Gwiezdny PyłTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Pieśń

Rozdział pierwszy, w którym poznajemy wioskę Mur i dowiadujemy się o czymś niezmiernie ciekawym, co zdarza się tam każdego dziewiątego roku

Rozdział drugi, w którym Tristran Thorn osiąga wiek męski i składa pochopną obietnicę

Rozdział trzeci, w którym poznajemy kilka innych osób, część z nich żywych, głęboko zainteresowanych losem spadającej gwiazdy

Rozdział czwarty Czy można dojść tam w blasku świeczki?

Rozdział piąty, w którym sporo walczy się o koronę

Rozdział szósty Co powiedziało drzewo

Rozdział siódmy Gospoda „Pod Rydwanem”

Rozdział ósmy, traktujący o roszadach w powietrzu i innych sprawach

Rozdział dziewiąty, traktujący głównie o wydarzeniach w Kanale Kopacza

Rozdział dziesiąty Gwiezdny pył

Epilog, w którym można znaleźć kilka różnych zakończeń

Postscriptum

O książce Przedmowa autora do rozdziału „Mur: Prolog”

Mur Prolog

Podziękowania


Tytuł oryginału: Stardust

Copyright © 2001 by Neil Gaiman

Copyright for the Polish translation © 2007 by Wydawnictwo MAG

Redakcja: Joanna Figlewska

Korekta: Urszula Okrzeja

Ilustracja na okładce: Dark Crayon

Opracowanie graficzne okładki: Piotr Chyliński

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń

Wydanie VII

ISBN 978-83-7480-712-8

Wydawca: Wydawnictwo MAG

ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa

tel./fax 228134743

e-mail: kurz@mag.com.pl

www.mag.com.pl

Wyłączny dystrybutor: Firma Księgarska Olesiejuk

spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A.

ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz.

tel. 227213000

www.olesiejuk.pl

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Dla Gene’a i Rosemary Wolfe.

Pieśń

Ten, kto gwiazdę w locie schwyta,

Sprawi dziecko mandragorze,

Wie, skąd diabeł wziął kopyta

Albo czemu gasną zorze,

Umie słuchać Syren śpiewu,

Strzec się zawistników gniewu –

Ten jedyny

Zna krainy,

Gdzie nie znajdzie fałsz gościny.

Jeśli tylko jest w twej mocy

Niewidzialne widzieć dziwy,

Pędź tysiące dni i nocy,

Aż ośnieży cię włos siwy;

Jedź, a powiesz po powrocie,

Że widziałeś cudów krocie,

Ale przecie

Nigdzie w świecie

Nie dowierza się kobiecie.

Jeśli znajdziesz wierną panią,

Daj mi znać, bo rzecz to rzadka,

Lecz ja się nie skuszę na nią,

Choćby była to sąsiadka.

Wierna była, gdyś z nią gadał,

Jeszcze, kiedyś list układał,

Lecz da radę,

Nim przyjadę,

Trzykroć uknuć jakąś zdradę.

John Donne, 1572-1631

(przeł. Stanisław Barańczak)

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział pierwszy
w którym poznajemy wioskę Mur i dowiadujemy się o czymś niezmiernie ciekawym, co zdarza się tam każdego dziewiątego roku

Był sobie kiedyś młody człowiek, który chciał spełnić Pragnienie swego Serca.

I choć niniejsze zdanie, stanowiące początek opowieści, nie jest zbyt nowatorskie (każda bowiem historia o każdym młodym mężczyźnie, który kiedykolwiek żył lub żył będzie, mogłaby rozpocząć się podobnie), to zarówno ów szczególny młody człowiek, jak i to, co go spotkało, było naprawdę niezwykłe, mimo że nawet on do końca nie dowiedział się jak bardzo.

Opowieść ta, podobnie jak wiele innych, bierze swój początek w Murze.

Miasteczko Mur stoi do dziś, już od sześciuset lat, na wysokiej granitowej skale, pośród niewielkiego lasu. Domy w Murze są stare i kanciaste, wzniesione z szarego kamienia; mają dachy kryte ciemną dachówką i wysokie kominy. Wzniesiono je jeden tuż obok drugiego, wykorzystując każdy skrawek miejsca na skale. Tu i ówdzie ze ściany budynku wyrasta krzak bądź drzewo.

Z Muru wychodzi tylko jedna droga – kręty trakt wznoszący się stromo pośród drzew, wyłożony po bokach kamykami i głazami. Daleko na południu, gdy wynurza się z puszczy, trakt staje się prawdziwą, wylaną asfaltem szosą. Szosa stopniowo się rozszerza; całymi dniami wypełniają ją sznury samochodów i ciężarówek pędzących z miasta do miasta. W końcu droga doprowadza nas aż do Londynu, lecz Londyn od Muru dzieli cała noc jazdy.

Mieszkańcy Muru są zamknięci w sobie i mrukliwi. Dzielą się na dwa wyraźne typy: miejscowych – szarych, wysokich i przysadzistych, zupełnie jak granitowa skała, na której wzniesiono ich miasto – oraz pozostałych, którzy od lat osiedlają się tutaj, i ich potomków.

Na zachód od Muru rozciąga się las. Na południu leży zdradzieckie, pozornie spokojne jezioro, zasilane wodami strumieni spływających ze wzgórz na północy. Zbocza wzgórz pokrywają pola i łąki, na których pasą się owce. Na wschodzie także rosną lasy.

Tuż za wschodnią granicą miasta stoi wysoki, szary skalny mur, od którego wzięło ono swą nazwę. Mur ów jest stary, wzniesiony z grubo ciosanych kwadratowych bloków granitu. Wynurza się z lasu, by wkrótce znów zniknąć wśród drzew.

W murze jest tylko jedna wyrwa: liczący sobie około sześciu stóp szerokości otwór nieco na północ od wioski.

Przez wyrwę w murze widać rozległą zieloną łąkę, za łąką strumień, a za strumieniem drzewa. Od czasu do czasu między drzewami można dojrzeć odległe postaci: czasem wielkie, czasem osobliwe, czasami małe lśniące istoty, które rozbłyskują, migoczą i znikają. Choć łąka wygląda nader zachęcająco, żaden z mieszkańców wsi nigdy nie wypuścił zwierząt na drugą stronę muru. Nikt też nie próbował uprawiać tamtejszej ziemi.

Zamiast tego od setek, może nawet tysięcy lat mieszkańcy wystawiali straże po obu stronach otworu i usilnie starali się o nim zapomnieć.

Nawet dziś dniem i nocą dwóch ludzi z miasta stale pełni straż, wymieniając się co osiem godzin. W dłoniach trzymają solidne drewniane pałki, strzegąc czujnie otworu z obu stron.

Ich głównym zadaniem jest niedopuszczanie dzieci z miasteczka do muru i rozciągającej się za nim łąki. Od czasu do czasu muszą też zniechęcić do przejścia samotnego włóczęgę bądź jednego z nielicznych gości odwiedzających miasteczko.

Dzieciom wystarczy pokazać pałkę. W przypadku włóczęgów i gości strażnicy wykazują się większą pomysłowością. Siły używają tylko w ostateczności, gdy opowieści o świeżo wysianej trawie bądź groźnym byku nie wystarczą, by odebrać przybyszowi ochotę do dalszej wycieczki.

Bardzo rzadko się zdarza, by do Muru przybył ktoś, kto wie, czego szuka. Tym ludziom czasami pozwala się przejść. Ich oczy mają szczególny wyraz i kto raz go ujrzy, nigdy już nie zapomni.

Z tego, co wiadomo mieszkańcom miasteczka, w całym XX wieku nie doszło do ani jednego udanego przemytu przez mur. Są z tego niezmiernie dumni.

Warty zdejmuje się raz na dziewięć lat, w Święto Majowe, gdy na łące odbywa się jarmark.

* * *

Opisane tu wydarzenia toczyły się wiele lat temu. Królowa Wiktoria zasiadała wówczas na tronie Anglii, nie była jednak jeszcze spowitą w czerń Windsorską Wdową. Miała rumiane policzki i lekki krok, a lord Melbourne często musiał łagodnie upominać młodą władczynię, by nie zachowywała się jak trzpiotka. Nie wyszła dotąd za mąż, choć była bardzo zakochana.

Pan Karol Dickens publikował w odcinkach swą powieść Oliver Twist; pan Draper zrobił właśnie pierwsze zdjęcie Księżyca, uwieczniając jego blade oblicze na zimnej kartce papieru; pan Morse niedawno ogłosił, że potrafi przesyłać wiadomości po metalowych drutach. Gdyby któremukolwiek z tych ludzi wspomnieć o czarach Magicznego Ludu, zapewne uśmiechnęliby się z pogardą, może z wyjątkiem pana Dickensa, w owym czasie młodego mężczyzny bez brody. On spojrzałby na Was tęsknie.

 

Tej wiosny na Wyspy Brytyjskie przybyło wielu ludzi. Przyjeżdżali samotnie bądź parami, lądowali w Dover, Londynie i Liverpoolu. Mężczyźni i kobiety o twarzach jasnych jak papier i ciemnych niczym wulkaniczne skały, o skórze barwy cynamonu, mówiący wieloma językami. Przybywali przez cały kwiecień, podróżując kolejami parowymi, konno, wozami i bryczkami; wielu zjawiło się na piechotę.

W tym czasie Dunstan Thorn miał osiemnaście lat i nie był romantykiem.

Miał orzechowokasztanowe włosy, orzechowe oczy i orzechowe piegi. Był średniego wzrostu, mówił wolno i niewiele. Często się uśmiechał. A kiedy na należących do ojca łąkach snuł sny na jawie, marzył o tym, że opuszcza Mur wraz z jego kapryśnymi wdziękami i udaje się do Londynu, Edynburga bądź Dublina, wielkiego miasta, w którym nic nie zależy od tego, skąd akurat wieje wiatr. Pracował na farmie ojca i nie miał nic własnego poza małą chatką na najdalszym polu, którą podarowali mu rodzice.

Tego kwietnia do Muru zaczęli przybywać goście. Przyjeżdżali na jarmark. Dunstan myślał o nich z głęboką niechęcią. „Pod Siódmą Sroką”, gospoda pana Bromiosa zwykle stojąca pustką zapełniła się już tydzień wcześniej i obcy przybysze zaczęli szukać noclegu na farmach i w zwykłych domach, płacąc za gościnę dziwnymi monetami, ziołami, korzeniami, a nawet drogimi kamieniami.

W miarę zbliżania się dnia jarmarku w wiosce narastała atmosfera wyczekiwania. Ludzie budzili się coraz wcześniej, odliczali dni i minuty. Strażnicy przy bramie w murze wiercili się niespokojnie. Wśród drzew na skraju łąki krążyły niewyraźne postaci i cienie.

„Pod Siódmą Sroką” Bridget Comfrey, powszechnie uważana za najpiękniejszą posługaczkę w dziejach, drażniła się z Tommym Foresterem, z którym widywano ją zeszłego roku, oraz z rosłym mężczyzną o ciemnych oczach. Mężczyzna miał ze sobą małą rozszczebiotaną małpkę. Nie mówił zbyt dobrze po angielsku, lecz uśmiechał się promiennie, gdy tylko widział Bridget.

Stali goście w barze musieli znosić nieprzyjemną bliskość obcych.

– To tylko co dziewięć lat – powtarzali.

– Powiadają, że w dawnych czasach urządzano go co roku, w letnie przesilenie.

– Spytajcie pana Bromiosa. On będzie wiedział.

Pan Bromios był wysoki, skórę miał oliwkową, a oczy zielone; jego głowę pokrywały drobne czarne loki. Gdy dziewczęta z wioski stawały się kobietami, zaczynały zauważać pana Bromiosa, on jednak nie odpłacał im uwagą. Mówiono, że zjawił się we wsi wiele lat temu. Przybył tu i został, a wino miał smaczne; co do tego zgadzali się wszyscy.

Z przedsionka dochodziły odgłosy głośnej awantury pomiędzy Tommym Foresterem i ciemnookim mężczyzną, który nazywał się Alum Bej.

– Powstrzymajcie ich! Na miłość boską, powstrzymajcie! – krzyknęła Bridget. – Wychodzą na dwór, żeby się o mnie bić!

Wdzięcznie odrzuciła głowę do tyłu. Światło lamp oliwnych zamigotało w jej doskonałych złotych lokach.

Nikt nie próbował nawet zatrzymać obu mężczyzn, choć kilkanaście osób, miejscowych i przybyszów, wyszło na dwór, by oglądać bójkę.

Tommy Forester zdjął koszulę i uniósł pięści. Przybysz roześmiał się, splunął w trawę, po czym chwycił prawą rękę Tommy’ego i jednym rzutem posłał go na ziemię. Tommy dźwignął się na nogi i runął na obcego. Zdołał zadać tylko jeden szybki cios w policzek tamtego i znów wylądował na ziemi twarzą w błocie. W piersiach zabrakło mu tchu. Alum Bej usiadł na nim okrakiem, zaśmiał się i powiedział coś po arabsku.

W ten sposób zakończyła się bójka.

Alum Bej zszedł z Tommy’ego Forestera, z dumną miną podszedł do Bridget Comfrey; ukłonił się nisko i błysnął w uśmiechu białymi zębami.

Bridget całkowicie go zignorowała. Podbiegła do Tommy’ego.

– Co on ci zrobił, kochany? – spytała, po czym wytarła mu twarz z błota rąbkiem fartucha i obsypała go czułymi słówkami.

Alum Bej, wraz z widzami, wrócił do gospody i kiedy Tommy Forester znów pojawił się przy barze, tamten wielkodusznie kupił mu butelkę chablis pana Bromiosa. Żaden z mężczyzn nie był pewien, który wygrał, a który przegrał.

Tego wieczoru Dunstan Thorn nie odwiedził gospody „Pod Siódmą Sroką”. Był praktycznym chłopcem, który przez ostatnie sześć miesięcy zalecał się do Daisy Hempstock, równie praktycznej młodej kobiety. W pogodne wieczory spacerowali razem po wiosce, rozmawiając o teorii płodozmianu, pogodzie i innych praktycznych rzeczach. Podczas tych spacerów, w których nieodmiennie towarzyszyły im matka i młodsza siostra Daisy, maszerujące sześć kroków w tyle, od czasu do czasu spoglądali na siebie czule.

Przy drzwiach domu Hempstocków Dunstan przystawał, kłaniał się i żegnał.

A Daisy Hempstock wchodziła do środka, zdejmowała czepek i mówiła:

– Tak bym chciała, by pan Thorn w końcu się oświadczył. Jestem pewna, że tato nie miałby nic przeciw temu.

– O tak, jestem tego pewna – odpowiedziała tego wieczoru mama Daisy, tak jak to czyniła każdego wieczoru.

Ona także zdjęła czepek i rękawiczki i zaprowadziła córki do salonu, w którym siedział bardzo wysoki dżentelmen o bardzo długiej czarnej brodzie i grzebał w swoich bagażach. Daisy, jej mama i siostra dygnęły przed dżentelmenem (który prawie nie mówił po angielsku i przybył kilka dni wcześniej). Tymczasowy lokator wstał, ukłonił się, po czym powrócił do swej kolekcji drewnianych drobiazgów, przekładając je, sortując i polerując.

* * *

Kwiecień był chłodny i kapryśny jak typowa angielska wiosna.

Goście przybywali z południa wąską drogą wiodącą przez las. Zapełniali zapasowe sypialnie; koczowali w oborach i stodołach. Niektórzy rozbijali kolorowe namioty, inni przyjeżdżali własnymi wozami, ciągniętymi przez wielkie szare konie bądź drobne kudłate kucyki.

W lesie rozkwitły łany dzwonków.

Rankiem dwudziestego dziewiątego kwietnia Dunstan Thorn pełnił wartę przy otworze w murze wraz z Tommym Foresterem. Stali po obu stronach wyrwy. Czekali.

Dunstan już wcześniej wiele razy pełnił wartę, ale dotąd związane z tym obowiązki ograniczały się do stania i od czasu do czasu przepędzania dzieci. Dziś czuł się ważny. Trzymał w dłoni drewnianą pałkę, a gdy kolejni obcy zbliżali się do otworu w murze, Dunstan bądź Tommy mówili:

– Jutro, jutro. Dziś nikt tędy nie przejdzie. Nie, proszę pana.

Wtedy obcy cofali się nieco i spoglądali przez wyrwę na rozciągającą się za nią pogodną łąkę, nieciekawe drzewa i widoczny w dali zupełnie przeciętny las. Niektórzy próbowali zagajać rozmowę, lecz obaj młodzi mężczyźni, dumni ze swej roli, nie odpowiadali. Woleli unosić głowy, ściągać wargi i przybierać dumną minę. Wówczas czuli się ważni.

W porze obiadu Daisy Hempstock przyniosła im niewielką zapiekankę z mięsa i ziemniaków, a Bridget Comfrey po kuflu grzanego piwa. O zmierzchu zjawili się dwaj młodzieńcy z wioski, obaj nieśli latarnie. Zmienili Tommy’ego i Dunstana, którzy wrócili do gospody, gdzie w nagrodę za dobrze spełniony obowiązek pan Bromios poczęstował ich kuflem swego najlepszego piwa – a jego najlepsze piwo było naprawdę doskonałe. W niewiarygodnie zatłoczonej gospodzie czuło się podniecenie. Wokół było pełno przybyszów ze wszystkich stron świata. Takie przynajmniej wrażenie odniósł Dunstan, dla którego wszystkie miejsca poza otaczającym wioskę Mur lasem wydawały się równie odległe. Toteż spoglądał na siedzącego przy sąsiednim stole wysokiego mężczyznę w czarnym cylindrze, przybyłego aż z Londynu, z jednakim podziwem jak na pożywiającego się obok jeszcze wyższego gościa koloru hebanu, w białej jednoczęściowej szacie.

Dunstan wiedział, że niegrzecznie jest się gapić i że jako mieszkaniec Muru ma prawo czuć się lepszy od wszystkich „cudzychziemców”. Czuł jednak w powietrzu woń nieznanych przypraw, słyszał głosy mężczyzn i kobiet rozprawiających w setkach języków, toteż gapił się na nich bezwstydnie.

Mężczyzna w czarnym jedwabnym cylindrze zauważył jego zainteresowanie i wezwał do siebie chłopca.

– Lubisz pudding z syropem? – spytał bez żadnych wstępów. – Mutanabbi musiał wyjść, a porcje są tu bardzo duże.

Dunstan przytaknął. Pudding z syropem parował zachęcająco na talerzu.

– Doskonale – stwierdził jego nowy znajomy. – Poczęstuj się.

Podał Dunstanowi czysty porcelanowy półmisek i łyżkę. Chłopak nie potrzebował dalszej zachęty. Z apetytem rzucił się na pudding.

– Młodzieńcze – powiedział wysoki dżentelmen w czarnym jedwabnym cylindrze, gdy wspólnymi siłami opróżnili już talerz i miski – wygląda na to, że w gospodzie zabrakło pokojów i że wszystkie łóżka w wiosce zostały już zajęte.

– Czyżby? – spytał bez specjalnego zdziwienia Dunstan.

– Owszem – odparł mężczyzna w cylindrze. – Zastanawiałem się, czy znasz może dom, w którym da się jeszcze znaleźć wolny pokój?

Dunstan wzruszył ramionami.

– Wszystkie pokoje są już zajęte – odpowiedział. – Pamiętam, że kiedy miałem dziesięć lat, matka i ojciec kazali mi przez tydzień spać na górce w oborze, a mój pokój wynajęli pewnej damie z Orientu, jej rodzinie i sługom. W podzięce zostawiła mi latawiec, który puszczałem na łące, dopóki pewnego dnia nie zerwał się ze sznurka i nie odleciał w niebo.

– Gdzie teraz mieszkasz? – spytał dżentelmen w cylindrze.

– Mam chatę na skraju ziemi ojca – wyjaśnił Dunstan. – Wcześniej należała do pastucha, który umarł dwa lata temu, w dożynki. Wtedy rodzice podarowali ją mnie.

– Zabierz mnie tam – powiedział mężczyzna w cylindrze i Dunstanowi nie przyszło nawet na myśl, że mógłby odmówić.

Księżyc świecił jasnym blaskiem wysoko na niebie. Zeszli z wioski do lasu. Minęli farmę Thornów (po drodze dżentelmen w cylindrze przestraszył się krowy, która zasnęła na łące i prychnęła przez sen). W końcu dotarli do chaty Dunstana.

W środku było tylko jedno pomieszczenie z kominkiem. Nieznajomy skinął głową.

– Dunstanie Thornie, wynajmę ją od ciebie na następne trzy dni.

– Co za to dostanę?

– Złotego suwerena, srebrną sześciopensówkę, miedziaka i lśniący grosik – oznajmił mężczyzna.

Suweren za dwie noce był bardzo uczciwą zapłatą w czasach, gdy robotnik rolny w dobrym roku zarabiał piętnaście funtów. Mimo to jednak Dunstan się zawahał.

– Jeśli przybywa pan na jarmark – rzekł do mężczyzny – to pewnie handluje pan cudami i dziwami.

Jego towarzysz przytaknął.

– A zatem pragniesz cudów i dziwów?

Ponownie rozejrzał się po jednopokojowej chacie Dunstana. W tym momencie zaczął padać deszcz. Krople zaszeleściły na strzesze.

– No dobrze – rzekł niecierpliwie wysoki przybysz. – Dostaniesz swój cud, swój dziw. Jutro spełnisz Pragnienie swego Serca. A oto twoje pieniądze.

Zręcznym gestem wyjął monety z ucha Dunstana. Dunstan przytknął je do żelaznego gwoździa tkwiącego w drzwiach, sprawdzając, czy nie są ze złota wróżek. Potem skłonił się nisko i wyszedł na deszcz. Pieniądze ukrył w tobołku z chustki.

W coraz mocniejszym deszczu Dunstan dotarł do obory, wspiął się na górkę z sianem i wkrótce zasnął.

W nocy, pogrążony w półśnie, usłyszał gdzieś w pobliżu donośny grzmot, a potem wczesnym rankiem obudził się nagle, gdy ktoś niezdarnie nadepnął mu na nogę.

– Przepraszam – usłyszał czyjś głos. – To znaczy, proszę mi wybaczyć.

– Kto to? Kto mówi? – spytał Dunstan.

– To tylko ja. Przybyłem na jarmark. Spałem w spróchniałym pniu, ale piorun go przewrócił. Roztrzaskał jak skorupkę jajka i złamał jak gałązkę. Deszcz zaczął padać mi na głowę i zagroził moim bagażom, a są tam rzeczy, które muszą być suche jak pieprz. Toteż chroniłem je podczas podróży, nawet kiedy było mokro jak...

– Jak w wodzie?

– Właśnie – ciągnął ktoś w ciemności. – I zastanawiałem się – dodał – czy mógłbym może zostać tu, pod pańskim dachem. Nie jestem zbyt duży i nie będę panu przeszkadzał.

– Proszę tylko po mnie nie deptać – powiedział Dunstan, wzdychając.

W tym momencie błyskawica rozświetliła wnętrze obory. W jej blasku Dunstan ujrzał coś małego i włochatego w dużym miękkim kapeluszu. Potem znów zapadła ciemność.

– Mam nadzieję, że nie przeszkadzam – znowu usłyszał głos. Gdy się nad tym zastanowić, on także wydawał się dziwnie włochaty.

– Nie przeszkadzasz – odparł Dunstan, bardzo zmęczony.

– To dobrze – rzekł nieznajomy – bo nie chciałbym przeszkadzać.

– Proszę – rzucił błagalnie Dunstan – daj mi spać. Proszę.

 

Usłyszał jeszcze węszenie, które wkrótce ucichło zastąpione pochrapywaniem.

Dunstan przekręcił się na drugi bok. Przybysz, kimkolwiek lub czymkolwiek był, pierdnął, podrapał się i znów zaczął chrapać.

Dunstan słuchał kropel deszczu bębniących o dach obory i rozmyślał o Daisy Hempstock. Spacerowali razem, a sześć kroków za nimi maszerował wysoki mężczyzna w cylindrze i małe włochate stworzenie, którego twarzy Dunstan nie dostrzegał. Wyruszyli, by poszukać Pragnienia Serca.

* * *

Obudziły go jasne promienia słońca. Obora była pusta. Umył twarz i poszedł do domu.

Tam włożył najlepszą kurtkę, najlepszą koszulę i odświętne spodnie. Nożem oskrobał buty z błota. Wszedł do kuchni, pocałował matkę w policzek i poczęstował się wiejskim chlebem hojnie posmarowanym świeżo ubitym masłem.

Potem zaś, z pieniędzmi ukrytymi w węzełku niedzielnej batystowej chustki, ruszył do Muru i przywitał się ze strażnikami przy bramie.

Przez otwór w murze widział rozbijane barwne namioty, wznoszone stoiska, kolorowe flagi i ludzi krążących tam i z powrotem.

– Nie wpuszczamy nikogo aż do południa – oznajmił jeden z wartowników.

Dunstan wzruszył ramionami i poszedł do gospody, zastanawiając się, co kupi za swe oszczędności (błyszczącą półkoronówkę i szczęśliwą sześciopensówkę z wywierconą pośrodku dziurką, przez którą przewlókł rzemień) i dodatkowe pieniądze ukryte w chustce. Chwilowo zapomniał, że zeszłego wieczoru przyrzeczono mu coś jeszcze. Gdy wybiło południe, Dunstan ruszył w stronę muru, zdenerwowany, jakby zaraz miał złamać największe możliwe tabu. Nagle zorientował się, że maszeruje obok nieznajomego w czarnym jedwabnym cylindrze, który powitał go skinieniem głowy.

– Ach, mój gospodarz. Jak się dziś miewamy?

– Doskonale – odparł Dunstan.

– Proszę, chodź ze mną – rzekł wysoki mężczyzna. – Pójdźmy razem.

Ruszyli przez łąkę w stronę namiotów.

– Byłeś tu już wcześniej? – spytał wysoki przybysz.

– Tak, na ostatnim jarmarku dziesięć lat temu. Byłem jeszcze chłopcem – przyznał Dunstan.

– Cóż – odparł jego lokator. – Pamiętaj, by zachowywać się grzecznie i nie przyjmować żadnych podarków. Pamiętaj też, że jesteś tam gościem. A teraz dam ci ostatnią część mej zapłaty. Złożyłem bowiem przysięgę, a moje dary są bardzo długowieczne. Dostaniesz go ty, twój pierworodny, jego czy jej pierworodny... To dar, który nie zniknie, dopóki będę żył.

– A cóż to będzie, dobry panie?

– Pragnienie Serca. Nie pamiętasz? – odparł dżentelmen w cylindrze. – Pragnienie twego Serca.

Dunstan ukłonił się. Ramię w ramię maszerowali na jarmark.

– Oczy, oczy! Nowe oczy dla starców – wykrzykiwała drobna kobieta stojąca przed stołem pełnym butelek i słojów z oczami wszelkiej barwy i rodzaju.

– Instrumenty muzyczne z setek różnych krain!

– Blaszane gwizdki! Mosiężne pomruki! Złote chorały!

– Spróbuj swego szczęścia! Tylko u nas! Odpowiedz na zagadkę, a dostaniesz anemon!

– Wiecznotrwała lawenda! Tkanina o zapachu dzwonków!

– Butelkowane sny! Szylinga za butelkę.

– Płaszcze nocy! Płaszcze zmierzchu! Płaszcze zmroku.

– Miecze przeznaczenia! Różdżki czarów! Pierścienie wieczności! Karty łaski! Tylko u mnie! Tylko tutaj!

– Maści i krople! Mikstury i tynktury!

Dunstan przystanął przed kramem pełnym maleńkich kryształowych bibelotów. Zaczął uważnie oglądać miniaturowe zwierzęta, zastanawiając się, czy nie kupić jednego dla Daisy Hempstock. Podniósł kryształowego kota, nie większego niż jego kciuk. Niespodziewanie kot ugryzł go gniewnie i Dunstan wstrząśnięty upuścił zwierzątko, które jednak wyprostowało się w powietrzu i niczym prawdziwy kot wylądowało na czterech łapach. Następnie przeszło na róg kramu i zaczęło się myć. Dunstan odszedł w tłum.

Wokół roiło się od ludzi. Byli tam wszyscy cudzoziemcy, którzy w ciągu ostatnich tygodni przybyli do Muru, a także wielu mieszkańców wioski. Pan Bromios rozbił własny namiot. Sprzedawał w nim wino i ciastka miejscowym, którzy, choć często kusiły ich jadła i napoje oferowane przez lud zza Muru, pamiętali dobrze o przestrogach swych dziadków, którzy z kolei usłyszeli je od swoich dziadków – że absolutnie, pod żadnym pozorem nie należy jeść jedzenia wróżek ani owoców wróżek, ani pić wody i wina wróżek.

Co dziewięć lat lud spoza Muru i wzgórza rozstawiał na łące swe kramy i przez jeden dzień i noc odbywał się tam magiczny jarmark. Przez ów jeden dzień i jedną noc co dziewięć lat mieszkańcy obu światów handlowali ze sobą.

Wystawiano tu na sprzedaż cuda, dziwy i czary, rzeczy, o których nikomu się nie śniło i których nikt nie potrafił sobie wyobrazić. (Po co komu – zastanawiał się Dunstan – wydmuszki, w których zamknięto burzę?). Podzwaniał w kieszeni zawiniętymi w chustkę monetami, szukając czegoś małego i taniego, co ucieszyłoby Daisy.

Nagle ponad szmerem i gwarem jarmarku usłyszał delikatne dzwonienie. Ruszył w jego stronę. Minął kram, przy którym pięciu rosłych mężczyzn tańczyło do przeraźliwie ponurej melodii wygrywanej na katarynce przez melancholijnego czarnego niedźwiedzia; na innym łysiejący człowiek w kolorowym kimonie rozbijał porcelanowe talerze i nieustannie zachwalając swój kunszt, wrzucał szczątki do wypełnionej żarem misy, z której unosił się barwny dym.

Delikatne dzwonienie stawało się coraz głośniejsze.

W końcu Dunstan dotarł do kramu, z którego dobiegało, i ujrzał, że nikt za nim nie stoi. Wszędzie wokół leżały kwiaty: dzwonki i hiacynty, narcyzy i naparstnice, ale też fiołki i lilie, maleńkie szkarłatne dzikie róże, jasne przebiśniegi, błękitne niezapominajki i mnóstwo innych, których Dunstan nie potrafił nawet nazwać. Wszystkie były zrobione ze szkła bądź kryształu; nie umiał stwierdzić, czy dmuchanego, czy rżniętego. Idealnie naśladowały żywe kwiaty. Dzwoniły i brzęczały niczym odległe szklane dzwoneczki.

– Halo! – zawołał Dunstan.

– I ty witaj pięknie w ten dzień targowy – odparła kramarka, wyskakując z malowanego wozu zaparkowanego tuż za kramem.

Uśmiechnęła się szeroko; w ciemnej twarzy błysnęły białe zęby. Należała do ludu spoza Muru; Dunstan rozpoznał to natychmiast po jej oczach i uszach widocznych pod kręconymi czarnymi włosami. Oczy miała ciemnofiołkowe, uszy przypominały uszy kota – lekko zakrzywione i pokryte miękkim ciemnym futrem. Była bardzo piękna.

Podniósł jeden z kwiatów.

– Śliczny – powiedział. To był fiołek; gdy tak trzymał go w ręku, kwiat wydawał z siebie odgłos przypominający dźwięk, który słychać, gdy przesunie się delikatnie mokrym palcem po krawędzi szklanego kieliszka. – Ile kosztuje?

Wzruszyła ramionami. Był to śliczny gest.

– Na początku nigdy nie rozmawiamy o cenie – oznajmiła. – Może być znacznie wyższa niż to, co jesteś gotów zapłacić. Wówczas odszedłbyś i oboje bylibyśmy biedniejsi. Najpierw porozmawiajmy o towarze.

Dunstan się zawahał. W tym momencie obok kramu przemknął dżentelmen w czarnym jedwabnym cylindrze.

– Proszę – mruknął w stronę Dunstana. – Spłaciłem dług i jesteśmy kwita.

Dunstan potrząsnął głową, jakby próbował ocknąć się z dziwnego snu, i odwrócił się do młodej damy.

– Skąd pochodzą te kwiaty? – spytał.

Uśmiechnęła się tajemniczo.

– Na zboczu góry Calamon wyrasta szklanych kwiatów łan. Powrócić stamtąd trudniej jeszcze niżeli cało dotrzeć tam.

– A do czego właściwe służą? – spytał Dunstan.

– Kwiaty te pełnią głównie funkcję dekoracyjną i rozrywkową. Dają radość. Można je podarować ukochanej osobie jako znak uczucia, a dźwięk, który z siebie wydają, cieszy słuch. Poza tym przepięknie odbijają światło.

Uniosła dzwoneczek i Dunstan mimo woli pomyślał, że promień słońca załamujący się w fioletowym krysztale nie dorównuje blaskiem i odcieniem barwie jej oczu.

– Rozumiem – rzekł.

– Wykorzystuje się je też w pewnych zaklęciach czarnej i białej magii. Jeśli jesteś, panie, magiem...?

Dunstan pokręcił głową. Nie mógł nie dostrzec, że w młodej kobiecie jest coś niezwykłego.

– Ach tak. Mimo wszystko to prześliczne kwiaty – powiedziała i uśmiechnęła się ponownie.

Owym czymś niezwykłym był cienki srebrny łańcuch opasujący jej przegub, zbiegający do kostki i znikający w malowanym wozie.

Dunstan wspomniał coś o nim.

– Łańcuch? Więzi mnie tutaj. Jestem osobistą niewolnicą czarownicy, do której należy kram. Schwytała mnie wiele lat temu, gdy bawiłam się przy wodospadzie, w kraju mojego ojca, wysoko w górach. Zwabiła mnie, przyjmując postać ślicznej żabki, która wymykała mi się z rąk, dopóki nie opuściłam ziemi ojca. Wtedy powróciła do swej prawdziwej postaci i wsadziła mnie do worka.

– I zawsze będziesz jej niewolnicą?

– Nie zawsze. – Dziewczyna z magicznego ludu uśmiechnęła się. – Odzyskam wolność w dniu, gdy księżyc straci córkę, jeśli wydarzy się to w tygodniu, w którym połączą się dwa poniedziałki. Czekam cierpliwie na ów dzień, a na razie robię to, co mi każe. A także marzę. Czy teraz kupisz ode mnie kwiat, młody panie?

– Nazywam się Dunstan.

– To solidne imię – odparła z kpiącym uśmieszkiem. – Gdzie twe kleszcze, panie Dunstanie? Czy chwycisz nimi diabła za czubek nosa?

– A ty? Jak się nazywasz? – spytał Dunstan, rumieniąc się.

– Nie mam już imienia. Jestem niewolnicą. Odebrano mi imię. Odpowiadam na „hej, ty!” albo na „dziewczyno!”, „głupia dziewko!” i wiele innych złorzeczeń.

Dunstan dostrzegł, jak jedwabista materia szaty ciasno opina postać dziewczyny. Był boleśnie świadom wdzięcznych krzywizn jej ciała i wpatrzonych w niego fiołkowych oczu. Przełknął ślinę.