mógł zasnąć, wiedząc, ile pieniędzy napożyczał? I jeszcze udawał, że nic złego się nie dzieje!

– Znasz go przecież – odparła mama cichym głosem. – Jest zbyt dumny, żeby przyznać się do porażki.

– Zbyt dumny! – Tata niemal splunął z pogardą, wymawiając te słowa. – Super! Ludzie będą nas teraz bez końca obgadywali! Myślałem, że mnie szlag trafi, jak mi wczoraj wieczorem o tym powiedział! Jakby go to nieszczególnie obchodziło!

– Nie denerwuj się tak, Micha – poprosiła mama. – W przyszłym tygodniu spotkamy się z doradcą podatkowym i wysłuchamy, co może nam zaproponować. Nie potrafię sobie wyobrazić, żeby sytuacja była aż tak beznadziejna.

– A właśnie, że jest! Beznadziejna! Cholera jasna, nikt nie miał o niczym pojęcia, dopóki w stadninie nie pojawił się komornik sądowy, który wymachiwał tytułem egzekucyjnym! Co za wstyd! Ja w każdym razie nie mam zamiaru żebrać po bankach, żeby pożyczyli nam jeszcze więcej albo przesunęli termin spłaty! I wiesz co? Nawet nie miałbym nic przeciwko, żeby bank zajął cały ten szajs i go zlicytował!

Stałam na najniższym stopniu i nie rozumiałam ani słowa z ich rozmowy.

– Ale to przecież też jest wina banku – usłyszałam głos mamy. – Zachowywali się nie fair, pożyczając mu coraz więcej pieniędzy. Musieli wiedzieć, że nie ma jak tego spłacić.

– I to jest dokładnie to, o co im chodziło! Rozdawać pieniądze: panie Weiland, proszę, jest pan naszym najlepszym klientem! Latami mu dawali i dawali! – Tata zaczął z wściekłości krzyczeć, a ja odruchowo przestałam oddychać. – A potem z premedytacją zakręcają kurek z pieniędzmi i za bezcen przejmują całe gospodarstwo! To ich metoda! Teraz siedzą i zaśmiewają się do rozpuku, bo załatwili głupich wieśniaków, którzy niczego nie rozumieją!

– Przecież musi być jakieś wyjście! Sprzedaż stadniny to na pewno nie jest jedyna możliwość. – Mama zachowywała się nadzwyczaj spokojnie. – Musimy się bardzo ograniczyć. I przy odrobinie szczęścia uda nam się sprzedać jakieś konie.

– Jakie niby konie, co? Może Lagunasa albo Calvadora? Przecież na nich jestem na długiej liście zawodników z prawem do startu w mistrzostwach Europy i mam nominację do kadry narodowej! Chyba nie masz pojęcia, o czym ty w ogóle mówisz, Susanne!

Bezszelestnie zawróciłam i popędziłam do łazienki. Co się stało? Nic nie rozumiałam. Po błyskawicznej porannej toalecie wróciłam do swojego pokoju, ubrałam się i przepędziłam Twiksa z łóżka. Szybko strzepnęłam pościel, żeby nie było widać jego sierści, i pościeliłam łóżko na tyle starannie, na ile to było możliwe w takim pośpiechu. Kiedy schodziłam na dół, serce waliło mi jak szalone.

Weszłam do kuchni. Mama siedziała przy stole i płakała. W tym momencie zmieniło się całe moje życie. Wiem, że to brzmi strasznie patetycznie, ale naprawdę tak się poczułam. Nigdy wcześniej nie widziałam jej płaczącej, a w każdym razie nigdy tak mocno. Ukryła twarz w dłoniach i szlochała.

– Mamo – wymamrotałam przez zaciśnięte gardło. – Co się stało?

Uniosła głowę i wierzchem dłoni osuszyła oczy.

– Ach, Eleno! Myślałam, że jeszcze śpisz.

Musiałabym chyba leżeć martwa, żeby nie słyszeć wrzasków taty. Ale nie powiedziałam tego głośno.

– Co takiego się stało? – zapytałam cicho.

– W piątek był tutaj komornik sądowy – wyjaśniła mama.

Nigdy jeszcze nie widziałam jej tak załamanej jak teraz. Siedziała przy stole prawie nieruchomo, blada, zgarbiona i z pustym wzrokiem wbitym gdzieś w dal.

– Czego chciał? – zapytałam niepewnie, choć właściwie wolałam tego nie wiedzieć. Tylko że zależało mi, żeby mama nie płakała. Bardzo się tego bałam. Mama zawsze miała dobry humor i w przeciwieństwie do taty nigdy nie krzyczała. Bez względu na okoliczności zachowywała spokój.

– Usiądź, proszę – powiedziała.

Zawahałam się, ale w końcu zajęłam miejsce przy stole. Siedziałam sztywna, jakbym połknęła kij od szczotki, i miałam nadzieję, że w końcu się do mnie uśmiechnie i przytuli, jak zawsze.

Nie tym razem.

– Posłuchaj – zaczęła mama. – Wiesz chyba, że cała stadnina należy do babci i dziadka.

Potaknęłam.

– Na wszystko, co dziadek w ostatnich latach tu zbudował albo poprawił, pożyczał pieniądze z banku pod zastaw stadniny – ciągnęła mama. – To się nazywa hipoteka.

Tak, to słowo też już wcześniej słyszałam.

– Wyszło w każdym razie tak, że pożyczył znacznie więcej, niż mógł zwrócić. I dlatego teraz ma straszne długi. – Mama westchnęła ciężko. – Ogromne. A bank zażądał spłaty i wysłał komornika, żeby odebrał jego pieniądze.

Jedną z zalet mamy było to, że zawsze mówiła prawdę, jakakolwiek by była. Nigdy nie uciekała się do wmawiania mi, że jestem na coś za mała albo że tego nie zrozumiem.

Wstałam, podeszłam do lodówki, wyjęłam butelkę wody mineralnej, napełniłam szklankę i napiłam się.

– Stadnina to jedyne, co dziadek posiada. – Mama wróciła do tłumaczenia. – Jeśli do końca miesiąca nie zdobędzie pieniędzy dla banku, komornik ją zlicytuje.

– Co to znaczy? – zapytałam.

Mówiłam takim głosem, jakby coś uwierało mnie w gardle. Podświadomie czułam, że to nie mogło być nic dobrego. Ale najwyraźniej mama uznała, że dość dużo już wiem.

– Eleno, nie zamartwiaj się tym teraz – powiedziała i pogłaskała mnie po ramieniu. Mimo że miała oczy czerwone od płaczu, udało jej się nawet uśmiechnąć. – Jutro tata i ja spotkamy się z ludźmi z banku i będziemy starali się znaleźć jakieś rozwiązanie. Coś na pewno da się zrobić.

Nic a nic mnie to nie uspokoiło. Pomyślałam o swoich oszczędnościach w koniku-skarbonce, które zbierałam na coś innego – na komórkę, ogłowie dla Fritziego albo odtwarzacz mp3. Zgromadziłam już tam sporą sumę.

– Ile dziadek jest winien bankowi? – zapytałam szeptem.

– Według naszej wiedzy, przynajmniej sześćset tysięcy euro – wyjaśniła mama.

Jak wiadomo, nie byłam orłem z matmy, ale nawet ja wiedziałam, że sytuacja jest poważna – nawet bardzo poważna. W skarbonce, zgodnie z wczorajszym podsumowaniem w zeszycie, miałam sto dwanaście euro i szesnaście centów.

W stajniach panowała jeszcze ciemność, a światła paliły się jedynie tam, gdzie tata trzymał swoje konie. Christian włączył radio i śpiewał razem z nim, szczotkując klacz. Wszystko było tak, jak zawsze o poranku w stajni, a jednak nic już nie było takie samo.

– Hej – powiedział, kiedy mnie zobaczył. – Mogłabyś wyszczotkować Paradiso?

– Pewnie.

Z haka na ścianie zdjęłam kantar i przyprowadziłam kasztanowatego wałacha. Koń miał pełno siana w grzywie i ogonie. Kilka źdźbeł mocno się wplątało w jego włosie. Zdjęłam mu derkę z grzbietu i zaczęłam je usuwać.

– Gdzie jest tata? – zapytał Christian.

– Pewnie na śniadaniu – odparłam krótko.

Widziałam go wcześniej na podwórzu, ale minął mnie bez słowa i poszedł dalej.

– Grobowe nastroje – stwierdził mój brat. – I nie ma się co dziwić. No dalej, nastąp się, ty głupia krowo.

Klepnął Ronaldę w bok, na co klacz posłusznie się przesunęła. Przez chwilę pracowaliśmy w milczeniu, ale moje myśli krążyły zupełnie gdzie indziej. Opuściłam zgrzebło i kardacz.

– Przed chwilą widziałam, jak mama płacze – powiedziałam ściszonym głosem.

– No bo ma dobry powód, żeby się załamać. – Christian krytycznym wzrokiem ocenił efekty swojej pracy, a potem zarzucił Ronaldzie derkę na grzbiet. – Babcia i dziadek zadłużyli stadninę po uszy, a tata musi teraz dobrze się zastanowić, czy w ogóle będzie w stanie zabrać się do spłaty tych długów. Do wczoraj wieczora o niczym nie miał zielonego pojęcia. Nie wiedział, ile kasy dziadek przepuścił.

Nie potrafiłam zrozumieć, jak mój brat może zachowywać się aż tak spokojnie. A jeśli tylko udawał?

– Może moglibyśmy coś zrobić, żeby im pomóc? – zapytałam.

– Co niby? – Potrząsnął głową i uśmiechnął się szeroko. – Zrobisz wyprzedaż garażową i wystawisz swoje stare książki o koniach?

W jego głosie słyszałam kpinę.

– Nic nie rozumiem – powiedziałam i odepchnęłam łeb Paradiso, który za wszelką cenę usiłował złapać mnie zębami za kurtkę. – Dziadek przecież cały czas zarabiał. Dawał lekcje, brał konie w pensjonat i z babcią prowadził gospodę.

– No właśnie, to jest największa zagadka. – Christian poprawił włosy. – Dziadek się po prostu nie spodziewał, że sprawy zajdą tak daleko. A bank stracił cierpliwość i zażądał zwrotu kasy. Jeśli dziadek jej nie ma, komornik wystawi stadninę na licytację, a my będziemy musieli się stąd wynosić.

 

– Ale… dlaczego mówisz o tym tak, jakby ci na niczym nie zależało? – Nie mogłam otrząsnąć się z szoku. – Naprawdę nie interesuje cię to, że być może będziemy musieli się stąd wyprowadzić?

– Nie chodzi o to. Przygotowuję się psychicznie na taką możliwość – wyjaśnił Christian i odwiązał konia. – Poza tym i tak nie wiążę swojej przyszłości ze stadniną. Po maturze chcę studiować prawo. Będę adwokatem. Albo maklerem giełdowym jak Hans Teichert. Albo gwiazdą rocka. To dopiero przynosi kasę. Nie mam najmniejszego zamiaru zaharowywać się za grosze jak tata.

Odprowadził Ronaldę do boksu, żeby wyprowadzić kolejnego konia i zacząć go czyścić. A ja nie mogłam wykrztusić ani słowa. Od zawsze jako oczywistość traktowałam to, że pewnego dnia Christian przejmie stadninę i będzie ją dalej prowadził.

– Ale… przecież… tak świetnie jeździsz… – wyjąkałam. – I lubisz to, prawda? Lubisz startować w zawodach?

Christian zatrzymał się przede mną i spojrzał mi w czy. Nie dostrzegłam w nich cienia strachu przed tym, co nam groziło.

– Nie tak bardzo, żeby brać na siebie taką kupę roboty i nerwów – wyjaśnił pogardliwym tonem. – Jeśli będę miał dość pieniędzy, zawsze będę mógł kupić sobie konia, żeby na nim startować. Nie potrzebuję do tego całej stadniny.

KRÓTKO PRZED DZIEWIĄTĄ tata wziął Jensa i Christiana i pojechali na jakiś turniej. Pomagałam przy załadunku koni, czekając, żeby tata zapytał, czy chciałabym pojechać z nimi. Ale takie pytanie nie padło, a ja nie miałam zamiaru prosić, żeby mnie wzięli. Nie uśmiechał mi się również powrót do zapłakanej mamy w domu. Postanowiłam, że wezmę Fritziego na małą przejażdżkę. Miałam przecież całą masę rzeczy, które musiałam przemyśleć w spokoju.

Nieco później kłusowałam piaszczystą dróżką w stronę lasu, między dużym maneżem i padokiem. Trochę jeszcze padało, ale nie było zimno, a w lesie i tak gęste liście zatrzymają drobne kropelki. Właściwie nie musiałam kierować moim koniem. Fritzi znał moje ulubione trasy i najlepsze miejsca do galopu, więc sam z siebie szedł tak, jak chciałam. Tak wcześnie rano w niedzielę nie spodziewałam się żadnych spacerowiczów, a drogi – latem twarde jak skała – przez padający od kilku dni deszcz stały się miękkie i wręcz zapraszały do wyciągniętego galopu.

– Może będziemy musieli wyprowadzić się z gospodarstwa – powiedziałam Fritziemu, który zastrzygł uszami, słysząc mój głos. – To byłoby straszne!

Już sama myśl, że nigdy więcej nie miałabym jechać na nim do lasu, sprawiła, że poczułam łzy w oczach. A poza tym, co by się z nim stało? Nie, to niemożliwe! To się nie może wydarzyć!

Nagle Fritzi zatrzymał się i potrząsnął łbem. Odwróciłam się w siodle i nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Choć zamknęłam Twiksa w boksie mojego konia, psu musiało się jakoś udać uciec z niewoli. Pędził teraz jak białoczarna kula sierści, niezmordowanie przebierając krótkimi łapami i szczekając z zachwytu, że w końcu nas dogonił.

– Jesteś niedobrym psem, mam nadzieję, że zdajesz sobie z tego sprawę? – skarciłam go, ale Twix nie zwracał na mnie uwagi. Skakał radośnie wokół Fritziego i wesoło poszczekiwał. Po prostu nie mogłam być na niego zła. Z takim samym entuzjazmem jeździł na przejażdżki jak mój koń.

– No dobrze. – Skróciłam wodze. – Ale musisz teraz uważać, żeby Fritzi cię nie trafił! Bo zaraz ruszamy do galopu!

Fritzi nie potrzebował zachęty. Ruszył przed siebie jak koń wyścigowy wypadający z bloków startowych, a ja lekko uniosłam się w siodle. Przez pierwsze kilka metrów Twix dzielnie biegł obok, ale szybko zaczął zostawać z tyłu. Słyszałam jego wściekłe ujadanie, które nijak do niego nie pasowało.

Przy każdym skoku kopyta Fritziego wydawały głuchy dźwięk. Musiałam go trochę hamować, bo gdyby za bardzo się rozpędził, mógłby się pośliznąć na zakręcie. W końcu dotarliśmy do długiej prostej, którą z Melike ochrzciłyśmy autostradą, bo przez niemal dwa kilometry ciągnęła się bez zakrętów przez las – jakby była stworzona do wyścigów. Fritzi poruszył uszami i wyciągnął galop, czując, że daję mu dłuższe wodze. Pochyliłam się nad jego szyją i pozwoliłam biec. Na końcu prostego odcinka ściągnęłam wodze, zatrzymałam go i poczekałam na Twiksa.

Szybki galop przepędził ponure myśli, które kłębiły się w mojej głowie, a ich miejsce niespodziewanie zajęło wspomnienie Tima. Żaden chłopak nigdy nie uśmiechał się do mnie w ten sposób… tak miło. Chyba że sobie coś ubzdurałam? Może tak się po prostu uśmiechał do każdego? Dla Melike też był przecież bardzo miły.

– Skończ wreszcie z myśleniem o tym chłopcu, Eleno Weiland! – skarciłam sama siebie.

Zresztą nawet gdyby nie nazywał się Jungblut, tylko jakoś inaczej, i tak byłby dla mnie całkowicie nieosiągalny. Na turnieju nie dało się nie zauważyć, jak patrzyły na niego inne dziewczyny. Dlaczego ktoś, kto był tak diabelnie przystojny i tak doskonale jeździł konno, miałby zainteresować się dziewczyną z pryszczami i aparatem na zębach? Koniec z marzeniami! Koniec. Kropka.

Pozwoliłam Fritziemu ruszyć kłusem. Starałam się znaleźć coś, na czym mogłabym się skupić, lecz cokolwiek bym tknęła, za każdym razem przed oczyma stawała mi uśmiechnięta twarz Tima Jungbluta – jego uśmiech, dołeczek w brodzie i słodka malutka blizna. Czy też był akurat na turnieju? I jak daleko było do ich stadniny w Hettenbach? Wystarczyło przejechać przez bagna, a to najwyżej piętnaście minut… Pojechać do niego? Fritzi natychmiast poczuł moje rozkojarzenie i przeszedł w stępa. Tata by mnie zabił, gdyby się dowiedział, że pojechałam sama przez bagna. W hierarchii rzeczy zakazanych taka jazda znajdowała się na równi z wypiciem coli z Timem Jungblutem.

Kiedy wyjechałam zza zakrętu, dostrzegłam między drzewami jezioro. Tutaj, głęboko w lesie, było moje ulubione miejsce, do którego uciekałam, ilekroć chciałam w spokoju o czymś pomyśleć. Latem pozwalałam Fritziemu popływać w jeziorze, bo jeden z brzegów był czymś na kształt plaży, z której dało się wjechać prosto do wody. Kilka razy przepłynęliśmy z Fritzim i Twiksem do niewielkiej wysepki na środku. Leżałam tam sobie na słońcu i się wygrzewałam. Bardzo rzadko ktoś tu przyjeżdżał.

Stara leśniczówka została opuszczona przed wieloma laty i od tego czasu stała zupełnie pusta. Domek sprawiał ponure wrażenie, szczególnie przez zabite deskami okna. Las powoli upominał się o swoje, zarastając podwórze i dawny ogródek warzywny, a tył domu zniknął pod zielonymi zwałami dzikiego wina. Co jakiś czas przyjeżdżałyśmy tu z Melike, przywiązywałyśmy konie do spróchniałej werandy, siadałyśmy na zmurszałej ławce i oddawałyśmy się marzeniom. Czasem udawałyśmy, że siedzimy na koźle wozu drabiniastego traperów zdobywających Dziki Zachód, a kiedy indziej, że jesteśmy zbiegami i uciekamy przed policją. Umówiłyśmy się, że kiedy skończymy osiemnaście lat, pojedziemy na wycieczkę dookoła całego lasu. Skierowałam Fritziego między drzewa, w kierunku brzegu jeziora.

– Co to ma być?

Ściągnęłam wodze. Ktoś zdjął deski z okien, a z komina unosiła się wstążka dymu! Fritzi zastrzygł uszami i głośno zarżał. Kilka sekund później rozległa się odpowiedź. Koń? Tutaj? Pośrodku lasu?

– Nie, to przecież niemożliwe! – wymamrotałam.

Oczywiście wiedziałam, że leśniczówka nie jest moją własnością, ale mimo to czułam się trochę tak, jakby ktoś bez ostrzeżenia najechał moje prywatne królestwo.

Chowając się za drzewami, pojechałam kawałek wzdłuż jeziora i zbliżyłam się do leśniczówki z boku. Powykrzywiana drewniana brama stała otworem, ale jak okiem sięgnąć, nie dostrzegłam żywej duszy. Zeskoczyłam z siodła i poprowadziłam konia za sobą. Musiałam się temu dokładniej przyjrzeć! Z walącym sercem przecięłam zaniedbane podwórze, zarośnięte do pasa zielskiem. Fritzi ponownie zarżał i ponownie odpowiedział mu jakiś koń.

– To dochodzi z tamtej szopy – powiedziałam cicho do siebie.

Za leśniczówką znajdowała się niewielka przybudówka, w której dotychczas stały jedynie jakieś rupiecie.

Przez ostatnie kilka lat zdążyłyśmy z Melike poznać całą działkę i wszystkie pomieszczenia, włącznie z szopami i komórkami, więc mocno się zdziwiłam, kiedy zamiast starych desek i pajęczyn w szopie moim oczom ukazały się cztery boksy dla koni. Co prawda nie wyglądały zbyt solidnie, ale tak czy inaczej w prowizorycznej stajni stały dwa konie! Po prawej stronie od wejścia znajdowała się kupa siana i kilka sprasowanych balotów, sięgających samego dachu. To było podejrzane. Kto je tu przyniósł? I po co? Dlaczego ktoś trzyma dwa konie w samym sercu gęstego lasu?

Niespodziewanie przypomniałam sobie wczorajszą rozmowę dwóch jeźdźców na turnieju, znajomych taty, i poczułam na plecach gęsią skórkę. No oczywiście! To musi być ktoś, kto ma coś do ukrycia! Albo sam musi się ukrywać. Czyżbym znalazła miejsce, gdzie przetrzymywano skradzione konie? I to akurat tutaj, w mojej leśnej kryjówce?

Fritzi koniecznie chciał dołączyć do dwójki koni w szopie, które łypały na nas ciekawsko, a ja miałam duże trudności, żeby go powstrzymać.

Nagle Twix nadstawił uszu, przerywając dotychczasowe polowanie na myszy. Zjeżył sierść na grzbiecie i zaczął warczeć. Ze strachu serce niemal mi stanęło, bo z koniokradami nie było żartów.

– Twix, do mnie – szepnęłam. – Szybko, musimy uciekać, zanim ktoś nas zobaczy!

Bardziej wywlokłam, niż wyprowadziłam Fritziego z szopy, i wskoczyłam na siodło. Nie wolno mi było zmarnować ani sekundy! Od drugiej strony zbliżał się jakiś samochód. Tyle że mój ogier nie zamierzał zostawiać dwójki koni w szopie! Zatańczył i rzucając głową, zrobił kółko w miejscu. Twix zaszczekał podniecony, a ja ze strachu zalałam się potem. Fritzi zarżał i zadarł łeb. Miałam tak spocone dłonie, że wodze ześlizgnęły mi się między palcami. Zrozpaczona szarpnęłam za uzdę i z całej siły ścisnęłam łydkami jego boki. W końcu koń zdecydował się mnie posłuchać i, co prawda wciąż opornie, ale ruszył w stronę tylnego wyjścia z posesji. Pozwoliłam mu galopować wąską ścieżką wzdłuż brzegu jeziora, a wodze ściągnęłam dopiero, kiedy dotarliśmy na skraj lasu.

Fritzi ciężko dyszał, jego sierść pokrywała biała piana. Twix leżał na ziemi z wyciągniętym ozorem, a ja miałam miękkie kolana, kiedy uświadomiłam sobie, co się wydarzyło. Dopiero teraz miałam dość czasu, żeby spokojnie pomyśleć. Czy to na pewno była kryjówka złodziei? Czy nie powinnam tego przypadkiem zgłosić na policję? W domu nie mogłam opowiedzieć o swoim odkryciu, bo samotny wyjazd do lasu, i to w dodatku galopem, był absolutnie zabroniony. Poza tym mogłam sie mylić. Postanowiłam, że następnego dnia omówię to wszystko z Melike.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?