ElenaTekst

Z serii: Elena #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

NAŁOŻYŁAM KAPTUR I POPEDAŁOWAŁAM ulicą Wiesenstraße. Minęłam stadion sportowy, a potem halę widowiskowo-sportową, cały czas uważając, by nie przewrócić się na błotnistych koleinach wyżłobionych przez koła traktorów. Zima zbliżała się nieubłaganie, właściwie stała już u progu. Wkrótce miał nastać czas, kiedy jeździć będzie można tylko pod dachem, o piątej po południu będzie już ciemno, konie będzie trzeba ogolić i przykrywać grubymi derkami, by chronić je przed zimnem, a my, ludzie, będziemy marznąć w halach jeździeckich i w stajniach – i to mimo kurtek, szali i rękawic.

Ktoś na mnie zatrąbił. Obejrzałam się przez ramię i uciekłam szybko na wąskie, porośnięte mokrą trawą pobocze, żeby zrobić miejsce wielkiej ciężarówce do przewozu koni. Na burcie samochodu wypisano wielkimi literami „KONIE – PFERDE – CHEVAUX – HORSES”, a pod spodem „Handel końmi Nötzli – Adliswil, Szwajcaria”. Mocniej nacisnęłam pedały. Możliwe, że do stadniny przyjechały nowe zwierzaki!

Kiedy dotarłam na miejsce, kierowca ciężarówki manewrował ciężkim autem po podwórzu, by w końcu zaparkować obok góry mierzwy. Z biegiem lat w stadninie zachodziły coraz większe zmiany. Wiele budynków zostało przebudowanych, powstawały całkowicie nowe. Dzięki temu pojawiało się też sporo przejść, których wcześniej nie było, pomieszczenia do przechowywania karmy, siodlarnie i niewielkie, ciasne placyki oraz podwórza, w plątaninie których wielu obcych i nowych pensjonariuszy stale myliło drogę. W centrum stadniny znajdowała się wielka ujeżdżalnia z przylegającą do niej stajnią dla koni szkółkowych i pomieszczeniem do mycia wierzchowców, a całkiem z przodu, wzdłuż krótszej ściany ujeżdżalni – dawna stajnia dla ogierów, w której teraz trzymaliśmy konie pensjonariuszy. Następne w kolejności były Środkowa Stajnia, Długa Stajnia, Mała Stajnia i na samym końcu, zupełnie z tyłu, Stara Stajnia, w której stały jedynie konie, na których tata brał udział w zawodach. Podczas gdy wszystkie pozostałe budynki były nowoczesne i niezwykle ergonomiczne, stajnia taty sprawiała bardzo specjalne wrażenie. Była wysoka i przewiewna, konie miały okna wychodzące wprost na parkur i tor do galopu, a kiedy chciały, mogły wyglądać na szerokie przejście między boksami.

Kierowca pana Nötzlego zatrzymał auto przed frontowym wejściem do Starej Stajni i wyskoczył z szoferki.

– Dzień dobry! – krzyknęłam, dysząc ciężko, i oparłam rower o ścianę stajni.

– Cześć – odparł kierowca.

Znałam go, bo już wcześniej przywoził nam konie. Gerhard Nötzli, handlarz końmi ze Szwajcarii, regularnie robił z tatą interesy. Przysyłał mu młode, ale utalentowane konie, żeby tata je ułożył i nauczył skakać, a potem wystawiał na zawodach. Kiedy były już gotowe, wystawiano je na sprzedaż, a tata dostawał procent od kwoty, za jaką zostały nabyte. Jednak od czasu do czasu trafiały się również wierzchowce, które nie chciały skakać przez przeszkody, stawały dęba czy też w inny sposób okazywały nieposłuszeństwo. Zanim mogły zostać wystawione ponownie na sprzedaż, wymagały korekty zachowania. I zazwyczaj było to bardzo trudne zadanie.

– Przywiozłem wam dwa koniki – oznajmił mężczyzna i spojrzał na zegarek. – Jeszcze dzisiaj muszę dojechać do Holandii. Mogłabyś skoczyć po kogoś, kto wie, gdzie je wstawić?

– Ja wiem, które boksy są puste – odpowiedziałam szybko i weszłam do stajni. Już w progu poczułam charakterystyczny zapach koni i siana. Z przyjemnością głęboko odetchnęłam.

Po Jensie, naszym stajennym, nie było nawet śladu, za to w środku przejścia leżało na ziemi siodło i brudne ogłowie, a drzwi do siodlarni stały otworem. Typowe, pomyślałam. Podniosłam siodło z podłogi i zaniosłam na miejsce. Kiedy tylko tata wychodził ze stajni, Jens przestawał się starać. Zostawiał wszystko byle jak i zaczynał rozmawiać przez telefon albo znikał w swoim pokoju.

Pierwszy wolny boks znalazłam obok mojego kuca Siriusa w Małej Stajni, a drugi w Długiej Stajni. Tam koniki mogły poczekać, aż tata zdecyduje, gdzie trafią.

Kierowca nie marnował czasu i wyprowadził z samochodu pięknego kasztanka z wąską łysiną. Koń zatańczył i zarżał zdenerwowany. Zastrzygł uszami, bo obce otoczenie bardzo go niepokoiło, lecz to akurat było zupełnie normalne w przypadku nowych zwierząt. Wyciągnęłam dłoń i sięgnęłam po uwiąz.

– Weź może tego drugiego – poradził kierowca. – Bo ten tutaj jest specyficzny.

Nie mogłam znieść, kiedy dorośli traktowali mnie jak małe, głupie dziecko, choć miałam przecież trzynaście lat, a nie pięć!

– Dam sobie radę – zapewniłam go.

Mężczyzna zawahał się, ale w końcu podał mi uwiąz, choć widać było, że nie jest tym zachwycony.

– Tylko bardzo uważaj! – krzyknął za mną.

Zwierzę podskoczyło ze strachu, uderzyło głową i zadarło ogon. Ale przecież nie po raz pierwszy prowadziłam nerwowego konia.

– Spokojnie, nie musisz się niczego bać – powiedziałam miłym głosem i pogłaskałam go po szyi.

Spojrzał na mnie błyszczącymi oczyma i zarżał.

– No już, chodź. Zachowuj się byle jak, ale się zachowuj. Zobaczysz, nic ci się nie stanie.

I rzeczywiście, kasztanek uspokoił się nieco, a po chwili posłusznie dał się zaprowadzić do stajni.

Kiedy drugi wierzchowiec również znalazł się w boksie, kierowca przekazał mi teczkę z dokumentami przewozu koni oraz paszporty obu zwierzaków. Patrząc na zamykającą się rampę ciężarówki, zastanawiałam się, gdzie pojadą pozostałe koniki i skąd przyjechały. Jak cudownie byłoby móc spędzać cały dzień z końmi, zamiast przesiadywać w szkole! Praca z nimi była pełna niespodzianek i bardzo mi się podobała. Nie mówię oczywiście, że wynoszenie końskich kup z boksów, czyszczenie zwierząt, siodeł, pozostałego sprzętu jeździeckiego i załatwianie całej masy drobiazgów, dzięki którym stadnina mogła funkcjonować, to czysta sielanka; co to, to nie. Wiele dziewczyn marzyło o tym, by zostać masztalerkami, ale tylko nieliczne zdawały sobie sprawę, co to za praca, i szybko zmieniały zdanie. Ja natomiast wiedziałam, że po szkole na pewno będę pracowała z końmi.

Cudownie było oglądać, jak się rozwijają, obserwować ich gorsze lub lepsze dni i pomagać im, kiedy były chore. Każdy koń miał swoją osobowość, upodobania i słabości, zupełnie jak ludzie. Niektóre były ciekawskie, inne wyrachowane, a jeszcze inne chciały się przez cały czas przytulać. Były takie, które musiały czuć silną rękę, bo inaczej zaczynały dominować. Niektóre konie błyskawicznie uczyły się nowych rzeczy, inne musiały w nieskończoność powtarzać te same elementy, zanim w końcu pojęły, o co w nich chodzi.

W chwili, kiedy ciężarówka pana Nötzlego wyjechała przez wielkie kałuże za bramę, w stajni pojawił się Jens. Ziewnął szeroko i się przeciągnął.

– Kogoznowuprzyniosło? – wymamrotał zaspanym głosem, po czym wydobył z kieszeni zmiętą paczkę papierosów.

– Kierowca od pana Nötzlego. Przywiózł dwa konie. – Wskazałam mu puste boksy. – Nie chciałam cię budzić.

Jens natychmiast zrobił niezadowoloną minę.

– O rany, człowiekowi należy się przecież przerwa w pracy – warknął ostro.

– No pewnie. – Odwróciłam się.

Ech, ten wiecznie narzekający Jens z jego wyłupiastymi oczyma, śladami po opryszczce i wiecznie tłustymi włosami. Nie mogliśmy się dogadać. Szybko tracił cierpliwość i był niedelikatny dla zwierząt, ale tata go potrzebował, bo sam by sobie ze wszystkim nie poradził. Trudno było znaleźć masztalerza, który potrafiłby przygotować młode koniki do pierwszych startów i odpowiednio je zaprezentował. A Jens dawał sobie radę. Dlatego starałam się nie odzywać i kiedy tylko było to możliwe, schodziłam mu z drogi.

– Tak przy okazji, zapomniałeś zamknąć siodlarnię. A w przejściu między boksami leżało siodło. Jedno z tych lepszych. – Nie potrafiłam się powstrzymać.

– Trzeba było je uprzątnąć – Jens odparował kwaśno.

– Właśnie to zrobiłam.

– To teraz leć i naskarż tatusiowi – mruknął ponuro i zadeptał niedopałek w samym progu stajni. – Bezczelna Smarkula.

– Nadęty Pryszczol – odparowałam.

W ten właśnie sposób kończyła się większość rozmów między nami. „Bezczelna Smarkula” było jeszcze stosunkowo miłym i grzecznym zwrotem. Dobrze wiedziałam, że Jens miał w zanadrzu znacznie mniej uprzejme słowa pod moim adresem. Tyle że potrafiłam się mu zrewanżować.

Wróciłam po rower i przeprowadziłam go środkiem stajni. W porze obiadowej niewiele się tu działo. Konie drzemały sobie w boksach albo skubały siano. W otwartej bramie, na kocu w kratę, leżał Robbie, nasz berneńczyk. Kiedy tylko mnie zobaczył, uniósł głowę i zamachał ogonem, lecz widząc, że wsiadam na rower i ruszam w stronę domu, położył się rozczarowany i ziewnął smutno.

NA PUSTYM PARKINGU przed gospodą stał samotny srebrny opel, którego wcześniej tu nie widziałam. Obok samochodu kręcił się łysy mężczyzna w okularach i rozglądał bezradnie po pustym podwórzu, jakby czegoś szukał. Wyglądał dość sympatycznie i zupełnie niegroźnie, a ja nie mogłam jeszcze mieć pojęcia, że on właśnie jest zwiastunem katastrofy, która dotknie naszą rodzinę i wszystkich pracujących w stadninie. Odstawiłam rower i grzecznie się przywitałam.

– Dzień dobry, mogę panu jakoś pomóc? – zapytałam.

Być może szukał stadniny, do której chciał wstawić swoje konie. A nowi klienci byli zawsze ciepło u nas witani.

– Szukam pana Ludwiga Weilanda – mężczyzna odpowiedział zdawkowo. – Wiesz może, gdzie go znajdę?

 

– To mój dziadek – odparłam. – Proszę za mną, zaprowadzę pana.

W południe, kiedy gospoda była jeszcze oficjalnie zamknięta, babcia przygotowywała obiad dla całej rodziny oraz dla Jensa i spółki, jak mama nazywała stajennych Heinricha i Staniego.

Podjazdem dla wózków inwalidzkich podprowadziłam rower do samych drzwi gospody, ale do środka weszłam bocznym wejściem, które prowadziło również do mieszkania dziadka i babci. Mój brązowo-biały jack russell terrier Twix dużo wcześniej usłyszał, że się zbliżam, i czekał na mnie niecierpliwie przy progu. Kiedy weszłam na korytarz między gospodą a mieszkaniem dziadków, gdzie znajdowało się jego legowisko, zawył z radości i zaczął podskakiwać jak gumowa piłeczka. Twix chodził za mną krok w krok, od kiedy znalazłam go dwa lata wcześniej na leśnym parkingu, rannego i zagłodzonego. Poprzedni właściciele przywiązali go i zostawili. W gospodzie było jeszcze ciemno, a krzesła stały na stołach. To nie był dobry znak. Babcia krzątała się w kuchni, robiąc coś przy kuchence i przeklinając pod nosem.

– Cześć, babciu! – przywitałam się.

Mężczyzna stanął w progu.

– Elena, o której to wraca się do domu, co? – burknęła staruszka, najwyraźniej w złym humorze. – Dzisiaj nie ma nic ciepłego do zjedzenia. Kuchenka się zepsuła.

– Spóźniłam się na autobus – wyjaśniłam. – Wiesz, gdzie jest dziadek?

– Gdzieś w obejściu. Chyba mieli przykrywać słomę. – Babcia odwróciła się. Jej wzrok padł na mężczyznę z teczką. Oparła wtedy swoje masywne dłonie na biodrach i zrobiła ponurą minę. – Pan jest serwisantem, którego wysyłali mi do kuchenki już trzy godziny temu?

– Eee… nie – wyjąkał nieznajomy, cofając się rakiem, lecz tak nieszczęśliwie, że przydepnął ogon Twiksa. Pies wydał z siebie mrożący krew w żyłach wrzask, a mężczyzna zbladł ze strachu.

– A niech to, nie mógłby pan uważać?! – Babcia nie oszczędzała nieznajomego gościa.

Zazwyczaj babcia była człowiekiem, że do rany przyłóż, jednak często zostawała sama z całym domem na głowie, więc rzadko można było ją spotkać w dobrym humorze.

– Może pan tutaj poczekać albo pójść ze mną, to pana zaprowadzę – zaproponowałam uczynnie.

Nieznajomy szybko zdecydował się na drugie rozwiązanie, więc zostawiłam rower oparty o ścianę i ruszyłam na dwór, jak zwykle w towarzystwie Twiksa. Nasza stadnina była tak duża, że rower był tutaj moim ulubionym środkiem lokomocji. Dziadek, Jens i tata też korzystali z roweru, żeby poruszać się między stajniami, maneżem, domem, halami do jazdy i gospodą. Za to Christian od jakiegoś czasu jeździł skuterem, który tata wygrał na jakichś zawodach.

Wiele lat przed moim urodzeniem babcia i dziadek zostali „przesiedleni”. W zamian za niewielkie gospodarstwo w centrum Steinau dostali wielki kawał ziemi pod samym lasem i zbudowali na nim stadninę. Z biegiem czasu pojawił się na nim dom, potem stodoła, stajnia i pierwsza hala do jazdy konnej, a potem jeszcze więcej stajni. Kiedy moi rodzice się pobrali, w stadninie został wybudowany dom, w którym cały czas mieszkamy, a potem jeszcze jedna, znacznie większa ujeżdżalnia, maneże i padoki.

Dziadek z Heinrichem pracowali na łące za wielką stodołą. Przykrywali plandekami bele słomy, które latem traktor zbierał z pola i prasował w potężne wałki.

– Dziadku! – krzyknęłam. – Przyprowadziłam kogoś, kto cię szukał!

Mężczyzna najwyraźniej nie zakładał, że przyjdzie mu przemaszerować przez całe obejście. Jego jasnoszary garnitur przemókł od deszczu i zrobił się ciemnoszary.

– To właśnie mój dziadek – wyjaśniłam gościowi.

– Dziękuję bardzo – uśmiechnął się grzecznie.

Dziadek zsunął się na ziemię. Jak zwykle miał na sobie niebieskie spodnie robocze, starą koszulę w kratę, na niej kamizelkę, a na głowie wypłowiałą od słońca czapkę z daszkiem. Kiedy podszedł bliżej, otrzepał się z pyłu i źdźbeł, które poprzyczepiały się do jego rzeczy, a potem wytarł dłonie w spodnie robocze. Przewyższał nieznajomego mężczyznę o całą głowę.

– Ludwig Weiland, o ile dobrze zrozumiałem? – zapytał gość zupełnie niepotrzebnie, bo przecież powiedziałam mu już wcześniej, że to mój dziadek.

Dziadek nie znosił, kiedy ktoś przeszkadzał mu w pracy, a jednak skinął głową i nawet jakby się uśmiechnął. Potencjalni nowi klienci byli dla nas bardzo ważni, dlatego nie dał po sobie poznać, że jest zdenerwowany.

– Moser – przedstawił się mężczyzna. – Jestem komornikiem sądowym.

Dziadek przestał się uśmiechać.

– Proszę chwilę poczekać – powiedział krótko, odwrócił się do Heinricha i powiedział mu, co ma dalej robić. Dopiero wtedy odszedł z nieznajomym, zostawiając mnie tam, gdzie stałam.

– CZEŚĆ, MAMO! Już jestem!

We wiatrołapie zdjęłam brudne buty i w ostatniej chwili udało mi się złapać Twiksa za obrożę, bo już się szykował do podboju kanapy w salonie.

– Zostań! – szepnęłam z naciskiem i wskazałam na wycieraczkę. Twix zwiesił uszy, ale posłusznie usiadł.

Mama siedziała przy kuchennym stole i przeglądała dzisiejszą pocztę.

– Witaj, kochanie. – Podniosła wzrok znad otwartych kopert i uśmiechnęła się do mnie, by zaraz wrócić do pracy. – W lodówce jest sałatka ziemniaczana. Jak było w szkole?

– Nic szczególnego, dzień jak co dzień. – Specjalnie mówiłam znudzonym głosem. Zaraz miałam zaskoczyć mamę piątką. Otworzyłam plecak, wyjęłam zeszyt z wypracowaniem i usiadłam obok mamy przy stole. – Spóźniłyśmy się z Melike na autobus i nie uwierzysz, kto nas podwiózł!

Po prostu nie mogłam inaczej – musiałam z kimś porozmawiać o tym niewiarygodnym wydarzeniu.

– Nie wiem, ale idę o zakład, że zaraz mi zdradzisz.

– Tim Jungblut z ojcem! – wyjaśniłam ściszonym głosem i zachichotałam. – Przez całą drogę nic nie mówił, tylko obserwował mnie w lusterku wstecznym.

– Jak w ogóle mogło ci przyjść do głowy, żeby wsiąść do ich samochodu?!

Podskoczyłam przerażona, słysząc ojca, który stał tuż za mną.

– Elena!

Odwróciłam się. Nie mogłam wytrzymać jego spojrzenia. Kiedy patrzył na mnie tak, jak teraz, zawsze miałam uczucie, że znów mam sześć lat i właśnie coś przeskrobałam.

– Ja… to znaczy my… uciekł nam autobus… – wyjąkałam niepewnie. – I Melike… powiedziała…

– Nie życzę sobie, żebyś z nimi w ogóle rozmawiała. Wiedziałaś o tym doskonale już wcześniej. – Tata przerwał mi ostrym tonem. – Powinnaś była poczekać kilka minut i wsiąść do następnego autobusu.

Spuściłam głowę i zwinęłam w trąbkę zeszyt z wypracowaniem. To nie był najlepszy czas, żeby chwalić się ocenami.

– Czy odebrałaś czerwoną marynarkę z pralni? – tata zwrócił się do mamy. O mnie zdążył już zapomnieć. – Za pół godziny musimy być w drodze, bo inaczej spóźnimy się na turniej.

– Już wcześniej przygotowałam ci ją w dużej ciężarówce – odparła mama, która jak zawsze nad wszystkim panowała. – Buty i koszule też tam znajdziesz, a paszporty koni zostawiłam Jensowi.

– To dobrze. Dziękuję.

Tata wychodził już z kuchni, kiedy przypomniałam sobie o nowych koniach.

– Tato – zawołałam niepewnie. – Przyjechał kierowca od pana Nötzlego i przywiózł dwa nowe konie. Powiedziałam mu, żeby wstawił je do pustych boksów obok Siriusa i w Długiej Stajni, obok Dimitriego.

Ojciec skinął głową. Najwyraźniej bardzo mu podpadłam, bo nawet na mnie nie spojrzał, tylko przeszedł obok, jakbym była niewidzialna. Chwilę później rozległ się trzask drzwi wejściowych.

– Pójdę do siebie na górę – powiedziałam do mamy. – Mam pracę domową.

– Dobrze, idź. – Mama mówiła cichym głosem, błądząc gdzieś myślami.

Poczekałam chwilę, czy powie coś jeszcze, ale milczała. Dałam więc znak Twiksowi. Ten tylko na to czekał. Bezszelestnie minął kuchenne drzwi i nie czekając na mnie, wbiegł po schodach.

Sięgnęłam po plecak i schowałam zeszyt z wypracowaniem. Z okna pokoju widziałam parking dla samochodów i trawniki aż do ujeżdżalni. Srebrny opel pana Mosera zniknął. Christian akurat wyjechał ze stajni. Zatrzymał skuter i zamienił z tatą kilka słów, a potem obaj wrócili do środka. Z ciężkim westchnieniem położyłam się na łóżku i przytuliłam psa.

– Wiesz, cieszę się, że tata jedzie akurat na turniej – powiedziałam do Twiksa. Psina nadstawiła uszu, przechyliła głowę i popatrzyła na mnie tak, jakby wszystko rozumiała. – Miejmy nadzieję, że zajmie pierwsze miejsce i zapomni, że był na mnie zły.

Nie mogłam się zmusić, by wyjąć z plecaka zeszyty i ćwiczenia z zadaniami domowymi. Poczekałam, aż krótko przed piętnastą ze stadniny wyjechały obie ciężarówki z końmi, tatą, Christianem i Jensem, a potem nałożyłam bryczesy i wymknęłam się do Fritziego.

Twix mnie nie opuszczał, kiedy biegłam przez podwórze w zacinającym deszczu. Minęłam karuzelę dla koni i najmniejszą ujeżdżalnię, przed którą zrobiła się gigantyczna kałuża. Stodoła była oddalona spory kawałek od podwórza. Górny poziom pod sam sufit zapakowany był belami pachnącej słomy, a poniżej, na parterze, znajdowało się dziesięć przestronnych boksów, które nie były co prawda ani jasne, ani szczególnie piękne, jednak kosztowały znacznie mniej niż boksy w pozostałych stajniach. Trzymaliśmy tutaj kilka starych koni, które pozostawały na łaskawym chlebie swoich właścicieli. W jednym z nich mieszkał mój ukochany, ciemnokasztanowaty ogierek Fritzi.

Oczywiście dużo wcześniej usłyszał moje kroki i wystawił łeb nad drzwiami do boksu, a kiedy odsuwałam ciężkie skrzydło bramy, zarżał niecierpliwie.

– Hej, Fritzi! – Z kieszeni wydobyłam pokruszoną kostkę cukru i podałam mu ją na dłoni. Z kołka na ścianie zdjęłam kantar i uwiąz.

Fritzi miał dopiero cztery lata, ale historia jego życia kryła straszną tragedię. Ogier urodził się w maju, dokładnie w dniu moich urodzin. Źrebak miał białą gwiazdę na czole i cztery białe pęciny, a tata i mama wiązali z nim ogromne nadzieje, bo jego matką była Gretna, klacz należąca do mamy, która przy okazji sprawdziła się jako wspaniały wierzchowiec do skoków. Ojcem był słynny gniady ogier For Pleasure, który zdobył mnóstwo złotych medali na olimpiadach i mistrzostwach świata. Przez przyjście Fritziego na świat moje urodziny bardzo się skróciły, bo nagle źrebię stało się najważniejsze.

– Wiesz co – powiedział tata, patrząc na mnie, kiedy w stajni popijał szampana w towarzystwie weterynarza i pomocników – ten konik będzie twój. To prezent na twoje urodziny, Eleno. Przynajmniej mam pewność, że jest teraz w dobrych rękach.

Z początku odebrało mi mowę.

– Chcesz powiedzieć… że on jest mój? Mój – mój? Tylko mój? – Upewniałam się, bo nie mogłam uwierzyć w to, co usłyszałam.

– Tak – potwierdził tata i puścił do mnie oko. – Może kiedyś dasz mi na nim pojeździć, co?

Wszyscy się roześmiali, a tata rozlał resztę szampana do kieliszków. Od tamtego dnia bardzo dbałam o Gretnę i jej synka. Już wkrótce Fritzi nie odstępował mnie na krok, a kiedy nastał październik i oddzielono go od matki, zamieszkał w jednym boksie z kilkoma innymi źrebakami i niemal nie odczuł tej zmiany.

Jednak tuż po jego pierwszych urodzinach stało się coś potwornego. Razem z trójką rówieśników Fritzi przebywał na padoku pod lasem. Pastwisko otaczał wysoki drewniany płot, żeby konie mogły spędzać tam całe lato. Nikt nie potrafił później wytłumaczyć, jak czterem roczniakom udało się stamtąd uciec. Ciekawskie i zbyt pewne siebie koniki galopowały po okolicznych polach, aż w końcu Fritzi, jako jedyny, wybiegł na ulicę i wpadł pod samochód.

Przyjechała do nas policja i funkcjonariusze zapytali tatę, czy koń potrącony przez samochód na drodze między Steinau i Königshofen może należeć do niego. Tata szybko pojechał sprawdzić wszystkie wybiegi i stwierdził, że brakuje czterech rocznych źrebaków. Trzy z nich udało się zlokalizować i złapać, ale brakowało Fritziego.

Rozpoczęto wielką akcję poszukiwawczą. Dopiero późnym wieczorem udało się go znaleźć – na bagnach Steinauer Moor. Był ciężko ranny i do tego stopnia przerażony, że niemal postradał rozum. Fritzi nie mógł poruszać lewą tylną nogą i krwawił z kilku głębokich ran na całym ciele. Najgorsze jednak było to, że nie chciał dać się nikomu złapać. W końcu tata zdecydował się pojechać po mnie i całe szczęście, bo jakoś udało mi się podejść do Fritziego, założyć mu kantar i zaprowadzić do przyczepy do przewożenia koni.

– Najlepiej będzie, jeśli zastrzelimy go tutaj – oznajmił ojciec i zrobił ponurą minę.

 

– Nie! Tato, nie! – przerażona zaczęłam krzyczeć. – Nie możesz tego zrobić! Fritzi jest mój! Podarowałeś mi go!

– Z niego raczej już nigdy nic nie będzie. – Tata mówił zdecydowanym głosem. – Popatrz tylko na niego!

Zrobiłam, co powiedział, i rzeczywiście, ogierek był w okropnym stanie.

– Tato, błagam, zawieź go do weterynarza! – prosiłam. – Błagam cię! Proszę, proszę, proszę!

Tata westchnął, ale w końcu się poddał i pojechał z nim do kliniki weterynaryjnej. Tam lekarze zoperowali zerwane mięśnie i ścięgna w uszkodzonej nodze, ale niczego więcej nie mogli dla Fritziego uczynić. Reszta, powiedzieli, należy już do natury. Tata starał się mnie przekonać, że najlepsze, co możemy dla niego zrobić, to ulżyć mu w cierpieniach. Jednak ja byłam uparta. Fritzi należał do mnie i zupełnie nie przykładałam wagi do tego, czy jeszcze kiedykolwiek będzie mógł skakać, czy nie.

Na lekcjach nie mogłam się skupić, bo bałam się, że stan ogierka może się pogorszyć. W końcu, po trzech tygodniach, Fritzi wyszedł ze szpitala dla zwierząt i trafił z powrotem do stadniny.

– Jednej rzeczy musisz być świadoma – oznajmił tata. – Nie zapłacę już ani centa za jakiegokolwiek weterynarza dla Fritziego. Albo sam dojdzie do siebie, albo nie. Jeśli pojawią się problemy, będziemy musieli się go pozbyć, zrozumiano?

Potaknęłam, niemal szalejąc z radości. Postanowiłam wtedy, że udowodnię tacie, jak bardzo się myli. Dzień po dniu cierpliwie pielęgnowałam Fritziego, czyściłam i opatrywałam jego rany, zmieniałam bandaże. Nikt nie mógł mi przy tym pomagać, bo zwierzę wpadało w panikę, ilekroć zbliżał się do niego ktoś inny. Na szczęście ja mogłam go dotykać. Nie dość, że mu to nie przeszkadzało, to chyba nawet to lubił.

Wtedy też po raz pierwszy zauważyłam, że dłońmi potrafię wyczuć miejsce, które go boli. Z początku myślałam, że tylko to sobie ubzdurałam, jednak Melike od początku twierdziła, że Fritziemu sprawia przyjemność masaż uszkodzonej nogi, choć żadnemu weterynarzowi nie pozwalał się nawet zbliżyć. Chcąc nie chcąc, musiałam się nauczyć czyścić mu kopyta. Pełne dwa lata zajęło mi przekonanie Fritziego, że ani nasz kowal, ani żaden z pracowników nie będą usiłowali go zamordować. Z biegiem czasu zaakceptował również mamę i Melike.

Tata bardzo rzadko go widywał, a ja cieszyłam się jak wariatka, że znalazłam mu miejsce wśród starych koni, z dala od innych stajni. Bałam się tych spojrzeń ojca, kiedy zatrzymywał się przy padoku albo w otwartych drzwiach stajni, ponurym wzrokiem przyglądał się Fritziemu, robił złą minę, potrząsał głową i wychodził bez słowa. Okaleczony koń z problemami psychicznymi był z jego punktu widzenia całkowicie nieprzydatny. Tata już na początku go skreślił.

– Co za marnowanie czasu i pieniędzy – zwykł mawiać. – Marnotrawstwo, nie inaczej.

Mimo że Fritzi nie potrafił przekonać się do obcych i przede wszystkim do mężczyzn, okazał się koniem o bardzo przyjaznym usposobieniu. Mieszkańcy Steinau zdążyli się już przyzwyczaić do widoku mnie z Fritzim i Twiksem gdzieś przy boku, jak chodzimy polnymi drogami i spacerujemy po ulicach. Czy to kiedy chadzałyśmy z Melike, prowadząc rowery, czy też jeździłyśmy po lesie, młody ogierek towarzyszył nam krok w krok. Nie musiałam się też niczego obawiać, kiedy przywiązywałam go przed piekarnią, supermarketem czy u rzeźnika, a sama szłam zrobić zakupy dla mamy.

Fritzi przestał kuleć, kiedy skończył trzy lata. Chodził i biegał całkowicie normalnie, jakby nigdy nie uczestniczył w żadnym wypadku ani nie przechodził operacji. Na początku zeszłego lata odważyłam się po raz pierwszy wsiąść na niego na oklep. Od tego czasu dość często jeździliśmy tak po okolicy, na wycieczki nad jezioro, żeby się wykąpał, albo towarzyszyliśmy Melike w przejażdżkach koniem jej matki.

Fritzi skończył w tym roku cztery lata i dorósł w końcu do rozpoczęcia poważnej pracy, dlatego kilka tygodni temu rozpoczęłam go regularnie objeżdżać. Wyprowadziłam go na dwór, gdzie wciąż siąpiło, i przywiązałam na stanowisku do czyszczenia, między stajnią z końmi turniejowymi i Długą Stajnią. Na to odważałam się jedynie wtedy, kiedy taty nie było w stadninie. Gdy był na miejscu, jechałam od razu w teren, do Małej Ujeżdżalni albo na skrajny maneż, skryty dodatkowo za wysokim żywopłotem. W ten sposób od miesięcy udawało mi się ukrywać postępy Fritziego przed wzrokiem taty. Nie chciałam, żeby przyszedł mu do głowy pomysł sprzedaży mojego konika, by pozbyć się kolejnego darmozjada ze stajni.

Skrzynkę z przyborami do czyszczenia przyniosłam z siodlarni w Małej Stajni, gdzie stał Sirius, mój śnieżnobiały kuc new forest, który zarżał radośnie na mój widok. Niestety, Sirius robił się dla mnie po prostu za mały. A kiedy go dostałam, wydawał mi się zbyt wielki!

– Wybacz, mój mały. Musisz jeszcze trochę poczekać – pocieszyłam kucyka, który wystawił głowę nad drzwiami swojego boksu i wpatrywał się we mnie pełnym oczekiwania wzrokiem. W poprzednich latach skakaliśmy razem na niezliczonych turniejach w klasach mini LL i LL.

Tata nie przepadał za jazdą na kucach, bo uważał, że dzieci powinny od razu uczyć się jeździć na dużych koniach. Ja nie miałam nic przeciwko. Chętnie jeździłam na Siriusie i już dawno pogodziłam się z tym, że tata skupiał się właściwie jedynie na moim bracie. Christian w zeszłym sezonie dosiadał Grandino i Ronaldę i odnosił spore sukcesy w skokach w klasach P do C.

Do stadniny w końcu dotarła Melike i przyprowadziła Jaspera na stanowisko obok Fritziego. Przywiązała go i zaczęłyśmy je czyścić. Po krótkim czasie sierść mojego ogierka nabrała głęboko brązowego połysku. Regularne objeżdżanie w poprzednich miesiącach bardzo dobrze mu zrobiło. Fritzi rósł pięknie i w kłębie mierzył już sto sześćdziesiąt pięć centymetrów. Zawsze starał się tak odwracać głowę, żeby nie spuszczać ze mnie wzroku, a nadstawionymi uszami wsłuchiwał się w każde moje słowo.

– Ja chyba jestem jakaś nienormalna – powiedziałam do Melike, kiedy szłyśmy do siodlarni po uprzęże. – Wypaplałam mamie, że wróciłyśmy samochodem Jungblutów, i wiesz co? Powiedziałam to akurat w momencie, kiedy tata wszedł do kuchni, a ja go nie widziałam.

– No i?

– A jak myślisz? Strasznie się na mnie wściekł.

– Serio, nie potrafię zrozumieć, co w tym takiego strasznego. – Melike przerzuciła sobie przez ramię ogłowie Jaspera i sięgnęła po jego siodło.

– Jeśli mam być szczera, to też nie mam pojęcia, o co w tym chodzi. – Wzruszyłam ramionami. – Ale tak jest, od kiedy tylko pamiętam.

– Tim to prawdziwe ciacho – wyznała moja przyjaciółka.

Nie potrafiłam tego skomentować, bo nie przyjrzałam się młodemu Jungblutowi dość dokładnie. Poza tym w przypadku Melike samo określenie ciacho nie miało żadnego znaczenia. Sprawy zaczynały być interesujące, kiedy ktoś był superciachem albo megaciachem. Tytuł supermegaciacha udało się dotychczas zdobyć jedynie Robertowi Pattinsonowi, który zagrał główną rolę w sadze Zmierzch. I nikomu innemu.

Osiodłałyśmy nasze konie, poprawiłyśmy popręgi i wskoczyłyśmy na siodła, jeszcze zanim wyjechałyśmy ze stajni. Twix zeskoczył z kostki słomy, na której siedział, i ruszył przodem. Poprowadził nas do ujeżdżalni, po czym skręcił w stronę trybun i znalazł sobie miejsce, z którego mógł nas obserwować.

Miałyśmy z Melike całą wielką ujeżdżalnię tylko dla siebie. Cudownie było jeździć swobodnie pod dachem. Słyszałam stukot deszczu, głuche uderzenia kopyt i od czasu do czasu rżenie. Ogarnęło mnie uczucie szczęścia, jak zawsze, kiedy dosiadałam Fritziego. Był mi bliższy niż jakikolwiek inny koń. Uwielbiałam jego płynne, wyciągnięte i pełne gracji ruchy i rozkoszowałam się każdą minutą na jego grzbiecie. Zawsze błyskawicznie pojmował, czego od niego oczekiwałam, i nawet przy skokach dobrze najeżdżał przeszkody. Kolorowe drągi, nad którymi miałyśmy dzisiaj skakać, to co prawda nie to samo, co powalone drzewa w lesie, przez które dotychczas skakałyśmy poza stadniną, ale sama technika skoku była bardzo podobna. Pozwalałam Fritziemu przejść kłusem nad ułożonymi na ziemi drągami. Pośrodku parkuru stała niewysoka stacjonata. Na zmianę z Melike pozwalałyśmy przeskoczyć naszym koniom nad niską przeszkodą – raz galopem z prawej, a raz z lewej nogi. Wiedziałam, że tata tak właśnie uczy inne konie lotnej zmiany nogi w galopie, co było jedną z ważniejszych umiejętności, jeśli chodzi o konie do skakania.