ElenaTekst

Z serii: Elena #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Zapalę wam światła, bo trochę tu ciemno! – W ujeżdżalni niespodziewanie zabrzmiał głos dziadka.

Po chwili rozległ się trzask dużego włącznika i nagle zawieszone pod sufitem reflektory rozgoniły ciemność. Puściłam oko do dziadka, kiedy go mijałam. Tak samo jak wszyscy w stadninie, on też musiał przysiąc, że w obecności taty nie piśnie ani słówka o Fritzim. Dziadek dotrzymał słowa i nigdy nie wygadał się o postępach, jakie robił mój ogier. Jensowi i tak było wszystko jedno. Choć właściwie to się pewnie nawet cieszył, że ma jednego konia mniej do objeżdżania. Christian za to uśmiechał się wyniośle, kiedy widział mnie jeżdżącą na oklep. Dziecinada.

W SOBOTĘ RANO MELIKE, tata, Jens, Christian i ja pojechaliśmy na turniej skoków. O ósmej rano rozpoczynała się ocena stylu konia, dlatego musieliśmy wyruszyć już o wpół do siódmej. Tata znów miał dobry humor, jakby zapomniał, że w ogóle był na mnie zły. Wygrał jedną z klas, dosiadając Lady Gagi należącej do Teichertów, a Christian i Jens też zajęli bardzo przyzwoite miejsca.

Między oceną stylu konia i rozpoczęciem skoków w klasie N organizator zaplanował pół godziny przerwy. Wolontariusze ze związku jeździeckiego uwijali się jak w ukropie, by odpowiednio ustawić parkur, a wszystkim sterował gospodarz toru. Chłopcy i dziewczęta z drągami biegali raz w jedną, raz w drugą stronę, a ktoś inny mierzył odległości między okserami, stacjonatami i kombinacjami. Wszystko musiało się zgadzać co do centymetra. Po ocenie stylu konia obie z Melike odprowadziłyśmy koniki na bok, żeby je osuszyć, a potem wprowadzić z powrotem do ciężarówek. Tata z Christianem i Jensem zniknęli w dużej ujeżdżalni, żeby przejść piechotą cały parkur. My stałyśmy przy ciężarówkach i zwijałyśmy owijki, kiedy niespodziewanie gdzieś w głębi parkingu wybuchło zamieszanie.

Jacyś ludzie zaczęli nerwowo krzyczeć, a zaraz potem rozległ się dziwny łomot i tętent kopyt. Wyjrzałam zza ciężarówki i dostrzegłam ciemnobrązowego konia, który gnał na łeb na szyję między zaparkowanymi dookoła ciężarówkami i przyczepami. Uzda majtała mu pod szyją. Ostrożnie zeskoczyłam na ziemię i wyszłam zza samochodu. Spanikowany koń mógł się poważnie poharatać, gdyby zaczepił o otwartą rampę załadunkową albo gdyby chciał przeskoczyć nad dyszlem przyczepy.

Nagle koń zmienił kierunek i popędził wprost na mnie. Moje serce zaczęło walić jak opętane. Jednak od małego wpajano mi, że w takich niebezpiecznych sytuacjach, które raz po raz zdarzają się przy koniach, muszę zachować spokój.

– Ho, ho, spokojnie! – powiedziałam, rozkładając szeroko ramiona.

Koń usiłował zatrzymać się kilka metrów ode mnie, ale na śliskiej ziemi przejechał jeszcze kawałek w moją stronę. Zastrzygł uszami i nerwowo się rozejrzał.

– Już dobrze, nic się nie bój – mówiłam bardziej do siebie niż do przerażonego zwierzęcia. – Nic ci nie zrobię. Ho, ho…

Koń zamarł niezdecydowany. Ja za to pewnym ruchem sięgnęłam po uzdę, przerzuciłam przez kark i złapałam pod szyją.

W końcu pojawił się pościg – dwóch ludzi, którym kasztanek musiał uciec. Wciąż jeszcze trzęsłam się z nerwów, choć starałam się tego nie pokazywać, ale dopiero teraz obleciał mnie prawdziwy strach, bo okazało się, że to Richard Jungblut i jego syn Tim.

– Świetna robota, dziewczyno! – krzyknął Richard Jungblut. – Trzymaj mocno tego cholernego histeryka! Wyskoczył nam z przyczepy w czasie załadunku, taki pierun!

Wyjął mi wodze z dłoni.

– Tim, a ty nie mogłeś uważać na to, co robisz?! – krzyknął ostro na syna. – W tym pustym łbie nie masz za grosz rozumu!

– Tylko że to ty otworzyłeś przyczepę, a nie ja. – Tim usiłował się bronić.

– Lepiej uważaj, co mówisz, gówniarzu! – warknął ojciec.

Mężczyzna spojrzał na mnie szybko i wyraźnie było widać, że zastanawia się, skąd mnie zna.

– Czy ty przypadkiem nie jesteś od Weilandów, co?

Potaknęłam niepewnie głową.

– Dobra robota – powtórzył pochwałę. – Pięknie dziękuję.

– Nie… nie ma za co – wydukałam, starając się nie patrzeć w stronę Tima.

Jego ojciec pociągnął za sobą opierającego się konia. Chłopak odprowadził go pochmurnym spojrzeniem, a potem zwrócił się do mnie. Uśmiechnął się nieśmiało, szukając słów. Odebrało mi mowę, kiedy poczułam na sobie spojrzenie jego błękitnych oczu. To nieprawdopodobne! Oczy nie mogą mieć tak żywego koloru! Na przemian czułam fale gorąca i zimna.

– Dzięki – powiedział Tim. – Stary by mnie zabił, gdyby temu zwierzakowi coś się stało. Był cholernie drogi, a właściciel wstawił go do nas ledwie przed miesiącem.

– Nie ma o czym mówić – wymamrotałam i wbiłam wzrok w ziemię, w myślach przeklinając się za nieśmiałość.

– No, Tim, tak mi się wydaje, że nieszczególnie uważałeś, co robisz – wtrąciła się Melike, wychodząc zza ciężarówki. – Mam rację?

Ileż bym dała, żeby w takich sytuacjach potrafić zachować się z takim luzem jak ona! Co prawda nigdy nie odczuwałam potrzeby, żeby bezustannie znajdować się w centrum uwagi, ale też niełatwo było mnie zakrzyczeć. Teraz jednak stałam jak słup soli i czerwieniłam się, nie mogąc wydukać ani słowa. Czy powodem mógł być zakaz rozmowy z Timem Jungblutem?

– Tata się z kimś zagadał i otworzył wejście do przyczepy, jeszcze zanim zdążyłem przywiązać konia na stanowisku – usprawiedliwił się chłopak. – Ale jak zwykle, to ja muszę być winien.

Od chwili, kiedy Melike do nas dołączyła, ulotniło się gdzieś zakłopotanie Tima.

– Mogę postawić ci colę? – zapytał mnie niespodziewanie. – Jako podziękowanie, że uratowałaś mi skórę?

Przeraziłam się. Tak! Nie! Oczywiście, że nie! Jeśli tata albo Christian zobaczą mnie w towarzystwie Tima Jungbluta, nic mnie już nie uratuje.

– Ja… sama nie wiem. Chyba lepiej nie – odburknęłam, lecz w tej samej chwili Melike zgodziła się na colę ze śmiertelnym wrogiem mojej rodziny!

– Chętnie – odpowiedziała. – Strasznie chce mi się pić.

– W porządku, w takim razie jeszcze jedna dla ciebie – powiedział Tim Jungblut.

Ruszyłam za nimi pełna najgorszych przeczuć. W przerwie między kolejnymi zawodami tłum wypełniał duży namiot obok hali z ujeżdżalnią. Tim ustawił się w kolejce po napoje.

– Zupełnie ci odbiło? – szepnęłam do przyjaciółki. – Jeśli tata albo Christian nas zobaczą, to będzie naprawdę nieprzyjemnie!

– Oj, już przestań! Przecież obaj są na parkurze, nie? – Melike uśmiechnęła się spokojnie. – Chodź, tam jest wolne miejsce.

Przecisnęłam się do stolika w narożniku i spróbowałam się uspokoić. Złapałam się na tym, że przez cały czas obserwuję Tima. Mimo że widziałam go przecież tyle razy wcześniej, nigdy nie zwróciłam uwagi, że jest diabelnie przystojny. Podobał się kilku koleżankom w klasie, ale ja tego nie mogłam zrozumieć. Dawniej Tim zawsze nosił krótko ścięte włosy i miał twarz całą w pryszczach. Teraz to się zmieniło. Nie był już tamtym dzieciakiem. I te oczy! One naprawdę błyszczały! Ani trochę nie czułam, żeby zachowywał się arogancko, i to mimo że świetnie jeździł konno. Ciekawe, czy miał dziewczynę. Oczywiście słyszałam różne plotki, ale jak dobrze pomyślałam, nie mogłam sobie przypomnieć, żebym go z jakąś widziała, czy to w szkole, czy na turniejach.

Dokładnie w tym momencie spojrzał w moją stronę. Natychmiast poczułam, że robię się cała czerwona, więc szybko spuściłam wzrok. Niech to diabli, musiał zobaczyć, jak na niego patrzę!

Nieco później wrócił do stolika z trzema kubkami coli i usiadł naprzeciwko.

– Jeszcze raz dzięki za pomoc! – Uniósł kubek i uśmiechnął się do mnie. W ułamku sekundy dostrzegłam to, czego wcześniej nie widziałam: wąską bliznę, która ciągnęła się białą kreską od nosa do górnej wargi i dołeczek w brodzie. Poza tym jeden siekacz miał delikatnie ukruszony narożnik, ale to tylko czyniło jego niesamowitą twarz bardziej znośną. – Uratowałaś mi życie!

– Tylko nie przesadzaj – wymamrotałam nieśmiało i upiłam łyczek.

– Też startujesz w turnieju? – zainteresował się Tim.

– Nie. – Potrząsnęłam głową. – Jestem tutaj jako siła robocza.

Ledwie to powiedziałam, wściekłam się na siebie za te słowa. Co ja w ogóle wygaduję? Tim musiał mieć niezły ubaw, słuchając takich głupot.

– Aha, no tak… – potaknął.

Pewnie od początku, jak tu przyszliśmy, żałował, że zaprosił mnie na tę colę. Najchętniej zapadłabym się pod ziemię, tak idiotycznie się teraz czułam.

I wtedy nagle przy naszym stoliku pojawił się Christian. Jego wzrok wędrował między mną, Melike a Timem i był lodowato zimny.

– Czyli tutaj się schowałyście – zaczął. – Za dwadzieścia minut zaczynają się skoki. Jestem ósmy w kolejności.

– Poczekaj, pójdę z tobą! – krzyknęła Melike i poderwała się z miejsca.

Ja nie wstawałam. Co odbiło mojemu bratu, żeby zwracać się do mnie tym tonem? Byłam jego siostrą, a nie niewolnicą!

– Elena! – warknął Christian. – Idziesz?

– Jeszcze nie skończyłam coli – odpowiedziałam.

– Czekam na zewnątrz. – W jego głosie pojawiła się groźba. – Masz dokładnie minutę. Pożałujesz, jak nie przyjdziesz.

Poczekałam, aż Christian i Melike znikną z pola widzenia.

– Chyba będzie lepiej, jak też pójdę. – Uśmiechnęłam się zakłopotana. – I dzięki za colę.

– Nie ma za co. – Wyszczerzył szeroko zęby i mrugnął do mnie. – Do zobaczenia.

To zabrzmiało jak obietnica! Znów poczułam, że robi mi się na przemian ciepło i zimno. Patrzył, jak idę w stronę wyjścia, a ja musiałam się skupić na tym, żeby ze zdenerwowania się nie potknąć albo na kogoś nie wpaść.

 

Christian czekał na mnie przed drzwiami.

– Ty masz chyba niedobrze w głowie! – Od razu mnie zaatakował i ścisnął boleśnie za ramię. – Co ci strzeliło do głowy, żeby usiąść przy jednym stole z tym dupkiem?

– Au! Puszczaj! – odpowiedziałam wściekła. – Nie masz prawa zwracać mi uwagi!

Christian cofnął rękę, ale zanim to zrobił, popchnął mnie mocno.

– Wiesz doskonale, że nie chcemy mieć z nimi nic wspólnego! – przypomniał mi, całkiem niepotrzebnie zresztą. – Jeśli tata się o tym dowie, będziesz miała przerąbane.

– Nie dowie się, chyba że ty mu wszystko wypaplesz. – Potarłam obolałe ramię. Spodziewałam się, że następnego dnia pojawi się tam siniak. – Poza tym Tim chciał nam tylko podziękować, że uratowałyśmy jednego z ich koni. W dowód wdzięczności zaprosił nas na colę.

– Jak mogłaś… – Christian znów kipiał złością.

– Jakiś koń biegał po parkingu dla ciężarówek – przerwałam mu szybko. – Nie miał wypisanego na czole nazwiska Jungblutów, jasne? Trudno to zrozumieć?

Nie miałam nic do roboty, bo Melike, Christian i Pryszczol doskonale dali sobie radę ze wszystkim sami. Tata tym razem nie dosiadał żadnego konia, bo skoki w klasie N i C były zarezerwowane dla jeźdźców z trzecią i czwartą klasą sportową w skokach. Lepsi skoczkowie nie mieli prawa startu. W końcu dostrzegłam tatę na trybunach i usiadłam obok niego.

– Który jest Christian? – zapytał.

– Ósmy. Jest teraz z Melike i Jensem.

– Zaraz podejdę zobaczyć, jak sobie radzi. Idziesz ze mną?

– Nie, posiedzę sobie tutaj.

Tata wstał i ruszył w stronę hali z ujeżdżalnią. Poczułam wtedy delikatne ukłucie zazdrości. Kiedy startowałam na Siriusie w jakichś zawodach, wyjątkowo rzadko się zdarzało, żeby przyszedł popatrzeć. Zazwyczaj tylko mama mi kibicowała. Za to jak chodziło o Christiana, to tata był na każde jego zawołanie. Stawiał mu przeszkody, organizował maneż, dawał rady i zawsze stał przy parkurze, kiedy Christian startował.

– Hej, a ty co, przyszłaś pokibicować, tak? – Któryś z jeźdźców na trybunach odwrócił się w moją stronę i uśmiechnął protekcjonalnie.

– Popatrzeć i trzymać kciuki. – Jego sąsiad zaciągnął się papierosem. – To najlepsze, co mogą robić małe dziewczynki.

– Czasem pozwalają mi potrzymać konia za uzdę – odpowiedziałam ironicznie. – Ale tylko te grzeczne!

Dziewczyna na parkurze poddała się po czterech zrzutkach i dwóch odmowach skoku.

– Kobiety nie mają po prostu odwagi, jak trzeba skakać trochę wyżej – skomentował jeden z jeźdźców. – A popatrz, dosiadała przecież całkiem dobrą chabetę. Jej tatuś musiał się na nią nieźle wykosztować.

– Sam bym na takim pojeździł – zauważył jego kolega. – Jeszcze kilka takich przejazdów, a zwierzę się znarowi.

– Wtedy pewnie trafi do twojego ojca, co, mała? – Jeden z nich odwrócił się do mnie. – Twój ojciec jest specjalistą od poprawiania takich zdziczałych koników, żeby znowu mogły skakać, prawda?

Drugi zaczął się śmiać. W duchu kipiałam ze złości. Najchętniej pokazałabym im język, ale pomyślałam, że to zbyt dziecinne. Jednym uchem słuchałam dalej, jak koledzy taty dalej naśmiewają się z dziewczyn w siodłach, które skaczą w klasach N, C i CC. Ale coś w tym musiało być, bo o ile w klasach LL, L i P prawie osiemdziesiąt procent startujących to były dziewczyny, o tyle w wyższych skokach ze świecą trzeba było szukać jakiejś kobiety.

Zobaczyłam, że między rzędami pustych krzesełek idzie Melike, więc jej pomachałam. Przed południem na turniejach zawsze panował spokój – widzowie przychodzili dopiero na skoki w najwyższych klasach. Melike zajęła miejsce obok mnie.

W tej chwili na parkur kłusem wjechał Christian i ściągnął wodze swojej klaczy tuż przed stanowiskiem sędziowskim. W czasie ukłonu jeszcze raz przyjrzał się przeszkodom. Tata na pewno mu podpowiedział, gdzie może ścinać, żeby zaoszczędzić trochę czasu.

Rozległ się sygnał uruchomienia zegara. Christian był gotów i ruszył na swój przejazd bardzo szybko i pewnie. Gniada klacz oldenburska Ronalda miała już trzynaście lat i była bardzo doświadczonym koniem. Po szóstym okserze wszyscy jeźdźcy pokonywali drogę do kombinacji w czterech foulée, lecz Christian zdecydował się skrócić ją do trzech. Mój brat i klacz pod nim byli świetnie zgrani i na szczęście bezbłędnie pokonali ten fragment parkuru. Zupełnie naturalnie, jakby nic innego nie wchodziło w rachubę, Christian wyszedł na prowadzenie.

– Ale super! – Melike zaklaskała z radości.

Ja nic nie mówiłam, ale w duchu życzyłam bratu popełnienia jednego czy dwóch błędów. Skoczkowie siedzący przed nami najwyraźniej wyczerpali temat dziewcząt w zawodach jeździeckich i rozmawiali teraz o kradzieży konia w Harlingen. W zeszłym tygodniu ktoś wyprowadził ciężarną klacz ze stajni pewnego hodowcy, a dokładnie czternaście dni wcześniej skradziony został ogierek przygotowywany akurat do przeglądu hodowlanego – zniknął bez śladu z jednej ze stajni we wsi Leidersdorf.

Jak przez mgłę przypomniałam sobie, że mama przeczytała o tym w jakiejś gazecie, a potem opowiedziała tę historię ojcu. Martwiła się bardzo, bo Harlingen i Leidersdorf leżały zaledwie kilka kilometrów od Steinau i naszej stadniny.

– A jakby ktoś obcy miał się dostać na nasz teren? – spytał ją wtedy tata. – Przecież każdego wieczoru zamykamy bramy, a między stajniami biega spuszczony pies, prawda?

Obecność Robbiego nieco uspokoiła mamę. Chociaż za dnia pies był przyjazny i spokojny, w nocy nie wpuściłby nikogo obcego na swój teren. Właściciele koni, które u nas stały, nie raz i nie dwa prosili nas o pomoc, kiedy późno wrócili z turnieju i nie mogli się dostać do stajni.

Siedziałyśmy sobie z Melike i dalej oglądałyśmy skoki. Christian cały czas pozostawał na prowadzeniu. Przedostatnim zawodnikiem w kolejce był Tim. Właśnie wyjechał na parkur.

– To ten koń, którego przed chwilą złapałaś – powiedziała Melike.

– Uhm – mruknęłam jedynie.

Nadstawiłam uszu, bo zawodnicy w rzędzie przed nami zaczęli rozmawiać o Timie.

– Ten chłopak to najprawdziwszy talent – orzekł jeden z nich. – Zupełnie się nie zdziwię, jak wygra te zawody.

– Święta racja, jest o klasę wyżej niż pozostali zawodnicy – potwierdził drugi. – Ale nie ma się co dziwić, skoro sam musi objeżdżać wszystkie konie, bo Richard stale gdzieś jeździ. A trzeba pamiętać, że to dzieciak! Ma dopiero piętnaście lat!

Aha. Rozumiem. To wyjątkowo ciekawe. Czyżby Tim nie miał dziewczyny dlatego, że nie starczało mu czasu na takie sprawy? Spragniona dalszych informacji na temat Tima Jungbluta nachyliłam się, żeby lepiej słyszeć rozmowę, jednak mężczyźni zamilkli i w skupieniu śledzili przejazd chłopaka. A, trzeba przyznać, jechał świetnie. Płynnie i pewnie prowadził swojego wierzchowca przez bardzo wymagający tor przeszkód, co w końcowym rozrachunku pozwoliło mu wyprzedzić Christiana o całą sekundę.

– O rany, ale szkoda – Melike sapnęła z rozczarowaniem.

Ja za to uśmiechnęłam się ukradkiem. Dobrze, że ktoś utarł nosa mojemu bratu. Należało mu się.

Wstałyśmy, zeszłyśmy z trybuny i oparłyśmy się o bandę przy samym wejściu. Ostatni jeździec popełnił dwa błędy i już nikt nie mógł odebrać zwycięstwa Timowi.

Na plac wjechał duży traktor, żeby przegarnąć i wyrównać piasek. Zaraz za nim pojawili się wolontariusze i robiąc wiele hałasu, przebudowywali przeszkody. Nieliczni widzowie podnieśli się z miejsc i ruszyli w stronę namiotu, chcąc wykorzystać przerwę w skokach na szybki posiłek i wypicie czegoś. Zawsze uważałam, że dekoracja zwycięzców przedpołudniowych skoków miała w sobie coś poniżającego. Właściwie nikt jej nie obserwował i nikt nie bił brawa.

Przyglądałyśmy się z Melike, jak jeźdźcy wjeżdżają na wierzchowcach do hali, żeby odebrać kotyliony. Christian patrzył z zaciętą miną gdzieś przed siebie i był chyba naprawdę wściekły. Że też akurat Tim Jungblut musiał mu odebrać złoty kotylion!

Tim popuścił koniowi wodze i jechał spokojnie tuż za moim bratem. W pewnej chwili nasze spojrzenia się spotkały, a on uśmiechnął się i mrugnął do mnie. To już drugi raz dzisiaj! Odwróciłam szybko głowę, ale serce waliło mi jak oszalałe.

O rany, pomyślałam. Prawdziwe ciacho…

PUNKTUALNIE O OSIEMNASTEJ ROZPOCZĄŁ się konkurs w skokach w klasie CC. Na drugą turę kwalifikacji turnieju wpisało się czterdziestu dwóch jeźdźców. Tata był trochę zdenerwowany, bo miał startować po kolei na trzech koniach: najpierw na Cornado, potem Intermezzo, a na sam koniec na Mister Magic.

Mama poszła z dziadkiem do gospody, żeby z Bödickerami, właścicielami Cornado i Intermezzo, przez wielkie szyby obserwować przejazd ojca. Melike i ja wolałyśmy siedzieć na trybunach. Na Cornado tacie udało się nie popełnić ani jednego błędu, lecz kilku jeźdźców startujących po nim miało nieco lepsze czasy. Intermezzo popełnił za to błąd na wyjściu z potrójnej kombinacji.

Spacerkiem przeszłyśmy przez ujeżdżalnię, aż dotarłyśmy do hali, gdzie jeźdźcy rozprężali konie przed skokami. Zatrzymałyśmy się, żeby popatrzeć, jak tata rozgrzewa Mister Magica. Dyskretnie rozglądałam się w poszukiwaniu Tima, jednak najwyraźniej wrócił z ojcem do domu zaraz po dekoracji wcześniejszych zawodów.

– Na start proszony jest numer dwieście sześćdziesiąty trzeci, Mister Magic! – Z umieszczonych pod sufitem głośników popłynął głos konferansjera. – Konia dosiada Michael Weiland ze związku jeździeckiego okręgu Steinau.

Stanęłam obok Melike, Jensa i Christiana, na trybunie nad alejką, którą konie wjeżdżały na parkur. Jak zawsze, kiedy tata startował w zawodach, byłam bardzo zdenerwowana i z całej siły trzymałam kciuki. Spięta patrzyłam, jak zatrzymuje się przed stanowiskiem sędziowskim i kłania się. Mister Magic, którego Christian i Jens nazywali w skrócie MM, był wysokim ciężkim gniadoszem, a tata do skoków zakładał mu tandem hackamore i wędzidła. Koń trafił do nas kilka miesięcy temu od pana Nötzlego. Na samym początku wielki wałach nie chciał skakać nawet przez cavaletti, taki był znarowiony. Tata podszedł do niego z ogromną cierpliwością, bo widział, że Mister Magic ma ogromny potencjał w skokach, a poza tym wcześniej bardzo dobrze mu szło. Wierzchowiec doskonale robił to, do czego był przeznaczony. Nawet typowa niedzielna publiczność turniejowa, która składała się głównie z handlarzy końmi, właścicieli, zawodników i innych obeznanych w temacie skoków widzów, mruczała z aprobatą, przyglądając się przejazdowi. Gniady wałach tylko raz się zawahał, przed okserem z niebieskimi płotkami, jednak tata nie na darmo cieszył się opinią doskonałego jeźdźca. MM potężnym susem pokonał przeszkodę. Na szyi konia pojawiła się biała piana. Z całej siły zaciskałam kciuki i na dodatek z nerwów przycisnęłam pięści do twarzy. Żeby tylko wygrał!

– Został mu już tylko niebieski okser i podwójny szereg. – Christian w skupieniu przyglądał się koniowi i jeźdźcowi. – Ma świetny czas!

Koń potrząsnął niechętnie głową, ale tata popracował łydkami i Mister Magic dalej posłusznie wykonywał jego polecenia. Po kolejnych skokach wszystkie drągi pozostały na swoim miejscu i nawet się nie zakołysały w łyżkach. Podskoczyłam z radości. Rozpierała mnie duma. Melike uśmiechnęła się szeroko i skoczyła nam w objęcia.

– Przejazd bez błędów i najlepszy dotychczasowy czas: pięćdziesiąt trzy przecinek siedem sekundy! – oznajmił spiker. – Dzięki temu numer dwieście sześćdziesiąty trzeci wysuwa się na prowadzenie w klasie CC. Na swoją kolej czeka jeszcze czterech jeźdźców.

Christian przeskoczył przez bandę i poczekał, aż tata wyjedzie z parkuru. Zarzucił MM derkę na zad i razem z Jensem pobiegł za koniem i jeźdźcem.

– Zwierzak ma wszystko, czego trzeba do skakania – usłyszałam rozmowę dwóch mężczyzn. – Ale nie jest łatwy w prowadzeniu. Przy rowie i podwójnej Weiland musiał go solidnie przycisnąć.

– Gdyby w siodle siedział ktoś inny, nie zrobiłby nawet zwykłej LL-ki – potaknął jego towarzysz.

Cieszyłam się, słysząc takie słowa, bo brzmiał w nich szacunek dla taty i jego umiejętności. Czwórka pozostałych jeźdźców popełniła błędy w swoich przejazdach, co ostatecznie dało tacie zwycięstwo w zawodach.

Kiedy w głównej hali odbywała się dekoracja zwycięzców, ja ruszyłam wzdłuż trybun na poszukiwanie mamy. Melike chciała wracać do domu w mniejszej ciężarówce, z Jensem i Christianem. Co krok spotykałam kogoś znajomego i grzecznie odpowiadałam na pozdrowienia. Od kiedy tylko pamiętam, co weekend jeździliśmy na jakieś zawody i turnieje, przez co poznałam naprawdę wielu ludzi.

 

W końcu znalazłam mamę, pogrążoną w rozmowie z doktorem Bödickerem i jego żoną. Od wielu lat tata startował na ich koniach, Cornado i Intermezzo, i odnieśli razem wiele zwycięstw. Przywitałam się, podając im rękę. Specjalnie przyjechali do Viernheim, żeby zobaczyć swoje konie, które zajęły bardzo dobre miejsca. W przeciwieństwie do głupich Teichertów, Bödickerowie mieli dość rozsądku i na tyle znali się na koniach, żeby zrozumieć, że ich konie nie zawsze muszą wygrywać zawody. Cieszyli się z dobrych miejsc, nawet jeśli w przejeździe pojawiały się błędy.

Po dekoracji zwycięzców odbyła się runda honorowa. Potem ucichła muzyka i konie wyjechały z hali.

– No, Eleno – powiedziała mama. – Chodźmy już do samochodu, zanim tata zacznie nas szukać.

Rozłożyła parasol i razem wyszłyśmy z hali. Na dworze panowała ciemność. Było zimno i mokro, aż dostałam dreszczy. Na parkingu stało niewiele samochodów, a ziemia była rozmiękła od deszczu, opon ciężarówek, busów i ciężkich przyczep z końmi. Idąc, musiałyśmy uważać, żeby się nie pośliznąć.

Tata czekał w szoferce, z uruchomionym silnikiem. Jens, Christian i Melike byli już w drodze do domu, a dziadek wziął golfa mamy. Wspięłam się do kabiny ciężarówki i usiadłam na tylnej kanapie. Mama zajęła miejsce obok kierowcy. Tata zwolnił hamulec i ruszył wielkim wozem przez łąkę, a potem zwinnie wyjechał na ulicę.

Rodzice milczeli, a ja byłam zajęta rozmyślaniem o Timie Jungblucie. Uśmiechnął się do mnie i puścił oko! Na dodatek on też ryzykował, że spotka ojca, kiedy kupował nam colę.

Po kilku minutach jazdy zaczęło działać ogrzewanie i w szoferce zrobiło się przyjemnie ciepło. Dopiero wtedy poczułam zmęczenie. Dzień był długi i pełen nerwów, więc teraz zwinęłam się na tylnej kanapie.

– Mister Magic bardzo ładnie dzisiaj skakał – odezwała się mama, przerywając panującą od wyjazdu ciszę.

– Nigdy jeszcze nie szedł gorzej niż dzisiaj. – Ojciec pokręcił głową, czym całkowicie mnie zaskoczył. – Nie mam pojęcia, co Nötzli sobie po nim obiecuje, bo tego konia nie uda się sprzedać! Żaden jeździec gorszy ode mnie nie dałby rady zmusić go do skoku przez rów z wodą! Ludzie przecież potrafią patrzeć i oceniać. Każdy mógł zobaczyć, że nawet ja z dużym wysiłkiem prowadzę go przez parkur. Ktoś inny raczej nie doprowadziłby go do końca.

– To prawda – wtrąciłam się. – Słyszałam, jak jakiś facet powiedział, że inny jeździec nie zrobiłby na nim nawet LL-ki.

– No widzisz – tata mruknął gorzko, a ja dopiero teraz zaczęłam rozumieć, że to wcale nie był komplement.

– Tak czy inaczej, będziemy musieli jak najszybciej rozmówić się z Nötzlim – stwierdziła mama. – Nie dość, że nic nam nie płaci, to jeszcze całe koszta przerzuca na nas. Pasza, kucie, opłaty startowe, składki, paszporty i, nie daj Boże, jeszcze weterynarz. Jak taki koń jak Mister Magic postoi u nas rok, a potem dostaniemy za niego dziesięć procent od sprzedaży, to znaczy, że sporo do niego dopłaciliśmy.

– Co to niby ma znaczyć?! – krzyknął tata. Nie mogłam znieść, kiedy mówił takim agresywnym tonem. To było okropne i żałowałam, że nie pojechałam z dziadkiem. – Chcesz powiedzieć, że nie uda mi się sprzedać tego konia?

– Nie, tego przecież nie powiedziałam! – mama zapewniła go pospiesznie. – Ale nie będzie łatwo sprzedać za duże pieniądze konia, który ma swoje narowy. A Nötzli zawsze chce, żeby jego konie sprzedawać drogo. Sam przecież mówiłeś, że byłoby nam łatwiej, gdyby nie chciał za konie takich zwariowanych sum.

– Wspaniale, więc co w takim razie proponujesz? – odparł ojciec wciąż podniesionym głosem. – Mam go poprosić, żeby nie przywoził mi już żadnych koni? Nawet wtedy, kiedy będzie miał coś naprawdę dobrego do zaoferowania? Jak Ladosa, Billy Balou czy Glorię? Sprzedałem przecież te konie za duże pieniądze! Wyobraź sobie, że jest sporo jeźdźców i hodowców, którzy daliby sobie rękę uciąć, żeby tylko móc robić interesy z Nötzlim. Jeden taki mieszka dość blisko nas. Jak zacznę narzekać, to wylatuję z obiegu, nie potrafisz tego zrozumieć?!

– Przede wszystkim nie rozumiem, dlaczego musisz krzyczeć – odparła lodowato mama. – Chciałam tylko powiedzieć, że koniec końców nic na tym nie zarabiamy.

Tata zacisnął usta i zamilkł. Mama też już się nie odzywała, a ja zamknęłam oczy. Co się działo? Wcześniej tata po wygranych zawodach zawsze miał dobry humor i często brał nas do gospody. Teraz jednak nawet zwycięstwo w takim dużym turnieju nie pomogło mu poskromić złości.

Kiedy wróciliśmy do domu, Christian i Jens pracowali już w stajni. Melike wysiadła przy ratuszu. Konie zostały szybko rozładowane i oporządzone na noc. Poszłam sprawdzić, co u Siriusa, który dzisiaj niestety cały dzień stał w swoim boksie. Nie mogłam zajrzeć do Fritziego, bo rodzice czekali na mnie przed stajnią, żeby zamknąć wszystko na klucz. W milczeniu ruszyliśmy w stronę domu. Przed gospodą parkowało nadal kilka samochodów.

– O, popatrz, Axel i Manfred jeszcze są – zauważył tata. – Dołączę do nich na jednego.

– Mogę iść z tobą? – poprosiłam.

– A spojrzałaś na zegarek? – Mama potrząsnęła głową. – Trochę za późno, żeby trzynastolatka przesiadywała o tej porze w knajpie.

– Ale Christian i Jens jeszcze…

– Twój brat niedługo kończy piętnaście lat. – Mama ucięła dyskusję. – I nie życzę sobie żadnych ale.

Nie uszło mojej uwagi spojrzenie, jakim mama obdarzyła tatę, ale on go chyba nie zauważył.

– Nie czekaj na mnie, Susanne – rzucił przez ramię i zniknął w gospodzie.

Dałam mamie buziaka na dobranoc i poszłam do swojego pokoju. W sypialni było przyjemnie ciepło. Weszłam pod prysznic, potem otuliłam się płaszczem kąpielowym i położyłam się do łóżka. Następnego dnia była niedziela, a to oznaczało dzień wolny od szkoły. Może znów pojedziemy razem na jakiś turniej i może znowu uda mi się spotkać Tima… Od razu poczułam wyrzuty sumienia. Bez względu na to, czy Tim się do mnie uśmiechał, czy puszczał oko, nie powinnam była nawet o nim myśleć. Tata i mama na pewno mieli ważny powód, żeby nienawidzić Jungblutów.

Twix usiadł obok łóżka i zaczął machać ogonem. Uniosłam kołdrę, a on jednym skokiem wylądował obok mnie.

– Tak, to też jest zakazane, wiem. Ale co tam. – Wyłączyłam światło i okryłam się szczelnie.

Twix przytulił się mocno, cieplutki jak termofor, a potem westchnął z zadowoleniem.

– Zakazy, zakazy, zakazy… – wymamrotałam, głaszcząc go po grzbiecie. – Nic mi nie wolno.