Charlotte i pierwsza miłośćTekst

Z serii: Charlotte #4
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Wielki dzień!

Zawody w Bischofsheim

Zaczynają się schody!

Przyspieszone bicie serca

Skoki w galopie

Won Da Pie pokazuje, na co go stać

Gnojne siostry

Starsi bracia to jakaś masakra

Nic już nie będzie takie samo!

Piękny dzień ze strasznym zakończeniem

Twarda kobieta

Ponury nastrój i różowa mgła

Inga powraca!

Ech, życie!

Straszna kłótnia

Co się dzieje z Doro?

Uroczyste wbicie łopaty

Konie do jazdy westernowej i zdechlak

Bez odwrotu

Ponowne spotkanie z Gento

Pan Schmidt mówi adieu!

Mafia z Georgshofu tryumfuje

Co przyniesie przyszłość?

Tytuł oryginału

CHARLOTTES TRAUMPFERD – ERSTE LIEBE, ERSTES TURNIER

Copyright © 2015 by Planet! in Th ienemann-Esslinger Verlag GmbH, Stuttgart

Copyright © 2016 for the Polish edition by Media Rodzina Sp. z o.o.

Zdjęcie na okładce © Viktoriia Bondarenko/shutt erstock

Projekt okładki

Lucyna Talejko-Kwiatkowska

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

ISBN 978-83-8008-276-2

Media Rodzina Sp. z o.o. ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań tel. 61 827 08 60 mediarodzina@mediarodzina.pl www.mediarodzina.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dla Beate

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes


Wielki dzień!

Na dworze jeszcze panował mrok, a powietrze było świeże i rześkie, kiedy szłyśmy z Doro długim podjazdem do stadniny. Na niebie migotały ostatnie gwiazdy, na wschodzie zaczynało już świtać, a ptaki rozpoczęły poranne trele. Pośrodku dziedzińca stał wielki srebrny transporter. W ostrym świetle reflektora umieszczonego nad wejściem do stajni dostrzegłam opuszczoną rampę auta. Poczułam niepokój na myśl, że mój koń zaraz będzie musiał po niej przejść. Dziś wreszcie nadszedł dzień, na który czekałam od dwóch miesięcy, a więc od chwili, kiedy nasz trener pan Weyer zapytał, czy mam odznakę jeździecką, bo będzie mi potrzebna! Po raz pierwszy w życiu miałam wziąć udział w zawodach w skokach i to w dwóch kategoriach: L i P. Co więcej, nie w jakichś zwykłych zawodach naszego związku, ale miałam dosiadać Won Da Piego na dużych krajowych zmaganiach w Bischofsheim!

– Ale jestem podekscytowana! – wyznałam przyjaciółce. – Normalnie pękam z radości!

– Zazdroszczę ci – odparła Doro. – Na następnych zawodach wystartuję i ja.

Kilka tygodni wcześniej Doro złamała rękę i nie mogła trenować. Mimo to planowała wystartować na Cornadzie, swoim siwym wałachu, w Bischofsheim w dwóch konkursach skoków w kategorii L. Przed trzema dniami się przyznała, że ramię cały czas sprawia jej ból, na co rodzice uznali, że rozsądniej będzie odpuścić sobie ten start. Bardzo mnie to zaskoczyło, bo Doro była znacznie ambitniejsza ode mnie i nie mogła się doczekać pierwszego startu w prawdziwych zawodach.

– Miejmy nadzieję, że do tego czasu ci przejdzie – powiedziałam. – Super, że mimo wszystko ze mną jedziesz i chcesz mi pomagać.

– No coś ty, jak mogłabym przepuścić twoje pierwsze zawody?! – Doro uśmiechnęła się szeroko. – Poza tym będziesz potrzebowała kogoś do noszenia tych wszystkich pucharów, co?

– Akurat. A tak serio, to nie sądzę, żebym cokolwiek wygrała. Tam startuje masa ludzi z takim doświadczeniem, że aż głowa boli. Będę się cieszyła, jeśli Wondy i ja zrobimy pełen przejazd bez jakichś żenujących wpadek.

Tak między nami, to nie była prawda. Oczami wyobraźni widziałam, jak sędzia główny przypina do ogłowia Wondy’ego złoty kotylion, a potem ruszamy galopem wykonać rundę honorową. Jednak nie zdradziłam tego nawet mojej najlepszej przyjaciółce, która wiedziała o mnie prawie wszystko.

Won Da Pie, który stał w jednym z zewnętrznych boksów, mimo ciemności rozpoznał mnie już z daleka i zarżał głośno. To radosne powitanie nieodmiennie wprawiało mnie w lepszy nastrój mimo kpin brata, że Wondy cieszy się tylko na marchewki, które mu zawsze przynoszę.

– Już idę! – zawołałam do swojego konia.

Jeszcze rok temu bałam się jeździć w siodle. Dwa dni przed każdą jazdą traciłam apetyt, a do stadniny szłam jak na ścięcie. Doro cieszyła się na kolejną lekcję, a mnie robiło się niedobrze. Nikomu bym się do tego nie przyznała, ale panicznie bałam się szkolnych koni Hanko i Fariny, nie mówiąc już o podstępnym Śnieżynku, bo potrafiły dać jeźdźcowi w kość i chętnie to robiły. Nasz poprzedni trener, pan Kessler, musiał zdawać sobie z tego sprawę, bo przydzielał mi zazwyczaj moje ukochane koniki: Goldiego, Tanję czy Liesbeth. Kiedy był chory albo musiał wyjechać, zastępował go Alex, syn wiceprzewodniczącego zarządu naszego związku, a on z upodobaniem kazał mi jeździć właśnie na tych zwierzętach, których się śmiertelnie bałam.

Strach przed jazdą pokonałam dopiero dzięki Won Da Piemu, od którego przez kilka ostatnich miesięcy bardzo wiele się nauczyłam. Gniady wałach był jednocześnie pełen temperamentu i delikatny, a choć już nie jeden raz z niego spadłam, darzyłam go pełnym zaufaniem. Odkąd był mój i mogłam jeździć na nim codziennie, zniknął strach przed skokami. Wręcz przeciwnie – pokochałam to! Mój wierzchowiec wspaniale skakał i nie denerwował się, jeśli ja popełniałam jakiś błąd. Już od miesięcy nie miewałam koszmarów, które wcześniej regularnie mnie nawiedzały.

Weszłyśmy z Doro do stajni.

– Cześć! – zawołała Katie. Przywiązała Asseta, swojego kasztanowego wałacha, w głównej alei stajni i wyczesywała mu słomę z ogona. – Jak tam? Dobrze spałaś?

Dziewczyna miała na sobie białe bryczesy, na które dla ochrony przed brudem wciągnęła różowe spodnie od dresu.

– Hej – odpowiedziałam. – No pewnie. Jak kamień.

Katie von Richter i jej brat Sven już w poprzedniej stadninie byli uczniami naszego trenera, a w lutym, kiedy pan Weyer zaczął uczyć w naszym Związku Jeździeckim Bad Soden, oni przenieśli się razem z nim i wstawili do nas swoje konie, Asseta i Star Appeala. Od samego początku bardzo ich nie lubiłam, bo zachowywali się okropnie arogancko i krytykowali w naszej stadninie wszystko, co nam się akurat podobało. Ich matka, którą Doro w tajemnicy nazywała Smoczycą, bezustannie próbowała wychodzić w stadninie jakieś fory dla swoich dzieci. Jednak pewnego dnia natknęłam się na Katie w toalecie, jak siedziała na podłodze i strasznie płakała. Wtedy zrozumiałam, jak bardzo jest nieszczęśliwa. Nie miała przyjaciół i nienawidziła wtrącania się matki we wszystko, co ich dotyczyło, bo przez to nikt ich nie lubił. Zaproponowałam jej, żeby wzięła udział w naszym wielkim przejeździe przez miasto, a potem, w dniu otwartych drzwi w naszej stadninie, ona, Thierry i ja daliśmy pokaz skoków. Dołączyła nawet wtedy, kiedy szliśmy na obrady rady miasta, w czasie których miała zapaść decyzja dotycząca przyszłości stadniny! Bardzo się wtedy zmieniła i wszyscy stwierdzili, że w gruncie rzeczy to całkiem fajna dziewczyna. Jej brat, którego przezywaliśmy Draconem, i który nigdy nie przepadał za jazdą konną, w końcu znalazł w sobie dość odwagi, żeby powiedzieć o tym matce, a kiedy ona zaczęła się rozglądać za kimś, kto mógłby zamiast syna objeżdżać jego konia, na którego wołała Gwiazdek, zaproponowałam jej Simona Orthmanna. Simon! Wystarczyło, że o nim pomyślałam, a moje serce zaczęło bić szybciej.

 

– No proszę, już jesteście! Dzień dobry! – Z siodlarni wyszła Smoczyca i z kubkiem kawy w dłoni spojrzała na zegarek. – Za pół godziny musimy zacząć pakować konie!

– Będziemy gotowe! – zapewniłam ją.

Poprzedniego wieczoru Katie i ja zaniosłyśmy do samochodu siodła, ogłowia i nasze ubrania, żeby dziś rano już o tym nie myśleć i skupić się tylko na wierzchowcach. Katie, która od lat startowała w różnych zawodach, zgłosiła nas wcześniej przez Internet.

Won Da Pie szczypał mnie zębami i przytulał głowę, kiedy otworzyłam jego boks i zakładałam nowy skórzany kantar. Kupiłam go specjalnie z myślą o czekającym nas przejeździe na zawody. Piękne ciemne oczy Wondy’ego błyszczały chęcią działania.

– Ciekawe, czy wie, że dzisiaj jest bardzo wyjątkowy dzień? – zapytałam Doro.

– No pewnie! – przytaknęła przyjaciółka. – Widział przecież transporter i na sto procent wyczuwa twoje podenerwowanie. Poza tym nie zapominaj, że wczoraj zaplotłyśmy mu grzywę!

– Oby nie robił żadnych scen, jak przyjdzie do ładowania.

Wyprowadziłam go z boksu, przywiązałam na stanowisku do podkuwania i zdjęłam mu z grzbietu derkę. Doro sprawdziła warkoczyki, ale na szczęście żaden się nie rozplątał.

– Przynajmniej on spędził dzisiaj spokojną noc – zauważyłam. – Popatrz na jego ogon, cały w słomie.

Wyszczotkowałam mu sierść, która od ostatniego golenia przed kilkoma tygodniami zdążyła trochę odrosnąć i cudownie błyszczała. Potem oczyściłam mu kopyta, natłuściłam je i zabrałam się do nakładania na nogi nowych ciemnoniebieskich owijek transportowych z miękką podbitką. Jednak z tym nie mogłam sobie poradzić, bo Won Da Pie ani przez chwilę nie chciał stać spokojnie. Po kilku minutach ociekałam potem.

– Nie dam rady – wysapałam i odgarnęłam z twarzy przylepione kosmyki włosów. – Co za paskud…

– Poczekaj, pomogę ci. – Smoczyca wyrosła jakby spod ziemi przy stanowisku do podkuwania koni. Poklepała Won Da Piego po szyi, po czym odwiązała go i podała mi uwiąz. – Ty go tylko przytrzymaj.

Posłusznie wykonałam polecenie i zaskoczona patrzyłam, z jaką wprawą matka Katie nakłada owijki. Miałam wrażenie, że nie ma rzeczy, której by nie potrafiła, a co więcej, robiła wszystko dwa razy szybciej niż inni.

– Proszę. Teraz przynajmniej się nie pokaleczy, jeśli w czasie transportu zrobi się nerwowy.

Potem spojrzała na mnie i zrobiła pełną dezaprobaty minę.

– Charlotte! Jak ty wyglądasz?! – zawołała ze zgrozą, a ja poczułam się jak umorusany dzieciak. – Chodź tutaj, zaplotę ci warkoczyk.

Twarz Doro rozjaśnił szeroki, kpiący uśmiech, który zdążyłam dostrzec, zanim przyjaciółka się odwróciła. Matka Katie chwyciła szczotkę do ogona i zdjęła mi z głowy gumkę, po czym kilkoma energicznymi ruchami rozczesała moje ciemnoblond włosy, a na koniec błyskawicznie zaplotła je w warkocz.

– Auć! – zaprotestowałam. – Za ciasno! Nie mogę poruszać brwiami!

– A po co miałabyś nimi poruszać? – odparła Smoczyca. Spojrzała na mnie krytycznym wzrokiem i uśmiechnęła się zadowolona.

– Dziękuję – wymamrotałam. – Bardzo miło z pani strony, że zabiera pani mnie i Wondy’ego na zawody, chociaż mogła pani dłużej pospać.

Konkurs skoków w kategorii L rozpoczynał się o dziewiątej rano, a Katie pierwszy start miała zaplanowany dopiero na czternastą.

– Nie ma o czym mówić. A teraz załóż mu szybko derkę osuszającą i zamocuj ją pasem. Kiedy będziesz gotowa, możemy ładować konie do transportera. – I już jej nie było.

– Charlotte! Jak ty wyglądasz?! – zachichotała Doro, kiedy mama Katie nie mogła jej już usłyszeć. – Rany, ona ma nierówno pod sufitem! Ja bym sobie nie dała zaplatać warkoczyków!

Potrząsnęła grzywą loków i prychnęła wzburzona.

– Bo wiesz, w porównaniu z Katie rzeczywiście marnie wypadam – przyznałam i zarzuciłam Won Da Piemu piękną szarą derkę, również całkiem nowy nabytek. – Serio, nie mam pojęcia, jak ona to robi, że zawsze idealnie wygląda! A ja… wystarczy, że wejdę do stajni, to już jestem cała w plamach i mam czarne paznokcie.

– Simonowi taka się podobasz – odparowała Doro, a ja natychmiast poczułam motylki w brzuchu. – Więc nie pozwól, żeby jedna z drugą ci wmówiły, że jest źle!

W głosie przyjaciółki usłyszałam pogardliwy ton, lecz w żaden sposób tego nie skomentowałam, tym bardziej że ten warkoczyk był naprawdę fajny. Żałowałam, że nie radzę sobie z robieniem ciekawych fryzur, a jedyne, co mi wychodzi, to nudny koński ogon.

W tym czasie na dworze zrobiło się widno. Coraz więcej ptaków dołączało do porannego koncertu, a gnojownik parował w chłodnym powietrzu kwietniowego poranka. Znad rosnącego nieopodal lasu unosiła się cudowna ziemista woń, tak charakterystyczna dla wczesnej wiosny. Las o każdej porze roku pachniał inaczej i już teraz wiedziałam, że bardzo będzie mi go brakować, kiedy z całą stadniną przeniesiemy się na drugą stronę miasta. Tak jest, to miała być ostatnia wiosna, którą razem z naszymi końmi mogliśmy się cieszyć w tym miejscu. Wszystko wskazywało na to, że z końcem roku będzie gotowa nowa stadnina, a dotychczasowa, po ponad sześćdziesięciu latach działania, zostanie rozjechana przez spychacze, przygotowujące miejsce pod budowę jakiegoś osiedla.

Wyprowadziłam Won Da Piego ze stanowiska do podkuwania i ponownie natknęłam się na panią von Richter, która stała z trenerem Weyerem w drzwiach stajni.

– Powodzenia dzisiaj rano! I pamiętaj, co ci mówiłem: pierwszy konkurs zawodów jest na styl konia – przypomniał. – Będę na popołudniowym konkursie w klasie P.

Katie wyprowadziła ze stajni swojego konia, a Asset posłusznie wmaszerował obok niej po stromej rampie do środka transportera. Podróżował na zawody już setki razy i dla niego podróż samochodem nie była niczym nowym. Za to Won Da Pie, zgodnie z moimi obawami, zaczął robić straszne sceny: rżał głośno, tańczył i tak mocno uderzał kopytami w bruk, że podkowami krzesał iskry. Podejrzewałam, że wyczuwał też moje zdenerwowanie, bo rzucał się i nie chciał wejść do auta.

– Ciiii! Spokojnie! – Starałam się go wyciszyć, ale wszystko na próżno.

– Czekaj, pomogę ci – zadecydowała Smoczyca i wyjęła mi z dłoni uwiąz.

Potem szarpnęła nim delikatnie, ale zdecydowanie, a Won Da Pie natychmiast sobie przypomniał, że przecież jest dobrze wychowanym koniem, i zrobił się potulny jak baranek. I zanim zdążyłam zacząć się martwić, czy posłucha obcej osoby, on posłusznie podreptał za Smoczycą do wnętrza transportera. Katie zamknęła za nim przegrodę i zablokowała ją metalowym skoblem.

– W takim razie chyba możemy ruszać – oznajmiła pani von Richter. Przywiązała jeszcze uwiąz Won Da Piego i razem z córką zeszły na dziedziniec, by z pomocą pana Weyera zamknąć za sobą rampę załadowczą.

– O rany – jęknęłam. – Niech sobie twoja mama będzie, jaka chce, ale prawdziwa z niej zaklinaczka koni – powiedziałam zaskoczona tym, co zobaczyłam.

– Aha. – Katie wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się krzywo. – Ma po prostu ogromne doświadczenie.

– Dziewczęta! Wsiadamy i jedziemy! – Smoczyca zaklaskała głośno, a my posłusznie wdrapałyśmy się do szoferki. Chwilę później samochód podskakiwał na wyboistej drodze w stronę bramy stadniny.


Zawody w Bischofsheim

Katie siedziała w fotelu pasażera, a Doro i ja zajęłyśmy miejsca na kanapie w luksusowo wykończonej kabinie mieszkalnej za nią. Transporter wyposażony był nawet w maleńki aneks kuchenny z lodówką, zlewem, kuchenką mikrofalową, zwykłą kuchenką elektryczną i ekspresem do kawy. Do naszej dyspozycji był też kącik wypoczynkowy ze stolikiem i telewizorem! W jednej z szafek wisiały nasze stroje startowe. Ja nie miałam odpowiedniej marynarki, więc Katie zaproponowała mi wielkodusznie pożyczenie jednej ze swoich, bo w garderobie miała ich do wyboru, do koloru. Przymierzyłam chyba wszystkie i zdecydowałam się na ciemnoszarą, która pasowała na mnie jak ulał. Na taśmie przymocowanej do ściany szoferki wisiały niezliczone kotyliony w różnych kolorach, od złotego do zielonego – a większość z nich zdobyła Katie. Jej brat nie odnosił takich sukcesów jak ona, mimo że przecież Star Appeal też był świetnym koniem. Przez drzwi z tyłu kabiny można było wejść do części transportowej przeznaczonej dla koni, a na desce rozdzielczej znajdował się monitor służący do obserwowania przewożonych zwierząt. Won Da Pie był trochę zdenerwowany, choć w czasie przejazdu przez Bad Soden pani von Richter każdy zakręt pokonywała do przesady powoli i ostrożnie.

– Mam wprowadzić adres do nawigacji? – zapytała Katie.

– Oczywiście – odparła Smoczyca. – Drogę znam wprawdzie na pamięć, ale przynajmniej sprawdzimy dokładny czas przyjazdu.

Katie wpisała do nawigacji dane, po czym zajęła się swoim smartfonem. Weszła na stronę biura zawodów i otworzyła listy startowe konkursów skoków.

– No nie wierzę! – zawołała po chwili. – Ta idiotka Johanna Messner startuje na Aquino w klasie P. To się w głowie nie mieści!

– Dlaczego? – Doro była zaintrygowana.

– Aquino dosiada zazwyczaj jej ojciec. – Katie odwróciła się twarzą do nas. – I wygrywał już na nim skoki w klasach C i CC.

– Jeśli konkurs jest tak rozpisany, że jej koń może wystartować, to znaczy, że nie było żadnych przeciwwskazań – wtrąciła Smoczyca.

– Johanna mnie nienawidzi – stwierdziła Katie i zachichotała. – W zeszłym roku na wszystkich zawodach byłam od niej lepsza. Pewnie się boi, że znów przegra, więc wybrała Aquino. Tylko że Asset jest i tak znacznie szybszy niż ten jej krążownik!

– A znasz jeszcze kogoś spośród startujących? – zapytałam i poruszyłam brwiami, żeby poluzować warkoczyk.

– Pewnie. I to wszystkich – wyjaśniła Katie, nie odrywając wzroku od ekranu telefonu. – W końcu od lat każdy weekend spędzam na jakichś zawodach. Przy takim trybie życia nic dziwnego, że człowiek zna wszystkich zawodników, konie i sędziów z okolicy.

– Aha.

– W konkursie w kategorii L na ocenę stylu sędziują Werner i Kirchberg, dwa dziadki w okularach ze szkłami jak denka od butelek – dodała kpiącym tonem. – Jeśli odpowiednio słodko się do nich uśmiechniesz przy powitaniu, to wystarczy, że nie spadniesz z konia, a zwycięstwo masz w kieszeni.

– Ależ, Katharino! Jak możesz mówić takie rzeczy?! – zganiła córkę pani von Richter. – Pan Werner ma najwyżej sześćdziesiąt lat i nie jest żadnym dziadkiem!

– Ciekawe, jak sobie poradzą z wejściem po stromych schodkach na stanowisko sędziowskie! Zobaczycie, będą tam wyglądali jak ci dwaj z Muppetów! – Katie wybuchnęła śmiechem.

– Obaj są bardzo kompetentni i sprawiedliwi. – Smoczyca wzięła sędziów w obronę. – Nie rozumiem, dlaczego tak źle o nich mówisz, w końcu zawsze bardzo wysoko cię oceniali.

– Na zawodach cholernie ważna jest właściwa pasza. – Katie nie zareagowała na słowa matki, ale przynajmniej odłożyła telefon.

– Pasza? Dla koni? – zapytałam zaskoczona.

– No co ty! Jedzenie! Dla nas! – Katie zaśmiała się radośnie. – Jak człowiek jest trzy dni pod rząd od rana do późnego wieczora na nogach i bez przerwy musi coś robić, a można kupić jedynie tłuste kiełbasy, frytki, sałatkę ziemniaczaną z majonezem i kanapki z metką, po których przez cały dzień trzeba wydłubywać spomiędzy zębów kawałki mięsa, to mówię wam, to jest jakaś tragedia.

Racja, o tym w ogóle nie pomyślałam.

– I właśnie dlatego zawsze biorę ze sobą odpowiedni prowiant – wtrąciła się Smoczyca. – Jednak znacznie ważniejsze są warunki na miejscu, czyli jakość podłoża, na którym się startuje i trenuje, miejsca parkingowe i całość infrastruktury. Ośrodek jeździecki w Bischofsheim nie jest może położony w cudownym miejscu, z dala od cywilizacji, ale przynajmniej jest tam bardzo prosty dojazd z autostrady. A kryta ujeżdżalnia jest znacznie większa niż niejeden maneż na wolnym powietrzu.

– Miejmy nadzieję, że będziemy mogły zaparkować na jakimś placyku, a nie na podmokłej łące – dodała Katie. – Dwa lata temu musieli rano parkować transportery traktorami, a potem wieczorem znów je wyciągać, bo parking zorganizowali na bagnistym polu. Możecie chyba sobie wyobrazić, jak wszystko potem wyglądało – buty, konie, siodła i samochody były całe w błocie.

Pani von Richter wjechała na autostradę na wysokości centrum handlowego Main-Taunus-Zentrum w kierunku Wiesbaden. Od tej pory droga prowadziła tylko prosto, więc Won Da Pie już się tak nie denerwował.

 

Nieraz widziałam, jak Isa czy Nicole jechały z końmi na zawody. Czasem Alex albo Gunter zawozili je tam prastarą ciężarówką należącą do naszego związku, jednak najczęściej podróżowały zwykłym samochodem z końmi w przyczepce. Pan Lauterbach, właściciel Gento, którym się opiekowałam, w sezonie również niemal co tydzień jeździł na zawody. A ja marzyłam wtedy, żeby móc kiedyś pojechać i wystartować. I tak oto moje marzenie właśnie się spełniało, lecz rzeczywistość okazała się zupełnie inna niż moje wyobrażenia. Pani von Richter i Katie rozmawiały w czasie jazdy o tak przyziemnych sprawach jak ukochany sweterek, który zaginął dawno temu, a ostatnio przez przypadek się odnalazł w worku z rzeczami dla organizacji charytatywnych, o marynarce, którą trzeba było odebrać z pralni, i o sąsiadach, którzy worki ze śmieciami zmieszanymi wystawiali zawsze zbyt wcześnie, a potem sroki i wrony rozrywały plastik i śmieci walały się po całej ulicy.

Ani matka, ani córka nie przejawiały najmniejszych oznak zdenerwowania zbliżającym się startem w zawodach. Byłam zaskoczona, chyba nawet rozczarowana tym, z jaką obojętnością obie to wszystko traktowały. Jednak po chwili zrozumiałam, że to, co mnie jawiło się jako najdonioślejsza chwila całego dotychczasowego ”końskiego” życia, dla Katie i jej matki już dawno stało się chlebem powszednim. To chyba trochę tak, jak z moim starszym bratem Philem, który dawniej co weekend jechał na jakiś mecz. Na początku za każdym razem robił z tego wielkie halo, a na lodówce na środku drzwi wisiał ogromny plan rozgrywek drużyny młodzików, na który Phil starannie nanosił wynik każdego spotkania. Po powrocie zdawał relację całej rodzinie, opowiadał o stanie murawy, o przebiegu meczu i roztrząsał każdą decyzję sędziego. Jednak z biegiem czasu przestał się tym tak bardzo ekscytować i przekazywał tylko krótką informację, że wyjeżdża. Plan meczów trafił na tablicę w korytarzu, gdzie zniknął w gąszczu innych karteczek i wiadomości, a Phil, zapytany o wyjazd, odpowiadał krótko, że wygrali 2:1 albo przegrali 3:2. I tyle.

Nie wątpiłam, że mój brat nadal kocha piłkę nożną, lecz w miarę upływu czasu ten sport stał się naturalnym elementem jego życia. Czy w moim przypadku będzie podobnie? Czy będę tak często jeździła na zawody, że mi spowszednieją?

Drgnęłam, wyrwana z zamyślenia sygnałem komórki. Jednak ku mojemu rozczarowaniu była to tylko wiadomość od mamy, która życzyła mi powodzenia. Zapowiedziała również, że po południu postarają się przyjechać z tatą i moim młodszym rodzeństwem, żeby mi kibicować.

– To on? – szepnęła Doro, nie kryjąc ciekawości.

– Nie, to tylko mama – wyjaśniłam i szybko wystukałam odpowiedź. – Przyjadą dzisiaj po południu. Myślisz, że chociaż zapytała, czy Wondy dał się bez problemu załadować do transportera albo jak znosi podróż? Co ty, ani słowa na ten temat! To jej nic a nic nie interesuje!

– Ojej, nasi rodzice nie mają nawet bladego pojęcia o koniach – wyjaśniła przyjaciółka. – I bardzo dobrze, jeśli mam być szczera. Pomyśl tylko, że jeździliby z nami na każde zawody albo przesiadywali cały dzień w stajni jak Smoczyca. Dziewczyno, to dopiero byłby problem!

– No tak, znowu masz rację.

Schowałam telefon, ale najpierw sprawdziłam, czy nie przyszła jakaś wiadomość od Simona. Niestety nie. Dzisiaj jeszcze ani razu do mnie nie napisał, co było dość dziwne, bo przecież wiedział, że to dla mnie bardzo wyjątkowy dzień. Z drugiej strony nie musiał przecież do mnie pisać. Może był zły, że nie zapytałam, czy też chciałby jechać?

Kiedy ja łamałam sobie nad tym głowę, Smoczyca dotarła do naszego zjazdu, włączyła kierunkowskaz i zjechała z autostrady, by po chwili skręcić w polną drogę, tak samo jak samochód osobowy z przyczepą do przewozu koni i niewielka ciężarówka przed nami. Tędy prowadził dojazd do ośrodka jeździeckiego Bischofsheim.

– Świetnie – zauważyła Katie zadowolonym głosem. – W tym roku można parkować na maneżu!

– O rany! – zawołała Doro na widok ogromnej liczby transporterów i przyczep dla koni, które już zdążyły zaparkować. – Jak w centrum w godzinach szczytu!

– No jakoś musiało tu dotrzeć tych stu trzydziestu dwóch zawodników z kategorii L – wyjaśniła Katie. – Poza tym w Bischofsheim zawsze są tłumy. To największe zawody w sezonie i mają naprawdę wielką ujeżdżalnię, więc wszyscy lubią tu jeździć.

– Chyba zaraz zemdleję!

– Wyluzuj! – zawołała Katie odważnie i otworzyła drzwi, ledwie samochód się zatrzymał. – Weź koniecznie marynarkę i toczek! Idziemy obejrzeć parkur!

Razem opuściłyśmy rampę, a Wondy zarżał głośno. Próbował wyglądać nad przegrodą i drapał kopytem w podłogę.

– Zaraz wysiadasz, kochany – pocieszyłam go. – Jeszcze tylko troszkę cierpliwości!

Wszędzie dookoła z przyczep i transporterów wyprowadzano i siodłano konie, a część zawodników i zawodniczek ruszała już do hali, gdzie można było rozprężyć wierzchowce. Podeszłyśmy do kampera, w którym urządzono biuro zawodów, i Katie poprosiła o listę startową.

– Może my też powinnyśmy zabrać się już do siodłania, co? – zapytałam niepewnie.

– Jest dopiero wpół do dziewiątej – uspokoiła mnie Katie i podała listę. – Konkurs zaczyna się o dziewiątej, a ty jesteś dwudziesta szósta w pierwszej turze. To oznacza, że masz jeszcze bardzo dużo czasu.

Cudownie było zobaczyć swoje nazwisko na liście startowej. Razem z Doro poszłyśmy za Smoczycą i Katie do dużej hali, która na co dzień służyła jako miejsce do czyszczenia i pielęgnacji koni. Było w niej solarium i stanowisko do kąpania zwierząt. Na czas zawodów wzniesiono tutaj stoiska, postawiono kuchnię polową i ustawiono ławki ze stołami, przy których siedzieli goście, pijąc kawę i jedząc śniadanie. Kiedy przechodziłyśmy, wielu z nich pozdrawiało Katie i jej mamę.

– To może ja napiję się teraz kawy, a wy w tym czasie obejrzyjcie dokładnie parkur – zadecydowała Smoczyca.

– Dobrze – potaknęła Katie, po czym dźgnęła mnie palcem w żebro i szepnęła: – Wkładaj marynarkę i toczek. – Zgodnie z regulaminem zawodów na parkur można wejść jedynie w ”odpowiednim stroju”, jak to się ładnie nazywa.

Ściągnęłam szarą kurtkę i zamiast niej włożyłam marynarkę. Dzięki warkoczykowi toczek siedział znacznie pewniej na mojej głowie i nie zjeżdżał mi już na czoło.

– No proszę, oto Kirchberg we własnej osobie – syknęła Katie. – Uważajcie, ten staruszek na mnie leci!

Obdarzyła go promiennym uśmiechem.

– Dzień dobry panu! – zawołała do starszego, siwawego mężczyzny w marynarce w kratkę.

– Witaj, Katie! – odpowiedział sędzia przyjaźnie. – Cóż porabiałaś zimą? Nie marnowałaś czasu?

– Nic a nic! – Uśmiechnęła się szeroko. – A od początku tego roku nasze konie stoją w Bad Soden.

– Tak, słyszałem o tym. – Sędzia Kirchberg uśmiechnął się. – I słyszałem też o wspaniałej akcji ratowania waszej stadniny. To, co udało się osiągnąć młodzieży ze związku, naprawdę robi wrażenie. Ale powiedz mi tylko, co robisz tu tak wcześnie? Chyba nie planujesz startu w ocenie stylu konia w kategorii L?

– Nie, oczywiście, że nie. – Katie objęła mnie serdecznie. – Ale moja przyjaciółka Charlotte Steinberg tak! To jej pierwsze zawody w życiu! Tak nawiasem mówiąc, to ona zorganizowała przejazd przez miasto i akcję zbierania miliona euro na nową stadninę.

– No proszę, a więc to ty! – Sędzia przyjrzał mi się uważnie przez grube szkła okularów, a ja natychmiast poczułam, jak płoną mi policzki. – O ogromnym zaangażowaniu młodzieży wiem od mojego przyjaciela Herrmanna Starka. A ty mi wyglądasz na bardzo odważną młodą damę!

Doro stała nieco dalej, obok bandy, i trzymała moją kurtkę przewieszoną przez ramię. Słysząc słowa sędziego Kirchberga, uśmiechnęła się szeroko.

– Ee… ja… no tak… – wydusiłam z siebie niepewnie, choć zwykle nie zapominałam języka. Nie sądziłam tylko, że tutaj, na zawodach w Bischofsheim, ktokolwiek będzie wiedział, co takiego zrobiłam.

– Chętnie porozmawiałybyśmy dłużej, ale teraz musimy pędzić obejrzeć parkur – oznajmiła Katie i ujęła mnie pod ramię.

– O tak, koniecznie! – odparł sędzia. – I powodzenia w pierwszych zawodach, Charlotte!

– Dzię… dziękuję… – wydukałam i poruszona poczłapałam za Katie na ujeżdżalnię pełną kolorowych przeszkód, gdzie przechadzali się jeźdźcy i odmierzali odległości między kolejnymi skokami.

– Ty chyba sobie żartujesz! – syknęłam do Katie.

– Co chcesz, przecież świetnie poszło! – odpowiedziała i zaśmiała się cicho. – U Kirchberga już masz same plusy, a zaraz pójdzie opowiedzieć kolegom, kogo spotkał.

– A co będzie, jeśli zepsuję przejazd? – Zatrzymałam się. – Wszyscy będą się ze mnie śmiali i…

– Rany, chyba nie myślisz, że się zbłaźnisz, dziewczyno?! – przerwała mi tonem swojej matki. – Won Da Pie to świetny koń, a ty już nieraz jeździłaś na nim przed znacznie większą publicznością. Przypomnij sobie choćby pokaz na powitanie Weyera w stadninie czy w czasie drzwi otwartych.

Rozejrzałam się po krytej ujeżdżalni, przynajmniej tak dużej jak plac ćwiczebny w naszej stadninie. Odetchnęłam głęboko.

– Masz rację – powiedziałam zdecydowanym tonem. – Oczywiście, że się nie zbłaźnię.

– I tak trzymać – potaknęła Katie. – A teraz chodź. Tutaj jest start, a tamten biało-czerwony okser to przeszkoda numer jeden.

Przeszłam z Katie cały plac od jednej przeszkody do następnej i uważnie słuchałam wszystkiego, co mówiła. W porównaniu z tym, co skakałam na Wondym u nas, ustawione tutaj przeszkody były stosunkowo niskie, co wcale nie musiało okazać się ułatwieniem. Won Da Pie miał bowiem tendencję do lekceważenia mało wymagających skoków. Zakończyłyśmy obchód i ruszyłyśmy do wyjścia, gdzie czekała na nas Doro. Podała mi kurtkę.