Elena. Tajemnica stadninyTekst

Z serii: Elena #4
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

WESTERN RIDING W (MAŁEJ) TERMINOLOGICZNEJ PIGUŁCE

Tytuł oryginału

ELENA – EIN LEBEN FÜR PFERDE. DAS GEHEIMNIS DER OAKTREE-FARM

Neuhaus, ELENA – EIN LEBEN FÜR PFERDE. DAS GEHEIMNIS DER OAKTREE-FARM © 2014 by Planet Girl Verlag (Thienemann Verlag GmbH), Stuttgart/Wien

Copyright © 2015 for the Polish edition by Media Rodzina Sp. z o.o.

Zdjęcie na okładce

© Image Source/FotoChannels

Projekt okładki

Lucyna Talejko-kwiatkowska

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

ISBN 978-83-8008-090-4

Media Rodzina Sp. z o.o. ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań tel. 61 827 08 60 mediarodzina@mediarodzina.pl www.mediarodzina.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dla Claudii, Steffi, Mariny

i wszystkich cowgirls z Wildsachsen. Dziękuję Wam za świetną zabawę!

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Rozdział 1


– ELENO, ZOSTAŃ, PROSZĘ, chwilę po zajęciach – poprosiła pani Wernke, kiedy rozległ się dzwonek na zakończenie lekcji.

Pozostali uczniowie wyszli na przerwę, a ja zostałam w pustej sali z nauczycielką, której mina nie wróżyła niczego dobrego. Na początku zajęć otrzymaliśmy ocenione wypracowania. Dostałam mierny, choć niemiecki to mój ulubiony przedmiot! Ze ściśniętym żołądkiem podeszłam do biurka wychowawczyni.

– W ostatnich miesiącach twoje wyniki w nauce pozostawiają wiele do życzenia – zaczęła pani Wernke i spojrzała na mnie poważnie. – Jedynka z matematyki, jedynka z angielskiego, a teraz jeszcze mierny z niemieckiego, co nawiasem mówiąc, zawdzięczasz tylko mojej sympatii, bo należała ci się jedynka! Jeśli nie przyłożysz się do nauki, będziesz musiała powtarzać klasę.

Powtarzać klasę? O Boże, tylko nie to! To by oznaczało, że rok dłużej będę chodziła do szkoły!

– Eleno, co się z tobą dzieje? Masz jakieś problemy?

– Ja? Nie… to znaczy… ja… sama nie wiem, co się dzieje – wyjąkałam zawstydzona.

To nie do końca było prawdą, bo całkiem dobrze wiedziałam, dlaczego tak źle napisałam tę pracę. Krótko przed Bożym Narodzeniem zeszłego roku Tim ze mną zerwał. To mnie całkowicie rozbiło i długo nie mogłam się pozbierać, a potem co rusz zdarzało się coś, co odciągało mnie od nauki: przejrzałam podstępną grę mojej fałszywej koleżanki Kiki, przygotowywałam się do występów w kadrze i w różnych zawodach, poza tym codziennie trenowałam dwa konie oddane mi na szkolenie, Lenziego i Skyfalla, czasem też Fritziego, który należał do mnie. Jednak żaden z tych argumentów nie przekonałby pani Wernke – a już na pewno nie moich rodziców. Tata i mama nie byli surowi, jeśli chodzi o szkołę, ale pewnie tylko dlatego, że ani ja, ani mój starszy brat Christian nie dawaliśmy im ku temu powodów słabymi stopniami czy zagrożeniem powtarzania klasy.

– Wiem przecież, Eleno, że jesteś bardzo inteligentną dziewczynką. – Pani Wernke wstała i sięgnęła po torebkę. – Obawiam się jednak, że za mało czasu poświęcasz na naukę.

Nie miałam nic na swoją obronę, więc jedynie spuściłam głowę. Przez większą część tygodnia wracałam do domu dopiero po szesnastej i nie zostawało mi dużo czasu na ogarnięcie wszystkiego, co miałam do zrobienia, więc zamiast siedzieć przy biurku i odrabiać zadania domowe, wolałam iść do stajni i razem z Melike, Nickiem i Timem zajmować się końmi.

– Od pani Vollandt wiem, że sprawdzian z angielskiego ogólnie wypadł bardzo słabo i będzie poprawa. Dobrze by było, gdybyś wykorzystała tę szansę i wzięła się ostro do roboty. W przeciwnym razie może nie być zbyt wesoło.

– Czy powie pani o tym moim rodzicom? – zapytałam ze strachem.

– Niestety, nie mam innego wyjścia. Jesteś zagrożona powtarzaniem klasy.

Po tych słowach zostawiła mnie samą. Wyszłam z sali na korytarz i załamana ruszyłam schodami na parter.

W jakiś sposób cały czas udawało mi się wypierać myśli o złych ocenach, a pomogły mi w tym dramatyczne wydarzenia ostatnich tygodni. W wieczór zawodów w Alsfeld spłonęła stodoła, duża ciężarówka taty i przyczepa mieszkalna, a ja byłam przekonana, że to Kiki podłożyła ogień. Na zawodach skakałam na Lenzim, czyli na Lancelocie, i na Skyfallu, na którym po raz pierwszy w życiu brałam udział w konkursie skoków w klasie C, a najlepsze, że na obu zajęłam punktowane miejsca. Tim pojechał na Rolandzie, klaczy mojego brata, ale ostatecznie o włos przegrał z Niklasem Schütze, chłopakiem Melike. Brat Kiki, Fabian, w czasie zawodów porwał Ariane, ale udało nam się ją odnaleźć i uwolnić, a policja szybko ustaliła, kto stoi za podpaleniem w naszej stadninie. Co prawda okazało się, że Kiki i Fabian Denningerowie nie mieli z tym nic wspólnego, ale i tak zabrali od nas konie i przenieśli do kogoś innego, a ja cieszyłam się jak dziecko, że nie będę się już z nimi widywać. Pożar strawił nie tylko stodołę z zapasami siana i słomy, ale też ciężarówkę z siodłami i uprzężami. Na szczęście wszystko było ubezpieczone i odszkodowanie pokryło straty. No właśnie, ostatnie tygodnie i miesiące obfitowały w pełne grozy przygody, które mogły zakończyć się znacznie gorzej, niż się zakończyły. Jedyne, co mnie jeszcze prześladowało, to złe oceny w szkole.

Wyszłam na podwórze i rozejrzałam się w poszukiwaniu Melike, mojej najlepszej przyjaciółki. Dostrzegłam ją na ławce przy wejściu do stołówki. Siedziała skoncentrowana i coś pisała – pewnie SMS-a do Niklasa.

– Hej! – Melike uniosła głowę i przesunęła się trochę, żeby zrobić mi miejsce. – Co masz taką minę?

Westchnęłam ciężko i opowiedziałam jej o rozmowie z panią Wernke.

– Mierny z niemieckiego i jedynka z angielskiego? – Melike zmarszczyła czoło i popatrzyła na mnie z niedowierzaniem. – Co się stało?

– Jakiś idiotyczny sprawdzian z gramatyki. – Wzruszyłam ramionami. – I zapomniałam przeczytać lektury na niemiecki.

– Co teraz przerabiacie?

– Pojęcia nie mam. Jakieś głupoty o gościu, który był dzieckiem z nieprawego łoża, a potem został zabity, bo ktoś myślał, że jest Żydem, a nie był, i takie tam.

 

Andorra Maksa Frischa – stwierdziła przyjaciółka rzeczowo. Po raz kolejny przeraziła mnie swoją wiedzą. – W zeszłym roku też to przerabialiśmy i powiem ci, że mi się podobało. W tej książce chodzi o winę, uprzedzenia i… rany, Elena!

Melike złapała mnie za ramię i potrząsnęła mocno. W jej oczach błyszczała złość.

– Co ty właściwie wyprawiasz, co? Powtarzanie klasy? Wiesz w ogóle, jakie to idiotyczne? Poza tym chyba się domyślasz, z kim byś wtedy chodziła na lekcje?

– Tak, pewnie… – Załamana spuściłam głowę. – Sprawdzian z angielskiego będzie powtórzony. Może tym razem pójdzie mi lepiej.

– Tak sam z siebie? Nie ma szans. Musisz się dobrze przygotować.

Tyle to i ja wiedziałam. Problem polegał jednak na tym, że nie miałam najmniejszej ochoty zakuwać angielskiej gramatyki, i to zwłaszcza teraz, kiedy pogoda w końcu dopisywała i mogłam pojeździć konno z przyjaciółmi. Na przyszły tydzień zapowiedziano nam jeszcze pracę klasową z matematyki, a ja niestety nie miałam zielonego pojęcia o obliczaniu pól trójkątów i rozwiązywaniu równań z pierwiastkiem.

– Cześć. – Jak na komendę podniosłyśmy głowy, żeby zobaczyć, kto się z nami wita.

Przy ławce stała Ariane Teichert i uśmiechała się przyjaźnie – choć wciąż jeszcze nieco nieśmiało. Podeszła do nas sama, bez swojej zwyczajowej świty złożonej z Tessy i Ricky, które na co dzień nie odstępowały jej na krok.

– Cześć, Ariane – odparła Melike. – Jak się czuje twój ojciec?

– Na szczęście już całkiem nieźle. – Ariane poruszyła głową, jakby odrzucała na plecy burzę blond loków, choć po tej fryzurze zostało już tylko wspomnienie. Na głowie miała krótkiego blond jeżyka. – Dzisiaj mama odbiera go ze szpitala.

Jeszcze całkiem niedawno Ariane nie była do nas, mówiąc delikatnie, przyjaźnie nastawiona. Ba, nawet bardzo poważnie obraziła Melike – lecz od tamtego czasu wiele się wydarzyło. Fabian, jej były chłopak, porwał ją z zawodów, a jej ojciec tak się tym zdenerwował, że jego serce nie wytrzymało i wylądował w szpitalu. A i nową fryzurę Ariane zawdzięczała swojemu byłemu chłopakowi i jego siostrze Kiki. Rodzeństwo Denningerów dodało jej do napoju jakichś narkotyków, żeby później zrobić Ariane kompromitujące zdjęcia, które chcieli opublikować w Internecie. Ariane straciła przytomność, a Kiki zgoliła jej piękne, długie loki, żeby się zemścić za złe traktowanie.

– Czego Wernke od ciebie chciała? – zapytała Ariane.

Nie byłam jeszcze przyzwyczajona do nagłej zmiany jej zachowania. Nie spodziewałam się z jej strony przyjaźni po tak długim czasie wrogości czy obojętności, więc nic dziwnego, że z początku zawahałam się z odpowiedzią.

– Powiedziała mi – wyjaśniłam w końcu – że jeśli się nie wezmę do nauki, będę musiała powtarzać rok.

– O! – jęknęła Ariane. W przeciwieństwie do mnie była całkiem dobra w szkole, bo przykładała się nie tylko do jazdy konnej.

– Z angielskim mogłabym ci pomóc – zaproponowała Melike. – Jestem niezła z gramatyki. Ale jeśli chodzi o matmę, to wybacz…

– Z angielskim jakoś dam sobie radę – odparłam ponuro. – Znacznie gorzej jest właśnie z matmą. W przyszłym tygodniu zaliczę kolejną jedynkę.

– Ja mogłabym ci pomóc – zaproponowała Ariane i speszyła się trochę, widząc moje spojrzenie. – To znaczy, jeśli chcesz oczywiście.

Ariane była najlepsza z matematyki, znacznie lepsza niż chłopaki.

– Ja… to znaczy byłoby super – wyjąkałam. – A znajdziesz na to czas?

– No wiesz… – Wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się krzywo. – Nie mam chłopaka, to trochę czasu wygospodaruję.

W tym momencie odezwała się moja komórka, więc szybko spojrzałam na ekran. Tim napisał do mnie w WhatsApp: „O 3 będę w stajni. Wyskoczymy na przejażdżkę w terenie? Całusy, T.”.

Rozległ się dzwonek, a Melike zerwała się z ławki.

– Super, to mamy ustalone – powiedziała. – Ze mną podciągniesz angielski, a z Ariane matmę. Zrozumiano?

Wkuwanie idiotycznej gramatyki było ostatnią rzeczą, na jaką miałam ochotę – no, może poza ślęczeniem nad jeszcze głupszymi równaniami – ale nie uśmiechały mi się ciągłe kłótnie z rodzicami i powtarzanie klasy.

– Oczywiście. – Udało mi się nawet zmusić do uśmiechu.

– Jeśli chcesz, możemy zacząć dzisiaj po lekcjach – zaproponowała Ariane. – Czy spieszysz się do domu?

Mały diabełek w mojej głowie podpowiedział mi szybko, że pogoda jest piękna i słońce świeci. Jutro zaczniesz, po co już dzisiaj?! Albo w ogóle pojutrze! Tim będzie o trzeciej, więc czeka was cudowna przejażdżka po łąkach albo lesie…

Zawahałam się i już otworzyłam usta, żeby odmówić, ale w porę dostrzegłam ostrzegawcze spojrzenie Melike. Westchnęłam.

– Nie, nie spieszę się. Byłoby super, gdybyśmy mogły zacząć już dzisiaj – odpowiedziałam, po czym odpisałam Timowi: „Sorry, muszę zakuwać matmę. Może zobaczymy się później? Całuski! E.”.

Rozdział 2


DESZCZOWE PIERWSZE dwa tygodnie maja i wspaniała pogoda pobudziły przyrodę do życia. Zieleń dosłownie eksplodowała, wszędzie było widać młode liście i kwiaty, w powietrzu unosiły się cudne zapachy, a trawa na łąkach tak urosła, że lada dzień trzeba będzie pomyśleć o sianokosach. Przejechałam rowerem z przystanku autobusowego do stadniny, jak zawsze mijając po drodze ratusz, i przez całą drogę zastanawiałam się nad niespodziewaną zmianą w zachowaniu Ariane.

Jeszcze kilka lat wcześniej, kiedy chodziłyśmy razem do podstawówki w Steinau, byłyśmy dobrymi koleżankami. Najpierw pobierała lekcje jazdy konnej u mojego dziadka, a potem rodzice kupili jej Domino, kasztanowego kucyka, więc codziennie jeździłyśmy razem. Jednak pewnego dnia wszystko się zmieniło. Teichertowie przeprowadzili się z małego domku w Steinau do luksusowej willi w Königshofen, a Ariane znalazła sobie nowe przyjaciółki. Do dzisiaj pamiętam, jak bardzo przeżywałam, że już mnie nie zaprasza na swoje urodziny, a w szkole mija bez słowa. Dostała od rodziców klacz o imieniu Wróżka, prawdziwego konia, a ja dalej musiałam się męczyć na moim kucyku Siriusie. Na dodatek jej ojciec dokupił jeszcze dwa młode, utalentowane wierzchowce, które mój tata osobiście trenował i wystawiał na zawodach. Potem jednak ojciec Ariane zabrał zwierzęta z naszej stadniny i przeniósł je do „Słonecznej”, do Richarda Jungbluta, największego wroga moich rodziców. Tyle że zapomniał zapłacić za kilka miesięcy wynajmu boksów i objeżdżania swoich zwierząt.

Ariane zadurzyła się w Timie, lecz szybko się zorientowała, że niczego u niego nie wskóra. To sprawiło, że zaczęła wyładowywać swoje frustracje na mnie. Rozpętała kampanię nienawiści przeciwko mnie na portalach społecznościowych i rozpuszczała bardzo krzywdzące plotki o naszej stadninie. Dzięki Melike i Timowi udało się odbić piłeczkę i wiadro pomyj, zamiast wylądować na mojej głowie, wylało się prosto na nią. Po tamtej akcji nie miałam już złudzeń – Ariane stała się moją zagorzałą przeciwniczką.

Tym ostrożniej podchodziłam do jej niespodziewanej propozycji, że zostanie godzinę po zajęciach i w świetlicy będzie tłumaczyła mi matematykę. Jej serdeczność budziła we mnie nieufność, bo z doświadczenia wiedziałam, że Ariane niczego nie robi ot tak, bez ukrytego celu. Dlaczego chciała dawać mi korepetycje? Co zamierzała osiągnąć? Po akcji z uwalnianiem jej w czasie turnieju w Alsfeld całkowicie by mi wystarczyło, gdyby przestała mnie obgadywać. Nie potrzebowałam wyrazów wdzięczności w postaci pomocy w nauce. Czyżby sobie ubzdurała, że tak po prostu zapomnę o wszystkim, co zrobiła i co powiedziała w ostatnich latach?

Przejechałam przez bramę na podjazd, lecz nie zatrzymałam się, żeby odwiedzić Fritziego, bo byłam zbyt głodna. Pedałując, minęłam resztki spalonej stodoły. Na schodach przed gospodą babci leżał Twix, mój brązowo-biały jack russel terrier, ale kiedy mnie zobaczył, zerwał się jak szalony i zaczął szczekać z radości. W kilka sekund pokonał dzielący nas dystans i ujadając, biegł obok, a z radości doskakiwał do moich nogawek.

– No już, już dobrze – starałam się go uspokoić. – Ja też się za tobą stęskniłam, Twiksi.

Nie było samochodu mamy, więc postawiłam rower przy gospodzie „U Wodopoju” i tylnymi drzwiami weszłam do gospody, która dla gości była jeszcze zamknięta. Jak każdego dnia, babcia gotowała obiad dla całej naszej rodziny i wszystkich pracowników stadniny. Wystarczyło, by ktoś nie pojawił się punktualnie o pierwszej po południu przy stole, a robiła się strasznie zła. Na szczęście jednak przyzwyczaiła się, że Christian i ja czasem wracamy ze szkoły po południu. Odkładała dla nas wtedy jedzenie, ale i tak wzburzona fukała, jak można kazać dzieciom tak długo siedzieć na lekcjach.

– Cześć, babciu – przywitałam się, wchodząc do wielkiej kuchni.

– Dlaczego wracasz dopiero teraz? – Babcia była w złym humorze. – Przecież w poniedziałki kończysz wcześniej?

– Napisałam mamie SMS-a, że zostaję dłużej – wyjaśniłam.

– Nic mi nie przekazała – burknęła babcia i wyjęła talerz z szafki.

Poczułam, jak cieknie mi ślinka na widok pyszności, które przygotowała. Babcia nałożyła mi kilka ziemniaków z wody, szparagi i kotlet, a całość polała obficie sosem holenderskim, tak jak lubię, i wstawiła talerz do kuchenki mikrofalowej. Steinau leży w zagłębiu szparagowym, więc od końca kwietnia do początku czerwca jadamy szparagi niemal codziennie, w każdej możliwej odsłonie, a pod koniec sezonu mamy ich dosłownie po dziurki w nosie i przez kilka kolejnych miesięcy nie możemy nawet na nie patrzeć.

– Kotlet jest trochę suchy – ostrzegła mnie babcia.

– Nic nie szkodzi, dziękuję.

Zajęłam miejsce przy dużym kuchennym stole i zaczęłam pałaszować obiad, a między kolejnymi kęsami sprawdzałam smartfon, czy przyszły jakieś nowe wiadomości. W domu obowiązywał całkowity zakaz korzystania z telefonów przy jedzeniu, lecz babcia nie robiła z tego problemu, dopóki z talerza znikało jedzenie. W pięć minut pochłonęłam całą ogromną porcję i zaczęłam się zbierać, żeby biec do stajni, lecz właśnie wtedy wróciła mama. Zatrzymała się przy mnie i opuściła szybę. To był zły znak.

– Cześć! – zawołałam. – Skoczę szybko do stajni i…

– Później się tym zajmiesz – przerwała mi. – Musimy porozmawiać.

Na maneżu trenowali Tim i Niklas.

– Ale…

– Nie ma żadnego ale. Wracaj, proszę, do domu. – Zmierzyła mnie nieznoszącym sprzeciwu wzrokiem, więc powlokłam się za jej samochodem i pomogłam wypakować zakupy i zanieść je do kuchni.

– Kiedy zamierzałaś mi powiedzieć o swoich wybitnych osiągnięciach w szkole? – zapytała mimochodem, ustawiając w lodówce jogurty, mleko i jajka. – Dopiero, kiedy dostaniesz świadectwo bez promocji do następnej klasy?

Świetnie! Czy Wernke naprawdę nie miała nic lepszego do roboty, niż wydzwaniać do moich rodziców i psuć mi dzień?

– Ja… no bo… myślałam… że poczekam, aż napiszę dobrze kolejną kartkówkę – wydukałam.

– Wspaniały pomysł! – Mama oparła ręce na biodrach. – Jak to w ogóle możliwe, że tak bardzo się opuściłaś w nauce? Jedynka z angielskiego! Mierny z niemieckiego! Obijasz się, zamiast pracować!

Spuściłam głowę i zacisnęłam usta.

– Oboje z tatą zostawiamy tobie i Christianowi bardzo dużo wolności – ciągnęła mama. – Ufamy wam, że będziecie mieli dobre wyniki w nauce bez ciągłego pilnowania i kontrolowania ocen. Ale najwyraźniej w twoim przypadku pomyliliśmy się z zaufaniem, bo go nadużyłaś!

– Mamo, ja tylko… – zaczęłam cicho, ale mama nie dała mi dokończyć.

– Eleno, bardzo, ale to bardzo mnie rozczarowałaś! Nie tylko słabymi ocenami, ale też tym, że słowem o nich nie wspomniałaś. Szkoła jest ważniejsza niż jazda konna! I dlatego od dzisiaj masz szlaban na zawody – dopóki się nie podciągniesz w nauce. Tak czy inaczej, codzienne trenowanie dwóch koni to za dużo dla piętnastolatki, która chodzi do szkoły.

Wpatrywałam się w nią z niedowierzaniem.

– Ale mamo… ja przecież jestem w kadrze! – zaprotestowałam. – Muszę brać udział w kwalifikacjach do mistrzostw Hesji!

– Przede wszystkim musisz być na tyle dobra w szkole, żebyś nie została w klasie – odparła lodowatym tonem. – Jak nie będziesz już zagrożona, możesz startować w tylu zawodach, w ilu ci się zamarzy. Ale dopóki nie poprawisz ocen, nie mamy o czym rozmawiać.

 

Z tymi słowami odwróciła się i zajęła rozpakowywaniem reszty zakupów.

– Dzisiaj muszę jeszcze objechać konie – powiedziałam.

– Nie ma problemu. Możesz robić, co chcesz, jak tylko skończysz zadania domowe i przyniesiesz je do sprawdzenia.

Wprawdzie liczyłam się z kazaniem i może nawet z lekką awanturą, ale na pewno nie z tak drastyczną karą jak zakaz startów! Otworzyłam usta, chcąc zaprotestować i wyjaśnić mamie, że dzisiaj miałam już pierwsze korepetycje z matmy, a jutro Melike będzie mnie uczyć gramatyki angielskiej, lecz wiedziałam, że teraz wszystko na nic. Mamy nie dało się przekonać obietnicami. Nie zmięknie, dopóki nie zobaczy efektów.

– Przy okazji, przyszedł do ciebie list – powiedziała, nie patrząc w moją stronę. – Z Ameryki.

Bez słowa chwyciłam plecak i wyszłam z kuchni. Przychodząca poczta trafiała na komódkę pod lustrem w garderobie. Dziś, na samym wierzchu leżała ręcznie zaadresowana, bladoniebieska koperta z nadrukiem air mail. Podekscytowana spojrzałam na dane nadawcy na odwrocie: Brenda Murray, Oaktree Farm, Fall River, Massachusetts.